Przyjaciółki postanawiają złapać mordercę terroryzującego ich okolicę. By to zrobić, tworzą listę podejrzanych spraw, ludzi i miejsc… których jest więcej niż im się wydawało. Bo sekrety są wszędzie – w sąsiedztwie, w ich rodzinach, a nawet między nimi…


Yorkshire, 1979 rok

Maggie Thatcher zostaje premierem Zjednoczonego Królestwa, na topie są spodnie rurki, a Miv jest przekonana, że jej tata chce przenieść rodzinę na południe kraju.

To wszystko przez te morderstwa. I mamę, która z jakiegoś powodu przestała mówić.

Może jeśli Miv uda się rozwiązać zagadkę Rozpruwacza, który od pewnego czasu terroryzuje Yorkshire, nie będą musieli się wyprowadzać? Każdy plan jest dobry, kiedy stawką jest rozstanie z jej najlepszą przyjaciółką Sharon.

Dziewczynki postanawiają sporządzić listę podejrzanych spraw: osób, rzeczy i wydarzeń, które wydadzą się im dziwne. Nietypowe. Potencjalnie mordercze.

Problem pojawia się, gdy w trakcie poszukiwań Miv i Sharon odkrywają więcej tajemnic, niż się spodziewały.

Jennie Godfrey
Lista podejrzanych spraw
Przekład: Ewa Ratajczyk
Wydawnictwo Luna
Premiera: 18 czerwca 2025
 
 


Od au­torki

Całe po­ko­le­nie miesz­kań­ców Pół­nocy prze­ży­wało dzie­ciń­stwo z pięt­nem po­czy­nań mor­dercy – Pe­tera Sutc­liffe’a. Jed­nym z mo­ich naj­wy­raź­niej­szych wspo­mnień z pierw­szych lat ży­cia jest dzień, w któ­rym zo­stał schwy­tany – to wtedy wy­szło na jaw, że mój tata go znał. Wciąż do­znaję szoku na myśl o tym, jak bar­dzo zbli­żył się do mo­jej ro­dziny.
Ta książka jest hoł­dem dla ofiar, dla oca­la­łych i dla tych, któ­rzy – tak jak ja – byli wtedy dziećmi. Li­sta po­dej­rza­nych spraw to hołd od­dany mo­jej pięk­nej kra­inie.

Ży­cze­nie

1
Miv

Ła­two by­łoby stwier­dzić, że wszystko za­po­cząt­ko­wały mor­der­stwa, ale tak na­prawdę za­częło się od tego, że Mar­ga­ret That­cher zo­stała pre­mie­rem.
– Ko­biety nie na­dają się do rzą­dze­nia kra­jem. Nie są do tego stwo­rzone – orze­kła cio­cia Jean w dniu ogło­sze­nia wy­ni­ków wy­bo­rów. – Jakby z ostat­nimi u wła­dzy nie dość było pro­ble­mów. To po­czą­tek końca York­shire i za­raz ci po­wiem dla­czego.
Krzą­tała się po na­szej ma­łej kuchni i ener­gicz­nie wy­cie­rała po­wierzch­nie, które ja już wcze­śniej prze­tar­łam. Sie­dzia­łam przy stole w brą­zowo-po­ma­rań­czo­wym szkol­nym mun­durku, łu­ska­łam gro­szek do dursz­laka na wy­szczer­bio­nym żół­tym bla­cie z la­mi­natu i wkła­da­łam so­bie zia­renka do buzi, jak tylko cio­cia nie pa­trzyła. Chcia­łam za­uwa­żyć, że cio­cia Jean, po­dob­nie jak Mar­ga­ret That­cher, jest ko­bietą, ale ona nie zno­siła, kiedy jej się prze­ry­wało. By­ły­śmy tylko we dwie, nie można więc było uciec od jej prze­my­śleń, a miała ich wiele. Tak wiele, że za­częła je wy­li­czać.
– Po pierw­sze. – Jej sprę­ży­ste siwe loki pod­ska­ki­wały, gdy krę­ciła głową. – Wy­star­czy spoj­rzeć na jej twarz, od razu wi­dać, co się dzieje z ko­bietą u wła­dzy: staje się nie­czuła. Od razu wia­domo, że jest bez serca, prawda? – Wzięła z ocie­ka­cza drew­nianą łyżkę i dla wzmoc­nie­nia efektu mach­nęła nią w moją stronę.
– Hmm – mruk­nę­łam.
Przez chwilę roz­wa­ża­łam, czy po pro­stu od czasu do czasu nie po­ta­ki­wać, a ukrad­kiem czy­tać książkę, która le­żała otwarta z ro­giem wsu­nię­tym pod dursz­lak, żeby się nie za­my­kała. Ale choć cio­cia Jean nie miała zbyt do­brego słu­chu, to po­zo­stałe jej zmy­sły były jak brzy­twa i moją nie­uwagę wy­czu­łaby jak pies my­śliw­ski zwie­rzynę.
– Po dru­gie. Zdą­żyła już od­jąć od ust mleko bied­nym dzie­ciom i za­brać po­sady ciężko pra­cu­ją­cym męż­czy­znom.
Wie­dzia­łam, że przy­naj­mniej część tych za­rzu­tów jest prawdą. Po­wie­dzonko „That­cher, zło­dziejka mleka” na­dal krą­żyło po na­szej szkole, wiele lat po tym, jak wy­co­fała małe bu­telki obrzy­dli­wego let­niego mleka, które mu­sie­li­śmy co­dzien­nie pić.
– Po trze­cie. Co rusz te cho­lerne mor­der­stwa. Z tego sły­nie te­raz York­shire. Z mar­twych dziew­czyn.
Odło­żyła drew­nianą łyżkę i otwo­rzyła drzwi na­szej sta­rej lo­dówki, za­rdze­wia­łej na ro­gach, a one za­pro­te­sto­wały skrzy­pie­niem. Na­tych­miast cmok­nęła na wi­dok pustki, wy­cią­gnęła znisz­czony ko­ło­no­tat­nik, który wszę­dzie ze sobą no­siła, wy­jęła rów­nie wy­słu­żony ołó­wek przy­cze­piony do okładki i po­śli­niła ry­sik.
– Ma­sło, mleko, ser.
Wi­dzia­łam, jak wy­po­wiada war­gami słowa ka­li­gra­fo­wane pi­smem, z któ­rego była tak dumna. Cio­cia Jean lu­biła po­rząd­ko­wać ży­ciowy ba­ła­gan i za­pro­wa­dzać ład. Cza­sami za­sta­na­wia­łam się, czy wła­śnie to pró­bo­wała zro­bić w na­szej ro­dzi­nie. Skoń­czyła swoją li­stę, za­mknęła lo­dówkę i na mnie spoj­rzała.
– No, nie tylko z mar­twych dziew­czyn. Jesz­cze z ta­kich ko­biet.
Kor­ciło mnie, żeby za­py­tać, ja­kie ma na my­śli i czy są one ta­kie same jak Mar­ga­ret That­cher. Za­wsze in­try­go­wały mnie ko­biety, któ­rych cio­cia Jean nie po­chwa­lała – było ich wiele – ale z do­świad­cze­nia wie­dzia­łam, że nie li­czy na ża­den ko­men­tarz i ża­den nie byłby mile wi­dziany. Po­sta­no­wi­łam mil­czeć i po pro­stu usia­dłam wy­god­niej na krze­śle, a cio­cia Jean wró­ciła do wy­da­wa­nia swo­ich opi­nii. O mor­der­stwa, o któ­rych wspo­mniała, py­tać nie mu­sia­łam. Wszy­scy w York­shire wie­dzieli, że gra­suje u nas upiór, uzbro­jony w mło­tek i pa­ła­jący nie­na­wi­ścią do ko­biet.

