Dlaczego batony stały się nagle proteinowe, a bułki – bezglutenowe? Skąd tak wielka popularność „butikowych” siłowni, aplikacji fitnessowych i luksusowych ubrań do jogi? Czy naprawdę trzeba biegać maratony, wyeliminować węglowodany i codziennie medytować, aby poczuć się lepiej? Rina Raphael, amerykańska dziennikarka, która przez kilka lat prowadziła rubrykę wellnessową w magazynie dla biznesmenów, zna na to odpowiedź.
Rina Raphael odkrywa mechanizmy działania gigantycznej branży związanej ze zdrowym stylem życia, który dla milionów ludzi stał się rodzajem nowej, świeckiej religii. Wellness obiecuje nam ukojenie w świecie piętrzących się kryzysów, gdy chroniczny stres, nadmierne obciążenie pracą i lęk przed przyszłością sprawiają, że desperacko szukamy spokoju i równowagi. Troska o siebie zamienia się w kolejny obowiązek na liście, a dobrostan staje się obsesją.
Raphael ukazuje ekspansję wellnessu jako symptom systemowych zaniedbań i braku zaufania do medycyny, ale stawia także bardziej uniwersalne pytania: o to, czym jest w dzisiejszej kulturze spełnienie, poczucie przynależności do wspólnoty czy szczęście.
• Rina Raphael okiem wprawnej dziennikarki opisuje złożony biznes, który generuje cztery biliony dolarów zysku i opiera się na sprzedawaniu nam „zdrowia w butelce”. Autorka pokazuje, dlaczego ta branża powinna podlegać większemu nadzorowi i kontroli.
– Nick Bilton
• Zaletą tej książki jest to, że pokazuje branżę od środka: dostajemy serię depesz z drugiej strony lustra.
– „The Guardian”
• Raphael demaskuje sposób, w jaki branża wellnessu wykorzystała rozsądne pomysły dotyczące odżywiania i sportu, a następnie przekształciła je w skrajnie indywidualistyczną filozofię opartą na lęku i nacisku na produktywność.
– „The New York Times”
• Rewelacja i rewolucja. Rina Raphael z ogromnym humorem i wnikliwością bada świat wellnessu.
– Lyz Lenz
• Raphael tłumaczy, dlaczego kobiety jeżdżą na „odosobnienia z jogą”, zaczynają detoksy i żyją w przekonaniu, że mogą karmić swoje dzieci tylko organicznymi domowymi posiłkami. Mądra, podnosząca na duchu książka, którą warto mieć pod ręką na wypadek, gdyby Instagram znów próbował nam wmówić, że dany suplement albo drogi trening jest TYM JEDYNYM.
– Virginia Sole-Smith
• Niezwykła książka […], która w żartobliwy, a zarazem skłaniający do namysłu sposób przygląda się wartej 4,4 biliony dolarów branży wellnessu.
– Dua Lipa
Ewangelia wellnessu. Fałszywa obietnica dobrostanu
Przekład: Hanna Pasierska
Seria „Seria Amerykańska”
Wydawnictwo Czarne
Premiera: 18 czerwca 2025
Wstęp
Santa Monica, Kalifornia
Słoneczny wiosenny dzień w południowej Kalifornii. Na deskach słynnego Santa Monica Pier zebrały się dwa tysiące kobiet. Nad ich głowami skrzeczą mewy, lecz panie nie poświęcają temu uwagi. W skupieniu witają słońce, ćwicząc na matach do jogi we wszystkich barwach tęczy rozłożonych w idealnych odstępach na blisko kilometrowym pomoście. Z ryczących głośników dolatują polecenia instruktorki: „Wszechświat wzywa, a twoja prawa noga pragnie odpowiedzieć”. Kobiety równocześnie, z wojskową precyzją prostują nogi.
Zwykle po zajęciach jogi każdy łapie swoje rzeczy i maszeruje do samochodu, być może po krótkiej pogawędce z innymi uczestnikami. Ale nie tutaj. Głośniki zostają przełączone na muzykę klubową i seans jogi przeobraża się w imprezę rave. Uczestniczki skaczą i energicznie wachlują włosami do utworu Robyn. Ich butelki ze stali nierdzewnej zmieniają się w instrumenty perkusyjne. Żadna z kobiet nie jest pijana, naćpana ani upalona – jedyne, co niedawno piły, to darmowa kombucza. Zresztą jest jedenasta przed południem1.
Oto Wanderlust, wędrowny festiwal wellnessu nazwany przez twórców „totalną celebracją świadomego życia”. Przenosi się z miasta do miasta, urządzając tymczasowe imprezy fitnessowe pod otwartym niebem na podobieństwo spotkań ruchów odnowy religijnej i gromadząc kobiety, by mogły poczuć więź, wyznaczyć sobie osobiste cele, medytować i rozkoszować się atmosferą zbiorowego namaste. Wanderlust to w dziedzinie zdrowego stylu życia odpowiednik Coachelli – słynnego koncertu na pustyni Kolorado, gdzie sprzedaje się zarówno bilety, jak i patronaty.
