„Rozgwiazda” wznieciła płomień, „Wir” rozpętał pożogę, ale pięć lat później sprawy jeszcze bardziej się skomplikowały… „βehemot” to ostatni tom trylogii Ryfterów autorstwa mistrza hard SF Petera Wattsa.


Lenie Clarke, ryfterka skazana na śmierć w nuklearnej eksplozji, wyłoniła się z głębin oceanu, by dokonać krwawej zemsty. Niosąc pradawnego, morderczego dla biosfery wirusa zwanego βehemot, niemal zniszczyła cały świat.

W konsekwencji między innymi w resztkach tego, co kiedyś było internetem, spustoszenie i dezinformację sieją podszywające się pod Lenie wirtualne byty. Wszędzie wokół upadają rządy, do władzy dochodzą watażkowie i ekstremistyczne kulty religijne. Ameryka Północna dogorywa, a steruje nią wszechmocny, okrutny psychopata…

Oto skutki jej zemsty.

Lenie Clarke wraz z garstką ocalałych ryfterów, grupą naukowców i kierownictwa korporacji ukrywa się na dnie Oceanu Atlantyckiego. Musieli dojść do porozumienia, kruchego zawieszenia broni, by wspólnie spróbować ocalić świat. Ale czy to możliwe?

Do Lenie w końcu dociera, że to ona zniszczyła porządek świata, na dodatek z błędnych pobudek, i teraz musi ponieść konsekwencje swoich czynów. Wraz z Kenem Lubinem postanawia opuścić wolną od βehemota stację Atlantyda i udać się na powierzchnię.

Peter Watts
Behemot
Przekład: Dominika Rycerz-Jakubiec, Andrzej Jakubiec
Trylogia Ryfterów tom 3
Wydawnictwo Vesper
Premiera: 26 marca 2025
 
 

PRELUDIUM: Prawołamacz

Achilles Desjardins słyszał, że ludzie, którzy stracili wzrok, odzyskiwali go w snach.
Zresztą nie działo się tak tylko w przypadku oślepnięć. Każdy niepełnosprawny na jawie śnił sny istot w pełni zdrowych. Osoby po amputacji wszystkich kończyn biegały i rzucały piłką. Głusi słyszeli symfonie. Ci, którzy utracili kogoś bliskiego, znów kochali. Umysł cechuje jego inercja – jeśli przez wiele lat przyzwyczaił się do pewnej roli, niechętnie porzuca stary paradygmat.
W końcu oczywiście do tego dochodziło. Jaskrawe wizje blakły, muzyka milkła, a wyimaginowane dane wejściowe zamieniały się w coś bardziej stosownego dla pustych oczodołów czy uszkodzonych ślimaków. Jednak zajmowało to lata, dekady – a przez cały ten czas umysł co noc zadręczał się wspomnieniami tego, do czego kiedyś miał dostęp.
Tak samo było też z Achillesem Desjardinsem. W swoich snach mężczyzna znów miał sumienie.
Sny zabierały go w przeszłość, do czasów, kiedy był bogiem w okowach – w jego rękach spoczywał los milionów istnień i mógł nimi sięgnąć poza orbitę geosynchroniczną czy na dno Rowu Mariańskiego. Znów walczył niestrudzenie o większe dobro, w jednej chwili otrzymując tysiące różnych informacji, posługując się odruchami i umiejętnościami dopasowywania wzorców, podkręconymi dzięki ulepszonym genom i specjalnie dostosowanym neurotropom. Tam, gdzie wybuchał chaos, przynosił kontrolę. Gdzie zabicie dziesięciu mogło uratować życie setce, dokonywał koniecznych wyborów. Odizolowywał ogniska epidemii, likwidował zatory, zapobiegał atakom terrorystycznym i katastrofom ekologicznym w przeróżnych zakątkach świata. Unosił się na falach radiowych i prześlizgiwał przez najcieńsze światłowody – w jednej chwili nawiedzał młyny morskie w Peru, w następnej koreańskie satelity komunikacyjne. Znów był najlepszym prawołamaczem KRASZ-u zdolnym nagiąć drugą zasadę termodynamiki niemalże do punktu złamania, a może nawet odrobinę bardziej.
Był duchem w maszynie, a maszyna sięgała wtedy absolutnie wszędzie.
Mimo to w snach, które mamiły go każdej nocy, nie marzył o władzy, lecz o niewolnictwie. Tylko we śnie mógł znów poczuć to paradoksalne zniewolenie zmywające z jego dłoni rzeki krwi. Ochrzczono je mianem Moralniaka. Pakiet sztucznych neuroprzekaźników, których nazwami Desjardins nigdy nie zawracał sobie głowy. Ostatecznie mógł zabić kilka milionów ludzi jednym poleceniem; nikt nie dałby mu takiej władzy, nie wprowadzając uprzednio paru zabezpieczeń. Z Moralniakiem w mózgu bunt przeciwko większemu dobru był wręcz fizjologicznie niemożliwy. Moralniak zrywał połączenie między władzą absolutną a absolutną korupcją. Jakakolwiek próba niewłaściwego użycia posiadanej władzy zakończyłaby się poważnym napadem padaczkowym. Desjardins nie spędził nigdy bezsennej nocy, wątpiąc w słuszność swych działań i czystość intencji. Jedno i drugie wstrzyknęli mu ludzie mający jeszcze mniej skrupułów.

