Fascynująca opowieść o dotąd zapomnianej bohaterce. Clare Mulley przywraca zapomnianą bohaterkę do życia, a także zmienia sposób, w jaki postrzegamy historię kobiecego bohaterstwa czasów II wojny światowej.
Niesamowita historia Elżbiety Zawackiej, ps. Zo, żołnierki AK, która podczas II wojny światowej przemierzała potajemnie Europę jako łączniczka Polskiego Państwa Podziemnego, wielokrotnie cudem unikając schwytania przez Niemców.
Wypełniła ponad sto niebywale trudnych misji kurierskich, nielegalnie przekraczając granice, aby przenieść wiadomości i meldunki. Do legendy przeszedł jej najsłynniejszy rajd przez Niemcy, Austrię, Francję i Hiszpanię do Rządu RP w Londynie. To z tej misji powróciła, na własną prośbę skacząc na spadochronie do okupowanego kraju w 1943 r.
Jako jedyna kobieta dołączyła do polskich elitarnych sił specjalnych, cichociemnych. Po wojnie została zdemobilizowana jako jedna z najbardziej odznaczonych kobiet w historii Polski. Jednak powojenne komunistyczne czasy nie potraktowały jej łaskawie. Nie tylko została na dziesięć lat uwięziona za działalność antykomunistyczną, lecz także w zapomnienie poszły jej heroiczne dokonania z czasów II wojny światowej.
Teraz, dzięki nowym badaniom archiwalnym i rozmowom z ludźmi, którzy znali Zo i walczyli u jej boku, Clare Mulley przywraca tę zapomnianą bohaterkę do życia, zmieniając jednocześnie sposób, w jaki postrzegamy działania kobiet w II wojnie światowej.
Książka nominowana do nagrody Women’s Prize for Nonfiction 2025
✓ Dogłębnie zbadana historia, napisana z werwą… Przemyślana, a zarazem pełna akcji.
– „The Times”
✓ Mistrzowsko napisana biografia… inspirująca i potężna.
– jurorzy nagrody The Women’s Prize
✓ Napisana z pozbawioną sentymentów elokwencją, Agentka Zo oferuje unikalny i oryginalny wgląd w istotną, choć wcześniej niedocenianą rolę kobiet w obronie ich ojczyzny.
– „Financial Times”
✓ Umiejętnie splata osobistą historię Zawackiej z wydarzeniami rangi światowej… Fascynacja Mulley rolą kobiet w II wojnie światowej jest zarówno zaraźliwa, jak i hipnotyzująca.
– „Wall Street Journal”.
Agentka Zo. Historia Elżbiety Zawackiej, bohaterki drugiej wojny światowej
Przekład: Dorota Konowrocka-Sawa
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 24 września 2025
Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle.
polskie przysłowie
„Nikt nigdy nie wątpił w odwagę i zaradność polskiego żołnierza”1.
generał major Colin Gubbins, 1963
„Mężczyźni mówią nieustannie o własnym udziale. Jednak pomijanie służby kobiet milczeniem albo zagadywanie jej sentymentalnymi albo pochwalnymi komunałami (…) jest równoznaczne z fałszowaniem historii”2.
Elżbieta Zawacka, „Zo”, 1961
„Jestem tym, kogo się nazywa feministką (…). Po prostu należy walczyć o prawa kobiece”3.
Elżbieta Zawacka, „Zo”, 1989
Przedmowa
Elżbieta Zawacka, pseudonim „Zo”, siedziała na krawędzi okrągłego otworu wyciętego w podłodze czterosilnikowego brytyjskiego bombowca Halifax, machała nogami w powietrzu jak dziecko, które przysiadło na krześle dla dorosłych, i zastanawiała się, co przyniesie jej przyszłość.
Kilka tygodni wcześniej przebrnęła przez szkolenie spadochronowe na lotnisku pod Manchesterem; po kilku twardych lądowaniach obolałe kostki wciąż jeszcze miała zabandażowane na sztywno. Najtrudniejsze były skoki nocą; w ciemnościach trudno było ocenić odległość, a druty telefoniczne, a nawet drzewa dostrzegało się często w ostatniej chwili. Zo zaryzykowała przyprawiające o zawroty głowy spojrzenie w otchłań pod stopami smaganymi wiatrem. Ciemno choć oko wykol. Dochodziła druga w nocy i mimo że księżyc świecił jasno, przesłaniały go szybko przesuwające się chmury. Zo nie widziała nic pod sobą, ale czuła to – kilkaset metrów pustki. Trzymała się krzepiąco solidnego brzegu otworu i czuła pełznący po ramieniu chłód metalu.
Wiedziała, że nawet jeśli przeżyje skok, gestapo będzie ją tropić w miastach i miasteczkach okupowanej Polski. Jej młodszą siostrę, przemiłą i inteligentną Klarę, aresztowano ponad rok wcześniej i ślad po niej zaginął. Brata Egona i kuzyna Leonarda wywieziono do Auschwitz. Zo nie miała pojęcia, gdzie mogą przebywać jej rodzice, ale wiedziała, że jeśli dopadnie ich gestapo, zostaną najprawdopodobniej brutalnie przesłuchani, a następnie uwięzieni lub straceni. Ale skoro swój udział w tej wojnie rozpoczęła od kopania rowów przeciwczołgowych i produkcji butelek zapalających, którymi dawało się rzucać w nacierających sowietów, nie zamierzała z powodu nazistowskiego terroru poddać swojej ciężko wywalczonej misji.
Wiedziała, że gdzieś tam w dole czekają na jej powrót członkowie rozbudowanych struktur ruchu oporu. Jej najbliższa przyjaciółka, odważna Marianna Zawodzińska, prawdopodobnie również nie spała, ale powstrzymując kaszel, pochylała się nad zaszyfrowanymi wiadomościami w zimnym pokoju na poddaszu warszawskiej kamienicy. Niekiedy opiekowała się nią lekarka Zofia Franio, o ile nie zajmowała się akurat zespołami minerek, których działania były mocno widoczne w całym kraju. Najbardziej powrotu Zo wyczekiwała jednak Emilia Malessa, szefowa działu łączności zagranicznej Wydziału V Komendy Głównej Armii Krajowej. Początkowo onieśmielała ona Zo niewymuszoną elegancją i niezmordowaną produktywnością, ale po latach współpracy w konspiracji obie bardzo się do siebie zbliżyły. Teraz Zo wiozła do kraju nowe rozkazy premiera rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie i wodza naczelnego Polskich Sił Zbrojnych, które miały się odcisnąć na losach ich wszystkich.
*
Po wybuchu drugiej wojny światowej Polki jako pierwsze chwyciły za broń. W Wielkiej Brytanii kobiety zgłaszały się jako ochotniczki do działań na tyłach, pomocy przy pracach rolnych, kierowania pojazdami mechanicznymi oraz pracy w urzędach i fabrykach, co pozwalało mężczyznom podjąć służbę wojskową poza granicami kraju. Natomiast w Polsce tyły natychmiast stały się frontem. Tysiące kobiet ruszyły do obrony swojego kraju, domów i rodzin w reakcji na podwójną inwazję we wrześniu 1939 roku: nazistowskich Niemiec i Związku Radzieckiego. Wiele z tych kobiet, jak Zo, miało za sobą lata szkolenia wojskowego. Inne były zbuntowanymi nastolatkami, młodymi matkami, nauczycielkami, lekarkami i rolniczkami, a czasem nawet babkami, które nie potrafiły przyglądać się bezczynnie nowej okupacji ich ojczyzny.
Przysięgę towarzyszącą wstąpieniu w szeregi Armii Krajowej złożyło około 40 tysięcy kobiet, sama zaś AK stała się największym ruchem oporu w okupowanej Europie. Z początku kobiety służyły jako łączniczki i kurierki, sanitariuszki i organizatorki logistyki. Bez nich niemożliwe byłoby codzienne funkcjonowanie ruchu oporu w jego początkowym okresie. Wkrótce po rozpoczęciu wojny trudno było znaleźć jednostkę, w której nie służyłyby kobiety. Zbierały informacje, wydawały i rozprowadzały konspiracyjne okólniki, przemycały przez granicę broń, informacje i pieniądze, podkładały miny, przeprowadzały zamachy. Stanowiły około jednej dziesiątej wszystkich żołnierzy Armii Krajowej.