Na odległym końcu molo otwarto pod patronatem Adidasa przestrzeń do relaksu z interaktywną instalacją artystyczną: uczestniczki są zachęcane do przesłania własnej mantry na stronę organizatora. Jakaś blondynka w stroju treningowym marki Tory Burch wpisuje tekst: „Znów poczuć się całością”. Następnie zarzuca na ramię pasek torebki od Chanel i rusza w stronę jogicznego bazaru.
Nowy Jork, Nowy Jork
W minimalistycznym holu centrum odnowy biologicznej pachnie bergamotką i kadzidłem. Białe ściany, jasne podłogi z brzozy, miękkie szare meble. Sukulenty w skromnych donicach. WTHN – wymawiane jak „within”, czyli „wewnątrz” – to nie nazwa rozgłośni radiowej ze Wschodniego Wybrzeża, lecz kojącego spa. Chociaż to nie najwłaściwsze określenie dla takiego miejsca. WTHN jest raczej odpowiednikiem sieci popularnych salonów fryzjerskich Drybar, tyle że z branży akupunktury.
Zabiegi tradycyjnej medycyny chińskiej cieszą się dziś takim samym wzięciem – i są równie łatwe do zarezerwowania – jak zrobienie sobie loków z efektem blowout w salonie fryzjerskim. Całe życie bałam się kłucia, ale WTHN zmieniło pradawną metodę leczniczą w nowoczesne, luksusowe doznanie, więc kobiety wystają w kolejkach, by dać się dźgać i szturchać całymi garściami igieł. Choć głównym daniem w menu jest rozkoszna sesja akupunktury mająca „przynieść ulgę umysłowi + ciału”, WTHN oferuje też kompozycję chińskich ziół, które ukoją stres i dodadzą energii, abyś mogła „zachować spokój i świetnie się bawić”.
W tętniącym życiem holu czeka kilkanaście trzydziestoparolatek. Jest styczniowe popołudnie w środku tygodnia. Niektóre noszą stroje biurowe, inne – stylowe płaszcze z czarnej wełny. „To znaczy, kto nie jest wykończony?”, rzuca jedna z obecnych, przygładzając świeżo wymanikiurowanymi dłońmi fryzurę z miodowymi pasemkami. Sprowadziła ją tu cała litania przypadłości: ciągłe bóle głowy, poranne zamroczenie i uporczywy niepokój. Pracowniczka obsługi wywołuje jej nazwisko i kobieta wstaje podekscytowana.
Jej głos niesie się echem po korytarzu, gdy zmierza do prywatnego boksu. „Idę się zrelaksować!” Reszta z nas, czekających na swoją kolej, zostaje, by podziwiać imponującą wystawę suplementów.
Palm Desert, Kalifornia
Jest wczesna jesień, gdy odwiedzam Ganja Goddess Getaway [Ustronie Bogini Gandzi] – azyl dla wielbicielek trawki położony około pół godziny samochodem od Palm Springs i dostępny wyłącznie dla kobiet. Trwającą właśnie „leniwą imprezkę dla upalonych dziewczyn”, jak ją określono, urządzono na terenie wynajętej posiadłości jeździeckiej; organizatorzy oczekują, że cały czas będziemy na haju. Większość przybyłych śpi w namiotach pod otwartym niebem; mnie przypadł koński boks w stajni. (Bez obaw – został wyposażony jak pokój hotelowy).
Trawka jest dostępna w ogromnych ilościach i w wielu apetycznych postaciach. Są automaty z watą cukrową nasyconą cannabisem i kelnerzy krążący z tacami gotowych jointów, ciasteczek i brownies oraz czegoś potrzebnego do „dabów”, czyli wdychania skoncentrowanej marihuany w postaci pary. Nie zabrakło baru z przekąskami, na wypadek gdybyśmy poczuły głód.
Publika jest zróżnicowana. Wieczorem przy ognisku młoda czarna mama około trzydziestki wymienia się poradami na temat rodzicielstwa z emerytowaną białą truckerką po pięćdziesiątce. Dwudziestoparoletnia Latynoska wystrojona w stylu athleisure [sportowej elegancji] dyskutuje o polityce z sześćdziesięciokilkuletnią ekshipiską. Przy kolacji napomykam dwudziestopięciolatce przy moim stoliku, jak odświeżający jest kontakt ze starszymi kobietami. „No – przytakuje, wydmuchując marihuanowy dym. – Są spoko”. Po chwili inna uczestniczka przeprasza i odchodzi od stołu, tłumacząc: „Ciasteczka właśnie zaczęły działać”. Zebrane wyrozumiale kiwają głowami2.
