Jedno z największych dzieł ukraińskiej SF ostatnich lat. „Kolonia” to pierwszy tom serii „Nowe Wieki Ciemne” opowiadającej o świecie w XXII wieku. To historia o tym, że człowiek mimo oszałamiających osiągnięć cywilizacyjnych wcale się nie zmienia.


Rok 2141
Ludzkość na Ziemi nie otrząsnęła się jeszcze po clodis – największej pandemii od półwiecza – kiedy pojawia się nowy patogen, który infekuje wyłącznie kobiety w ciąży. Grupa immunologów stara się rozpoznać jego naturę oraz znaleźć możliwe powiązania z rejestrowanymi od jakiegoś czasu na całej planecie wyrzutami neutrin.

Tymczasem populacja Kolonii marsjańskich przekracza sto tysięcy mieszkańców; aż jedna trzecia z nich urodziła się już na Czerwonej Planecie. Jednak to nie oni zajmują najlepsze posady w zaawansowanej technologicznie gospodarce Marsa i politycznych strukturach: przegrywają z ziemskimi superspecjalistami i są zmuszani do ciężkiej, niemal niewolniczej harówki, wykonując fizyczną, niewymagającą kwalifikacji pracę.

Cierpliwość urodzonych na Marsie powoli się kończy, z roku na rok coraz bardziej pragną zmian, lecz nie zdają sobie sprawy z tego, że transformacja, o której marzą, może położyć kres istnieniu Kolonii… Czy budowana od niemal stu lat społeczność marsjańska zadrży w posadach od eksplodującej rewolucji?

„Kolonia” z przerażającą wiarygodnością kreśli nie tylko obraz wielokulturowej, międzynarodowej społeczności marsjańskiej i nieustannych tarć w jej wnętrzu, ale także ponurą wizję Ziemi – planety, która wciąż jeszcze jest naszym domem. Historia opowiedziana z perspektywy kilkunastu zapadających w pamięć bohaterów – zarówno Ziemian, jak i kolonizatorów – prowadzi czytelnika przez swoje meandry i odkrywa punkty styku w najmniej oczekiwanych momentach. Zmusza przy tym do głębszej refleksji o geopolitycznej przyszłości Ziemi, o nadchodzącej możliwej katastrofie ekologicznej, o mocarstwach pod rządami szaleńców oraz o tym, czy ekspansja ludzkości i podbój kosmosu rzeczywiście staną się naszą jedyną nadzieją.

Niesamowita narracja, charyzmatyczne postaci, intrygi, polityka, śmiertelnie niebezpieczne tajemnice – wszystko to składa się na znakomitą powieść Maksa Kidruka.

Max Kidruk
Kolonia
Przekład: Iwona Czapla
Seria „Nowe Wieki Ciemne”, tom 1
Wydawnictwo Insignis Media
Premiera: 18 czerwca 2025
 
 


Rok 2141

Ludzkość na Ziemi wciąż nie doszła do siebie po clodis – największej pandemii od pół wieku – gdy pojawił się nowy patogen atakujący wyłącznie kobiety w ciąży. Grupa immunologów próbuje ustalić, czym jest i czy jego pojawienie się ma związek z zarejestrowanymi na całej planecie wybuchami neutrin.
Populacja kolonii marsjańskich przekracza sto tysięcy mieszkańców, a jedna trzecia z nich urodziła się już na Marsie. Nie mogą konkurować z ekspertami z Ziemi o stanowiska wymagające specjalistycznej wiedzy o marsjańskiej gospodarce. Ich przeznaczeniem staje się ciężka, wręcz niewolnicza, praca fizyczna, gdzie wystarczą minimalne kwalifikacje. Im więcej z nich osiąga pełnoletność, tym bardziej pragną zmian, nie zdając sobie sprawy, że zmiany te zagrażają samemu istnieniu Kolonii.
Kolonia – pierwsza księga cyklu fantastycznego Nowe wieki ciemne o świecie w XXII wieku. Oto opowieść traktująca o tym, że człowiek pomimo wszystkich osiągnięć cywilizacji nie zmienia się. I ani wydłużenie życia, ani nawet zasiedlenie kolejnej planety, nie gwarantują ludzkości zbawienia.

Po raz pierwszy o nowych wiekach ciemnych zaczęto mówić na Ziemi, a nie na Marsie. Określenie to nie od razu stało się popularne. Nawiązanie do epoki ignorancji i barbarzyństwa, która zapadła nad Europą po upadku cesarstwa zachodniorzymskiego, wydawało się zbyt odległą metaforą. Gdy jednak dotarło do Kolonii, wszystko właśnie zaczęło pogrążać się w chaosie, a niezbyt trafne porównanie z wczesnym średniowieczem szybko ustąpiło miejsca głębszej analogii z innymi wiekami ciemnymi – astro­nomicznymi – okresem u zarania dziejów, kiedy wszechświat, rozszerzając się, stał się przezroczysty dla światła, ale nie zawierał jeszcze niczego, co mogłoby świecić. Nie było żadnych gwiazd, planet ani galaktyk – żadnej plamki światła w nieprzeniknionej ciemności. I to znacznie lepiej pasowało do opisu przyszłości, w którą wkraczała ludzkość: zewsząd napierała ciemność i nikt nie wiedział, co czeka poza nią.