Powody wstąpienia do służby, szkolenie, broń czy fałszywe dokumenty, którymi się posługiwały, były w dużej mierze takie same jak w przypadku mężczyzn, a podejmowane przez kobiety ryzyko – równie śmiertelne. Jednak ich wojenne doświadczenia były nieco odmienne. Kobiety nie trafiały do wojska z obowiązkowego poboru, lecz głównie jako ochotniczki. Nie otrzymywały stopni wojskowych, nie miały statusu żołnierek, nie mogły oficjalnie wstępować do sił zbrojnych i szybko się orientowały, że ich służba „jest postrzegana jako prosta, zwykła, skromna, właściwie niezauważalna”, jak pisała Zo4. Szowinizm sił okupacyjnych sprawiał, że spaczone postrzeganie roli kobiet w okresie wojny stało się zaletą, którą one szybko nauczyły się wykorzystywać, jednak brak formalnego uznania ich statusu we własnych strukturach hamował ich działania. Zo, urodzona żołnierka, nie przyjęła tego do wiadomości. W służbie własnemu krajowi „należy walczyć”, dowodziła z pasją, „o prawa kobiece”5.
*
Bombowiec, w którym siedziała Zo, przechylił się na skrzydło, obniżył pułap i zmniejszył prędkość. Kilka godzin wcześniej pilot z dywizjonu specjalnego przeznaczenia wystartował z Bedfordshire i przeleciał nad Morzem Północnym, omijając niemiecką przestrzeń powietrzną. Nad Danią zostali krótko ostrzelani przez artylerię przeciwlotniczą. Z przodu i z tyłu samolotu mieściły się dodatkowe zbiorniki z paliwem, więc halifax był w gruncie rzeczy latającą bombą. Zo słyszała powtarzające się serie ostrzału przebijające się przez ryk silników i czuła, że niektóre pociski trafiają w stalowe skrzydła samolotu, ale uszkodzenia nie były poważne. Unikając ognia przeciwlotniczego, skręcili nad Szwecję, po czym zmienili kurs nad Bałtykiem, by uchwycić widok Wisły, wstążki odbitego światła prowadzącej ich w głąb lądu, do strefy zrzutu wytyczonej na łące jakieś trzydzieści kilometrów od Warszawy.
„Panie przodem” – oznajmili towarzyszący Zo skoczkowie, szarmanccy, a przy tym ciekawi swojej towarzyszki broniI. Zo nie sprzeciwiła się, spragniona powrotu do ojczyzny i zdecydowana zachować zimną krew. Nie uśmiechnęła się, choć czuła się z nimi głęboko związana. Z natury poważna, tylko skinęła głową. Jednak po czterech godzinach spędzonych w lodowatym kadłubie całkiem zesztywniała, do tego ciążyły jej kombinezon spadochronowy, całe wyposażenie i spadochron zamocowany na plecach, więc gdy przyszedł czas na skok, ktoś musiał podać jej rękę, by mogła dźwignąć się z tym wszystkim z podłogi. Chwytając się lin i kabli zamocowanych we wnętrzu kadłuba, powoli ruszyła naprzód, ostrożnie stawiając każdy krok przy obchodzeniu zasobników przeznaczonych dla konspiratorów na ziemi. Większe zasobniki, metalowe beczki szczelnie wypakowane bronią, amunicją, materiałami wybuchowymi, lekami i przenośnymi radiostacjami, miały zostać wyrzucone z komory bombowej.
Dwa pistolety, z których była bardzo zadowolona, nóż, manierka, kompas i puszeczka z dwiema tabletkami cyjanku – wszystko to miała przypięte w kieszeniach skafandra razem z saperką, za pomocą której planowała zakopać po wylądowaniu spadochron i sam skafander, którego pasek wypchała reichsmarkami i dolarami. Pod spód włożyła gruby płaszcz, nie nowy, lecz porządny i ciepły; nastał już wrzesień, a polskie noce były o tej porze roku chłodne. Pod płaszczem miała prostą granatową jedwabną sukienkę i zapinany wełniany sweterek. Do kieszeni płaszcza wcisnęła tanie pończochy. Nie chciała ich naciągać na zabandażowane kostki. Taki strój nie był niczym niezwykłym, lecz po raz pierwszy w historii członek polskich specjalnych oddziałów spadochronowych, tak zwanych cichociemnych, skakał ze spadochronem do okupowanej Europy w sukience, ponieważ tak się złożyło, że Zo była w tej elitarnej grupie jedyną kobietą.
Przez otwór w kadłubie Zo ujrzała nagle światła latarek ułożonych na ziemi w kształt strzałki dla oznaczenia strefy zrzutu i kierunku wiatru. Zadrżała. Chwilę później trzęsła się już z zimna, ze strachu i nadmiaru adrenaliny. Kolejny raz uderzyło ją, jakim szaleństwem jest rzucanie się w otchłań ze względnie bezpiecznego samolotu. A potem wciągnęła w płuca daleką woń polskich pól, opadłych liści pachnących wilgotną ziemią, wykopanych ziemniaków i suchych rżysk. Uśmiechnęła się. Czerwone światło obok otworu zmieniło się na zielone, dyspozytor krzyknął: „Skacz!”, a Zo odruchowo wyprostowała nogi i skoczyła w noc.
Przez sekundę spadała bez tchu, jak skazaniec: gwałtownie, prosto w dół, bez jednej myśli o lądowaniu. Nagłe przyspieszenie było szokiem. Całe jej ciało spięło się w reakcji obronnej, czyniąc ją mniejszą i nieistotną, jakby była spadającym z drzewa orzeszkiem, twardym i mocno upakowanym. Bombą wyrzuconą z komory, ciągniętą w dół własnym ciężarem i spadającą ku Polsce w spotęgowanym huku, w strumieniu powietrza uderzającym nie z przodu, lecz z dołu.
Kilka sekund później gwałtowne szarpnięcie przywróciło ją teraźniejszości. Lina desantowa, pępowina łącząca pokrywę spadochronowego plecaka z ładownią samolotu, rozwinęła się na pełną długość i wyszarpnęła spadochron. Zo poczuła ulgę, słysząc szelest rozpościerającego się jedwabiu i czując, jak jej szaleńczy lot ku ziemi zostaje nagle powstrzymany, jakby zaczepiła się na jakimś niebiańskim haku. Ryk silników bombowca był już tylko odległym pomrukiem, a Zo kołysała się łagodnie w uprzęży. Rozkoszowała się tą chwilą. Jakie to niezwykłe, opadać powoli w polską noc, a przy tym trwać w zawieszeniu. Tylko raz zwierzyła się później innemu żołnierzowi z ruchu oporu przed nadchodzącą potyczką z nieprzyjacielem, że choć trzy lata działała w konspiracji na terenach okupowanych, „ogarnął ją lęk”, gdy musiała skoczyć z halifaxa6. Zwykle wolała wspominać, że człowiek właściwie nie spadał, tylko leżał w powietrzu, i że „to jest cudowny lot”7.
Wiedząc, że od lądowania dzieli ją zapewne już tylko kilka sekund, zaczęła manewrować linkami spadochronu w taki sposób, by obrócić się twarzą do przodu, ale trochę pod kątem, jak ją uczono, aby podczas lądowania uderzyć bokiem i nie połamać nóg. Po czym ziemia z przerażającą prędkością wybiegła jej na spotkanie.
1. Urodzona do walki (marzec 1909 – wrzesień 1939)
„Jakaś kobieta, której nazwiska nie udało się ustalić, została dosłownie przecięta na pół” – donosił 9 czerwca 1939 roku „Warszawski Dziennik Narodowy”. „W wagonie restauracyjnym przebity został na wylot metalowymi okuciami jeden z pasażerów”8.
W samo południe ekspres parowy z Katowic do Warszawy pędził w kierunku Pruszkowa z prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Naoczni świadkowie katastrofy opisywali, że w chwili mijania zwrotnicy lokomotywa wyskoczyła z szyn i przejechała około stu metrów po ziemi, ściągając z torów resztę pociągu. W wagonach wybuchła panika, konduktorzy krzykiem nakazywali pasażerom trzymać się mocno kółek i ścian przedziałów. W pewnej chwili lokomotywa skoczyła nagle pionowo do góry, zerwała przewody wysokiego napięcia trakcji elektrycznej, zrobiła w tył zwrot, przodem wbiła się w tender i runęła na bok. Za nią z przerażającym hukiem spiętrzyły się wagony i rozległa się detonacja – to pękł kocioł. Wśród krzyków ludzi i trzasku miażdżonego pojazdu „gwałtownie zatrzymane wagony zbiły się, a słabsze uległy przytłaczającej sile i obróciły się w drzazgi”9.