W pewnej chwili z głośników rozlega się kojący głos. „Zajęcia z tańca brzucha zaczną się na dużym trawniku za pięć minut”. Po czym dodaje: „Kocham was”. Para milenialsek w jaskrawych topach rusza leniwie w tamtą stronę z siwowłosą damą w kwiecistej podomce. Kilka kobiet nosi wianki z kwiatów. Jakaś mama w średnim wieku poddaje się wcześnie; odchodzi, by się wyciągnąć na trawie i w zadziwieniu patrzeć w niebo.
„Czuję, że żyjemy w społeczeństwie żądającym, byśmy ciągle parli naprzód, działali wydajnie i bez wahania, wykonywali mnóstwo zadań naraz – powiedziała mi współzałożycielka Ganja Goddess Getaway. – Potrzebujemy czasu, gdy można zwolnić tempo i naprawdę skupić się wyłącznie na sobie”.
Opisane przeze mnie kobiety – od uczestniczek Wanderlust w kreacjach od znanych projektantów po upalone trawką biwakowiczki – to tylko garstka spośród milionów, dzięki którym funkcjonuje sektor wellnessu wart 4,4 biliona dolarów. Nie ograniczając się bynajmniej do jogi czy weganizmu, całe swoje życie – od miejsca zamieszkania po to, z kim utrzymują znajomości i jak wychowują dzieci – organizują wokół aktualnych zasad wellnessu.
Czym właściwie jest „wellness”? W najbardziej podstawowym sensie to aktywne poszukiwanie dobrostanu poza sferą medycyny. Chodzi o coś więcej niż unikanie chorób – także o profilaktykę i ochronę zdrowia: odżywianie, sprawność fizyczną, sen, wsparcie społeczne i kontrolowanie stresu. To wybory, jakich dokonujemy, by poczuć się lepiej pod względem fizycznym, psychicznym, społecznym i duchowym.
Czy brzmi to ogólnikowo i mgliście? Owszem, ponieważ takie właśnie jest. Nie istnieje uzgodniona definicja „dobrego” samopoczucia – i to jeden z powodów, dla których branża wellnessu tak się rozrosła. Mnóstwo firm ma własne pomysły na to, jak zapewnić ten stan – jak należy postępować, co kupić lub jak myśleć – dlatego „wellness” zdegradował się do mętnego hasła marketingowego mogącego równie dobrze oznaczać pastę do zębów z aktywnym węglem, jak trening uważności. Mogącego oznaczać niemal wszystko.
Na rozmaite sposoby wellness jest tym, czego potrzebujemy dla zdrowia. Nie istnieje jedna właściwa ścieżka: mamy być świadomi wyjątkowości naszych doświadczeń. Chodzi o to, co jako jednostka możesz dla siebie zrobić, by przejść przez doświadczenie zwane życiem.
Wokół pragnienia, by być zdrowszym i żyć dłużej, ni stąd, ni zowąd wyrosły całe sektory gospodarki. Małe butikowe studia fitnessu stanowią obecnie czterdzieści procent rynku siłowni i stały się tym miejscem, gdzie kobiety ćwiczą i spędzają czas. Sprzedaż ekologicznej żywności przekroczyła sześćdziesiąt miliardów dolarów rocznie. Medytacja, dawniej niszowa praktyka, przeniknęła do głównego nurtu amerykańskiej kultury (i generuje wielomiliardowe zyski). Dwie trzecie Amerykanek przeznacza połowę miejsca w garderobie na kreacje w stylu athleisure3.
Wellness podbił branżę kosmetyczną i technologiczną, a nawet budowlaną i alkoholową. Firmy oferujące kroplówki witaminowe muszą wpisywać klientów na listy oczekujących; nocne kluby serwują bezalkoholowe koktajle ziołowe; duchowi uzdrowiciele organizują płatne warsztaty; deweloperzy rzucili się budować „społeczności wellnessu”, a Dolina Krzemowa lansuje psychodeliki jako środek na poprawę zdrowia psychicznego. Zmienił się nawet nasz język. Słyszy się deklaracje w rodzaju: „Potrzebuję tego dla mojego dobrostanu”, „Jestem na diecie oczyszczającej” albo „Praktykuję wdzięczność”. Piętnaście lat temu nie słyszało się podobnych haseł. Dziś powtarzają je celebryci, założyciele firm, mamusie z przedmieść i niejeden przedstawiciel pokolenia Z.
Naturalnie ludzie zawsze kupowali rozmaite środki na poprawę samopoczucia, lecz to, czego jesteśmy świadkami obecnie, to moment w kulturze i historii niemający precedensu. Wellness stał się ruchem społecznym. Według NielsenIQ w 2021 roku stanowił „główny i najsilniejszy trend konsumencki”4. Nigdy wcześniej nie oglądaliśmy podobnego skupienia na samodoskonaleniu, przez co amerykańscy milenialsi zyskali etykietę najbardziej „uświadomionego zdrowotnie pokolenia”5. Staliśmy się narodem skoncentrowanym na własnych potrzebach – a zarazem nadal cierpiącym na brak podstawowego dobrostanu.