Bycie zupełnie bez winy dawało mu poczucie wielkiego komfortu. Dlatego śnił o niewolnictwie. Śnił też o Alice, która go oswobodziła, zerwała jego okowy.
W snach chciał na powrót je odzyskać.
Wreszcie sny ustąpiły, tak jak zawsze bywało. Przeszłość się zatarła, a jej miejsce zajęła niewybaczalna teraźniejszość. Świat rozpadł się na kawałki pod wpływem kolejnych, następujących po sobie zmian. Z dna oceanu wyłonił się apokaliptyczny mikrob, który pokonał drogę na powierzchnię w słonawym środowisku organizmu pewnej kobiety nurka głębokomorskiego z N’AmPac. Zaangażowane w jego przebudzenie Grupy Jednak Nietrzymające Władzy nazwały go βehemotem, paląc ludzi i ich mienie w gorączkowych, choć daremnych próbach oddalenia w czasie nadchodzącej zmiany reżimu. Ameryka Północna upadła. Kraj przemierzały biliony mikroskopijnych żołnierzy piechoty, masowo obracających w perzynę zarówno ziemię, jak i wszelkie życie. Wojny wybuchały i cichły jakby w przyspieszonym tempie: Kampania N’AmPakijska, Kolumbijska Pożoga, Powstanie EurAfrykańskie. No i oczywiście Rio: trzydziestominutowa wojna. Wojna, której wybuch powinien był uniemożliwić Moralniak.
Desjardins, w taki czy inny sposób, brał udział w nich wszystkich. A podczas gdy wielokomórkowce sprzeczały się nieustannie między sobą, prawdziwy wróg pełzł nieustępliwie przez kraj niczym duszący koc. I nawet Achilles Desjardins, chluba Pogromców Entropii, nie był w stanie go powstrzymać.
Nawet teraz, niemal zupełnie wróciwszy do teraźniejszości, czuł cień żalu, myśląc o tym wszystkim, czego nie zrobił. Był to jednak tylko ból fantomowy, pozostałości wyciętego wiele lat temu sumienia. Ledwo udało mu się dotrzeć do niego tu, na tej niewyraźnej granicy między jawą a snem. W jednej krótkiej chwili przypomniał sobie, że jest wolny i zapragnął, żeby tak nie było.
Potem otworzył oczy i nagle nie było już niczego, czym by się w ten czy inny sposób przejmował.