Ciał kierownika pociągu i pomocnika maszynisty nie odnaleziono; znajdowały się prawdopodobnie pod szczątkami lokomotywy i wagonów. Na miejscu zginęło sześć osób: czterech mężczyzn, dziecko i mniej więcej czterdziestoletnia kobieta w stroju przypominającym wojskowy mundur, która podróżowała samotnie, bez bagażu i bez dokumentów pozwalających ustalić jej tożsamość. Kolejne trzy osoby zmarły później, wskutek odniesionych ran. Większość ofiar znajdowała się w drewnianych wagonach drugiej i trzeciej klasy, które zostały zniszczone, gdy uderzył w nie międzynarodowy wagon sypialny o mocniejszej konstrukcji.
Gdy ostatnich uwięzionych pasażerów uwolniono wreszcie, przecinając palnikami acetylenowymi wagon sypialny, warszawski dziennik obwieścił patriotycznie, że „mocna konstrukcja stalowa polskich wagonów zmniejszyła rozmiary katastrofy”10. W połączeniu z szybką reakcją ratowników były to chyba jedyne jasne punkty tej katastrofy. Wypadek wzbudził wielkie emocje nie tylko z powodu liczby ofiar śmiertelnych, lecz również dlatego, że latem 1939 roku Polska stała na progu wojny. Wkrótce rozległy się głosy, że przyczyną katastrofy była podłożona bomba lub inny akt dywersji niemieckich albo sowieckich agentów. Prasa informowała o wszczęciu krajowego dochodzenia w sprawie pasażerki, która zginęła na miejscu.
*
W dniu katastrofy Elżbieta Zawacka była na Śląsku, mniej więcej trzysta kilometrów od Pruszkowa. Niewysoka blondynka o niebieskich oczach, wyglądała młodo jak na swój wiek i miała ten szczególny rodzaj bezpretensjonalnej urody, który u mężczyzn opisuje się nieodmiennie określeniem „szczera twarz”, a u kobiet – „niewinna buzia”. Niemniej jako absolwentka Wydziału Matematyki niezamężna w wieku lat trzydziestu i z własnego wyboru żyjąca samodzielnie budziła zdziwienie.
Elżbieta była starszą instruktorką w paramilitarnej organizacji Przysposobienie Wojskowe Kobiet (PWK). Zamiast uczyć się pisać na maszynie, gotować albo szyć, zamiast przeglądać żurnale, chodzić na tańce i flirtować w słynnych warszawskich kabaretach, w wolnym czasie ganiała ochotniczki po grząskich łąkach. W dniu katastrofy kolejowej spędziła poranek w obozie szkoleniowym, który rozłożono w urokliwym zakolu dopływu Odry spływającej z Beskidu Śląskiego na tereny ówczesnej Czechosłowacji. Pewiaczki – jak nazywano członkinie PWK – postawiły już namioty i drewniane budynki mające im służyć za stołówkę i polowy szpitalik. Elżbieta przyjechała ocenić prace i nadzorować ćwiczenia wojskowe oraz zawody sportowe. Niezbyt wymagające, bo tego popołudnia wciągnięto tylko flagę na maszt i ułożono z szyszek polskiego orła. Potem przyszedł czas na patriotyczną prelekcję, śpiewanie piosenek i żarty przy ognisku.
Elżbieta nigdy nie była szczęśliwsza niż na tych obozach, gdy mogła dzielić się swoim patriotycznym zamiłowaniem do służby wojskowej kobiet. W szeregi PWK wstąpiła dziesięć lat wcześniej jako studentka uniwersytetu. Obozy stwarzały okazję, by pływać w jeziorze, chodzić po górach i brać udział w zawodach sportowych, co w przypadku kobiet bywało źle widziane, a także ćwiczyć jazdę konną, prowadzenie pojazdów i – co Elżbieta uważała za najwspanialsze – strzelanie z broni palnej. Organizacja zaszczepiała swoim członkiniom wyższe cele i głębokie przekonanie, że w razie potrzeby znacząco przyczynią się do obrony kraju. To tutaj Elżbieta znalazła swoje ziomki – młode kobiety, które podzielały jej zamiłowanie do ruchu na świeżym powietrzu i poczucie patriotycznego obowiązku. Mówiła potem, że wstąpienie do PWK było „najważniejszym zdarzeniem w jej życiu”11.
*
Elżbieta wychowywała się jako siódme z ośmiorga dzieci i od wczesnego dzieciństwa uczyła się zabiegać o uwagę. Jej ojciec, Władysław Zawacki, również znał to uczucie. Ten dumny człowiek potrafił wywieść rodowód swej rodziny od XVII wieku, ale po śmierci matki, która zmarła dość młodo, został po dwuletnim szkoleniu wcielony do Armii Cesarstwa Niemieckiego. Do końca życia część każdego wieczoru poświęcał na samokształcenie, czytając wielką encyklopedię niemiecką Meyera, którą kupił z oszczędności jako młody podoficer; szacunek do wykształcenia wpoił później swoim dzieciom. Matka Elżbiety młodo straciła rodziców. Może to doświadczenie sieroctwa, a także etyka pracy przyciągnęły do siebie tych dwoje ludzi, choć różnili się jak dzień od nocy, jak ujmowała to Elżbieta. Pełna życia Marianna wychowywała się w gospodarstwie swojego ojca. Podobnie jak Władysław, skończyła niewiele klas, lecz była inteligentna, pracowita i zawsze w ruchu12.
Po ślubie Władysław zamienił wojskowy płaszcz i wysokie buty na nieco mniej romantyczny strój urzędnika gdańskiej stoczni. Nadal z dumą pomadował eleganckie wąsy, lecz Marianna, która prała mu koszule i krochmaliła kołnierzyki, myślała czasami o tym, jak nużące i monotonne jest ich życie. Próbowała wyjaśnić, że w mieście powietrze ma inny smak, a ziemia nie pachnie jak chleb13. W końcu sprzedali dobytek i przeprowadzili się z dwójką dzieci na przedmieścia Torunia. Tutaj coraz skrupulatniejszy i coraz bardziej pedantyczny Władysław dostał wygodną posadę urzędnika w sądzie, a Marianna mogła zażywać spacerów po okolicy14. I to tu przyszło na świat ich kolejnych sześcioro dzieci. Elżbieta urodziła się w chłodny marcowy poranek 1909 roku. Miała mocne płuca i krzepką budowę. Formalnie była Niemką.
Toruń został założony w XIII wieku przez Krzyżaków i przeżył rozkwit jako miasto hanzeatyckie. Broniła go blankowana ceglana baszta, lecz w obrębie murów miejskich ludzie mówiący po polsku i po niemiecku przez wieki żyli obok siebie. W Toruniu działały kościoły zarówno katolickie, jak protestanckie, natomiast architekturę, organizację cechów, a nawet baśnie ludowe, jak choćby tę o żabiej pladze wywiedzionej z miasta przez flisaka grającego płazom na skrzypcach, zapożyczono z tradycji niemieckiej. Ta koegzystencja nie zawsze przebiegała bezkonfliktowo, ale miasto i tak kwitło. Pod koniec XVIII wieku Polska została podzielona między trzech potężnych sąsiadów: Austrię, Prusy i Rosję. Wojska pruskie zajęły Toruń w 1793 roku, po czym uległy siłom francuskim, a następnie rosyjskim. Każdy kolejny najeźdźca umacniał konstrukcje obronne, kopał fosy i stawiał palisady, zaś miejscowa gospodarka uzależniła się z czasem od zamówień wojskowych, wskutek czego Toruń przekształcił się w miasto garnizonowe.