Dawniej „bycie zdrowym” oznaczało regularne wizyty u lekarza. Dziś znaczy, że powinniśmy rzadko potrzebować jego porady. Wellness w swojej obecnej formie to aspiracyjna obsesja dla jednych i coś na kształt religijnego dogmatu dla innych. Przeciętny Amerykanin wierzy, że żyjąc wedle spopularyzowanych zasad, zdoła pokonać chorobę, brak szczęścia, a nawet śmierć. Surowy reżim złożony z diety, ruchu i odpowiedniego nastawienia psychicznego obwołano nowym zbawicielem. Chciałoby się powiedzieć: „W wellnessie nasza nadzieja”.
Kiedy w 2014 roku styl athleisure królował na pokazach mody, zbiegł się w czasie z innymi tendencjami lifestyle’owymi, takimi jak rozkwit butikowych studiów fitnessu i barów z sokami tłoczonymi na zimno. W tamtym okresie miałam trzydzieści jeden lat i byłam producentką internetowego programu informacyjnego NBC News w Nowym Jorku. Wyczuwałam, że rodzi się nowe zjawisko kulturowe: wiązałam je z tęsknotą milenialsów, zamkniętych w czterech ścianach i uzależnionych od technologii, za wysiłkiem fizycznym. Jednak już w roku 2017, kiedy zaczęłam pisać o branży wellnessu na cały etat jako dziennikarka czasopisma biznesowego z Los Angeles, byłam świadkiem powstania mnóstwa nowych trendów – „czystej diety”, kąpieli leśnych czy azylów medytacyjnych – przyciągających kolejne grupy wiekowe. Nagle nie chodziło już tylko o naszą newage’ową koleżankę z Venice Beach, opiewającą zalety rosołu na kościach, lecz o większość znajomych. A czasem o naszą mamę. Albo naszego szefa.
Kobiety zaangażowały się w nowy ruch masowo, energicznie i z zapałem. Przechodziły wyłącznie na produkty ekologiczne, rejestrowały się na ClassPassie, platformie umożliwiającej dostęp do zajęć fitnessu, i zastępowały krowie mleko wodą po namoczonych migdałach. Nie traktowały tego jedynie jako coś, co robią, lecz także jako coś, co wkrótce zaczęło je określać. Nowe praktyki i produkty obudziły w nich wiarę, że mogą coś zmienić. Ponieważ uważały, że sytuacja nie jest dobra – i to od dłuższego czasu.
Wiem o tym. Bo, widzicie… jestem jedną z nich.
Któż nie chce znaleźć celu w życiu? Wiem, że ja chciałam. Nie byłam ani trochę odporniejsza na uroki tej branży od innych wyznawczyń. Podporządkowałam swoje życie zasadom wellnessu. Decydowały o tym, co będę robić w weekend; wybierały za mnie miejsca, gdzie spędzę wakacje; dyktowały, które restauracje odwiedzę, i przepisywały mi „naturalne” leki. Na „zdrowie” wydawałam miesięcznie setki dolarów – z tego sporą część na kosztowne butikowe zajęcia fitnessu.
W spiżarni trzymałam zapas „naturalnego” wina. Włączyłam do diety „superżywność” i ekologiczne warzywa. Zdrowe produkty walczyły o miejsce w lodówce z napojami gazowanymi z dodatkiem konopi i z wegańskim majonezem. Modzie uległ nawet mój pies: skrapiałam jego suchą karmę rosołem z kości zalecanym dla domowych ulubieńców. (Na swoją obronę powiem, że kupionym na wyprzedaży).
Do dziś jestem właścicielką pięciu kryształów, interaktywnego sprzętu treningowego o nazwie Mirror oraz pudełka po butach wypakowanego pielęgnacyjnymi maskami na twarz. Dwunastu par legginsów do jogi (połowa ze sportowymi biustonoszami do kompletu), dwóch aparatów do aromaterapii oraz sześciu różnych rodzajów soli kąpielowych. (A nawet nie mam wanny. Kiedyś zabierałam swoje sole na wakacje, wybierając hotele pod kątem dostępności wanien). Trochę to dziwne, ponieważ nigdy pod żadnym względem nie byłam chora: nie cierpię na żadne przewlekłe schorzenia ani przypadłości, a po każdej wizycie u internisty otrzymywałam doskonałe świadectwo zdrowia. Po co więc te wszystkie rytuały? Po co te przedmioty?
Ponieważ w czasie, kiedy wkroczyłam na ową ścieżkę, nie czułam się dobrze.
Cofnijmy się do 2014 roku. Nowy Jork, trzydziestojednoletnia ja. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało idealnie: singielka pracująca w wielkim mieście dla Today, amerykańskiego porannego show numer jeden. Zajęcie, o jakim można napomknąć gościom na koktajl party, a będą się domagali dalszych szczegółów. „Czy spotykasz te wszystkie gwiazdy?”, dopytywali zawsze.