*

O Roz­pru­wa­czu z York­shire po raz pierw­szy usły­sza­łam dwa lata wcze­śniej, kiedy mia­łam pra­wie dzie­sięć lat. Ja, mama, tata i cio­cia Jean sie­dzie­li­śmy w na­szym sa­lo­nie. To było nie­długo po tym, jak cio­cia u nas za­miesz­kała. Pró­bo­wa­łam się do­sto­so­wać do obec­no­ści no­wej osoby w domu, bo tego ode mnie wy­ma­gano. Nie­ustan­nie sta­ra­łam się być cich­sza i mniej wi­doczna, ale mimo naj­lep­szych in­ten­cji moja oso­bo­wość i tak da­wała o so­bie znać w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie.
Na ekra­nie ma­łego czarno-bia­łego te­le­wi­zora wci­śnię­tego na półkę le­ciały wie­czorne wia­do­mo­ści. Mama, tata i cio­cia Jean sie­dzieli na ka­na­pie i wpa­try­wali się w nie, jakby słu­chali ka­za­nia w ko­ściele. Mia­łam mo­kre włosy po co­ty­go­dnio­wym my­ciu, więc mo­głam usiąść na fo­telu zwy­kle za­re­zer­wo­wa­nym dla mamy, kiedy była na dole. Stał obok ko­minka ga­zo­wego wy­peł­nio­nego mocno roz­ża­rzo­nymi po­la­nami i ogrze­wał moją twarz, gdy się do niego od­wró­ci­łam. W po­zo­sta­łej czę­ści po­koju było tak zimno, że można było zo­ba­czyć wła­sny od­dech. Wpa­try­wa­łam się w brą­zowe, po­ma­rań­czowe i musz­tar­dowe za­wi­jasy na na­szej wy­kła­dzi­nie – wy­glą­dały jak wzory ry­so­wane spi­ro­gra­fem, który do­sta­łam na Boże Na­ro­dze­nie – aż na­gle się zo­rien­to­wa­łam, że w po­koju coś się zmie­niło, jakby na­gle za­bra­kło w nim tlenu. Zda­wało się, że wszy­scy za­czerp­nęli po­wie­trza i wstrzy­my­wali od­dech, jak cza­sem ro­bi­li­śmy w szkole – aż do mo­mentu, gdy twa­rze pło­nęły nam czer­wie­nią, a po­tem pod­da­wa­li­śmy się, za­sa­pani i ro­ze­śmiani.
Pod­nio­słam wzrok i zo­ba­czy­łam po­li­cjanta z po­ważną miną, ob­wie­szo­nego pań­stwo­wymi od­zna­cze­niami, który wła­śnie po­ja­wił się na ekra­nie. Tata uważ­nie przy­glą­dał się ma­mie, jakby spraw­dzał, czy żyje. Naj­wy­raź­niej nie do­pa­trzył się ni­czego dziw­nego, bo od­wró­cił się do cioci Jean, uno­sząc i opusz­cza­jąc brwi, na co za­wsze re­ago­wa­łam chi­cho­tem. Ale te­raz nie było w tym nic za­baw­nego. Nie mia­łam po­ję­cia, co się zmie­niło.