Gdy w zatłoczonym domostwie Zawackich przy malowniczej ulicy Wiązowej pojawiła się Elżbieta, Toruń po raz kolejny znajdował się na terenach zajętych przez Prusy. Mieszkańcom miasta, choćby mieli polskie korzenie, zakazano posługiwania się ich językiem. Władysław pracował w niemieckim sądzie, dlatego inspektorzy regularnie wizytowali rodzinę, zwracając baczną uwagę na wszystko: od języka książeczki do nabożeństwa po język, jakim rozmawiały ze sobą dzieci. Gdyby dostrzegli jakiekolwiek ślady pielęgnowania polskiej kultury uznawanej za wywrotową, Władysław pożegnałby się z pracą, a może i z wolnością.
Jednak Marianna, podobnie jak tysiące kobiet zamieszkujących tereny niegdysiejszej Polski, podtrzymywała w sekrecie polskie tradycje narodowe. Nosiła barwne sukienki na wzór polskich strojów ludowych, śpiewała dzieciom do snu polskie kołysanki i uczyła je katolickich modlitw. Wszystkie dzieci Zawackich mówiły po niemiecku, chodziły do niemieckich szkół i otoczone były niemiecką kulturą, wiedziały jednak, że są Polakami. Prowadzenie podwójnego życia skrywającego niektóre warstwy tożsamości sprawiło, że konspiracja przychodziła im później w sposób naturalny.
Marianna była silną kobietą głęboko przywiązaną do pewnych wartości. Kochała swoje dzieci surową miłością, wychowując je właściwie samodzielnie, gdy jej mąż siedział w pracy do późna, lecz była przy tym romantyczką. W nieczęstych wolnych chwilach uwielbiała czytać opowieści o dawnych wiekach, czerpiąc z nich inspirację i właśnie stamtąd wybierając imiona dla swoich dzieci. Jej najstarsza córka, urodzona jeszcze w Gdańsku, otrzymała imię Maria po matce oraz Najświętszej Panience, imię powszechnie akceptowane. Jako dziecko bardzo obowiązkowe i posłuszne pomagała wychowywać młodsze rodzeństwo. Potem na świecie pojawił się Janek, pierworodny syn i ulubieniec, tak w każdym razie uważali jego bracia i siostry. Jan było to imię tak tradycyjnie polskie, że gdy rodzina przeprowadziła się do Torunia, trzeba było używać jego niemieckiej wersji – Hans. Dwa lata później na świat przyszedł Alfons, nazywany przez bliskich Alim. Eryk, jego młodszy brat, był jedynym dzieckiem Zawackich, które zmarło we wczesnym dzieciństwie. W kolejnych latach urodzili się chłopiec, który dostał germańskie imię Egon, a na drugie Konstanty, i dziewczynka, nazwana bardzo romantycznie Adelajdą Łucją. Otrzymała imię po Adelajdzie Burgundzkiej, cesarzowej Świętego Cesarstwa Rzymskiego, ale bardzo szybko nikt nie mówił na nią inaczej jak Dela. Elżbietka, którą wołano niemieckim zdrobnieniem Liza (później jej pierwszy pseudonim), wydawała się grubiutkim pączkiem na końcu tej gałęzi rodowego drzewa. Kwitła w tej roli: oczko w głowie pobłażliwego, lecz często nieobecnego ojca.
W najwcześniejszych wspomnieniach Elżbiety znajduje się wielki ogród ze strumyczkiem oraz zapachem trawy i tajemnicy15. Wspominała później, że jako dzieci byli ciągle brudni, a wieczorami padali z nóg, bo przez cały dzień mieli tyle ważnych rzeczy do zrobienia16. Jej pierwszym idolem był trzy lata od niej starszy Egon o włosach jak zboże, który jednak nie zwracał na siostrę specjalnej uwagi. Ojciec uważał go za łobuza, lecz Elżbieta ochoczo zbierała owady, montowała proce i wspinała się na drzewa w poszukiwaniu ptasich gniazd, byle zrobić wrażenie na bracie. Gdy ich niecierpliwa matka zapędzała wreszcie stadko na kolację, to Elżbiecie było zawsze najtrudniej wrócić z ogrodu; wchodziła do domu niechętnie, wlokąc się za Egonem. W księżycowe noce znajdowano ją często na dworze, gdzie zasypiała kamiennym snem.
Głęboko przeżyła czas, gdy wzorem starszego rodzeństwa Egon poszedł do szkoły. Był tak energiczny, że na gimnastyce trzykrotnie złamał rękę, która w końcu uległa trwałemu zniekształceniu. Elżbieta bardzo chciała pójść w jego ślady, a matka przymykała oko, gdy dziewczynka migała się od prac domowych i pochylała nad podręcznikami Egona. Marianna i Władysław dość nietypowo pokładali równe ambicje w synach i córkach, lecz kształcenie było kosztowne, a czasy coraz bardziej niepewne.
W 1913 roku Toruń miał sieć gazową i elektryczne tramwaje, brukowane ulice, a do tego lotnisko wojskowe i garnizon, w którym stacjonowało 30 tysięcy żołnierzy. Kiedy Janek, Ali i Egon nie byli akurat w szkole, chętnie wkładali stroje przypominające mundury, włącznie z żołnierskimi czapkami i galonami, choć spodenki nosili krótkie. Elżbietę irytowało, że dostała biały fartuszek. Gdy następnego lata wybuchła wojna, Polaków powołano w szeregi armii trzech zaborczych potęg, co zmusiło ich do walki przeciw sobie. Niemniej perspektywa osłabienia trzech mocarstw wskrzesiła nadzieje na odzyskanie niepodległości.
Podczas pierwszej wojny światowej, nazywanej wówczas Wielką Wojną, rodzina Zawackich miała więcej szczęścia niż wiele innych. Władysława zmobilizowano, lecz ze względu na kiepski stan zdrowia pozostał w Toruniu, jego synowie byli zaś zbyt mali, by służyć w wojsku. W 1915 roku Marianna, licząca sobie wówczas czterdzieści jeden lat, urodziła ostatnią córkę, dziewczynkę imieniem Klara. Dela, która „była piękną dziewczyną”, gruchała nad maleństwem, które sześcioletniej Elżbiecie w ogóle się nie spodobało17. Ta ostatnia podjęła wreszcie naukę w niemieckiej szkole dla dziewcząt i teraz interesowało ją tylko to, by dowieść swej wartości w oczach braci. Lecz gdy pojawiło się kolejne dziecko, rodzinie coraz trudniej było związać koniec z końcem.
Zawaccy sprzedali dom z ogrodem i przeprowadzili się do wynajętego mieszkania. Marianna zajęła się szyciem i powoli wyprzedawała majątek. Elżbieta wspominała, że to na głowie matki był cały dom, wyżywienie dzieci i trzymanie ich w karbach18. Wieczorami Marianna opowiadała im o polskich powstaniach, z których ostatnie, z 1863 roku, było ciągle żywe w pamięci ich starszych sąsiadów. Jeszcze pilniej dzieci przysłuchiwały się opowieściom o tym, jak ich dziadek uniknął w latach siedemdziesiątych XIX wieku zaciągu do niemieckiego wojska, a babka buntowniczo oblała naftą grządkę kapusty, by plądrujące wszystko oddziały nie miały się czym pożywić.
W listopadzie 1916 roku całą rodzinę zelektryzowała wiadomość, że Austria i Niemcy, próbujące zmobilizować więcej żołnierzy do walki przeciw Rosji, zadeklarowały gotowość uznania niepodległości Polski. Józef Piłsudski, przyszły Naczelny Wódz Armii Polskiej, gdy stało się jasne, że Niemcy i Austria zostaną pokonane, zalecił swym żołnierzom, by odmawiali składania przysięgi na wierność tym państwom. Legiony rozwiązano, a uwięziony w Magdeburgu Piłsudski stał się najważniejszą figurą odradzającej się polskiej państwowości.
Elżbieta skrycie była zagorzałą patriotką, ale bardziej niż sny o wolności absorbowały ją myśli o jedzeniu. Pod koniec 1917 roku dzieci były ciągle głodne. Czasem, gdy dziewczynka miała szczęście, żona miejscowego piekarza dawała jej małą bułkę. Chociaż bułka była zawsze „zupełnie czarna”, Elżbieta pożerała ją jeszcze na ulicy19. Tamtej zimy Janka odesłano ze szkoły do domu. Kaszlał i z trudem łapał oddech. Marianna sprzedała ostatnie kolczyki, żeby kupić mleko i masło, lecz nie zdołała uratować najstarszego syna. Zmarł w styczniu 1918 roku w wieku zaledwie siedemnastu lat. Pogrążona w żałobie Marianna przestała nosić kolorowe suknie.