Prawda była zdecydowanie mniej pociągająca. Przez okrągły tydzień zasuwałam do późna i w wielkim stresie, przykuta do biurka w pozbawionym okien biurze, praktycznie bez przerw na lunch. Wczesnym wieczorem czułam się kompletnie wypompowana. W którymś momencie mojej siedmioletniej kariery musiałam przejść czteromiesięczną fizykoterapię po bolesnym ataku zapalenia ścięgna (obawiałam się, że będzie mnie to kosztować zwolnienie). Pisanie na komputerze non stop przez osiem–dziesięć godzin dziennie skutkowało bólem nadgarstków – tak dotkliwym, że nie byłam w stanie wmasować szamponu we włosy.
Wyczerpana stresującą pracą w nigdy niezasypiającym świecie mediów zamawiałam tajskie jedzenie i zwinięta na sofie w swoim niedogrzanym mieszkalnym studiu oglądałam Downton Abbey. Wieczorami najczęściej nie miałam siły spotkać się ze starymi znajomymi, nie mówiąc o szukaniu nowych. Samotność stała się równie bliska jak wystawanie na przerwie w pracy z tyłkiem przy kaloryferze. No i byłam po trzydziestce, starzałam się i coraz bardziej niepokoiłam się swoim wyglądem – czy raczej tym, co oznacza utrata urody i figury. Widziałam, jak w branży medialnej i na scenie randkowej traktuje się osoby z nadwagą lub w bardziej zaawansowanym wieku – zdecydowanie nie było w tym życzliwości.
Dyskryminacja z powodu wieku niestety jest w dziennikarstwie wszechobecna. Pracowałam dla programu Today, kiedy zwolniono z pracy jego zapłakaną współprowadzącą Ann Curry, by zrobić miejsce dla piętnaście lat młodszej, tryskającej energią Savannah Guthrie. Tamtego ranka w showroomie było dziwnie cicho; producenci bali się odezwać, by nie powiedzieć czegoś, czego będą później żałować. Potem przyszło polecenie, by usunąć wzmianki o Curry ze strony internetowej. Fotoalbumy, świąteczne programy z najlepszymi momentami talent shows… jak gdyby nigdy nie istniała.
Niedługo po powrocie z urlopu macierzyńskiego zwolniono moją szefową i mentorkę; jej miejsce zajęła młodsza, mniej doświadczona menedżerka, awansowana pod jej nieobecność. Choć wyglądało to na bezczelną dyskryminację, szefowa usłyszała od swojego prawnika, że pozew nic jej nie da. Reszta z nas zrozumiała aluzję: Nie starzej się. Pozostań młoda. Utrzymasz pracę.
To był brutalny, krwawy sport – nie czułam się na siłach, by w nim uczestniczyć. Pewnie dlatego, że byłam taka zmęczona.
A co oferował wellness? Rozwiązania.
Podsuwał jedzenie, które doda mi energii i zarazem pozwoli pozostać szczupłą. Suplementy kusiły lepszym snem, kiedy leżałam rozbudzona, zastanawiając się, czy umrę w samotności. Zajęcia fitnessu sugerowały, że nie muszę planować spotkań ze znajomymi – będą już tam na mnie czekali. Medytacja obiecywała, że ukoi obawy przed „śmiercią” branży dziennikarskiej przytłaczające mój mózg. Wellness głosił, że może mnie naprawić jak zabawkę, która nie tyle się zepsuła, ile potrzebuje nowych baterii. A ja chciałam w to wierzyć.
Nieuczciwością byłoby twierdzić, że uległam wszechobecnym pokusom, bo sama szukałam tego remedium. W moim życiu zbyt wiele rzeczy zaczęło wyglądać na chore. Nie zawsze potrafiłam je wskazać palcem, ale nabrałam podejrzeń, że mój styl życia ma w sobie coś z gruntu niezdrowego. Stres w pracy, tłuste jedzenie na wynos, niezmiennie łamiące serce zerwania… Aktywnie szukałam sposobu, by się z tym wszystkim uporać. Byłam otwarta na nowe rozwiązania. A marki wellnessu przemawiały moim językiem; świetnie rozumiały problemy dręczące osoby takie jak ja. Osoby, które czuły się wykończone, sfrustrowane, osamotnione i znerwicowane. Osoby, które potrzebowały zastrzyku energii.