PROLOG

Antarktyczna stacja Amundsen-Scott, biegun południowy
19 września 2141 roku

Jayleen Honkala przebywała na stacji od tygodnia i pewnie przyzwyczaiłaby się do nowych warunków, gdyby nie cisza, która niczym wata otulała jej mózg, i jakby zastygły zmierzch. To ostatnie dokuczało jej najbardziej. Na biegunie południowym słońce wschodzi i zachodzi raz w roku, więc kiedy Jayleen wychodziła z kompleksu mieszkalnego i podnosiła głowę, mistyczna jednolitość przedświtowego nieba budziła w niej niepokój: zawsze ten sam gradient przechodzący od głębokiego błękitu po jednej stronie do prawie całkowitego braku koloru po drugiej. Nie sposób było się do tego przyzwyczaić: przyćmione, zmęczone światło budziło w jej piersi dziwne uczucie, którego Jayleen nie potrafiła nazwać i z którego powodu instynktownie kuliła się w sobie.
Nie żeby niebo w ogóle się nie zmieniało. Jego jaśniejsza część dociskała do horyzontu pomarańczowy pasek, pod którym półtora stopnia poniżej kryło się słońce. Światło poruszało się po okręgu, ciągnąc za sobą smugę, lecz się nie pokazywało; nie wpływało na ogólny poziom jasności. Jayleen nie rozumiała, dlaczego ten czas nazywany jest białą nocą, skoro tak naprawdę wszystko wokół jest szare. Szary i przez to przypominający zgniliznę lód. Szare budynki stacji, szare kłęby chmur nad głową. Tylko nad zaniedbaną kopułą geodezyjną, pośród garstki gwiazd ledwo widocznych na szarawym tle, świecił chłodnym blaskiem Jowisz.
Jayleen wspięła się na lodowy pagórek i spojrzała na szereg platform wiertniczych widocznych w oddali. Cztery dni temu to stąd rozpoczęła się jej wycieczka zapoznawcza. Pięćdziesięciopięcioletni doktor Stellan Young, kierownik stacji Amundsen-Scott, napełnił fajkę tytoniem i gestykulując, wyjaśnił jej wówczas przeznaczenie kilku dziwacznych obiektów obecnych wokół centralnych kompleksów: naziemne zbiorniki do tankowania samolotów, lądowisko dla zmiennopłatów[1], pole antenowe, kopuła geodezyjna.
Terytorium stacji podzielone było na trzy sektory: Sektor Czystego Powietrza przeznaczony do obserwacji atmosfery, Sektor Cichy bez łazików i ciężkiego sprzętu (prowadzono tam badania sejsmiczne i inne eksperymenty wrażliwe na wibracje) oraz Sektor Ciemny, będący działką z rozmieszczonymi na niej detektorami do badania ciemnej materii. Właśnie tam patrzyła Jayleen: tuż pod wieżami wiertniczymi, głęboko w warstwie antarktycznego lodu znajdowało się największe na świecie obserwatorium neutrin IceCube 2.0.
Jayleen usłyszała niespieszne kroki i się obejrzała. Ledwo widoczną w półmroku ścieżką zbliżał się chudy mężczyzna o haczykowatym nosie. Doktor Stellan Young zauważył jej spojrzenie i pomachał z daleka. Jayleen odmachała mu w odpowiedzi, a kiedy Young podszedł bliżej, zauważyła, że trzyma w dłoni kubek gorącej herbaty.
– Jak się czujesz? – zapytał.
Jego specjalnością była biologia morska, ale ponieważ najbliższe morze było oddalone o dwa tysiące kilometrów, Young wykonywał na stacji przeważnie prace administracyjne.
Jayleen wzruszyła ramionami.
– Jeszcze nie wiem. – Po chwili pomyślała jednak, że Young może ją źle zrozumieć i dodała: – Ale cieszę się, że tu jestem.
– Naprawdę?
– Wszystkie poważne projekty zostały wstrzymane, więc to… – wskazała brodą na ciemniejące w oddali wieże – nie jest takie złe.
– No tak. – Stellan podmuchał herbatę i wziął mały łyk. – A rodzice?
– Co, rodzice? – odpowiedziała pytaniem Jayleen.
– Jak zareagowali na fakt, że zgłosiłaś się na stanowisko asystentki na stacji polarnej?
– Nie powiem, żeby skakali z radości, ale też się nie sprzeciwiali. – Tak naprawdę wcale się nie zdziwili. Matka Jayleen kierowała firmą konsultingową w Palo Alto i po tym, jak jej córka sześć lat temu porzuciła karierę finansistki, aby zapisać się na wydział astronomii w Berkeley, nic nie mogło jej już zaskoczyć. Kiedyś zaproponowała córce pracę w swojej firmie, a gdy Jayleen odmówiła, dłużej nie nalegała. Ojciec tylko machnął ręką: „Rób, co chcesz”. – Pod koniec, tuż przed moim wyjazdem, wydawało się, że chyba nawet popierają moją decyzję.
Young chrząknął.
– Mieliście już siebie dosyć po kwarantannie?
– Nie, to nie to. – Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley przeszedł na kształcenie zdalne już w lutym 140 roku. – Dwadzieścia miesięcy jak w areszcie domowym.
– Było źle? – Stellan zerknął na nią.
Pomijając krótkotrwałe remisje, pandemia clodis szalała przez dwa lata. Pół setki techników stacji pod przewodnictwem doktora Younga, których zadaniem było utrzymanie sprawności sprzętu, zimą 2140 roku utknęło na stacji, a o wydarzeniach na świecie dowiadywało się głównie z komunikatów prasowych. Zamieszczane w nich zdjęcia były przerażające: rzędy łóżek szpitalnych na ulicach Nowego Jorku, masowy grób wielkości kamieniołomu na przedmieściach Atlanty; tłumy bezdomnych przechodzących przez mur na granicy z Meksykiem…
– Nie – odpowiedziała Jayleen.
– Wcale?
– Wcale. – Pokręciła głową.
W ciągu dwudziestu miesięcy zainstalowana na jej smartfonie aplikacja CLODIS DigiTracer tylko kilkakrotnie powiadamiała o chorych na clodis albo o osobach, które miały kontakt z chorymi, wszyscy jednak pochodzili z sąsiednich rejonów: Crestwood Hills, Holmby Hills, Westwood Village. I to by było na tyle – w okresie kwarantanny w rejonie Bel Air nie zanotowano ani jednego przypadku zakażenia Clostridium, zatem ani rabusiów, którzy pustoszyli biznesowe centrum Los Angeles, ani przypominających zjawy chorych, którzy snuli się po bulwarach, wyrzucając z siebie litry płynnego gówna, Jayleen tego nie widziała.
– Nasz dom stoi w zachodniej części Los Angeles – powiedziała. – To dobry rejon, to…
– Santa Monica?
– Bel Air.
– Nieźle. – Young pokiwał głową.
I zamilkł, podobnie jak milkli znajomi i przyjaciele Jayleen, gdy tylko docierało do nich, że mieszka w okolicy, gdzie domy kosztujące mniej niż dziesięć milionów uważa się za tanie.
Mrużąc oczy, Jayleen spojrzała na smugę światła nad horyzontem i powiedziała:
– Dziwny jest ten nieustanny zmierzch. Jakby czas się zatrzymał.
– Nie na długo. Jeszcze dwa dni i słońce wzejdzie. O, tam. – Young wskazał palcem punkt na horyzoncie na prawo od wież. – Krążąc, uniesie się – palec nakreślił w powietrzu kilka kół – i nie zniknie aż do 23 września następnego roku. Jeszcze zdążysz zatęsknić za zmierzchem, wierz mi.
– A co to był za dźwięk dzisiaj rano? Słyszał pan? Godzinę przed śniadaniem.
– Coś w stylu trzeszczenia?
– Tak.
– To pęknięcia powstające w pokrywie lodowej.
– To normalne? Tak powinno być?
– Nie. Jestem tu już od dziesięciu lat z przerwami, ale nie pamiętam niczego podobnego. – Young wciągnął powietrze nosem. – Czujesz ten zapach? – Jayleen powąchała powietrze i pokręciła głową. Pachniało jak w deszczowy dzień na cmentarzu, gęstą, nasyconą wilgocią. – Lodowiec topnieje – wyjaśnił Young, a po chwili powtórzył: – Tak nie powinno być.
Sto kroków za nimi ciemniał budynek o wąskich, pionowych oknach – pierwszy z dwóch identycznych kompleksów mieszkalnych. Young zerknął na wyświetlacz elektronicznego termometru zamontowanego nad głównym wejściem. Wskazywał +0,6°С. Właściwie można było tego nie sprawdzać; i on, i Jayleen stali w samych kamizelkach włożonych na wełniane swetry.
– Często występują tutaj takie temperatury? – zainteresowała się Honkala.
– Zdarza się i do plus pięciu, ale zawsze w grudniu czy styczniu, w środku lata. Nigdy o tej porze. W zeszłym roku do końca września trzymały czterdziestostopniowe mrozy.
Jayleen spojrzała za siebie. Kompleksy mieszkalne składały się z oddzielnych modułów wzniesionych na betonowych palach, aby zapobiec ich zasypaniu przez śnieg, tyle że tej zimy śniegu nie było, przez co budynki przypominały stado zagnanych do kupy maszyn kroczących z Gwiezdnych wojen, starego filmu fantastycznego, który znalazła w sieci podczas kwarantanny.
– Sto lat temu o tej porze roku temperatura spadała do minus osiemdziesięciu. – Young przestąpił z nogi na nogę i skrzywił się, kiedy zamiast chrzęszczenia pod nogami zachlupotało. – Dlatego zero stopni bez słońca jest trochę dziwne.
Zamilkli. Young upił odrobinę herbaty.
– Dziś pierwsza zmiana? – odezwał się po chwili.
Za pół godziny, o dziesiątej czasu nowozelandzkiego, Jayleen rozpoczynała swoją pierwszą zmianę w centrum danych.
– Aha.
– Świetnie.
Young za jednym zamachem wychylił zawartość kubka.
– Idziemy? – Ruchem głowy wskazał na kompleksy mieszkalne.
– Jeszcze chwilę tu zostanę.
Doktor ruszył ścieżką z powrotem. Jayleen popatrzyła za nim, a potem odwróciła się w stronę wież. W lodzie, głęboko pod nimi, zatopione były tysiące lin z umieszczonymi na nich fotosensorami.
Pierwszy IceCube zbudowano w 2010 roku, nieopodal miejsca, gdzie teraz znajdowały się rury, które wykorzystywano podczas wiercenia. Detektor tworzyło osiemdziesiąt stalowych nici, spuszczonych w głąb odwiertów sięgających dwóch i pół kilometra pod powierzchnię. Na każdym z włókien znajdujących się na głębokości od 1450 do 2450 metrów umieszczone zostały fotosensory służące do wykrywania neutrin przybywających z kosmosu. Neutrina, najbardziej rozpowszechnione, a jednocześnie najbardziej „wstydliwe” cząstki we wszechświecie, powstają we wnętrzach gwiazd, podczas wybuchów supernowych oraz kiedy promienie kosmiczne zderzają się z cząsteczkami w atmosferze. Gdyby możliwe było stworzenie ołowianego pręta o długości roku świetlnego, neutrino przeleciałoby przez niego od jednego końca do drugiego, nie uderzając w ani jeden atom. Niekiedy neutrino oddziałuje jednak z materią, na przykład wtedy, gdy zderza się z jądrem w cząsteczce wody. Powstają wówczas różne cząstki elementarne i rozbiegają się, pozostawiając po sobie ślad świetlny. Ślad ten można uchwycić za pomocą fotosensorów, ale trudno go odróżnić od szumu tła. Z tego powodu detektory neutrin instaluje się głęboko pod powierzchnią ziemi, w wodzie lub pod lodem.
Do połowy XXI wieku w IceCubie badano neutrina przybywające z kosmosu. Z czasem detektor przestał być potrzebny, więc w 2048 roku odłożono go na półkę i przypomniano sobie o nim dopiero w 2120, kiedy zainteresowanie neutrinami ponownie wzrosło. W tym momencie stało się jasne, że nie istnieją żadne WIMP-y[2] – masywne cząstki, które wyjaśniałyby naturę ciemnej materii. Stało się też jasne, że ciemna materia jest bardziej złożona, niż uważano do tej pory, i prawdopodobnie nie ustępuje złożonością materii widzialnej. W związku z pojawieniem się nowych teorii, z których część przewidywała, że interakcja między cząstkami ciemnej materii wygeneruje neutrino o określonej energii, na początku 2130 roku naukowcy reaktywowali stare obserwatoria – IceCube na biegunie południowym, Kamiokande w górach Japonii, Antares na Morzu Śródziemnym – w celu ponownego zbadania znanych skupisk ciemnej materii. Dokładniejsza analiza pochodzących z nich neutrin powinna była pomóc w ustaleniu, który z zaproponowanych przez teoretyków modeli jest poprawny, i ostatecznie ujawnić naturę ciemnej materii.
Stary IceCube ze swoimi osiemdziesięcioma odwiertami rejestrował nie więcej niż dwa tuziny zderzeń neutrin w ciągu roku, dlatego w maju 2132 roku amerykańska National Science Foundation sfinansowała budowę IceCube’a 2.0. Prace zakończono w lutym 2140 roku. Nowy detektor składał się z 5050 nici ze stu dziesięcioma czujnikami na każdej, a po uruchomieniu miał wychwytywać półtora setki neutrin rocznie.
Jayleen patrzyła na lód poznaczony śladami gąsienic, myślała o kilometrach lodowca pod stopami i wyobrażała sobie, ile wysiłku wymagało przebicie go otworami wiertniczymi na całej jego grubości. Tematem jej pracy magisterskiej był związek neutrin z ciemną materią. Z punktu widzenia nauki praca wydawała się aktualna, jednak jej praktyczne zastosowanie w świecie, który właśnie wychodził z najbardziej wyczerpującej od początku stulecia pandemii, było wątpliwe. Jayleen obroniła się pół roku temu (oczywiście zdalnie), dwa miesiące później otrzymała z Berkeley dyplom i od tego momentu głównie marnowała czas w piwnicy domu rodziców przyklejona do konsoli AR. I wtedy, w samym środku nieznośnie upalnego lata, gdy nie interesowały ją już ani gry, ani seriale, natrafiła na informację z Departamentu Programów Polarnych National Science Foundation o zakończeniu budowy nowego detektora neutrin na biegunie południowym. Kto wie dlaczego Jayleen wysłała tam swoje CV i otrzymała zaproszenia na rozmowę online. Na jej podstawie Departament Programów Polarnych zaproponował dziewczynie sześciomiesięczny kontrakt i stanowisko asystentki terenowej na stacji Amundsen-Scott.
Jayleen uśmiechnęła się na wspomnienie tego, co sobie wyobraziła, gdy po raz pierwszy usłyszała słowa „asystentka terenowa”. Przed jej oczami pojawił się obraz, jak zgarbiona pod podmuchami wiatru ściska zdrętwiałymi od mrozu palcami statyw z probówkami, a obok niej jakiś starszy naukowiec, pokryty śniegiem i z soplami sterczącymi mu z nozdrzy niczym kły morsa, szuka czegoś w lodzie. W rzeczywistości wszystko okazało się banalne. Jej obowiązki polegały głównie na gapieniu się w monitor, niedotykaniu niczego i pilnowaniu, żeby nikt inny też niczego nie dotykał. Sto lat temu detektor znajdował się w osobnym budynku usytuowanym nad otworami wiertniczymi. Na początku 2133 roku całą aparaturę przeniesiono do Centrum Przechowywania i Przetwarzania Danych (mówiąc po prostu: centrum danych) mieszczącego się w jednym z kompleksów mieszkalnych i Jayleen nie musiała nawet wychodzić na zewnątrz. Doktor Thelma Barrett, która wyglądała na co najmniej tysiąc lat i kierowała zespołem badawczym pracującym na IceCubie, po zorganizowanej przez Stellana wycieczce zapoznawczej wyjaśniła jej, jak wszystko działa: „System wydaje sygnał dźwiękowy, gdy coś w rodzaju neutrina przybywa z wybranego obszaru odległej przestrzeni kosmicznej. Dane przesyłane są na serwery automatycznie. Od ciebie wymagamy sprawdzenia poprawności ich zapisania w logu. To zdarza się rzadko”. Wiekowa kobieta spojrzała wtedy na Jayleen z takim wyrazem twarzy, jakby nie miała wątpliwości, że zanim reanimowany IceCube wyłapie pierwsze wysokoenergetyczne neutrino, młodej asystentki nie będzie już na stacji. „Bardzo rzadko”.
Jayleen po raz ostatni spojrzała na szereg wież wiertniczych i zerknęła na zegarek. Za pięć dziesiąta – czas wracać. Odwróciła się i poszła w stronę budynków mieszkalnych.