W ciągu kilku miesięcy władze niemieckie przyspieszyły termin egzaminów kończących szkołę, by zapewnić sobie dopływ młodych żołnierzy. Rok młodszy od Janka Ali był znakomitym uczniem, ale gniewnym i zbuntowanym. Kiedyś krzyknął: „Niech żyje Spartakus!”, co miało być wyrazem poparcia dla niemieckiego marksistowskiego ruchu rewolucyjnego. Miał nadzieję, że go aresztują lub relegują ze szkoły, tymczasem ku swojej irytacji został zignorowany, a potem wzięto go do wojska. Zaledwie dziewięcioletnia Elżbieta patrzyła, jak jej matka staje na stole, by dosięgnąć wylotu lampy gazowej i wytruć wszy na ubraniach Alego, zanim ten wyjdzie z domu. Nie wysłano go na front, lecz w głąb Niemiec. Po jakimś czasie przystąpił do powstańców walczących w potyczkach nazwanych później powstaniem wielkopolskim. Tym sposobem stał się drugim bohaterem w niedługim na razie życiu Elżbiety.
W listopadzie 1918 roku Piłsudski został zwolniony z więzienia i mianowany Naczelnikiem Państwa obejmującego ziemie odrodzonej Polski. Zgodnie z traktatem wersalskim podpisanym w czerwcu następnego roku Toruń został włączony do obszaru wskrzeszonej Rzeczypospolitej Polskiej. Niemieccy żołnierze, niektórzy z czakami na głowach, inni we wzmacnianych metalem pikielhaubach, maszerowali na oczach zdumionych obywateli ku stacji kolejowej. Tymi samymi ulicami przeszli później w procesji Polacy, którzy stłoczyli się następnie w kościołach, by śpiewać hymny dziękczynne. Polskie granice były nadal kwestionowane. Wojna z sowiecką Rosją toczyła się aż do roku 1920, a toruńskie mury obklejono plakatami wzywającymi do ochotniczej służby wojskowej, jednak po stu dwudziestu trzech latach zaborów Polska wróciła na mapę Europy.
*
Elżbieta nie wiedziała, czy policzki jej ojca są czerwone z chłodu czy z emocji. To był zimny, mglisty poranek w styczniu 1920 roku, a jej mała rączka była mocno zamknięta w jego dłoni, gdy ojciec ciągnął ją przez tłum. Elżbieta i Władysław, podobnie jak wszyscy inni, podążali ku bramie triumfalnej wzniesionej na obrzeżach Torunia, udekorowanej godłami miejscowych cechów. Atmosfera była bardzo podniosła, lecz w pewnej chwili wszyscy ucichli, a Elżbieta po raz pierwszy w życiu usłyszała poruszającą melodię Mazurka Dąbrowskiego, granego otwarcie na ulicy. Następnie generał Haller, polski dowódca Frontu Pomorskiego, przeprowadził pod bramą triumfalną swoje wyróżniające się niebiesko umundurowane oddziały. Na Elżbiecie największe wrażenie wywarły nie konie ani wojskowa parada, lecz widok otaczających ją dorosłych mężczyzn z wykrochmalonymi gorsami – to byli „tacy zgermanizowani urzędnicy sądowi”, jak zapamiętała znajomych ojca – którym łzy płynęły po policzkach20. Nawet jej ojciec nie zdołał się opanować. Elżbieta chłonęła to wszystko w milczeniu, tak samo jak wówczas, gdy przysłuchiwała się patriotycznym opowieściom swojej mamy.
Niepodległość Polski przyniosła wiele zmian, ale nie była rozwiązaniem wszystkich problemów. Niedługo po paradzie Hallera Maria, najstarsza siostra Elżbiety, zapadła na zapalenie płuc. Ta obowiązkowa i posłuszna córka wspierała całą rodzinę podczas wojny, lecz – od dawna niedożywiona – nie okazała się dość silna, by przetrwać ostrą zimę. Mimo prób dokarmiania chorej przez rodzinę Maria po kilku dniach zmarła. Pochowano ją obok brata. Chyba nigdy nie przynależała do ekscytującej powojennej przyszłości i Elżbieta przekonała się, że spośród jej wszystkich braci i sióstr to właśnie twarz Marii zatarła się najszybciej21.
Elżbieta bardzo chciała zaprząc swoje ambicje w służbie odrodzonego państwa, ale bycie Polką nie okazało się tak łatwe, jak się spodziewała. Gdy Polacy zaczęli się przeprowadzać, by zastąpić uchodzących Niemców, wstrząsnęło nią, że stała się przedmiotem ich pogardy. Szydzono z niej, że jest Niemką, bo nie umie mówić w ojczystym języku. Nigdy nie bała się konfrontacji, więc odpłacała pięknym za nadobne, lecz z czasem nauczyła się, że można walczyć o swoje również innymi metodami. Nauka języka polskiego przyniosła w końcu nagrodę w postaci miejsca w polskiej szkole. Elżbieta była pilna i inteligentna, więc błyszczała na wszystkich lekcjach, zwłaszcza na matematyce, będącej ulubionym przedmiotem jej brata.
Ali wrócił do domu po krótkiej mobilizacji. Chciał studiować matematykę w Gdańsku, lecz rodziców nie stać było na czesne. Wstąpił więc do szkoły oficerskiej, a potem do pułku piechoty we Lwowie. Wysoki i barczysty, był uderzająco przystojnym oficerem, a mundur jeszcze podkreślał jego znakomitą sylwetkę. „Kobiety do niego lgnęły”, zauważyła Elżbieta22. Kilka lat później poślubił córkę generała Zofię Popławską, którą Elżbieta uwielbiała i której jednocześnie nie znosiła za to, że ta skradła serce jej brata. Zofia, ubrana w bardzo modną bawełnę, zwiewną i pastelową, w kremowe pończochy i czółenka, w dopasowanym kapelusiku, spod którego wystawały jej krótkie ciemne loczki, wyglądała jak elegancki motyl u boku postawnego męża, który był od niej dobre dwadzieścia pięć centymetrów wyższy. Kiedy gdzieś wychodzili, ochoczo brała go pod ramię, przez co wydawał się jeszcze wyższy. On z kolei czule skracał jej imię do pierwszej sylaby: Zo.
Kiedy szkołę ukończył Egon, jego rodzice mieli już dość zaoszczędzonych pieniędzy, by posłać go na nowy uniwersytet w Poznaniu. Dela była równie inteligentna, często wygrywała z braćmi w szachy, lecz postanowiła poszukać pracy na miejscu i przekazywać swoje wynagrodzenie rodzicom. Różnica wieku między siostrami wynosiła zaledwie dwa lata, więc obie z Elżbietą pomagały matce uczyć w domu małą Klarę. Nikt się nie obawiał o jej los. Elżbieta czuła, że jej młodsza siostra „jest bardzo inteligentna, ma taki specjalny rodzaj bystrości, takiej po niemiecku schlagfertig, szybkiej riposty”, która zdawała się chronić ją przed światem23. Dwa lata po ukończeniu szkoły przez Delę Elżbieta zaczęła przygotowywać się do własnych egzaminów końcowych, zdecydowana prześcignąć braci pod względem osiągnięć. Aby uiścić wymagane opłaty, Marianna sprzedała domowe poduszki do sklepu z pierzem. Elżbieta zdała egzaminy z wyróżnieniem.
O ile pierwszą życiową namiętnością Elżbiety, tym żarliwszą, że zakazaną, była Polska, o tyle drugą okazała się matematyka. Choć w okresie międzywojennym kobiety stanowiły jedną czwartą studentów polskich uniwersytetów, co było jednym z największych odsetków w Europie, studiowanie wyższej matematyki było dla kobiety wyborem dość niecodziennym. W okresie zaborów działalność kobiet skupiała się na zachowaniu polskiej kultury, języka i historii, więc gdy w 1918 roku zachęcono je do studiowania na uniwersytetach, otworzyły się dla nich głównie wydziały humanistyczne. Elżbieta bardzo chciała wesprzeć raczkujące państwo, ale czuła, że przysłuży mu się najlepiej, studiując właśnie matematykę. Podobnie jak wcześniej Egon, zapisała się do Wszechnicy Piastowskiej (obecnie Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu), zapewniając sobie możliwość studiowania dzięki prywatnym korepetycjom.