Moje nawrócenie nie nastąpiło z dnia na dzień. Walczyłam z tym trendem od bardzo dawna. W gronie koleżanek przewracałam oczami i kpiłam z mód w rodzaju grzybowej kawy, jednak bardzo szybko sama stanęłam w kolejce do kasy, uznając swoją klęskę. A to dlatego, że owe mody przestały być kontrkulturą – weszły do głównego nurtu. Jak to mówią, pomalutku aż do skutku. Stopniowo własne zdrowie zaczęło mnie interesować coraz bardziej – niczym szczura czekającego w laboratorium na testy. Było to zabawne i rzekomo absolutnie kluczowe: joga sprawiała frajdę, lecz zarazem przynosiła bardzo ważne korzyści dla zdrowia psychicznego. Czy dzięki sportowemu smartwatchowi zacznę się więcej ruszać? Sprawdźmy! Podobno bańki redukują napięcie mięśni i, kurczę, wszyscy je stawiają. Z pewnością coś w tym jest…
W 2015 roku przeniosłam się z Nowego Jorku do L.A. z prostych powodów: marzyłam o cieplejszym klimacie i zazdrościłam mieszkańcom zdrowszego, luźniejszego stylu życia. Na Zachodnim Wybrzeżu oglądałam ludzi biegających pod otwartym niebem cały rok. Żłopali zielone koktajle tak jak moi nowojorscy kumple tequilę w barze podczas happy hours po pracy. W weekendy mieszkańcy Los Angeles od zakupów i brunchów woleli wędrówki po kanionie Runyon. (A jeśli już robili zakupy, to w sieci supermarketów ze zdrową żywnością Whole Foods). W tamtym czasie wyglądało to jak ziemia obiecana, gdzie wszyscy czują się zdrowsi.
Nieco ponad rok później pracowałam na pełny etat dla „Fast Company”, postępowego czasopisma biznesowego skupiającego się na innowacjach w technologii, zarządzaniu i projektowaniu. Pisałam głównie o modzie i jedzeniu, ale im bardziej zanurzałam się w styl życia L.A., w tym większym stopniu moje teksty odzwierciedlały metamorfozę, jaką przechodziłam. W rezultacie w tym samym roku naczelny pozwolił mi objąć dział w całości, a nawet zlecił prowadzenie newslettera o najnowszych wydarzeniach w świecie wellnessu.
„Dlaczego nagle wszyscy żłopią kombuczę, kupują testy DNA i ściągają apki do medytacji? – napisałam w zajawce swojego newslettera »Well To Do«. – Czy te wynalazki i nowe rozrywki faktycznie pomagają ludziom? Czy w ogóle działają?” Na odpowiadaniu na podobne pytania miałam spędzić następne cztery lata. Nie tylko dla „Fast Company”, ale także dla gazet takich jak „Los Angeles Times”, „The New York Times”, „Elemental” platformy internetowej Medium oraz instytutów badawczych wellnessu. Chciałam się dowiedzieć, czemu pojawiło się tak wiele zupełnie podobnych do mnie kobiet pragnących wytchnienia.
Przez lata przetestowałam wiele innowacyjnych rozwiązań w rodzaju chatbota prowadzącego terapię esemesową. Relacjonowałam wojnę Facebooka z przedstawicielami medycyny alternatywnej. Prezentowałam sylwetki marek kosmetycznych oferujących „makijaż athleisure”, czyli tusz do rzęs i podkład przeznaczone na siłownię. Wypróbowałam też co bardziej niedorzeczne pomysły – na przykład „usypiającego robota” dla cierpiących na bezsenność (przypominał interaktywnego misia Ruxpina, tyle że nie miał twarzy) oraz – nie żartuję – lody przyjazne dla nocnych podjadaczy. Moja praca zawiodła mnie do laboratoriów optymalizacji snu i otwieranych w całym kraju gabinetów z kapsułami floatingowymi.
Poznałam mnóstwo różnych społeczności. W odosobnionym ośrodku narciarskim w Utah bawiłam się z elitą technologiczną budującą ekskluzywną, futurystyczną społeczność wellnessu. W rolniczej Alabamie spędziłam weekend w utopijnej komunie złożonej wyłącznie z kobiet. Innym razem wzięłam udział w konferencji o tym, jak „pokonać śmierć”; uczestniczący w niej badacze i pełni nadziei seniorzy wierzyli, że zdołają złamać szyfr nieśmiertelności (szczerze mówiąc, atmosfera przypominała sequel horroru Uciekaj!).
Przeprowadziłam wywiady z Gwyneth Paltrow; ikoną biohackingu Dave’em Aspreyem; Johnem Foleyem, twórcą produkującej rowery treningowe firmy Peloton, oraz z założycielkami kobiecych firm technologicznych szukającymi nowych rozwiązań w medycynie. Rozmawiałam też z kobietami z całego kraju, które na przykład z dnia na dzień postanowiły unikać nabiału, choć nie bardzo wiedziały dlaczego. Inne czuły, że gdy odkryły swoją ukochaną siłownię, ich życie nagle nabrało barw.
Po kilku latach stało się jednak coś dziwnego: zmieniła się moja opinia o branży. Bardzo radykalnie. Początkowe skupienie na sprawności fizycznej, zdrowym odżywianiu i uldze w stresie coraz bardziej ustępowało miejsca mętnym ideom: butelkom wody „oczyszczonej za pomocą kryształów”, „dietom detoksykacyjnym” i podejrzanym korporacyjnym programom wellnessu. Po wywiadach z niezliczonymi twórcami firm i wypróbowaniu każdego trendu pod słońcem nabrałam sceptycyzmu. Z ciekawości, lecz także z dziennikarskiego obowiązku zaczęłam gruntowniej badać temat. W tamtym okresie porzuciłam branżę newsów cyfrowych i miałam więcej czasu na wgłębianie się w problemy związane z markami wellnessu.