22.05 NZST[3]

Ogólnie dość duże pomieszczenie centrum danych wydawało się ciasne z powodu nagromadzenia szaf serwerowych i braku okien. Po prawej stronie od wejścia wisiał smartboard z harmonogramem zmian; po lewej znajdował się panel sterowania, a ścianę powyżej zasłaniało kilkanaście ekranów. Większość z nich była nieaktywna. W powietrzu unosił się zapach starego kurzu.
Po miękkim półmroku polarnego nieba światło sztucznych lamp nieprzyjemnie raziło. Mrużąc oczy, Jayleen nalała sobie kawy z ekspresu i upewniła się, że włączone są odpowiednie monitory. Gdy tylko usiadła przy pulpicie, zza drzwi wyłoniła się głowa doktora Younga.
– Gotowa?
Jayleen wzruszyła ramionami. Gotowa na co? Przecież nie wystrzeliwują rakiety na orbitę.
– Nie przepracowuj się. – Stellan mrugnął do niej i już miał wyjść, kiedy Jayleen w ostatniej chwili zatrzymała go pytaniem:
– W przypadku nadzwyczajnej sytuacji mam budzić pana czy… doktor Barrett?
Oczywiście wcale nie chodziło o nadzwyczajną sytuację. Jayleen prosiła o pozwolenie na zwrócenie się do Younga, żeby nie narażać się na kontakt z okropnie zjadliwą Thelmą.
– Jakiej nadzwyczajnej sytuacji?
– Na przykład w razie pożaru.
– W IceCubie? – prychnął Young. – To zwykłe detektory wzmacniające sygnał świetlny. Pod kilometrami lodu. Jestem biologiem, nie wiem, czy może się coś z nimi stać, ale myślę, że nie ma co się martwić o pożar.
Jayleen poczerwieniała tak mocno, że Stellanowi zrobiło się jej żal.
– Cóż, kiedy system powiadomi o wychwyceniu kilku neutrin naraz, wtedy owszem, można obudzić doktor Barrett. – Young uśmiechnął się lekko. – Żeby to uczcić. W innym wypadku nic się nie stanie, jeśli poczekasz do rana. – I skinął jej na pożegnanie: – Dobrej nocy.
– Panu również, doktorze Young.
Gdy kroki Stellana ucichły, Jayleen włączyła tablet, uruchomiła YouTube’a i uniosła brwi; wideo Zoe Climbs Olympus Mons, part 4[4] znalazło się na pierwszej pozycji w zakładce „Popularne”. I to w ciągu godziny! Był to ostatni, czwarty odcinek z serii vlogów o wspinaczce youtuberki ZoeOfMars na marsjański Olimp[5]. W pierwszym odcinku Zoe opowiadała o Mortenie Rongstadzie i Tordzie Enbergu, założycielach firmy Martian Adventures, a także o szlaku z Newbourne do bazowego obozu u podnóża wulkanu. Cały drugi odcinek Tord i Morten prowadzili ją do skarpy na północnym wschodzie Olimpu. W trzecim odcinku Zoe opuściła obóz i zaczęła wspinaczkę. To wideo zakończyło się przybyciem do na wpół zakopanych w gruncie domów modułowych, tuż przed szczytem, gdzie Zoe i jej towarzysze spędzili ostatnią noc. Czwarty i finalny vlog miał pokazać wejście na kalderę[6].
Jayleen nacisnęła przycisk „Play” i przykleiła się do tabletu.
Zoe, Tord, Morten i kamerzystka Zoe wyszli z obozu o świcie. Ścieżkę, po której się poruszali, co kilkaset metrów przecinały szczeliny. Nad najwęższymi Norwegowie przerzucili niewielkie kładki, szersze obchodzili. Zbocze powoli stawało się coraz bardziej strome, a Zoe coraz częściej pomagała sobie rękami. W jednym miejscu musiała nawet wspinać się na kolanach.
„Marznę” – komentowała ochryple. „Cholernie tu zimno. Mam w skafandrze folię odbijającą ciepło i na wysokości Newbourne to w zupełności wystarcza. Podczas porannych biegów w ogóle nie włączam ogrzewania. W tej chwili system ogrzewania działa na pełnych obrotach, ale ja…”. – Uniosła dłoń do kamery w hełmie, zginając i prostując palce. „Ręce mi drętwieją”.
„Jak w zimie na Ziemi” – wtrącił Morten. Zoe odwróciła głowę i na ekranie przed Jayleen ukazał się wysoki mężczyzna w pneumatycznym skafandrze. Ciśnienie wewnątrz takich kombinezonów jest niższe niż atmosferyczne na Ziemi[7], więc Rongstad brzmiał jak postać z kreskówki. Jayleen nie mogła się do tego przyzwyczaić.
Zoe się roześmiała.
„Nie jestem taka stara, Mortenie”. – W elastycznym skafandrze powietrze docierało tylko do hełmu, ciśnienie było wystarczające, dlatego jej głos nie był zniekształcony. „Nie załapałam się na mroźne zimy na Ziemi”. – Przewodnik rozłożył ręce. „Za to byłam niemal w całkowitej próżni na szczycie najwyższej góry planety”.
W końcu grupa znalazła się nad urwiskiem. Kaldera przypominała gigantyczny krater uderzeniowy na pochyłej równinie, w którego środku znajdowało się kilka mniejszych, okrągłych formacji – kaldery w kalderze.
„Atmosferę ledwie można dojrzeć” – Zoe wskazała na przeciwległą krawędź przepaści. „Tamta pomarańczowa, niemal niewidoczna smuga, to ona. Nie ma tu typowego dla Newbourne zamglenia, a niebo nad nami jest prawie czarne”. – Potok słów się urwał; Zoe, wyginając plecy, odrzuciła głowę w tył; obok Norwegów w niezgrabnych pneumatycznych kombinezonach wydawała się bardzo drobna i krucha. „To niesamowite, jak wszystko tu różni się od równiny. Zimne słońce, czarne niebo i… nie wiem, czy widzicie… pomimo wysokości wciąż są tu chmury. Szare i bezcielesne, jak duchy”.
Operatorka skierowała kamerę na Zoe, a Jayleen poprzez atramentowe cienie na szybce hełmu zobaczyła jej lekko rozchylone usta, uchwyciła też błysk szaroniebieskich oczu. Zoe skierowała wzrok poza obiektyw i mówiła, jakby wstrzymywała oddech, by nie wybuchnąć płaczem. Jej spojrzenie emanowało niezwykłą mocą, a pod jego naciskiem w głowie Jayleen pojawiła się niespodziewana myśl: czy mogłaby być jak Zoe? Nie youtuberką, nie. Jayleen rozumiała, że nie jest wystarczająco dowcipna, że brak jej tej zdrowej autoironii i nawet w połowie nie jest tak charyzmatyczna jak Zoe. Ale czy mogłaby polecieć na Marsa i robić tam dokładnie to, co lubi? Przez dziesięciolecia po pierwszym lądowaniu w 2057 roku marsjańska Kolonia była maleńką, półautonomiczną osadą, czymś w rodzaju stacji Deep Space Habitat, tyle że na innej planecie. Ciągnęło tam chyba tylko fanatyków i dziwaków, którzy byli gotowi umrzeć w sposób spektakularny. Wszystko zmieniło się w 2112 roku, wraz z narodzinami pierwszego dziecka na Marsie. Od tego czasu koloniści nie mieli wyboru i Kolonie z każdym dniem zyskiwały na autonomii. Teraz na Marsa wyruszali nie tylko wybrańcy, jak superprofesjonaliści czy bogacze, których stać na życie na innej planecie, ale także zwykli ludzie. Dlatego Jayleen podziwiała dziewczynę w stylowym, elastycznym skafandrze, która przed dwudziestką poleciała na Marsa, szybko zadomowiła się na planecie i zaczęła zarabiać na życie tym, co…
Di-i-do-on.
Dźwięk zamarł jej w uszach. Jayleen oderwała się od tabletu i spojrzała na monitor. Większą część ekranu zajmował trójwymiarowy model IceCube’a: siatka topograficzna u góry wyznaczała powierzchnię lodu nad detektorem, a z niej zbiegały w dół białe linie – „nitki” z fotosensorami. Ale to nie wszystko. Po sygnale na kilku „nitkach” w centrum zawisły gęste grona kolorowych sfer. Kolor sfer na diagramie zmieniał się z czerwonego poprzez pomarańczowy i żółty aż do zielonego.
W prawym górnym rogu wyświetliły się informacje:

DATE 19 Sep 2141
TIME 22:36:58.939251776 NZST
EVENT_NR 01
PROJECTED_EVENT_TYPE COSMIC NEUTRINO
T_INTERVAL 0…4000 ns[8]
Jayleen aż odrzuciło w tył na fotelu – coś przeszło przez IceCube’a! Program kodował czas kolorem, a wielkość sfer wskazywała intensywność sygnału. Jayleen musnęła palcem po panelu interaktywnym, przesuwając pasek przewijania w dół. Otworzyła się tabela z danymi z fotosensorów. Pierwsze zderzenie! Doktor Thelma Barrett przybyła na stację dwa tygodnie wcześniej i w tym czasie IceCube został kilkakrotnie uruchomiony w trybie testowym, ale nie zarejestrowano żadnego zderzenia. A gdy tylko ona, Jayleen, usiadła za…
Di-i-do-on.
Skupiła się na monitorze, ale patrzyła z ukosa i nieufnie, jakby bała się unicestwić spojrzeniem to, co widziała. Pięćdziesiąt włókien po prawej stronie i poniżej rozproszenia plamek przedstawiających pierwsze zderzenia neutrinowe wyrastały nowe skupiska wielobarwnych sfer. Tymczasem napis w rogu ekranu się zmienił:

DATE 19 Sep 2141
TIME 22:37:12.738475935
NZST EVENT_NR 02
PROJECTED_EVENT_TYPE COSMIC NEUTRINO
T_INTERVAL 0…3500 ns
Nad głową szumiał klimatyzator. Jayleen zamarła na kwadrans, a potem, wciąż nie odważając się odwrócić wzroku od monitora, uśmiechnęła się. Dwa zdarzenia neutrin z różnicą czasu mniejszą niż minuta. A gdzie tam! Minęło zaledwie kilka sekund. IceCube miał rejestrować średnio jedno zderzenie co dwa dni, ale skoro detektor w ostatnich tygodniach milczał, nic dziwnego, że dziś wyłapał dwa neutrina jednocześnie z różnicą paru sekund…
Di-i-do-on!
Diiii!!
Na monitorze pojawiły się trzy nowe wielobarwne skupiska.