W legitymacji studenckiej Elżbiety z 1927 roku widnieje zdjęcie poważnej jasnookiej młodej kobiety o zdecydowanym spojrzeniu. Ubrana w prostą bluzkę w kratę, nie nosi żadnych ozdób, a jej świeża twarz i włosy starannie rozdzielone przedziałkiem są całkiem bezpretensjonalne. Nie uśmiecha się, ale też nie sili na fałszywą skromność. Kilka tygodni później obcięła włosy na pazia, fryzurę zarazem modną i praktyczną. Choć bardzo podziwiała Zofię, żonę Alego, nie miała ani pieniędzy, ani potrzeby noszenia futrzanych kołnierzy czy szytych na zamówienie plisowanych spódnic. Jej ubrania były zwykle bardzo proste, równie ascetyczny był jej pokój: metalowa rama łóżka, cienki materac, drewniane krzesło i biurko, płaszcz powieszony na haczyku wbitym w ścianę. Jednak w jej głowie wszystko było nowe, ekscytujące i barwne.
Przez większą część czterech lat studiów zajmowała się głównie matematyką, ale brała też udział w dyskusjach literackich, prawnych, filozoficznych i politycznych, uczestniczyła w wycieczkach uniwersyteckich na miejscowy cmentarz żydowski i w inne miejsca historyczneII. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości kobietom przyznano prawa wyborcze, później zaś z dumą wprowadzano postępowe przepisy, między innymi depenalizujące homoseksualizm. Jednak już na drugim roku zaczęły się toczyć rozmowy o zagrożeniu wojną. Jeden z wykładowców Elżbiety, wybitny matematyk Marian Rejewski, pracował potajemnie dla polskiego Biura Szyfrów. Nosił okulary w idealnie okrągłych oprawkach i nieco przypominał kreta, przez co wyglądał może mało imponująco, ale w ciągu kilku lat wraz z zespołem położył podwaliny pod złamanie kodów niemieckiej EnigmyIII.
Wybrany przez Elżbietę temat pracy dyplomowej Równania różniczkowe periodyków całek eliptycznych wydawał się nie mieć zastosowań wojskowych. Dlatego Elżbieta, która zastanawiała się, jak najlepiej wesprzeć swój kraj, poszła na wykład organizowany przez członkinię Przysposobienia Wojskowego Kobiet, nowego stowarzyszenia, które miało się zająć powszechnym przygotowaniem kobiet do działań wojennych. Z początku sceptyczna, po godzinie była już entuzjastką idei. Wspominała później: „Ta młoda pani mówiła tak mądrze, tak przekonywająco, że kobiety mogą i powinny służyć w wojsku. To mnie zapaliło”24.
Wyjątkowe kobiety od dawna odgrywały niemałą rolę w wysiłkach zbrojnych państwa polskiego. W 1812 roku Joanna Żubr jako pierwsza kobieta została uhonorowana Orderem Virtuti Militari, najwyższym polskim odznaczeniem wojennym nadawanym za wybitne zasługi bojowe, zaś Emilia Plater, która w męskim stroju zebrała niewielki oddział do walki w powstaniu listopadowym w 1831 roku, dosłużyła się stopnia kapitana. W czasach Elżbiety te kobiety były postaciami wspominanymi na marginesach podręczników do historii, lecz inspirowały inne, zarówno portretowane miękką kreską jako romantyczne bohaterki o taliach osy, jak i żołnierki na polu walki. Takich kobiet nie satysfakcjonowało zaczytywanie się w historiach z przeszłości, chciały wziąć udział w toczących się walkach. Elżbietę zainspirowała między innymi Maria Wittek, która w 1917 roku uczęszczała do szkoły podoficerskiej i na kurs wywiadowczy tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej. W 1920 roku brała udział w obronie Lwowa w szeregach Ochotniczej Legii Kobiet, formacji wojskowej działającej we Lwowie od 1918 roku. Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari, którym została później odznaczona, był pierwszym z wielu jej odznaczeń, ale w 1922 roku zdemobilizowano ją wskutek rozwiązania OLK.
Wittek nie chciała, by jej doświadczenie się zmarnowało, dlatego w 1928 roku została komendantką naczelną nowo utworzonej kobiecej organizacji przysposobienia wojskowego: PWKIV. Formalnie organizacja przygotowywała kobiety do służby pomocniczej, ale Wittek była zdecydowana wprowadzić prawdziwe szkolenie wojskowe, również z posługiwania się bronią palną. Jej celem było przygotowanie kobiet w taki sposób, by ich służba wojskowa miała w przyszłości charakter strategiczny, a nie spontaniczny, lecz zrekrutowanie odpowiedniej liczby ochotniczek okazało się nie lada wyzwaniem. Akceptowalny społecznie obraz kobiecości ewoluował, ale wojna nadal uznawana była za sprawę głównie męską i szkolenie wojskowe kobiet spotykało się z dezaprobatą. „Ogół społeczeństwa kobiecego był bierny” – napisała sfrustrowana Elżbieta, zdecydowana przyczynić się do zmian25.
Pierwszy namiot PWK z ciężkiego brezentu Elżbieta rozstawiła w 1931 roku. Aby wziąć udział w miesięcznym obozie, zapłaciła trzydzieści złotych. To była znaczna suma, lecz Elżbieta zainwestowała ją nie tylko w misję PWK, ale również, jak to ujęła, w poszukiwanie własnego miejsca, własnej tożsamości26. Kiedy znalazła się wśród kilku tysięcy ochotniczek w pięknym Garczynie, mniej więcej sześćdziesiąt kilometrów od wybrzeża Bałtyku, opuściła ją wreszcie chęć naśladowania starszych braci. To tutaj nauczyła się, że może kochać matematykę i wojsko tak po prostu, dla nich samych, jako kobieta i żołnierka. Pierwsze ochotniczki PWK po przyjeździe zajęły się wycinką drzew na skraju jeziora. Elżbieta z radością odkryła, że otacza ją „całkowita dzicz”: bezkresne niebo, ciemne lasy, głębokie jeziora… i ciężka praca27. Kiedy już postawiono namioty i kilka drewnianych domków, a potem ścięto i okorowano jodłę, która posłużyła za maszt, kobiety pobiegły do jeziora się wykąpać. Elżbieta doświadczała w takich momentach niemal religijnego uniesienia, śmiejąc się wśród koleżanek po dniu wspólnej pracy.
W PWK ceniono inicjatywę, niemniej przestrzegano wojskowej hierarchii, surowej dyscypliny i ściśle określonych rytuałów. Poranki zaczynały się od pobudki tak punktualnej, że Elżbieta mogła sobie nastawiać według niej zegarek, a mimo to często spóźniała się na apel. Na obozie rozerwała sobie spódnicę, zgubiła granatowy beret i furażerkę w kolorze khaki. „Zawacka nie dba należycie o mundur!” – słyszała często półżartobliwą reprymendę z ust Zofii Grzegorzewskiej, kilka lat od niej starszej, kilka stopni wyżej w hierarchii28. Kiedy śmiała się na apelu, ten sam głos z rosyjskim akcentem warczał: „Zawacka nie zna postawy baczność”29. Elżbieta nie zamierzała okazywać lekceważenia, lecz była z natury niepokorna. Jak większość kobiet przyzwyczajona do walki o uwagę, nie miała doświadczeń ze strukturami władzy w organizacji paramilitarnej.
Któregoś niedzielnego popołudnia poprosiła o zgodę na oddalenie się z kilkoma koleżankami, łaknąc „odejścia chwilowego od gwaru”30. Dziewczęta nieświadome, że Zofia musiała walczyć o przepustkę w ich imieniu, przez kilka godzin beztrosko pływały w jeziorze, po czym owinęły się ręcznikami i usiadły w modrzewiowym lesie, gawędząc o książkach i śpiewie ptaków. Już zmierzchało i komary cięły niemiłosiernie, gdy zaczęły się zbierać do powrotu. Zgubiły się, a gdy przepychały swój kajak przez gęste trzciny, Elżbieta poślizgnęła się na mule, wpadła do wody i zgubiła sandał. Kiedy tłumiąc chichot, wreszcie „pognały przez las z przystani do namiotu”, zobaczyły kroczącą przez łąkę komendantkę obozu, Halinę Wasilewską, która szukała ich w zapadającej szarówce31. Gdy Elżbieta nerwowo zameldowała o incydencie, Zofia Grzegorzewska wybuchnęła „przejmującym śmiechem” i lody między nimi zostały przełamane32.