Wydzwaniałam do specjalistów, by potwierdzili (lub nie) zapewnienia o działaniu zdrowotnym wypisywane na ulotkach. Pytałam naukowców o zastrzeżenia na temat różnych substancji chemicznych. Wypytywałam kogo popadnie, jak się udał zbiór konopi. Czytałam informacje napisane drobnym drukiem.
Zaczęłam sobie uświadamiać, że wielu firm nie można traktować bezkrytycznie. Dowody na poparcie ich obietnic okazywały się wątłe lub dziko przesadzone. Influencerzy, licząc na wzrost sprzedaży, wyciągali bardzo pochopne wnioski mające przerazić klientki. Więcej: sami też wywierali presję na kobiety. Branża wellnessu nie do końca jest taka, na jaką się kreuje. I niespodzianka: wiele uważanych przez nas za oczywistość „faktów” na temat tego, co jest zdrowe, a co nie – nie ma nic wspólnego z prawdą.
To dlatego, że wellness traktuje się w mediach jak modę: nie zawsze wymaga się od dziennikarzy, by weryfikowali zapewnienia firm z tej branży.
Łatwo wpaść w pułapkę, przedkładając marketing nad rzetelną naukę: bardzo wiele z tego, co publikują działy PR, brzmi prawdziwie. A ja pracowałam dla czasopisma „Fast Company”, nie zaś dla „Scientific American”. Moich czytelników interesowały finansowanie inwestycji, udziały w rynku, kampanie kreatywne i planowanie perspektywiczne. Nauki nie ignorowano, lecz stanowiła kwestię drugorzędną.
Jednak od pewnego momentu zaczęto uważniej przyglądać się deklaracjom formułowanym przez początkujące marki, stawiające sobie za cel „zmianę świata”, oraz przez ich założycieli, których dotychczas darzyliśmy niemal boskim szacunkiem. Odkąd „The Wall Street Journal”opublikował przełomowy raport z dochodzenia w sprawie nieistniejącej już firmy Theranos i jej oszukańczych praktyk, wszyscy zaczęliśmy staranniej analizować obietnice szefów z Doliny Krzemowej.
Będę szczera: możliwe, że nie spodobają się wam niektóre ustalenia, jakie poczyniłam w trakcie moich poszukiwań. Mówię to, bo też miałam wątpliwości. Jeśli zawsze mieliście do czynienia tylko z jedną stroną równania, możecie przeżyć wstrząs. Sama nie chciałam się pogodzić z tym, co stawało się coraz bardziej oczywiste: uwarunkowano nas, byśmy uwierzyli w pewne tezy zdrowotne, utrwalone w formie wiedzy potocznej przez swoją wszechobecność. Jesteśmy bombardowani propagandą wellnessu – w czasopismach, mediach społecznościowych i w sklepach Sephory. Marketing ma znacznie większą siłę rażenia niż dowody naukowe. Niewielu z nas śledzi wpisy uczonych, za to obserwujemy celebrytów, influencerów i marki, którzy nie są żadnymi ekspertami w sprawach zdrowia, lecz bez wątpienia tak się zachowują.
Im więcej się dowiadywałam, tym bardziej wzrastał mój niepokój. Jako dziennikarka musiałam przyznać rzecz oczywistą: źle się dzieje w branży wellnessu.
W niniejszej książce analizuję, jak i dlaczego Amerykanki dały się poprowadzić szlakiem wellnessu wyściełanym przez jarmuż. To po części raport badawczy, po części analiza socjologiczna sięgająca w głąb tego kwitnącego ruchu i przemierzająca jego rozległą dziedzinę, by odkryć, jak i dlaczego rozrósł się do tak gigantycznych rozmiarów. Przyglądam się rozwiązaniom, jakie proponuje, i zagrożeniom – lecz także źródłom nadziei – jakie stwarza dla naszego zdrowia. Wiele osób sądzi, że wellness oznacza po prostu chęć, by być szczupłym lub oczyścić swoje życie – lecz choć ruch ten zawiera te elementy, podobna upraszczająca interpretacja byłaby naiwnością. Ma on znacznie więcej aspektów, a każdy świadczy o zbierających się od dawna bolączkach – i nadziejach.
Moja książka traktuje o wellnessie skomercjalizowanym: wielkim biznesie sprzedającym nam zdrowie. Jego marketing rozbudził religijny zapał – lecz nie w pozytywnym sensie. Branża głosi tezę, że dzięki zaangażowaniu będziemy emanować wyłącznie dobrem i zapanujemy nad tym, co wydaje się chaotyczne lub zagrażające w naszym życiu – obietnica ta traktowana jest niemal jak prawda objawiona. Tytuł książki jest nieco ironiczny, lecz stanowi aluzję do tego, że kwestia zdrowotności – podobnie jak religia – stała się zespołem norm dyktujących nam, jak żyć. Podobieństwa niekiedy są subtelne, lecz czasem bardzo jaskrawe. Nie dajcie się jednak oszukać: ewangelia wellnessu ma własne przykazania, własną moralność, własną wspólnotę wiernych i własne obrzędy.