Mandelbrot mruczał, leżąc na jego piersi. Desjardins podrapał go z roztargnieniem, przeglądając poranne statystyki. Była to względnie spokojna noc: jedynym wartym odnotowania przypadkiem była grupka wyjątkowo szalonych uchodźców próbujących przedostać się przez granicę północnoamerykańską. Pod osłoną nocy, o 1.10 czasu atlantyckiego, wypłynęli z Long Island na barce zbudowanej z przeróżnych śmieci. Po upływie godziny i dwudziestu minut kilka zainteresowanych stron z EurAfryki zaczęło rywalizować ze sobą o prawo do ich eliminacji. Biedacy dotarli tylko do Cape Cod, po czym zostali sprzątnięci przez Algierczyków (Algierczyków?!).
System uznał, że nie było potrzeby wyciągania Desjardinsa z łóżka.
Mandelbrot wstał, przeciągnął się i ruszył na poranny obchód. Oswobodzony Desjardins podniósł się z łóżka i wszedł do windy. Wokół niego sześćdziesiąt pięć pięter opuszczonej nieruchomości popłynęło gładko w dół. Ledwie kilka lat temu wrzała tu praca związana z kontrolą zniszczeń. Tysiące Umoralnionych operatorów, nawiedzających cały świat balansujący bezustannie na krawędzi upadku, decydowało o życiu i śmierci z chłodną beznamiętnością. Teraz jednak został w zasadzie już tylko on. Mnóstwo rzeczy zmieniło się po Rio.
Winda wypluła go na dach KRASZ-u. Otaczające go budynki tworzyły kształt przypominający z grubsza podkowę, napierając na granice oczyszczonej strefy. Pole statyczne Sudbury, ocierające się brzuchem o szczyty najwyższych konstrukcji, natychmiast wywołało gęsią skórkę na przedramionach Desjardinsa.
Wschodzące na horyzoncie słońce skąpało w ognistej poświacie leżące w gruzach królestwo.
Dzieło zniszczenia nie zostało jednak w pełni dokonane. Jeszcze nie. Miastom położonym na wschodzie, ogrodzonym murami, obwarowanym i zachowującym bezustanną czujność wobec najeźdźców zajmujących tereny położone pomiędzy nimi, udało się zachować pozory integralności. Na frontach wciąż wrzało. Jeden czy dwa z nich utrzymywały się nawet w tym samym miejscu. Skupiska cywilizacji wciąż trwały rozrzucone po całym kontynencie – może i nie było ich wiele, ale wojna nie miała się jeszcze ku końcowi.
A wszystko dlatego, że pięć lat temu pewna kobieta, Lenie Clarke, wyłoniła się z dna oceanu, niosąc w sobie żądzę zemsty i βehemota.
Desjardins przeszedł przez lądowisko i stanął na skraju dachu. Gdy zaczął sikać w przestrzeń, znad krawędzi prze­paści wyłoniło się wschodzące słońce. Tak wiele zmian, pomyślał. Tyle katastrof, w pogoni za nowymi punktami równowagi. Jego domena przestała obejmować całą planetę, a skurczyła się do rozmiarów kontynentu, w dodatku przypalonego na brzegach. Wzrok, skupiony kiedyś na nieskończoności, teraz sięgał jedynie wybrzeża. Ramiona otaczające świat amputowano na wysokości łokci. Nawet n’amerykańska część sieci została wycięta z elektronicznego ogółu niczym guz. Achilles Desjardins musiał sobie radzić z martwiczym bałaganem pozostałym po tej operacji.
Mimo to pod wieloma względami dysponował teraz większą władzą niż kiedykolwiek wcześniej. Miał mniejsze terytorium, to fakt, ale za to zostało niewielu, z którymi musiał je dzielić. Ostatnimi czasy stał się raczej cesarzem niż graczem zespołowym. Nie żeby był to powszechnie znany fakt…
Za to pewne rzeczy się nie zmieniły. Formalnie rzecz biorąc, wciąż pracował dla Komórki Reagowania na Awarie Systemów Złożonych, a właściwie szczątków tej organizacji, które jeszcze ostały się na ziemi. Świat już dawno wywrócił się do góry nogami – a w każdym razie ta jego część – ale Desjardins wciąż czuł się w obowiązku minimalizować straty. Wczorajsze pożary stawały się dzisiejszymi pożogami, których jego zdaniem nikt nie potrafiłby w tym momencie ugasić, on jednak wciąż pozostawał jedną z niewielu osób, które mogły powstrzymywać je przez jakiś czas. Wciąż był prawołamaczem, czy też latarnikiem, jak sam siebie nazwał w dniu, kiedy wreszcie ustąpili i pozwolili mu zostać; ten dzień nie będzie się niczym różnił od pozostałych. Trzeba będzie odeprzeć ataki i monitorować ruchy wroga. Trzeba będzie zakończyć życie pewnych istnień, by ocalić inne, liczniejsze lub cenniejsze. Trzeba będzie zniszczyć złośliwe wirusy i zachować pozory.
Desjardins odwrócił się plecami do wschodzącego słońca i przestąpił ponad leżącym u jego stóp nagim, wypatroszonym ciałem kobiety. Ona też miała na imię Alice.
Zamyślił się, próbując sobie przypomnieć, czy to jedynie zbieg okoliczności.