 
Dziś mogę po­twier­dzić, że dwu­dzie­sto­let­nia Jean Jor­dan jest szó­stą ofiarą Roz­pru­wa­cza z York­shire. Zgi­nęła w bru­talny spo­sób. Mor­derca za­dał jej cios w głowę tę­pym na­rzę­dziem, a na­stęp­nie wie­lo­krot­nie ją ra­nił. Ofiara rów­nież była pro­sty­tutką…

 
Wy­pro­sto­wa­łam się – tego słowa jesz­cze nie sły­sza­łam. Tata za­kasz­lał, za­głu­sza­jąc dźwięk te­le­wi­zora. Cio­cia Jean wstała, żeby prze­łą­czyć ka­nał, ale ja zdą­ży­łam za­py­tać:
– Co to jest pro­sty­tutka?
Tata i cio­cia Jean znów na sie­bie spoj­rzeli. Tata po­ru­szył się w fo­telu, a cio­cia Jean za­marła. Mama na­dal wpa­try­wała się bez­na­mięt­nie w ekran i je­dy­nie prze­lotny prze­błysk świa­do­mo­ści świad­czył o tym, że wi­działa wia­do­mo­ści, jed­nak sku­pie­nie w jej oczach zni­kło tak szybko, jak się po­ja­wiło. Nikt na mnie nie spoj­rzał.
– To ktoś, kto po­maga po­li­cji – rzu­cił w końcu tata.
– Chcesz hor­licksa[1] przed snem? – za­py­tała cio­cia Jean su­ro­wym to­nem i wy­szła z po­koju, da­jąc mi znak, że­bym po­szła za nią.
Kiedy wró­ci­łam, w te­le­wi­zji le­ciało coś zu­peł­nie in­nego. Mia­łam wra­że­nie, że wcze­śniej­sza roz­mowa ni­gdy się nie od­była.
Od tam­tego dnia Roz­pru­wacz błą­kał się po pe­ry­fe­riach mo­jej świa­do­mo­ści. W szkole po­lo­wa­nie na ca­łusa za­stą­piła za­bawa znacz­nie gor­sza – „po­ścig Roz­pru­wa­cza” – chłopcy z mo­jej klasy za­pi­nali wia­trówki tylko pod szyją i kiedy bie­gli, lek­kie kurtki ło­po­tały jak skrzy­dła dra­pież­nych pta­ków. Uga­niali się po dzie­dzińcu za naj­ład­niej­szymi dziew­czy­nami – mię­dzy in­nymi za moją przy­ja­ciółką Sha­ron – a one z krzy­kiem ucie­kały. Ale ofia­rami mor­dercy nie in­te­re­so­wa­łam się zbyt­nio do czasu, gdy kilka ty­go­dni przed wy­bo­rami za­bito dzie­więt­na­sto­let­nią pra­cow­nicę to­wa­rzy­stwa bu­dow­la­nego z Ha­li­faxu – Jo­se­phine Whi­ta­ker.
Tata zo­sta­wił ga­zetę na ku­chen­nym stole i po­szedł do pubu, a ja chcia­łam ją sprząt­nąć. Cio­cia Jean nie zno­siła ba­ła­ganu. Naj­sil­niej utkwiły mi w pa­mięci zdję­cia z pierw­szej strony: uśmiech­nięta twarz Jo­se­phine z sze­roko otwar­tymi oczami, oko­lona gę­stymi, ciem­nymi wło­sami, obok fo­to­gra­fii jej czę­ściowo za­kry­tego ciała w miej­sco­wym parku, gdzie zo­stała dwa­dzie­ścia je­den razy dźgnięta śru­bo­krę­tem.
Jej śmierć do­tknęła mnie tak, jak­bym tę ko­bietę znała. Być może z po­wodu wieku – była na tyle młoda, że w te­le­wi­zji mó­wiono o niej „dziew­czyna”, i jed­no­cze­śnie nie­wiele star­sza ode mnie. Być może ze względu na spo­sób, w jaki ją opi­sano, sło­wami ta­kimi jak „nie­winna” i „szla­chetna”. Nie za­li­czała się do ta­kich ko­biet, jak na­zy­wała je cio­cia Jean. Wpa­try­wa­łam się w te zdję­cia, to w jedno, to w dru­gie, a serce ło­mo­tało mi tak mocno, że jego dud­nie­nie czu­łam w uszach.