DATE 19 Sep 2141
TIME 22:37:34.058372858
NZST EVENT_NR 05
PROJECTED_EVENT_TYPE COSMIC NEUTRINO
T_INTERVAL 0…3000 ns
Jayleen zmarszczyła brwi. Przez chwilę czuła coś w rodzaju euforii, jednak po chwili, uświadomiwszy sobie, że będzie musiała obudzić doktor Barrett, spochmurniała. I jeszcze… Było coś jeszcze. Powinna się ucieszyć, lecz zamiast tego nie mogła pozbyć się złego przeczucia. Pięć zderzeń w ciągu minuty… Nie żeby było to zupełnie nierealne, ale wcześniej takie coś zajęłoby od kilku miesięcy do pół roku.
Ledwie zdążyła o tym pomyśleć, rozpętało się piekło.
Di-i-do-on-din-dong-din-dong-din-dong-dong-dong-dong-dong-dong-di-di-di-di-dididiiiiii…
Jayleen skoncentrowała się jak kierowca rozpędzający samochód do maksymalnej prędkości. Sygnały nakładały się na siebie. Ich kombinacja najpierw przypominała ulewę uderzającą w parasol, potem zamieniła się w trzask, który ostatecznie przekształcił się w irytujący szum. Na modelu detektora pojawiły się tysiące kolorowych sfer, a cyfry przy parametrze EVENT_NR migotały tak szybko, że wydawały się podskakiwać. Osiemdziesiąt… sto pięćdziesiąt… pięćset… tysiąc zderzeń neutrin. Licznik przyspieszał w oczach.
Rozejrzała się, a na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech. To jest żart. Ma dziś pierwszą zmianę i koledzy ze stacji postanowili z niej zadrwić. Odwróciła głowę, wpatrywała się w drzwi centrum danych i czekała, aż pojawi się w nich doktor Young, jeden z jego zastępców, a nawet sama doktor Barrett. Tylko że nikt się nie zjawiał, a buczenie wydobywające się z głośników nie cichło. Uśmiech zniknął z jej twarzy.
Odwróciła się ponownie do monitora. Jeśli to nie żart, to co? A jeśli sygnały są prawdziwe? Przypomniała sobie, jak wykładowczyni kwantowej teorii pola w Berkeley, mówiąc o neutrinach, podnosiła nad głową rękę z wyprostowanym palcem i stwierdzała, że co sekundę w opuszkę jej palca trafia sześćdziesiąt miliardów neutrin. Jayleen spojrzała na koniuszek własnego palca wskazującego. Sześćdziesiąt miliardów. Co sekundę. Miliony trylionów rocznie, z czego IceCube, największy i najbardziej zaawansowany detektor neutrin na świecie, rejestrował najwyżej kilkaset. Teraz program zgłaszał setki zderzeń na minutę. Jeśli to nie był kawał, czyjś głupi żart, to wówczas buczenie, od którego Jayleen cierpły zęby, oznaczałoby, że strumień neutrin z odległego kosmosu wzrósł o setki tysięcy… (potarła palcami czoło, matematyka nie należała do jej ulubionych przedmiotów)… o miliony razy. Może nawet więcej.
„Ach, do diabła”. – Jayleen odsunęła się od stołu. Lepiej dać się wyśmiać, niż przegapić coś ważnego.
Wyskoczyła z centrum danych, pobiegła korytarzem do schodów prowadzących na drugie piętro i się zawahała. Young czy Thelma Barrett? Doktor Barrett zajmowała jeden z „letnich” pokoi na końcu korytarza, podczas gdy Stellan Young mieszkał w przestronniejszym, „zimowym” apartamencie na drugim piętrze. Po chwili namysłu Jayleen pobiegła schodami na drugie piętro. W mgnieniu oka minęła salę rekreacyjną, dotarła do apartamentu Stellana i zapukała do drzwi.
– Doktorze Young?
Cisza.
Puk-puk-puk!
– Doktorze Young!
Jayleen podniosła rękę, żeby zapukać po raz trzeci, kiedy drzwi się otworzyły. Stellan miał na sobie sportowe szorty, bluzę bez rękawów i crocsy.
– O, Jayleen, dawno się nie widzieliśmy. – Przetarł powieki, od kącików oczu rozbiegły się zmarszczki. – Co się stało? Pali się?
Najprościej byłoby powiedzieć, jak jest: że IceCube wysyła tysiące sygnałów o zderzeniach. Jednak Jayleen bała się popełnić błąd i zamiast tego wyrzuciła z siebie jednym tchem:
– Musi pan coś zobaczyć.
– Dobrze. – Stellan przekroczył próg i machnął ręką: – Chodźmy.
Jayleen weszła do centrum danych pierwsza. Przecisnęła się między serwerowymi szafami, nachyliła się nad fotelem i spojrzała na prawy górny róg ekranu. Licznik wskazywał osiemnaście tysięcy zderzeń. Osiemnaście tysięcy! Ale pierwsze trzy cyfry liczby naprzeciwko EVENT_NR zmieniały się tak szybko, że trudno było je śledzić.
– Co to za dźwięk? – Brzęczenie wypełniło pomieszczenie i Stellan, szukając jego źródła, zaczął się rozglądać naokoło.
– Stąd. – Jayleen tknęła palcem monitor.
– Co to? – Naukowiec nachylił się nad ekranem.
Podczas pobytu i pracy na stacji nieraz miał przed oczami diagramy zderzeń, ale teraz był zdezorientowany. Obraz na monitorze stał się nierozpoznawalny: „nitki” detektora zniknęły pod plamą przypominającą ogromną wielobarwną glicynię. Ale glicynia mieniła się i pulsowała, wypuszczając coraz to nowe kiście czerwonych, pomarańczowych i zielonych „kwiatów”.
– Raporty o zderzeniach – powiedziała Jayleen. – Już dwadzieścia tysięcy.
– Czyli brzęczenie… to…
– Powiadomienie o neutrinach. Jest ich dużo i zlewają się, eee… w jeden dźwięk.
Stellan pociągnął suwak w dół. Co sekundę pod wykresem pojawiały się nowe tabele.
– No, gratuluję. – Spojrzał osądzająco na Jayleen. – Spaliłaś IceCube’a.
– Co?
– Żartuję. – Uśmiech rozjaśnił jego twarz. – To pomyłka. Fałszywy sygnał. Gdzieś doszło do zwarcia przewodów. Może woda dostała się pod izolację.
– No…
– W ciągu roku odnotujemy kilkaset zderzeń, jeśli się nam poszczęści. A ile już tu jest?
Jayleen zerknęła na liczbę po prawej stronie od EVENT_NR.
– Dwadzieścia dwa tysiące.
– Coś gdzieś szwankuje. I pokazuje nam neutrina z półkuli południowej.
– Atmosferyczne?
IceCube, mimo że znajduje się w najbardziej wysuniętym na południe punkcie planety, rejestruje neutrina przechodzące przez warstwę Ziemi z półkuli północnej. Rzecz w tym, że zderzaniu się promieni kosmicznych z atomami w atmosferze towarzyszy pojawienie się niezliczonych „neutrin atmosferycznych”. Ich energia jest znikoma i nie mają one żadnej wartości dla badaczy. Jednocześnie jest ich tak dużo, że nawet dwukilometrowa grubość lodu nie jest w stanie ich wszystkich odciąć. Spośród znanych cząstek elementarnych jedynie wysokoenergetyczne neutrina z kosmosu są w stanie przeniknąć planetę na wskroś i właśnie dlatego IceCube przetwarza sygnały dochodzące spod ziemi, a ignoruje wszystko, co spada z nieba. Czasami podczas sprawdzania i regulacji czujników detektor pracuje w trybie „odwrotnym” – testując na neutrinach tła z atmosfery – i właśnie o tym mówił Stellan Young: zdarzyła się usterka, która spowodowała, że IceCube zaczął wyświetlać na ekranie dane niskoenergetycznych neutrin atmosferycznych.
– Tak. – Young ruchem głowy wskazał na monitor. – To zwyczajny szum.
Jayleen założyła włosy za ucho. A zatem nie było powodów do zmartwień. Chociaż… dziwne. Była gotowa przysiąc, że pierwsze pięć neutrin pochodziło z dołu. Nie odważyła się jednak sprzeciwić. Young na pewno wie lepiej.
– Co teraz?
– Trzeba będzie wszystko wyłączyć. Zastanowimy się nad tym jutro rano.
Kiedy wypowiadał te słowa, na sąsiednim ekranie pojawił się sygnał.
– A to co? – Stellan się odwrócił.
Jayleen przesunęła fotel do sąsiedniego monitora.
– Wezwanie wideo od… Tsu… Tsujihary… – Pod awatarem w centrum ekranu pojawił się napis: „Tsujihara Moromao wzywa”.
– To Kamiokande. – Do tej pory zrelaksowana twarz Younga natychmiast się zmieniła. – Odpowiedz!
Ważący sto pięćdziesiąt ton wodny detektor Super-Kamiokande znajdował się na głębokości tysiąca metrów w szybie kopalni cynku Kamioka pod Tokio i był drugim co do wielkości teleskopem neutrin na świecie, zaraz po IceCube 2.0.
Jayleen nacisnęła „Przyjmij wezwanie”.
– Tak?
Na ekranie pojawiło się oblicze pozbawione zmarszczek, z równym przedziałkiem i starannie przystrzyżonymi wąsikami.
– Dobry wieczór. Nazywam się doktor Tsujihara, pracuję… – Mężczyzna, na pierwszy rzut oka czterdziestoletni, mówił powoli i z akcentem. Nagle zauważył Younga: – O, Stellan, cześć!
– Moromao. – Doktor Young zareagował lekkim kiwnięciem głowy. – Jak tam u was?
Japończyk zapewnił, że wszystko jest w porządku, patrzył jednak na Stellana takim wzrokiem, jakby chciał powiedzieć coś zupełnie innego.
– Co się stało?
– Pomyślisz, że wszyscy tutaj straciliśmy rozum. Ja osobiście uważam, że to problem ze sprzętem lub… – skierował wzrok w bok – …lub z zabezpieczeniem oprogramowania. Ale uruchomiliśmy wszystko ponownie dwa razy i chcę się upewnić, że nie rejestrujecie na IceCubie jakichś… – tutaj Tsujihara wstawił japońskie słowo podobne do „izoo”, ale szybko się poprawił: – anomalii.
Zanim zdążył dokończyć zdanie, Stellan zaklął cicho:
– Niech to szlag…
– Przepraszam? – Tsujihara przysunął się do ekranu.
Young przeniósł spojrzenie na Jayleen i wpatrywał się w nią tak, jakby to ona była winna temu, co się działo.
– U nich to samo.
– Stellanie? – dobiegło z ekranu.
– Jak, do cholery… – Young odwrócił się do monitora. – Moromao?
– Tak?
– Ile macie sygnałów o zderzeniach?
Tsujihara uśmiechnął się jak człowiek, który wie, że zaraz powie coś nieprzyjemnego.
– Zdziwisz się.
– Mów.
– Trzynaście tysięcy, Stellanie.
– U nas jest już niemal trzydzieści – wyszeptała Jayleen.
Doszedłszy do wniosku, że go nie usłyszeli, doktor Tsujihara powtórzył:
– Trzy-na-ście.
– Trzydzieści. – Stellan pokręcił głową, a potem dodał sam do siebie: – Na Kamiokande mają niższą czułość.
– Trzydzieści tysięcy? – Moromao zbladł, jakby właśnie dostał wyrok za zbrodnię, której nie popełnił. – Więc u was też?
Young ścisnął ramię Jayleen.
– Dzwoń do Francuzów na Antares – nakazał. – Ktoś z nich musi być w spisie kontaktów. Wywołaj kogokolwiek, kto jest w tej chwili online.
Obserwatorium neutrin Antares było położone na głębokości dwóch tysięcy metrów, w Morzu Śródziemnym u wybrzeży Francji.
– Wywołaj też Shermana Springfielda z Homestake.
Dawny przyjaciel Stellana, który przez pewien czas przebywał na stacji Amundsen-Scott, trzy lata temu zaczął zawiadywać detektorem neutrin na ultraczystej ciężkiej wodzie[9] w szachcie zamkniętej kopalni złota Homestake w Południowej Dakocie. Stellan nie był pewien, czy oni pracują, ale mimo to postanowił zadzwonić.
– Dobrze – zmarszczyła brwi Jayleen. – Ale w Homestake jest teraz noc.
Tak naprawdę był już ranek, ale Stellanowi nie robiło to różnicy.
– Wszystko jedno! – burknął. – Ktoś musi mieć dyżur. – Po chwili zastanowienia dodał jednak: – Albo nie. Lepiej sam zadzwonię. Wstań! Rusz się!
Pociągnął Jayleen za koszulkę, nakazując jej zwolnić miejsce.
– A ja…
– Idź, obudź Thelmę. – Zauważywszy, że kobieta stoi zdezorientowana, Stellan podniósł głos: – Natychmiast! – Po czym rozwinął panel z kontaktami i zaczął nawiązywać połączenie.
Stojąc już w drzwiach, Jayleen zerknęła na monitor – czterdzieści pięć tysięcy zderzeń. Ruszyła korytarzem do pokoju Thelmy Barrett.
Doktor otworzyła drzwi dopiero wtedy, kiedy Jayleen zaczęła walić w nie tak mocno, że aż zadrżał węgar.
– Co? – Twarz siedemdziesięciojednoletniej Thelmy była blada, a spojrzenie czujne, jakby nieustannie spodziewała się jakiegoś podstępu. – Czego chcesz?
Detektor powiadamia o dziesiątkach tysięcy zderzeń – to niezwykle proste na pierwszy rzut oka zdanie uwięzło jej w gardle i Jayleen, unikając patrzenia Thelmie w oczy, powiedziała:
– Wzywa panią doktor Young.
– Wiesz, która godzina?
Jayleen zerknęła na smartlet na lewym nadgarstku.
– Za kwadrans jedenasta.
– Nie pytałam, która godzina, idiotko, pytałam, czy zdajesz sobie sprawę, że o takiej porze… – Thelma machnęła ręką. – Czego on ode mnie chce?
„Detektor powiadamia o dziesiątkach tysięcy…”
– Powinna pani pójść do centrum danych. U nas… Tam coś się wydarzyło. Sytuacja nadzwyczajna.
Thelma rozejrzała się po korytarzu za plecami dziewczyny i zatrzasnęła drzwi. Jayleen została sama. Pół minuty później drzwi ponownie się otworzyły.
– Jeszcze tu jesteś? – Thelma włożyła szlafrok i się przepasała.
Jayleen cofnęła się, ustępując jej z drogi. Potem, gdy szła za nią, przyglądała się szyi usianej starczymi przebarwieniami i zastanawiała się nie tyle nad tym, co skłoniło Thelmę do udania się na stację antarktyczną zamiast spokojnego przeżywania starości w jakimś przytulnym miejscu, ile nad tym, kto ją tu w ogóle wpuścił. Rozczochrana i pomarszczona od przerwanego snu, doktor Barrett wyglądała jak osoba, która nie dożyje nie tylko końca polarnego lata, ale wręcz początku następnego tygodnia.
Jednak pozory myliły. Thelma pchnęła drzwi centrum danych tak mocno, że uderzyły o ścianę, i od progu zaskrzeczała przenikliwie:
– Co się dzieje?
Stellan wreszcie wypowiedział zdanie, którego nie zdołała wydusić z siebie Jayleen:
– IceCube powiadamia o dziesiątkach tysięcy zderzeń. – Zerknął z ukosa na ekran i się poprawił: – Już ponad sto.
– Ponad sto? – Thelma zamrugała zaspana.
– Ponad sto tysięcy – potwierdził.
– Jest pan pijany? – Thelma przewróciła oczami. – Musiał się zaciąć. Nie otrzymalibyśmy takich rezultatów, nawet gdyby obok Układu Słonecznego wybuchła supernowa.
Stellan pokazał na monitor z twarzą Moromao.
– To doktor Tsujihara z Kamiokande. – Przeniósł palec na sąsiedni ekran, z którego patrzyła na nich dziewczyna pięć lat starsza od Jayleen. – A to Katia Trottier z Antaresu. – Palec przesunął się na włączony, lecz ciemny monitor z podpisem na dole ekranu: „Sherman Springfield. Kamera została wyłączona”. – A tu na linii doktor Springfield z Homestake. U nich to samo. Wszędzie.
– Miło mi panią widzieć, doktor Barrett – uśmiechnęła się Trottier.
– Znacie się? – Stellan uniósł brwi ze zdziwienia.
– To moja była studentka. – Jayleen przez chwilę wydawało się, że doktor Barrett wreszcie powie coś miłego, wtrąci jakieś banalne zdanie, jakie zazwyczaj wypowiada się przy tego typu okazjach, ale nie. Stara zmrużyła oczy, jakby studiowała twarz Katii pod lupą, a potem wycedziła: – Trudno uwierzyć, że spotkałyśmy się tutaj, a nie za kasą w McDonaldzie.
Niespodziewanie monotonne buczenie urwało się, komputer wydał z siebie krótki sygnał dźwiękowy i na ekranie pojawił się komunikat:

ERROR 1608. Unable to process data[10]

– Co tu jest napisane? – Thelma ściągnęła brwi aż do nasady nosa.
Jayleen zbliżyła wskaźnik do kodu błędu i zlustrowała komunikat, który się nad nim pojawił.
– Kod szesnaście-zero-osiem… błąd systemu… część danych nie zostanie zachowana.
– Mamy pięćset terabajtów do przechowywania danych – parsknęła Thelma. – Nie gadaj głupot.
Jayleen kliknęła w „Read more”.
– Tutaj jest napisane: losowa zbieżność w czasie… lub zbyt wiele sygnałów… ślady świetlne z dwóch lub więcej zderzeń neutrin nakładają się na siebie… program pomimo zmniejszenia parametru T_INTERVAL nie rozróżnia osobnych zderzeń neutrinowych i w związku z tym ostrzega przed niemożnością zapisania informacji o nich.
Coś błysnęło w oczach Thelmy. Jeszcze nie troska, o nie, raczej zainteresowanie zabarwione skonfundowaniem. Awaria to jedno, ale kiedy komputer informuje cię, że nie może przetwarzać danych, to już zupełnie inna sprawa. Dane musiały skądś pochodzić. Chwyciwszy się brzegu stołu, zastygła nad monitorem. Różnokolorowa „glicynia” się rozrastała; jeszcze trochę, a kwietne grona zaczną wypełzać poza krawędzie ekranu. Po krótkiej chwili doktor Barrett mruknęła:
– Chyba sobie kpicie…
– Co to może być? – Stellan podczas ich nieobecności przygotował kawę i teraz postukiwał paznokciem w uszko kubka. – Supernowa?
Na kilka godzin przed grawitacyjnym kolapsem we wnętrzu supermasywnej gwiazdy rozpoczynają się dramatyczne procesy, które ściskają jądro, w wyniku czego protony zamieniają się w neutrony. Towarzyszy temu pow­stawanie niezliczonych neutrin. Fotony potrzebują czasu, aby przedostać się przez górne warstwy gwiazdy, neutrina jednak swobodnie opuszczają jądro, dostarczając tym samym pierwszych sygnałów, że gwiazda wkrótce eksploduje – stanie się supernową.
Odpowiedział Tsujihara:
– Cóż, jeśli założymy, że obok Układu Słonecznego przelatuje niebieski nadolbrzym o masie dwudziestokrotnie większej od masy Słońca, którego udało nam się przeoczyć, to tak, ten rozbłysk sygnalizuje, że za kilka godzin zamieni się w supernową, ale…
– Brednie – przerwała mu Thelma ze słabo skrywaną pogardą. – W promieniu setek lat świetlnych nie ma ani jednego olbrzyma zdolnego eksplodować.
– Przynajmniej wczoraj wieczorem jeszcze nie było – zgodziła się Katia.
– Zatem, co to, do diabła, jest? – Stellan rozłożył ręce, jakby chciał złapać monitor i oderwać go od ściany. – Czyli to możliwe?
Thelma pokręciła głową.
– Teoretycznie to może być jakaś niezrozumiała aktywność w jądrze galaktyki…
– Nielegalny reaktor jądrowy – odezwał się Springfield.
– Domowej roboty bomba atomowa – znowu Tsujihara.
– Bzdury. To wszystko bzdury. – Thelma znów pokręciła głową. – Gdyby to była bomba, nie rozmawialibyśmy o niej teraz.
– A więc co? – powtórzył pytanie Stellan.
– No… – Thelma wbiła wzrok w stół. – Coś, z czym jeszcze się nie zetknęliśmy.
„To nie jest odpowiedź” – pomyślała Jayleen.
Przez kwadrans wszyscy milczeli, a potem Thelma wskazała palcem na Jayleen i powiedziała:
– Włącz wiadomości.
– Jakie?
– Jakikolwiek kanał z wiadomościami.
Jayleen usiadła na wolnym krześle i uruchomiła stację roboczą, po czym wprowadziła w okno wyszukiwania tekst: „24h news channel” i weszła w pierwszy odnośnik z listy rezultatów poszukiwania.
– Tylko nie Fox – wysyczała Thelma. – Cokolwiek dla ludzi posiadających mózgi.
Jayleen kliknęła „Wróć” i wprowadziła kolejne hasło: „Wiadomości ze świata BBC”. Na ekranie barczysty, rozpikselowany przystojniak z gładko ogoloną głową i kwadratowym podbródkiem mówił, niepewnie lub niechętnie, o zniszczeniu całej partii nielegalnego telomidu z Marsa. Reporterce nie udało się wydusić z niego więcej niż dwa, trzy proste zdania. Jayleen, Stellan i doktor Barrett zamarli na chwilę, czekając na pojawienie się komunikatu „Wiadomości nadzwyczajne”, ale wywiad wciąż trwał i nic nie zapowiadało, by miał się ku końcowi.
– Co tam? – nie wytrzymała Katia Trottier.
Jayleen wzruszyła ramionami. Nic.
– Szukać czegoś innego? – skierowała pytanie do doktor Barrett.
– Nie. Wyznacz kierunek, z którego nadlatują neutrina – powiedziała. Gdy Stellan na nią spojrzał, sprecyzowała: – Trzeba połączyć się z Arecibo, Kanarami i Atakamą[11]… z innymi wielkimi teleskopami. Wyjaśnimy sytuację, poprosimy o odwołanie zaplanowanych obserwacji i nadamy im nowy kierunek. Niech patrzą. Nie rozumiem, co to może być, ale jeśli od tego nie spłoniemy, to za kilka godzin otrzymamy najfantastyczniejsze zdjęcia nieba w całej historii obserwacji astronomicznych.
Kiedy Jayleen, przesuwając palcami po stole, podłączała monitor do stacji z „glicynią”, z ciemnego ekranu powyżej dobiegł głos doktora Springfielda.
– Czy ktoś już się zastanowił nad tym, jakie to może być niebezpieczne? No… wszystkie te neutrina przechodzą też przez nas.
– Nie wiem – westchnęła Thelma. – Zgaduję, że na razie to nic strasznego, ale jeśli przepływ będzie trwał wystarczająco długo… – nie dokończyła. Bez względu na to, jak „nieśmiałe” są neutrina, przy takiej gęstości strumienia finalnie spalą wszystkie żywe istoty na swej drodze.
Dwoma dotknięciami Jayleen aktywowała klawiaturę i skupiła się na pracy. Kierunek. Źródło. Nie wspominając o niebezpieczeństwie. Cztery dni temu przy tym samym monitorze Thelma Barrett uczyła ją, jak określić kierunek przybycia cząstki: dane z fotosensorów należy przenieść do podprogramu. Ten, uwzględniwszy położenie Ziemi, ustali położenie punktu na sferze niebieskiej, z której przybyło neutrino, i połączy ten punkt z najbliższym obiektem kosmicznym. Jayleen rozwinęła tabelę danych jednego z pierwszych zderzeń, wydzieliła parametry i zamarła. Jej palce zastygły nad rozświetlonymi wirtualnymi klawiszami.
To nonsens. Po co ona to robi?
W jej głowie pojawiły się słowa Stellana.
(Coś gdzieś szwankuje. I pokazuje nam neutrina z półkuli południowej)
Jayleen zaczęła pocierać palcami brodę. Poczucie, że wykonuje niepotrzebną pracę, było irracjonalne i nieuzasadnione, ale nie mogła się go wyzbyć.
Dlaczego? Dlaczego wyznaczenie kierunku nie ma sensu?
(pokazuje nam neutrina z półkuli południowej)
Jayleen wyobraziła sobie kulę ziemską, wyobraziła sobie stację polarną w jej najbardziej wysuniętym na południe punkcie, wyobraziła sobie tryliony neutrin, jakie przecinają planetę z północy na południe, a potem…
(to zwyczajny szum)
(z półkuli południowej)
…dotarło do niej. Jej kręgosłup przeszył prąd elektryczny.
– Doktor Barrett!
– Wyznaczyłaś?
– Nie. Ja… pomyślałam… Kamiokande… Antares… przecież to półkula północna. Tak?
– Tak.
– Jeśli się nie mylę… – Jayleen się zacięła, a Thelma machnęła ręką, jakby chciała ją popędzić. – Ich sensory, podobnie jak nasze, są ustawione na wychwytywanie neutrin przenikających skorupę ziemską.
– Tak, i co w związku z tym?
– Jak zatem mogą rejestrować sygnał równocześnie z nami, czyli sygnał spod ziemi, skoro znajdują się na półkuli północnej?
Jayleen plątała się w słowach, ale miała nadzieje, że Thelma ją zrozumie. Do diabła, stara powinna domyślić się tego pierwsza!
– Jayleen, martwisz się nie tym, co trzeba – burknął Stellan z niezadowoleniem.
– Nie, nie, czekaj. – Thelma zamrugała oczami jak ktoś, kto robi sobie zdjęcie do paszportu i wie, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. – Ona ma rację.
Stellan ściągnął brwi. Jayleen zaczęła odważniej wykładać swoje przypuszczenia.
– Znajdujemy się w najniższym punkcie półkuli południowej, o tutaj. – Gestem zarysowała Ziemię i wskazała lokalizację stacji Amundsen-Scott. – To znaczy, że gdy otrzymujemy sygnał spod ziemi, to dla detektora na półkuli północnej – palec przesunął się w górę po niewidzialnej kuli – ten sam sygnał musiałby pochodzić z nieba i dlatego gubiłby się na tle neutrin atmosferycznych.