β-MAX

Świat nie umiera, on jest zabijany.
A ci, którzy są za to odpowiedzialni, mają nazwiska i adresy.
Utah Phillips

KONTRATAK

Z początku pojawia się jedynie dźwięk pośród mroku. Unosząc się w wodzie na zboczu podmorskiej góry, Lenie Clarke musi pogodzić się z nieuniknioną utratą samotności.
Odpłynęła dość daleko, by całkowicie oślepnąć. Atlantyda, z tymi swoimi portalami, radiolatarniami i iluminatorami, z których sączy się w otchłań wyblakłe światło, znalazła się setki metrów za nią. Tu ciemności nie rozpraszają żadne ­błyskające wskaźniki, przewody ani składy części. Nakładki na oczach potrafiłyby wydobyć dość światła nawet z najdrobniejszej iskierki, by umożliwić jej widzenie, ale nie mogły wytworzyć go tam, gdzie go zwyczajnie nie było. Tak jak tutaj. Trzy tysiące metrów, trzysta atmosfer, trzy miliony kilogramów na metr kwadratowy dusiły każdy foton w zarodku. Lenie Clarke jest tu tak samo ślepa jak dowolny lądowiec.
Po pięciu latach spędzonych na Grzbiecie Śródatlantyckim wciąż jej to odpowiada.
Teraz jednak wzbiera wokół niej ciche buczenie hydrauliki i przepływającego prądu. O jej implanty zaczynają łagodnie postukiwać fale sonaru. Buczenie zmienia nieco tonację, po czym cichnie. Woda porusza się delikatnie, gdy coś zatrzymuje się ponad głową kobiety.
– Kurwa. – Maszyneria w jej gardle zmienia przekleństwo w ledwie słyszalne bzyczenie. – To już?
– I tak dałem ci dodatkowe pół godziny.
To Lubin. Na jego głos wpływa ta sama technologia. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo zniekształcenia brzmią już dla nich dużo bardziej znajomo niż normalna mowa.
Clarke westchnęłaby, gdyby tylko mogła tu oddychać.
Włącza latarkę czołową i chwyta Lubina w stożek światła; jego czarną sylwetkę znaczą subtelne modyfikacje. Wlot wody w jego klatce piersiowej to perforowany dysk lśniący chromem na tle czerni. Nakładki rogówkowe zamieniają jego oczy w pozbawione wyrazu, półprzejrzyste owale. Mężczyzna sprawia wrażenie istoty zbudowanej wyłącznie z cieni i metalu. Clarke wie, że za tą fasadą kryją się ludzkie uczucia, ale nie rozgłasza tego wszem i wobec.
Obok Lubina unoszą się w wodzie dwa kalmary. Do jednej z metrowych maszyn przymocowana jest nylonowa torba wypchana elektroniką. Clarke podpływa do drugiej i zmienia pozycję przełącznika z trybu automatycznego na sterowanie ręczne. Pojazd drga lekko i wysuwa uchwyt holowniczy.
Pod wpływem impulsu Lenie wyłącza latarkę. Wszystko znów ogarnia mrok. Nic się nie porusza. Nic nie migocze. Nic nie atakuje.
To nie to samo.
– Coś nie tak? – bzyczy Lubin.
Clarke wciąż ma w pamięci zupełnie inny ocean, po drugiej stronie świata. Po wyłączeniu świateł w Kominie Channer wschodziły gwiazdy, tysiące bioluminescencyjnych konstelacji: ryby jarzące się blaskiem jak pasy startowe nocą, świecące stawonogi, maleńkie żebropławy wielkości winogrona, opalizujące skomplikowanymi wzorami. Komin Channer śpiewał niczym syrena, wabiąc wszystkie te ekstrawaganckie, egzotyczne stworzenia zamieszkujące zwykle środkowe warstwy wody, dużo głębiej niż gdziekolwiek indziej, karmiąc je dziwnymi związkami chemicznymi i nadając im straszliwe piękno. Na stacji Beebe ciemno stawało się jedynie wtedy, gdy zapaliło się światła.
Lecz Atlantyda to nie stacja Beebe, a to miejsce nie jest Kominem Channer. Tutaj jedynym źródłem światła jest prostacka, niezdarna maszyneria. Latarki czołowe ryją suche tunele w mroku, surowe i brzydkie niczym płonący sód. Wyłącz je i… nic.
Rzecz jasna, o to właśnie chodzi.
– Tam było tak pięknie – mówi Clarke.
Lubin nie musi pytać.
– Było. Nie zapominaj tylko dlaczego.
Kobieta łapie za uchwyt holowniczy.
– Tylko… to nie to samo, wiesz? Czasami prawie chciałabym, żeby jedno z tych wielkich, uzębionych cholerstw wypłynęło gdzieś z ciemności i spróbowało mnie użreć…
Do jej uszu dociera odgłos przyspieszającego kalmara Lubina – niewidocznego, ale płynącego gdzieś blisko. Sama też dodaje gazu, by ruszyć jego śladem.
Sygnał dociera w tym samym momencie do jej modemu akustycznego i do jej szkieletu. Kości reagują wibracją gdzieś w głębi żuchwy: modem zaczyna jedynie popiskiwać.
Lenie włącza odbiornik.
– Clarke.
– Ken cię znalazł? – Głos rozchodzi się w powietrzu, niezniekształcony przez żadne z urządzeń pozwalających na pogawędki pod wodą.
– Tak. – W porównaniu z nim mowa Clarke wydaje się brzydka i mechaniczna. – Jesteśmy w drodze na powierzchnię.
– W porządku. Chciałam się tylko upewnić. – Głos milk­nie na chwilę. – Lenie?
– Jestem.
– Tylko… bądź ostrożna, dobrze? – prosi Patricia Rowan. – Wiesz, jak bardzo się martwię.