*

W dniu wy­bo­rów tata wró­cił do domu po po­rze pod­wie­czorku, a ja sie­dzia­łam przy ku­chen­nym stole i skrę­ca­jąc się z głodu, cze­ka­łam, aż umyje ręce i do nas do­łą­czy. Do kuchni wpadł zna­jomy piż­mowy za­pach potu i pa­sty do czysz­cze­nia. Tata usiadł obok mnie przy stole i zmierz­wił mi włosy, co było jed­nym z nie­licz­nych prze­ja­wów czu­ło­ści.
– Pra­wie go­towe, Au­stin. – Cio­cia Jean kiw­nęła głową i po­sta­wiła przed nim ku­bek go­rą­cej her­baty, a ja po­ru­szy­łam się nie­cier­pli­wie na krze­śle. – Prze­stań, Miv – upo­mniała mnie cio­cia. – Wier­cisz się, jak­byś miała owsiki.
Za­mar­łam na­tych­miast, zwie­si­łam głowę i przy­gry­złam mocno wargę. Mama cią­gle tak do mnie mó­wiła. Ale za­wsze ro­biła to z uśmie­chem.
– Jak ci się nu­dzi, mo­żesz za­nieść to na górę. – Cio­cia Jean wrę­czyła mi tacę z mi­ską gę­stej zupy.
Kiedy po­czu­łam za­pach po­mi­do­rów, za­częło mi bur­czeć w brzu­chu jesz­cze bar­dziej. Od­wró­ci­łam się i zaj­rza­łam do du­żego po­koju. Zo­rien­to­wa­łam się, że zde­ze­lo­wany fo­tel jest pu­sty. Wi­docz­nie mama miała kiep­ski dzień.
We­szłam po na­szych wą­skich scho­dach, ze wzro­kiem utkwio­nym w mi­sce na tacy, sta­wia­jąc stopy z prze­sadną ostroż­no­ścią, żeby nie roz­lać ani kro­pli. Na gó­rze po­ło­ży­łam tacę przed za­mknię­tymi drzwiami sy­pialni, za­pu­ka­łam ci­cho i wy­tę­ży­łam słuch, wy­cze­ku­jąc ja­kie­go­kol­wiek od­głosu, ale od­po­wie­działa mi tylko ci­sza. Ze­szłam na pal­cach, a gdy po­sta­wi­łam stopę na naj­niż­szym stop­niu, usły­sza­łam nie­mal bez­gło­śny jęk otwie­ra­nych drzwi i ode­tchnę­łam z ulgą. Przy­naj­mniej ja­dła. A więc dzień nie był cał­kiem zły.
Kiedy wró­ci­łam do kuchni, cio­cia Jean zdą­żyła zdjąć far­tuch i miała na so­bie swój co­dzienny swe­ter – po­ce­ro­wany na łok­ciach i za­pięty pod szyję. Je­śli nie li­czyć jej opi­nii, cio­cia Jean była bar­dzo sche­ma­tyczna – raz w ty­go­dniu ukła­dała swoje sprę­ży­ste loki pod klo­szem su­szarki u fry­zjera, a na no­gach no­siła grube, cie­li­ste raj­stopy za­kry­wa­jące naj­mniej­szy frag­ment skóry. Te­raz kro­iła dużą za­pie­kankę i na­kła­dała ją na ta­le­rze. Tata po­chła­niał naj­now­sze wia­do­mo­ści na te­mat kry­kieta w ga­ze­cie „York­shire Chro­nicle”, którą za­mknął, gdy sta­nęło przed nim je­dze­nie. W końcu sie­dzie­li­śmy we troje nie­mal ło­kieć przy łok­ciu przy okrą­głym stole i je­dli­śmy.
Za­nim przy­je­chała cio­cia Jean, ko­la­cje spo­ży­wa­li­śmy na ta­cach na ka­na­pie przy włą­czo­nym te­le­wi­zo­rze i było przy tym miej­sce na ha­łas i śmie­chy. Na­wet pod­czas straj­ków, które kilka lat wcze­śniej na parę dni po­zba­wiły nas prądu i ogrze­wa­nia, mama za­mie­niła wszystko w za­bawę. Uda­wała, że je­ste­śmy na bi­waku, je­dli­śmy przy świe­cach, w weł­nia­nych czap­kach i śpie­wa­li­śmy pio­senki, ja­kie śpiewa się przy ogni­sku. Na­wet je­śli mu­sie­li­śmy jeść po ciemku, ży­cie było wtedy pełne lek­ko­ści – nie tej po­nu­rej sza­ro­ści, która nas okryła, gdy mama za­mil­kła, a jej miej­sce za­jęła cio­cia Jean.