Zofia była nieopłacaną, za to bardzo entuzjastyczną instruktorką PWK. Miała krótkie włosy i bardzo krótki lont, za to podkomendne potrafiła besztać bardzo długo, więc Elżbieta ochrzciła ją mianem „bolszewiczka”33. Po bliższym poznaniu przyznała ze śmiechem, że chociaż Zofia mieszkała kiedyś na terenie zaboru rosyjskiego, w PWK „trochę ją utemperowano”34. Zofię zwykle spotykało się ze szkicownikiem w ręku. Była uwielbiana za żartobliwe rysunki przedstawiające pewiaczki ciągnące rowerami materace, ćwiczące z przewidywalnym skutkiem łucznictwo lub skulone pod kocami wokół dymiącego ogniska. Zdaniem Elżbiety Zofia była bardzo utalentowana. Razem przygotowały ilustrowany śpiewnik, który Maria Wittek podarowała Aleksandrze Piłsudskiej, żonie marszałka.
Zofia pomagała również prowadzić kursy medyczne i zajęcia z czytania map, łucznictwa i obrony przeciwlotniczej. Elżbieta zdecydowanie wolała je od lekcji gotowania i szkolenia telegraficznego, choć przyznawała niechętnie, że tego rodzaju prace „kobiety robią o wiele lepiej od mężczyzn”35. Na fotografiach stoi szeroko uśmiechnięta w rzędzie pewiaczek z karabinami albo leży na brzuchu w okopie, ucząc się strzelać. Wkrótce będzie jeździć konno, prowadzić ciężarówkę mogącą służyć za karetkę, uczyć się opatrywania ran zadanych na polu walki oraz udzielać pomocy ofiarom ataków gazowych i chemicznych.
Dni przeszły w tygodnie i z czasem dyscyplina, musztra i wciąganie flagi na maszt przestały Elżbietę irytować, a zaczęły umacniać w niej poczucie przynależności do ogólnopaństwowego ruchu mającego realną wartość. To, co zaczęło się jako przygoda, nabrało blasku prawdziwej służby. Pod koniec swojego pierwszego lata w PWK Elżbieta zapisała się na kurs instruktorski. „Wiedziałyśmy, że nadciąga wojna” – powiedziała. „Musiałyśmy przygotować kobiety do służby w regularnym wojsku”36.
Po ukończeniu studiów uniwersyteckich Elżbieta zaczęła uczyć w szkole z internatem, gdzie również założyła jednostkę PWK. Ponieważ zorganizowane zajęcia sportowe dla dziewcząt były wciąż rzadkością, weekendowe gry terenowe Elżbiety w rodzaju „zdobywania” miejscowego dworca kolejowego zupełnie zawojowały dziewczęta37. Wkrótce prowadziła kilka jednostek PWK i zapisywała setki dziewcząt na letnie i zimowe obozy w głębi polskich lasów. Większość odbywała się w Garczynie na Pojezierzu Kaszubskim albo w Spale, gdzie w okolicznych lasach wciąż jeszcze przechadzały się jelenie. Obozy organizowano też w Koszewnikach, znajdujących się obecnie na Białorusi, albo pod Istebną, na zalesionych brzegach rzeki Olzy na Śląsku, gdzie zimą pewiaczki zjeżdżały na wykonanych domowymi sposobami nartach. Do któregokolwiek z nich Elżbieta się udawała, wiedziała, że na miejscu zastanie co najmniej kilkanaście instruktorek i kilkaset uczestniczek obozów. W całej tej społeczności szybko powstały silne więzi. „Myśmy się kochały wzajemnie, bo wierzyłyśmy w tę samą ideę” – mówiła później38.
O ile nie przebywały akurat w tym samym obozie, Zofia codziennie pisała do Elżbiety, nazywając ją czule „Elą”, Elżbieta zaś zwracała się do niej w listach „Zo”. Któregoś razu Zofia podarowała jej album wypełniony rysunkami. Jeden z nich przedstawiał w sposób humorystyczny ochotniczkę wiosłującą w kajaku wśród sitowia na rozświetlonym księżycowym blaskiem jeziorze. Dwie kobiety stały się sobie tak bliskie, że Elżbieta mówiła później: „Nie mogłyśmy żyć bez siebie”39. Ale to nie było „żadną lesbijską miłością”, zaznaczyła, to była „przyjaźń, duchowa przyjaźń wspaniała”40.
Latem 1934 roku ten krąg bliskich sobie kobiet objął również trzecią instruktorkę PWK. Ciemnooka Marianna Zawodzińska „wygląd miała niepozorny, a sposób bycia poważny i raczej powściągliwy”, co sprawiało, że nie rzucała się w oczy na obozach, gdzie nie brakowało bardziej hałaśliwych kobiet41. Podobnie jak Elżbieta, miała dwadzieścia kilka lat, pracowała jako nauczycielka i cechowało ją to samo silne poczucie obowiązku. Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Elżbieta inspirowała podopieczne siłą charakteru. Była zbrojnym galeonem idącym pod pełnymi żaglami, który wszystkich pociągał za sobą. Marianna była wrażliwsza. Nie tworzyła więzi z pewiaczkami za pomocą obozowych piosenek ani satyrycznych rysuneczków, natomiast zawsze gotowa była podjąć poważną rozmowę na temat literatury. Lojalność, jaką budziła w dziewczętach, graniczyła z żarliwym oddaniem. „Czułyśmy w niej coś, co było jednocześnie ciepłem i blaskiem”, rozpływała się jedna z nastolatek. „Była człowiekiem kryształowo prawym, rozumnym i dobrym, a także pełnym osobistego uroku, który równie trudno oddać słowami, jak trudno byłoby opisać krajobraz albo melodię”42.
Zarówno Elżbietę, jak i Zofię ciągnęło do Marianny. Elżbieta podzielała jej zamiłowanie do poezji i powieści, od Przeminęło z wiatrem po Pana Tadeusza. „Tak to śmiesznie brzmi, tak pretensjonalnie”, wyznała Elżbieta, ale długie dyskusje o czytanych przez te trzy kobiety książkach ciągnęły się często do późnej nocy i natchnęły je do stworzenia tajnej „spółdzielni duchowej”43. Młode idealistki złożyły solenną przysięgę, którą każda z nich uznała za świętą: „Zobowiązałyśmy się do tego, że całe nasze życie to jest służba Polsce”44.
Obok nauczania i zaangażowania w PWK Elżbieta zaczęła się przygotowywać do egzaminów końcowych. Wyczerpana napiętym grafikiem, karciła samą siebie za – jak to ujęła – nieumiejętność łapania trzech srok za ogon45. Latem 1935 roku prosto z obozu PWK pojechała rowerem na egzaminy końcowe. Po przyjeździe była tak zmęczona, że gdy tamtej księżycowej nocy wstała z łóżka, miała wrażenie, że wychodzi na polanę przed namiotami. Tyle że nie znajdowała się w obozie, lecz na trzecim piętrze poznańskiego akademika. Kiedy się na dobre wybudziła, jej oczom ukazał się przerażający widok ulicy kilka pięter niżej. Przyjaciele z trudem ściągnęli ją z otwartego okna. Od tego momentu spadanie zaczęło przejmować ją wyjątkową grozą. Uzyskała jednak tytuł magistra matematyki.
Do tego czasu rodzeństwo Zawackich zdążyło się rozproszyć. Ali i jego żona, pierwsza Zofia pokochana przez Elżbietę, zamieszkali pod Lwowem, Dela została z rodzicami w Toruniu, Egon podróżował. Nawet najmłodsza, bystra Klara, spakowała swoje książki i najlepsze plisowane spódnice, by wyjechać na studia prawnicze do Poznania. Miała nadzieję, że znajdzie pracę w Toruniu, jednak los sprawił, że została radczynią prawną na Kresach Wschodnich. Tam się zakochała i zaręczyła, lecz Elżbieta jakoś nie mogła znaleźć czasu, by poznać narzeczonego siostry. Rodzinę połączyły dopiero złe wieści.