Stellan i Thelma wymienili spojrzenia. Barrett stała bliżej i Jayleen wyczuła jej napięcie. Stellan potrzebował kilku dodatkowych sekund, zanim pojął to, czego Thelma i Jayleen już były świadome: że jeśli obserwatoria neutrin zlokalizowane na różnych półkulach jednocześnie rejestrują potężne strumienie neutrin spod ziemi…
– Niech to szlag! – Mężczyzna zakrztusił się wypitą przed chwilą kawą. – Jądro ziemi?
– Im dalej, tym gorzej – stwierdził Springfield fatalistycznie.
– Coś w jądrze? – wymamrotał Tsujihara z ekranu.
Thelma spojrzała pod własne nogi z taką miną, jakby oczekiwała, że ziemia pod jej stopami zaraz się rozstąpi.
– Tak. Może. Nie wiem.
– Co dokładnie? – Znowu Stellan.
– Nie wiem – powtórzyła. – Całe życie patrzyłam w niebo. Nie wiem, co takiego może wydarzyć się w jądrze ziemi, żeby wyleciało z niego tyle neutrin!
– Trzeba skontaktować się z fachowcami – zaproponował Springfield. – Z… z geologami? To chyba leży w kompetencjach geologów, czyż nie?
Thelma pokręciła głową.
– Wątpię, żeby geolodzy wiedzieli więcej od nas o wysokoenergetycznych neutrinach.
– Czekajcie. – Jayleen uniosła palec w górę. Zdecydowała się jednak przesłać dane do podprogramu wyznaczającego kierunek, rozpoczęła obliczenia i teraz wpatrywała się w okno dialogowe w rogu ekranu.
– Co? – zapytali wszyscy zgodnym chórem.
– To nie jądro.
– Jak to? – Thelma nachyliła się nad nią.
– Obliczyłam wektor dla pierwszego zderzenia. Trajektoria przylotu przebiega pod kątem czterdziestu ośmiu stopni względem osi planety.
W centrum danych zapadła minutowa cisza, wszyscy przetrawiali to, co przed chwilą usłyszeli. Cztery detektory z różnych punktów planety zarejestrowały wybuchy wysokoenergetycznych neutrin. Na pierwszy rzut oka jest to możliwe tylko wtedy, gdy neutrina pochodzą z jądra Ziemi. Ponieważ IceCube stoi na biegunie, czyli na osi planety, kąt przybycia w tym przypadku powinien być równy zeru lub być jak najbliżej zera. Jednak kąt okazał się znacznie większy, więc neutrina nie wylatywały z jądra, to zaś oznaczało, że… Szkliste oczy, zdezorientowane spojrzenia, zaciśnięte usta. Nikt tak naprawdę nie miał pojęcia, co to oznacza.
– Cztery równoczesne eksplozje w różnych punktach sfery niebieskiej? – wymamrotała Katia.
– Nierealne – ucięła doktor Barrett.
– Teoretycznie źródło może być jedno – zaczął Moromao bez szczególnej pewności w głosie. – Ale umieszczone tak, żeby wysyłać do nas sygnał spod ziemi. Oczywiście trudno to sobie wyobrazić, ale…
– Ale można to sprawdzić – zaproponowała Katia od razu.
Odwróciła się i zwróciła po francusku do kogoś poza zasięgiem kamery. Po chwili kobieta w średnim wieku i odziana w fartuch laboratoryjny przyniosła Katii globus i wiązkę drutów. Katia przez chwilę przebijała globus drutami pod różnymi kątami, aż w końcu stwierdziła:
– Brak opcji. W przypadku trzech detektorów można jeszcze znaleźć kilka punktów, z których sygnały nadchodziłyby spod ziemi, ale jak by go nie obrócić – Katia szturchnęła globusem kamerę – kiedy mamy cztery detektory, dla jednego z nich neutrino przyleci z nieba.
Zatem sygnał nie pochodzi z jądra ziemi… i nie z kosmosu.
– Źródło jest pod ziemią, ale nie w jądrze? – przypuścił Stellan.
– Kompletna fantastyka – prychnęła Thelma.
– Nie większa niż dwieście tysięcy zarejestrowanych zderzeń – odparował Stellan.
– Gdyby wylatywały z jądra, to nie byłoby fantastycznie – burknął Springfield.
– Nie, nie – pokręciła głową Thelma. – To musi być coś innego.
Sherman Springfield niespodziewanie wstał.
– To zwalnia!
– Nie – zaprzeczył Stellan.
– Słabnie – upierał się Springfield. – U mnie słabnie.
– U mnie też – dorzucił Tsujihara.
Zdania sypały się jedno po drugim. Thelma ścisnęła skronie dłońmi, a potem nachyliła się do ekranów:
– Doktorze Tsujiharo, doktorze Springfieldzie, Katiu – przemówiła takim tonem, że sprzeczki wnet ucichły. – Wcześniej mieliśmy do czynienia z pojedynczymi aktywnościami i ustalając kierunek, rozmawialiśmy o ciele niebieskim, które może być źródłem neutrin: jakiś kwazar, supernowa lub odległa galaktyka. Teraz mamy strumień i jeśli jego źródło znajduje się w przestrzeni kosmicznej, kierunek zarejestrowany przez fotosensory powinien się zmieniać, ponieważ Ziemia się obraca. Oznacza to, że w dwóch dowolnych zdarzeniach wektory będą się różnić. Ale jeśli źródło lub źródła znajdują się we wnętrzu Ziemi, wówczas obracają się wraz z nami, a ustalony wektor nie ulegnie zmianie, niezależnie od tego, jak długo będziemy obserwować przepływ. – Spojrzała na wszystkie twarze z ekranów.
– Rozumiecie?
– Tak, pani doktor. – Moromao pokiwał głową.
– Musimy wyznaczyć kierunki, z których neutrina napłynęły do detektorów w przypadku kilku zderzeń następujących w różnym czasie.
– Już nad tym pracuję – odpowiedziała Katia.
– Ja też. – Jayleen uruchomiła klawiaturę, jej palce poruszyły się nad blatem.
Na pewien czas zapadła cisza. Springfield miał jednak rację: strumień się wyciszał; szum uległ fragmentacji i ostatecznie rozpadł się na pojedyncze dźwięki. Jayleen zauważyła zmianę sygnału dźwiękowego dopiero po zakończeniu obliczeń i zagryzając wargę, wpatrywała się w ekran.
– I jak? – Thelma postukiwała palcami o oparcie krzesła. – Wektor jest stabilny? Porusza się?
Jayleen przełknęła ślinę. Jak to powiedział Springfield? Im dalej, tym gorzej.
– Nie te, nie te.
– Co? – Thelma zacisnęła palce na oparciu, aż strzeliły kości.
Stellan jęknął. Jayleen zaczęła wyjaśniać.
– Wybrałam dwa zdarzenia z różnicą trzech minut. Wektory są różne, ale… Prawdopodobnym źródłem pierwszego neutrino jest Aliot w gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy. Źródłem drugiego jest Alkor w Wielkiej Niedźwiedzicy. Odległość kątowa między nimi wynosi osiem setnych radiana[12]. Dokładnie cztery stopnie, dwadzieścia dziewięć minut i trzydzieści pięć sekund.
Wskazała na liczby w dole okna dialogowego: 4°29’35’’.
– Trzy minuty? – sprecyzowała Thelma Barrett.
– Tak.
Doktor zaklęła; błąd zaktualizowanego IceCube’a nie przekroczył trzech sekund kątowych. Ziemia obraca się z prędkością piętnastu stopni na godzinę, a w ciągu trzech minut przesunęła się o trzy czwarte stopnia, zatem różnica aż czterech i pół stopnia między zdarzeniami nie mogła być spowodowana ani ruchem planety, ani tym bardziej błędem detektora.
– Co to, do diaska, oznacza? – zapytał Stellan kompletnie zdezorientowany.
– Źródła nie ma tutaj, pochodzi z kosmosu i… – Thelma zacisnęła palce na krześle, jakby próbowała odłamać kawałek. – I to nie jest źródło. To są źródła. Co najmniej dwa w naszym sektorze, na półkuli północnej.
– Trzy. – Jayleen nie przestawała przeciągać danych do programu obliczeniowego, więc wyznaczyła kierunek dla jeszcze jednego neutrina. – Nie, zaczekajcie, nie trzy.
Stellan i Thelma ożywili się na chwilę, mając nadzieję, że Jayleen ogłosi swoją pomyłkę, oznajmi, że w rzeczywistości było tylko jedno źródło. Zamiast tego powiedziała:
– Już są cztery. – Pauza. Jej palce nadal fruwały nad klawiaturą. – Pięć. Tak naprawdę każdy z przetworzonych sygnałów pochodził z innego punktu gwiaździstego nieba.
– Odległości kątowe? – zapytała Thelma łamiącym się głosem.
– Wszystkie obiekty są blisko siebie, ale odległości między nimi są większe, niż można by to wytłumaczyć ruchem obrotowym Ziemi. Sekundę. – Jayleen wyświetliła listę na ekranie. – A więc Ferkad, czyli Gamma Małej Niedźwiedzicy. Niebieska gwiazda HD 147321 w Małej Niedźwiedzicy. Eta Draconis. Dalej… eee… Jedenasta Małej Niedźwiedzicy. Edasich, albo Jota Draconis. Galaktyka NGC 6217 w Małej Niedźwiedzicy… Thuban czyli Alfa Draconis… Aldhiba, także w gwiazdozbiorze Smoka… Dalej?
– Nie. – Doktor Barrett przycisnęła dłonie do ust. – Katiu, a co u ciebie?
Trottier spojrzała w kamerę:
– Lambda Pavonis.