W miarę, jak stopniowo się wynurzają, woda niezauważalnie staje się coraz jaśniejsza. W jakiś tajemniczy sposób świat zmienił kolor z czarnego na niebieski, gdy Clarke akurat nie patrzyła. Nigdy nie udaje jej się zidentyfikować chwili, w której to się dzieje.
Od momentu, kiedy Rowan się rozłączyła, Lubin nie odezwał się ani słowem. Teraz, gdy granat zaczyna przechodzić w błękit, Lenie postanawia powiedzieć to na głos:
– Wciąż jej nie lubisz.
– Lubię – odpowiada Lubin. – Ale jej nie ufam.
– Bo jest korpem. – Już od lat nikt nie nazywał ich kierownictwem korporacyjnym.
– Była korpem. – Maszynerii tkwiącej w jego gardle nie udało się zamaskować ponurej satysfakcji, z jaką zaakcentował to słowo.
– Była korpem – powtarza Clarke.
– Nie.
– Więc dlaczego?
– Przecież znasz całą listę.
To prawda. Lubin nie ufa Rowan, bo dawno, dawno temu to ona dyktowała warunki. To na jej rozkaz zrekrutowano ich przed laty – uszkodzone towary, które uszkodzono później jeszcze bardziej: przerobiono wspomnienia, zmieniono motywacje, odnowiono sumienie, a wszystko to w służbie jakiegoś nieokreślonego, nieuzasadnionego większego dobra.
– Bo była korpem – kwituje Clarke.
Vocoder Lubina wydaje odgłos przypominający chrząknięcie.
Lenie wie, skąd mu się to wzięło. Sama do tej pory nie jest pewna, które wspomnienia z jej dzieciństwa są prawdziwe, a które zostały wstawione po fakcie. A i tak, jako jedna z nielicznych, miała sporo szczęścia – przynajmniej udało jej się przeżyć wybuch, który zamienił Komin Channer w trzydzieści kilometrów kwadratowych radioaktywnego szkła. Przynajmniej nie została zgnieciona na miazgę przez powstałe w wyniku eksplozji tsunami ani nie spłonęła wraz z milionami uchodźców na Pasie u wybrzeży N’AmPac.
Inna sprawa, że tak właśnie być powinno. Technicznie rzecz biorąc, wszystkie te miliony to tylko przypadkowe ofiary. Nie ich wina – ani w zasadzie nawet nie Rowan – że Lenie Clarke nie zamierzała stać spokojnie i być łatwym celem.
Mimo wszystko. Można być winnym i winnym. Może i Patricia Rowan ma na rękach krew milionów, ale przecież zagrożone strefy nie odizolują się same: każdy kolejny krok wymaga determinacji i dostępu do odpowiednich zasobów. Otoczyć zakażony obszar, sprowadzić podnośniki, puścić wszystko z dymem. Namydlić, spłukać, powtórzyć proces. Zabić milion ludzi, by ocalić miliard, zabić dziesięcioro, by ocalić setkę. Może nawet zabić dziesięcioro, by ocalić jedenaścioro – zasada pozostaje ta sama, choćby zysk był mniejszy. Jednak cały ten mechanizm nie działa automatycznie, ani na chwilę nie można zdjąć palca ze spustu. Rowan nigdy nie urządzała masakry, nie robiąc wcześniej rachunku strat i ich na siebie nie biorąc.