Któregoś lodowatego dnia w styczniu 1936 roku Alego wezwano na szkolenie oficerskie do Warszawy. Jako zapalony narciarz zjechał do dworca kolejowego we Lwowie na nartach, po czym zajął miejsce w pełnym przeciągów wagonie, w ubraniach mokrych jeszcze od potu. Wilgotna płócienna koszula oblepiła mu skórę. Nim dotarł do stolicy, wstrząsały nim nieopanowane dreszcze. Gdy zdiagnozowano ciężkie zapalenie płuc, wojskowi lekarze wyjaśnili, że jego układ oddechowy poważnie osłabiło niedożywienie w dzieciństwie. O tym, że sytuacja jest poważna, świadczył telegram wysłany jeszcze tego samego wieczoru do Zofii. Zanim jego żona przyjechała do Warszawy, Ali był już w śpiączce; organy wewnętrzne przestały funkcjonować. Zrozpaczona Zofia bez słowa zabrała przedmioty osobiste męża i wyszła z oddziału. Chwilę później z łazienki dobiegł odgłos wystrzału. Odebrała sobie życie za pomocą służbowego pistoletu Alego. Jej mąż zmarł wkrótce później, nie odzyskawszy przytomności.
Marianna nie znalazła w sobie siły, by pochować kolejne dziecko, więc Klara została przy niej, a pozostali członkowie rodziny spotkali się w Warszawie. Władysław i Egon szli za karawanem Alego. Elżbieta postanowiła odprowadzić do grobu Zofię, składając w ten sposób hołd kobiecie niezdolnej unieść życia bez mężczyzny, którego obie kochały. Zofia zginęła śmiercią samobójczą, dlatego ksiądz odmówił odprawienia mszy żałobnej. Z początku nie chciał nawet wyrazić zgody na pochówek w poświęconej ziemi, ale na oczach Elżbiety Ali i Zofia zostali po cichu „pochowani (…) razem, jedno na drugim, w wąskim grobie”46.
Elżbieta i Klara spędziły tydzień z rodzicami. Któregoś popołudnia zatrzymała je Cyganka, która chciała im powróżyć. Żadna z sióstr nie wierzyła w takie przepowiednie, ale „dla śmiechu” Elżbieta podała jej rękę47. Prześledziwszy linie na jej dłoni i zauważywszy nagniotki, kobieta powiedziała: „Będziesz długo, długo żyła, osiemdziesiąt pięć lat”48. Elżbieta prychnęła, ale w głębi ducha poczuła zadowolenie. Zapisała sobie tę szczęśliwą wróżbę w pamięci i obracała ją w myślach tak długo, aż ta wytarła się jak moneta, którą Zo za nią zapłaciła. Czy to było osiemdziesiąt lat czy osiemdziesiąt pięć? Później już nie miała pewności, ale trzymała się tej przepowiedni z poczuciem, że dodaje jej ona odwagi.
W 1937 roku Elżbieta otrzymała stopień starszej instruktorki PWK i została mianowana komendantką rejonu śląskiego, odpowiedzialną za nadzorowanie dziewiętnastu powiatów. Odkryła, że to „duża praca organizacyjna”, bo nowe oddziały PWK wyrastały „jak grzyby po deszczu”49. Przyjęta wiosną 1938 roku ustawa o powszechnym obowiązku wojskowym wynagradzała wieloletnie wysiłki PWK, zezwalając ochotniczkom na pomocniczą służbę wojskową. „Wojna wisi w powietrzu”, powiedziała Elżbieta swojemu zespołowi50. Wiele kobiet podjęło pracę urzędniczą dla lotnictwa i marynarki. Niektóre służyły w jednostkach łączności, inne w oddziałach obrony przeciwlotniczej oraz jako pilotki. PWK nie nadążało z rekrutacją. Wkrótce miało 47 tysięcy członkiń i 1500 instruktorek. Elżbieta wspominała później, że wszystkie członkinie PWK były młode i żądne czynu. Nie uważały się za gorsze od mężczyzn i pragnęły tego dowieść. Chciały służyć Polsce51.
Wiosną 1939 roku Elżbieta i Zofia prowadziły kurs instruktorski pod Katowicami. Kiedy Zofię wezwano do Warszawy, ucięły sobie z Elżbietą ostatnią pogawędkę w ich ulubionym miejscu, przy źródle niedaleko obozu. „Jestem zupełnie szczęśliwa”, powiedziała Zofia Elżbiecie, która uśmiechnęła się do niej, dzieląc z nią „dogłębne uczucie szczęścia”52. Woda w źródle bulgotała, odzywający się od czasu do czasu stukot zdradzał obecność dzięcioła gdzieś w koronach drzew, z pewnej odległości dobiegały stłumione śmiechy i odgłosy obozowego życia. Następnego ranka o siódmej Elżbieta odwiozła Zofię na stację i odprowadziła ją do wagonu drugiej klasy pociągu pospiesznego.
Tamtego popołudnia – zbyt późno – do obozu dotarła wiadomość przestrzegająca Zofię, by przełożyła podróż. W Pruszkowie doszło do katastrofy, ekspres „wysadziło z szyn”53. Następnego dnia prasa przyniosła kolejne informacje na temat katastrofy i prób ustalenia tożsamości kobiety, która w niej zginęła. Elżbieta natychmiast pojechała odnaleźć Zofię. Gdy poszukiwania okazały się bezskuteczne, zaoferowała pomoc przy identyfikacji ciała. Zofia „nie była zmasakrowana”, wspominała później Elżbieta, „tylko twarz sina od uderzenia”54. Rzuciło ją na metalową półkę z bagażami. Zginęła na miejscu.
To Elżbieta towarzyszyła ciału Zofii w jego drodze powrotnej do rodzinnego miasta. Na pogrzebie pojawiły się setki instruktorek PWK. Elżbieta pomagała nieść trumnę, która zdawała się zbyt lekka na jej żałobę. Gdy później wspominała tamte dni, mówiła tylko: „To była duża strata dla organizacji, a dla mnie niewypowiedziana”55. W obecności najbliższych przyjaciół zadręczała się myślą, że to ona wsadziła Zofię „do tego pociągu (…), do tego nieszczęsnego wagonu”56. Marianna pocieszała przyjaciółkę, w milczeniu jednocząc się z nią w żałobie.
Przez kilka dni trwały gorączkowe spekulacje na temat przyczyn wykolejenia się pociągu. Wskutek pożaru na warszawskim Dworcu Głównym wszystkie pociągi dalekobieżne przekierowano na boczne linie. Pociąg pospieszny przekierowano do Pruszkowa, ale jechał z prędkością dwukrotnie większą od zalecanej, co skazało go na katastrofę. Uwaga śledczych skupiła się na Warszawie. Dworzec Główny mieścił się w prestiżowym nowym budynku w stylu modernistycznym. Jako międzynarodowy węzeł kolejowy Drugiej Rzeczypospolitej Polskiej był również potencjalnym celem dla nieprzyjaciela. Wkrótce rozeszły się plotki o dywersji, ostatecznie ustalono jednak, że pożar w Warszawie został spowodowany nieumyślnie przez niefrasobliwych wykonawców instalacji elektrycznej. Elżbiecie taka bezsensowna przyczyna śmierci Zofii nie mieściła się w głowie. Straciła już zbyt wielu bliskich z powodu zapalenia płuc albo rozpaczy; korzenie ich śmierci tkwiły jeszcze w Wielkiej Wojnie. Do końca życia o śmierć Zofii obwiniała nazistowskie Niemcy. „Zginęła w katastrofie kolejowej pod Pruszkowem – napisała – na skutek niemieckiej akcji sabotażowej na Dworzec Główny w Warszawie”57. Mówiła też: „Był skryty atak Niemców na kolej, dywersja niemiecka jeszcze przed wojną”58. Dla niej jakiekolwiek słabsze wyjaśnienie było nieakceptowalne. Wspominając śmierć Zofii, często zaczynała następne zdanie od słów: „Potem zaraz przyszła wojna”59.