Thelma w złości uderzyła dłońmi o uda.
– Przecież to jest po przeciwnej stronie rozgwieżdżonego nieba!
– Galaktyka NGC 6752 – kontynuowała Katia.
– Gdzie to jest?
– Też w gwiazdozbiorze Pawia, ale zbyt daleko od Lambdy, aby uzasadniać błąd pomiaru… Gwiazda HD 190984, to samo.
– Delta Wężownika – powiedział Sherman Springfield.
– Do diabła! – Thelma oddychała ciężko.
Jako ostatni odezwał się doktor Tsujihara z Super-Kamiokande.
– Galaktyka M104 Sombrero w gwiazdozbiorze Panny… Galaktyka NGC 4697 w gwiazdozbiorze Panny… Gwiazda HD 103774 w gwiazdozbiorze Kruka.
Wydawało się, że cały kosmos ogarnęły eksplozje.
Udręczone spojrzenie doktor Barrett błądziło między monitorami.
– Co się tu, do diabła, dzieje? – Drżący głos przeciął zastałe powietrze centrum danych. Thelma kręciła głową, jakby oczekiwała, że zaraz ktoś wręczy jej instrukcję „Co robić w sytuacji, kiedy niebo eksplodowało”. – Zarejestrowaliśmy strumień neutrin wypływający z kilkudziesięciu różnych punktów, który o pięć rzędów przewyższa standardowe oznaczenia? – Wzrok kobiety przeskoczył z Jayleen na Stellana. A potem powtórzyła: – Co się tu, do diabła, dzieje?!
Jayleen milczała. Sygnały informujące o nowych zderzeniach nadchodziły o wiele rzadziej, skojarzyło się jej to z kroplami ściekającymi z dachu po szalonej ulewie.
– Gwiazda Spica w gwiazdozbiorze Panny – przerwał ciszę głos Moromao.
Thelma obrzuciła monitor niewidzącym spojrzeniem.
– Jest najjaśniejsza w konstelacji Panny. Jeśli się nie mylę, powinna być akurat dokładnie nad nami. Łatwo ją zobaczyć.
– Na zewnątrz jest zbyt jasno – zaprzeczyła Jayleen. – Bez szans.
Thelma nie mogła wyrwać się z potoku własnych myśli, odezwała się dopiero po kilku sekundach.
– Dwieście tysięcy zderzeń… Nie mam pojęcia, co tam się stało – wskazała palcem na niebo – ale obawiam się, że kiedy światło tych aktywności dosięgnie Ziemi, zamiast przejmować się, czy je zobaczymy, będziemy musieli wymyślić, gdzie się przed nim schować, żeby nas nie spaliło. – Po chwili milczenia ruchem głowy wskazała na stół: – Czyj to tablet?
Jayleen odpowiedziała, że należy do niej, i wtedy Thelma, chwyciwszy urządzenie, nieprzyzwoicie szybko opuściła centrum danych.
– Dokąd ona poszła? – zapytał Stellan.
Jayleen wzruszyła ramionami. Kierownik stacji wstał i wyjrzał na korytarz.
– Wygląda na to, że wyszła na zewnątrz.
– Ma mój tablet – bąknęła Jayleen.
– Aha. – Stellan wyszedł za drzwi i poszedł za Thelmą.
Jayleen siedziała przez chwilę, wpatrując się w monitory, z których zerkali na nią Katia Trottier i Tsujihara Moromao, po czym również poderwała się i opuściła pomieszczenie.

 
Wesprzyj nas