Cio­cia od­kaszl­nęła i spra­wiła, że zro­biło się dużo cia­śniej, bo obok ta­le­rza po­ło­żyła no­tat­nik i go otwo­rzyła. Do­pi­sała jesz­cze kilka uwag, sta­ran­nie je nu­me­ru­jąc, na te­mat tego, dla­czego Mar­ga­ret That­cher była „złem dla kraju, a w szcze­gól­no­ści dla York­shire”. Słowa za­pi­sane na kartce brzmiały do­kład­nie tak jak te, które wy­po­wia­dała.
Tata w mil­cze­niu jadł za­pie­kankę z ka­wał­kami wo­ło­winy i ne­rek, ze wzro­kiem utkwio­nym w po­tra­wie na ta­le­rzu. Nie da­wał po so­bie po­znać, że słu­cha, gdy po­wta­rzała te same kwe­stie, które wy­re­cy­to­wała mi wcze­śniej, i do­dała kilka no­wych – o tym, że „ko­biety za­bie­rają się za rze­czy prze­kra­cza­jące ich moż­li­wo­ści” oraz że York­shire „scho­dzi na psy” przez coś, co na­zywa się „imi­gra­cją”.
Wes­tchnęła, a jej sztywne loki drgnęły.
– Nie wiem, Au­stin. Cza­sami my­ślę, że mo­gli­by­śmy dać so­bie spo­kój i prze­nieść się na Po­łu­dnie.
Za­mar­łam z wi­del­cem w po­ło­wie drogi do ust. Mó­wiła po­waż­nie? W na­szej ro­dzi­nie Po­łu­dnie ozna­czało los gor­szy niż śmierć. „Sie­dzi w nas York­shire”, ma­wiała cio­cia Jean. „We krwi mamy wrzo­so­wi­ska i przę­dzal­nie”.
Odło­ży­łam na ta­lerz kęs za­pie­kanki, zwi­sa­jący z końca wi­delca, bo stra­ci­łam ape­tyt. Tata pod­niósł głowę. Za­nim zdą­ży­łam się za­sta­no­wić, z mo­ich ust wy­pły­nęły słowa:
– Nie mo­żemy się wy­pro­wa­dzić.
Ich gło­śność za­sko­czyła na­wet mnie. Tata i cio­cia od­wró­cili się w moją stronę.
– Coś ta­kiego! – Tata wy­glą­dał na wy­raź­nie roz­ba­wio­nego.
Na twa­rzy cioci Jean nie było jed­nak ani tro­chę we­so­ło­ści.
– Zro­bisz, co ci każą. – Wska­zała na mój ta­lerz, jakby chciała po­wie­dzieć: „To do­ty­czy też ko­la­cji”.
– Ale WSZYSTKO jest tu­taj. – Mia­łam na my­śli moją naj­lep­szą i je­dyną przy­ja­ciółkę Sha­ron. Czu­łam, że gar­dło mam co­raz bar­dziej ści­śnięte i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łam prze­łknąć ślinę. Płacz był jedną z wielu rze­czy, któ­rych cio­cia Jean nie po­chwa­lała.
Tata odło­żył nóż i wi­de­lec i po raz pierw­szy prze­niósł wzrok z za­pie­kanki na cio­cię Jean. Ze stosu na środku stołu wziął kromkę chleba grubo po­sma­ro­waną ma­słem i sta­ran­nie wy­tarł nią resztki sosu z ta­le­rza.
– Tak, może masz ra­cję – ode­zwał się po chwili na­my­słu. – Nowy po­czą­tek mógłby nam wszyst­kim wyjść na do­bre. Po­win­ni­śmy to prze­my­śleć. – Zer­k­nął w kie­runku su­fitu i słu­chał od­głosu kro­ków stą­pa­ją­cych po­woli po drew­nia­nej pod­ło­dze.
Ja też spoj­rza­łam w górę. Kiedy się od­wró­ci­łam, cio­cia Jean ob­ser­wo­wała nas oboje. Do­strze­głam w jej oczach emo­cje, któ­rych nie po­tra­fi­łam na­zwać. Po­zbyła się ich rów­nie szybko jak brud­nych ta­le­rzy.
Wtedy zro­zu­mia­łam, że sy­tu­acja jest po­ważna.