Lenie Clarke było o wiele łatwiej. Po prostu rozsiała chorobę po całym świecie, podążając swoim małym szlakiem, a potem zapadła się pod ziemię, ani razu nie oglądając się za siebie. Nawet teraz jej ofiary wciąż dołączają do niekończącej się procesji stanowiącej rosnące wykładniczo dziedzictwo, które zapewne już dziesiątki razy przewyższyło straty spowodowane przez Rowan. A ona nawet nie kiwnęła palcem.
Ktoś, kto nazywa siebie przyjacielem Lenie Clarke, nie może jednocześnie mieć żadnych racjonalnych podstaw, by osądzać Patricię Rowan. Clarke boi się dnia, w którym Ken Lubin pojmie tę prostą prawdę.
Kalmary holują ich coraz wyżej. Teraz widać już wyraźny gradient, światło na górze przechodzące w mrok na dole. Dla Clarke jest to najstraszliwsza część oceanu – na wpół oświetlone głębiny środkowych warstw wody, gdzie pływają prawdziwe kałamarnice: bezkostne, mackowate potwory długie na trzydzieści metrów, o mózgach zimnych i szybkich jak nadprzewodniki. Słyszała, że są dwukrotnie większe niż kiedyś. I pięć razy liczniejsze. Najwyraźniej wszystko sprowadza się do lepszych warunków bytowych. Larwy Architeuthis rosną szybciej w cieplejszych morzach, a ich liczebności nie ogranicza żaden spośród drapieżników, które już dawno całkowicie odłowiono.
Lenie nigdy nie widziała kałamarnicy na własne oczy. I ma nadzieję, że tak pozostanie. Zgodnie z symulacjami liczebność ich populacji gwałtownie spada z powodu braku pożywienia, a poza tym ocean jest na tyle wielki, że szanse na przypadkowe spotkanie są dość mizerne. Niemniej jednak od czasu do czasu drony rejestrują upiorne echa pochodzące od przepływających ponad nimi ogromnych kształtów: wyraźne krzyki chityny i chrząstek, mgliste krajobrazy otaczających je ciał, niemal niedostrzegalnych dla sonaru. Na szczęście Archie rzadko kiedy schodzi tam, gdzie panuje prawdziwy mrok.
W miarę jak się wynurzają, odcień otaczającej ich wody staje się coraz intensywniejszy – kolory nie są w stanie przetrwać procesu fotoamplifikacji przy stłumionym świetle, ale tak blisko powierzchni różnica między widzeniem przez nakładki a odsłoniętymi oczami powinna być minimalna. Czasami Clarke ma ochotę sama się o tym przekonać, zdjąć nakładki i zobaczyć na własne oczy, ale to niemożliwe. Okalająca jej głowę skóra głębinowa łączy się bezpośrednio z fotokolagenem. Kobieta nie może nawet zamrugać.

 
Wesprzyj nas