Ma też fałszywe idole. Zaszczepiają one kobietom fałszywe przekonania: pseudonaukę, nieufność do medycyny oraz niepotrzebną presję okradającą je z czasu i energii. Należy je zwalczyć, zanim się rozrosną w rozwinięty kult. W świecie wellnessu lekarstwo niekiedy bywa gorsze od choroby.
Ewangelia wellnessu ogarnia liczne dziedziny i czerpie moc ze skomplikowanej sieci sił kulturalnych i politycznych. Materiału starczyłoby na całą serię tomów – tak wiele jest do omówienia. Wiele przykładów, jakie wybrałam, dotyczy głównych filarów wellnessu, takich jak odżywianie, ćwiczenia fizyczne, kontrola stresu czy duchowość. Każdy z nich jednak, dotyczący określonej dziedziny, dostarcza informacji, które można zastosować do innych sfer.
Temat jest bardzo rozległy. Zdaję sobie sprawę, że dziś wellness to szybko rosnąca branża obejmująca liczne grupy społeczne i dochodowe, większą część książki poświęciłam grupie, która najchętniej chłonie skomercjalizowany wellness – mianowicie kobietom. Nie znaczy to, że mężczyźni się w nią nie angażują, a jedynie, że kobiety są liczniej reprezentowane z powodów takich jak dyskryminacja i specyficzne role, jakie odgrywają w społeczeństwie. Naturalnie nie każde omówione zjawisko można stosować do każdej kobiety – „wellness” to bardzo pojemny, mętny termin obejmujący liczne dziedziny, więc pewne kwestie mogą się okazać bardziej adekwatne od innych w odniesieniu do konkretnych kobiet. Nawet jednak jeśli nie opisują ciebie, założę się, że znasz kogoś, do kogo można je odnieść.
W niniejszej pracy nie tylko badam różne segmenty i to, jak powstały, lecz także analizuję trendy z przeszłości, które stworzyły podwaliny pod to, co nadeszło później. Krótkie artykuły wyróżnione innym krojem pisma przedstawiają adekwatne epizody z historii nawiązujące do myśli przewodniej każdego rozdziału. Historia dowodzi, że bardzo wiele owych kwestii i rozwiązań nie jest niczym nowym: od stuleci mierzymy się z tymi samymi problemami (i konfrontujemy się z podobnie myślącymi wizjonerami). Wszystko to, co dziś wydaje się innowacyjne, ma długą, bogatą przeszłość.
Oto, co nie ulega wątpliwości: wellness – wszelkie jego formy i dziwaczne rytuały – wyrasta z prawd uniwersalnych. Każdy chce się czuć dobrze, lecz coraz trudniej to osiągnąć w narastającym chaosie współczesnego życia. Zbyt wiele rzeczy wymyka się nam spod kontroli: źle skonstruowany system ochrony zdrowia, nadmiernie obciążająca technologia, burzliwe cykle medialne, brak poczucia wspólnoty – co tylko wymienicie. Nasze życie stało się zbyt wymagające. Wellness – obejmujący zarówno realne, przełomowe rozwiązania, jak i totalne bzdury – to bezpośrednia reakcja na realnie istniejące bolączki naszego kraju. Źle się dzieje w państwie duńskim, a wellness, jak wierzymy, może temu zaradzić. Pytanie, czy jego deklaracje odpowiadają prawdzie. Czy wellness faktycznie rozwiązuje nasze problemy?
Po rozważeniu wszystkich za i przeciw ani nie potępiam, ani nie chwalę tej branży. Moim celem jest pomóc oddzielić ziarno od plew, odróżnić faktyczne korzyści od haseł marketingowych oraz wypunktować, co jedynie dodaje nam stresów lub chorób. W ramach swojej misji, by zminimalizować obciążenia, wellness dodał kobietom siły i uczynił je niewolnicami. Im skuteczniej zdołamy odseparować to, co dobre, od tego, co złe, tym bardziej obiecującą przyszłość zdołamy stworzyć dla tego ruchu – i dla naszego dobrostanu.
To coś więcej niż opowieść o błyskawicznie się rozwijającej branży. To książka o poszukiwaniu przez amerykańskie kobiety lekarstwa na wszystko, co im dolega – i o ich dążeniu do odzyskania czegoś, co jak wierzą, utraciły. Znalazły nową metodę, by wytyczać inne ścieżki i szukać lepszych rozwiązań. Tworzą nową wizję społeczeństwa, medycyny, nawet wiary. Powstają, by oświadczyć: „Status quo jest nie do przyjęcia. Musi istnieć lepsza droga w przyszłość”.