*

Tej nocy le­ża­łam w łóżku, a księ­życ za­glą­da­jący przez szparę w za­sło­nach oświe­tlał mil­czące cie­nie biurka, pó­łek z książ­kami i cięż­kiej sta­rej szafy z orze­cha. Oczy dawno wy­bla­kłych, zbyt dzie­cin­nych już dla mnie po­staci Wom­bel­ków na ta­pe­cie wy­glą­dały, jakby mnie ob­ser­wo­wały. Te zna­jome kształty spra­wiły, że znów po­czu­łam ucisk w gar­dle.
Chwy­ci­łam się kra­wę­dzi łóżka i kur­czowo trzy­ma­łam sztywny, szorstki koc, czu­jąc na­ra­sta­jący ból głowy i su­peł w żo­łądku na myśl o wy­jeź­dzie z York­shire. Przy­po­mniało mi się na­sze ostat­nie wyj­ście na ob­chody dnia Guya Faw­kesa w na­szym mie­ście. Mama uznała, że je­stem wy­star­cza­jąco do­ro­sła, by po­jeź­dzić na ka­ru­zeli, a ja czu­łam się tak, jak­bym zwi­sała z kra­wę­dzi świata, gdy jeź­dzi­li­śmy w kółko. Przed krzy­kiem prze­ra­że­nia po­wstrzy­my­wał mnie je­dy­nie mocny uścisk dłoni mamy. Wciąż pa­mię­ta­łam im­bi­rowy pier­ni­kowy za­pach jej skóry. Wie­dzia­łam, że to się już nie po­wtó­rzy. Ostat­nie dwa lata na­uczyły mnie, jak bar­dzo lu­dzie mogą się zmie­nić. Skoro nie mo­głam li­czyć na lu­dzi, to po­trze­bo­wa­łam przy­naj­mniej nie­zmien­nych miejsc i oko­licz­no­ści. Nie mo­gli­śmy się wy­pro­wa­dzić.
Zwró­ci­łam się do je­dy­nej rze­czy, na którą za­wsze mo­głam li­czyć. Ni­gdy nie znaj­do­wa­łam po­cie­sze­nia w lal­kach czy plu­szo­wych ma­skot­kach, więc za­miast po któ­rąś z nich się­gnę­łam po sfa­ty­go­waną książkę Enid Bly­ton, którą mama ku­piła mi na pchlim targu. Le­żała na szczy­cie stosu przy łóżku. Okładka zwi­jała się ze sta­ro­ści, a kartki od­cze­piły się od grzbietu. Była to jedna z opo­wie­ści o Słyn­nej Piątce. Ofi­cjal­nie by­łam na nie za duża, ale książki te były dla mnie jak sta­rzy przy­ja­ciele. Uwiel­bia­łam, kiedy każda przy­goda koń­czyła się tro­ską cioci Fanny i mnó­stwem ka­na­pek, które przy­go­to­wy­wała dla bo­ha­te­rów.
Czy­ta­nie zna­jo­mych słów zaj­mo­wało mnie, gdy cze­ka­łam na inną co­dzienną po­cie­chę. Co wie­czór od dnia, w któ­rym mama za­mil­kła, tata przy­cho­dził do mo­jego po­koju, żeby po­wie­dzieć mi do­bra­noc. Był mar­nym za­stępcą mamy, która śpie­wała mi do snu, głasz­cząc mnie przy tym po gło­wie. To ni­gdy nie były idio­tyczne dzie­cinne pio­senki, tylko me­lo­dyjne, smutne utwory Be­atle­sów czy The Car­pen­ters, na­bie­ra­jące uroku dzięki jej dźwięcz­nemu gło­sowi. Tylko wtedy mo­głam po­być z tatą sama, dla­tego ten czas stał się cen­nym ry­tu­ałem, po któ­rym tata scho­dził na dół i oglą­dał te­le­wi­zję z cio­cią Jean lub „wy­ska­ki­wał na szyb­kie piwko”, co zda­rzało się co­raz czę­ściej. Gdy wyj­rzał zza drzwi, odło­ży­łam książkę, go­towa do ataku.
– Na­prawdę za­mie­rzamy się prze­pro­wa­dzić? – za­py­ta­łam.
Wszedł, usiadł na brzegu łóżka i za­czął się ba­wić nitką wy­sta­jącą z wy­dzier­ga­nego koca, który mnie przy­kry­wał.
– A to na­prawdę by­łoby ta­kie straszne? – za­py­tał z uśmie­chem na twa­rzy. Ski­nie­niem głowy wska­zał otwartą książkę o Słyn­nej Piątce, le­żącą na mo­ich ko­la­nach. – My­śla­łem, że lu­bisz przy­gody.
Za­sko­czona pod­nio­słam wzrok. To był cios po­ni­żej pasa – wy­ko­rzy­sta­nie ksią­żek prze­ciwko mnie.
– A co z kry­kie­tem? – po­wie­dzia­łam. – Nie można ki­bi­co­wać York­shire Cric­ket Club, je­śli się nie jest w York­shire.
Kry­kiet był je­dy­nym wspól­nym ję­zy­kiem, jaki mie­li­śmy z tatą. Dzięki jego ob­se­sji na punk­cie tej dys­cy­pliny spor­to­wej skom­pli­ko­wane za­sady i słow­nic­two gry były wy­ryte w mo­jej gło­wie jak li­tery w skale na plaży. W ro­dzi­nie krą­żyła aneg­dota, że mama i tata o mały włos nie mie­liby dzieci, po­nie­waż mo­głoby to utrud­nić mu po­dró­żo­wa­nie, żeby oglą­dać grę York­shire. Osta­tecz­nie jed­nak to nie ja sta­nę­łam temu na prze­szko­dzie. Wie­dzia­łam, że nieco na­cią­gam fakty, bo za­sada mó­wiła tylko o tym, że żeby grać w dru­ży­nie, trzeba uro­dzić się w York­shire, ale nic to nie dało. Tata spoj­rzał na ze­ga­rek, jakby piwo cze­kało na niego o okre­ślo­nej go­dzi­nie.
– York­shire nie jest już ta­kie jak daw­niej – mruk­nął, wsta­jąc do wyj­ścia.
Po­czu­łam, że ka­ru­zele we mnie znów za­czy­nają się krę­cić.
– Z po­wodu mor­derstw?
– Po czę­ści – przy­znał, gdy pod­szedł do drzwi mo­jej sy­pialni. – Ale się nie martw. – Uśmiech­nął się nie­wy­raź­nie, zga­sił główne świa­tło i ostroż­nie za­mknął drzwi.
Wy­cią­gnę­łam spod łóżka la­tarkę, włą­czy­łam ją i wró­ci­łam do czy­ta­nia. Już po kilku stro­nach mój umysł i ciało się uspo­ko­iły, a słowa prze­pro­wa­dziły hip­nozę. Wie­dzia­łam, że moja ulu­biona bo­ha­terka Geo­r­gina – znana jako Geo­rge ze względu na swój chło­pięcy wy­gląd i coś, co na­zywa się „bra­wurą” – nie ba­łaby się ani prze­pro­wadzki, ani na­wet Roz­pru­wa­cza z York­shire. Pew­nie we­zwa­łaby resztę Piątki, żeby spró­bo­wać go zła­pać.
A gdyby ktoś go zła­pał? – za­sta­na­wia­łam się, za­nim po­grą­ży­łam się we śnie. Gdyby mor­der­stwa ustały? I mo­gli­by­śmy zo­stać? Wtedy ni­gdy nie mu­sia­ła­bym opusz­czać Sha­ron i by­ły­by­śmy przy­ja­ciół­kami na za­wsze.

2
Au­stin

Au­stin za­mknął za sobą fron­towe drzwi, przy­sta­nął na chwilę i wes­tchnął. Po­woli wy­pro­sto­wał zgar­bione ra­miona i po­chy­lone ciało, ni­czym gór­nik wy­do­sta­jący się spod ziemi. Jego dom stał się miej­scem prze­peł­nio­nym po­trze­bami: cią­głych py­tań, próśb o za­pew­nia­nie cze­goś, ko­niecz­no­ści na­pra­wia­nia. Ale je­dy­nej rze­czy, którą na­prawdę chciał na­pra­wić, na­pra­wić nie mógł. Na ze­wnątrz po­czuł, że znów może od­dy­chać. Szedł do końca ulicy, wy­li­cza­jąc „ene, due, like, fake” w rytm swo­ich kro­ków na po­pę­ka­nych sza­rych pły­tach chod­ni­ko­wych, za­sta­na­wia­jąc się, do­kąd pójść tego wie­czoru. Gdy do­tarł do skrzy­żo­wa­nia, do­szedł do wnio­sku, że naj­bli­żej jest Red Lion i że naj­praw­do­po­dob­niej bę­dzie w nim sto­sun­kowo spo­koj­nie o tak wcze­snej po­rze, choć był piąt­kowy wie­czór. Więk­szość lu­dzi uda­wała się do pu­bów w mie­ście za­raz po pracy i nie prze­miesz­czała się ni­g­dzie in­dziej albo ro­biła to dużo póź­niej. Naj­waż­niej­sze było dla niego to, żeby nie mu­siał ni­czego ro­bić z wy­jąt­kiem za­pła­ce­nia za piwo.
Gdy do­tarł do pubu, po­cią­gnął cięż­kie czarne drzwi. Na dwo­rze było jesz­cze ja­sno, słońce do­piero za­czy­nało za­cho­dzić, ale ciem­no­czer­wone dy­wany i wel­we­towe bor­dowe ta­pety nada­wały wnę­trzu wie­czorną at­mos­ferę. Miał ra­cję, przy­pusz­cza­jąc, że bę­dzie spo­koj­nie. Stali by­walcy oczy­wi­ście już sie­dzieli na brą­zo­wych stoł­kach przy brą­zo­wym drew­nia­nym ba­rze, ich ciała w brą­zo­wych ubra­niach po­chy­lały się nad brą­zo­wym pi­wem, oto­czone chmurą dymu.
Au­stin za­mó­wił piwo i wska­zał na stos ga­zet obok jed­nego z go­ści.
– Tak, mo­żesz wziąć – po­wie­dział męż­czy­zna, nie pa­trząc na niego ani nie wyj­mu­jąc z ust pa­pie­rosa, za­nim się ode­zwał.
Au­stin prze­ko­pał się przez stertę, szu­ka­jąc lo­kal­nej ga­zety i wia­do­mo­ści o kry­kie­cie. W ga­ze­tach kra­jo­wych za­wsze było pełno bzdur, a wie­dział, że tego dnia bę­dzie ich jesz­cze wię­cej. Przy­naj­mniej na pierw­szych stro­nach nie po­ja­wił się Roz­pru­wacz. Na­główki miały inny wy­dźwięk – triumfu i opty­mi­zmu, któ­rego Au­stin nie po­dzie­lał. Prze­rzu­cał ko­lejne ga­zety, a każda z nich była li­stem mi­ło­snym do no­wej pre­mier: „Mag­gie idzie na ca­łość”, „Mag­gie się udało”, „Mo­żesz po­móc Pani Pre­mier spra­wić, by Bry­ta­nia znów była na­prawdę Wielka”.
– To­pisz smutki, Au­stin? – za­cze­pił go Pa­trick, ni­ski, krępy bar­man, który po­sta­wił przed nim szklankę. – Te­raz, kiedy rzą­dzi nami ko­bieta, cze­kają nas praw­dziwe kło­poty, co? – do­dał, jakby ten fakt był ra­czej za­bawny, a nie dru­zgo­cący.
Au­stin, po­dob­nie jak jego sio­stra, nie da­rzył sym­pa­tią That­cher, a na pod­sta­wie jej wcze­śniej­szych po­czy­nań mógł je­dy­nie prze­wi­dy­wać dal­szy upa­dek miesz­kań­ców York­shire pod jej rzą­dami. Wy­pił łyk piwa, żeby unik­nąć od­po­wie­dzi, ale Pat prze­szedł do te­matu jesz­cze mniej przy­jem­nego.
– Co sły­chać w domu? – za­py­tał ści­szo­nym gło­sem, by nie usły­szeli go stali by­walcy.
– Wiesz, jak jest – od­parł Au­stin w rów­nie la­ko­niczny spo­sób, ja­kiego od niego ocze­ki­wano.
Za­nim Pat zdą­żył po­wie­dzieć co­kol­wiek wię­cej, Au­stin za­brał piwo oraz miej­scową ga­zetę i prze­niósł się do naj­cich­szego za­kątka w pu­bie – chy­bo­czą­cego się drew­nia­nego sto­lika do gry w karty z jed­nym krze­słem. Pró­bo­wał za­po­mnieć o wszyst­kim i sku­pić się na lek­tu­rze, ale za­sta­na­wiał się, co Ma­rian – ta dawna Ma­rian – my­śla­łaby o That­cher w roli pre­miera. Wy­obra­żał ją so­bie, jak wy­gła­sza pło­mienną mowę na te­mat praw ro­bot­ni­ków, z po­licz­kami za­ró­żo­wio­nymi z prze­ję­cia. Nie mógłby się dłu­żej po­wstrzy­my­wać i wy­cią­gnąłby rękę, by ją po­ca­ło­wać, a ona chi­cho­ta­łaby i mu się wy­ry­wała. „Au­stin, pró­buję być po­ważna”. Wes­tchnął, a po­wie­trze uszło z jego płuc po­woli ni­czym z prze­bi­tej opony.
Nie było sensu wy­obra­żać so­bie ta­kich rze­czy, ale za­wo­alo­wane py­ta­nie Pa­tricka spra­wiło, że nie mógł nie my­śleć o domu. Jak miał się czuć obok mil­czą­cej żony, nie­zno­szą­cej sprze­ciwu sio­stry i, co naj­bar­dziej bo­le­sne, nie­let­niej, za­nie­dba­nej córki? Uwol­nił się od co­raz bar­dziej ści­ska­ją­cego za gar­dło po­czu­cia winy, po­pi­ja­jąc je pi­wem. Ro­zej­rzał się po pu­bie, szu­ka­jąc roz­rywki, i jego wzrok padł na je­dy­nego go­ścia, je­śli nie li­czyć męż­czyzn przy ba­rze, któ­rzy byli ra­czej czę­ścią wy­po­sa­że­nia niż fak­tycz­nymi klien­tami. Męż­czy­zna sie­dział po­chy­lony nad swoim ku­flem w prze­ciw­le­głym rogu, jakby on i Au­stin byli pod­pór­kami do ksią­żek. Pod­niósł głowę, być może wy­czu­wa­jąc na so­bie spoj­rze­nie. Au­stin na­tych­miast od­wró­cił wzrok, bo w gru­bym męż­czyź­nie o lo­do­wa­tych oczach roz­po­znał Ke­vina Carl­tona. Na tego czło­wieka się nie pa­trzyło. Au­stin sta­rał się pil­no­wać wła­snego nosa i uni­kał zbyt­niego in­te­re­so­wa­nia się ży­ciem in­nych lu­dzi, ale miesz­ka­nie pod jed­nym da­chem z sio­strą ozna­czało, że nie mógł uciec od plo­tek, które w tak ma­łym mie­ście krą­żyły za­wsze. Zda­niem Jean Ke­vin za­da­wał się z „po­dej­rza­nymi ty­pami” i miał „całą gro­madkę chłop­ców”, któ­rzy – co do jed­nego – zejdą „na złą drogę”; co prawda jego sio­stra wielu lu­dzi uwa­żała za po­dej­rza­nych, ale sam wi­dział, jak Ke­vin za­ata­ko­wał ko­goś ki­jem do sno­okera za to, że przy­glą­dał mu się zbyt długo, i wie­dział, że od ilo­ści wy­pi­tego piwa za­leży to, czy Carl­ton uzna kon­takt wzro­kowy za agre­sję. Na szczę­ście było chyba na tyle wcze­śnie, że przy­pad­kowe po­tknię­cie uszło Au­sti­nowi na su­cho.
– Jak się masz, Au­stin!
Pod­niósł wzrok i zo­ba­czył Gary’ego An­drewsa, który wła­śnie się zja­wił. Au­stin za­czął skła­dać ga­zetę i do­pi­jać piwo.
– Jak leci, Gary – wy­mam­ro­tał Au­stin. Gdy spoj­rzał na Pata, obaj jed­no­cze­śnie prze­wró­cili oczami.
Zro­bił się lekki gwar, bo Gary wi­tał wszyst­kich w pu­bie po ko­lei, kle­piąc sta­łych by­wal­ców po ple­cach, jed­nego po dru­gim. Po­dą­żał za nim jego mały od­dział, ki­wa­jąc gło­wami i śmie­jąc się z każ­dego jego słowa. Au­stin ni­gdy nie ro­zu­miał, dla­czego Gary ma tak wielu wiel­bi­cieli wśród mło­dych męż­czyzn. Ro­zu­miał, dla­czego chi­cho­tały przy nim dziew­czyny – nie można było mu ode­brać tego, że jest przy­stoj­nym chło­pa­kiem – ale zda­niem Au­stina jego zu­chwałe, przy­ja­ciel­skie za­cho­wa­nie „swo­jaka” było je­dy­nie grą. Po­dej­rze­wał, że Pat czuje to samo.
– Przy­nieść ci jesz­cze jedno? – Pat ski­nął na pu­stą szklankę Au­stina, wy­raź­nie od­wle­ka­jąc mo­ment po­dej­ścia do Gary’ego i jego ko­le­gów.
Au­stin spoj­rzał na ze­gar. Jego żona była już pew­nie w łóżku, córka praw­do­po­dob­nie z no­sem w książce, a Jean krzą­tała się po du­żym po­koju, w któ­rym brat urzą­dził dla niej pro­wi­zo­ryczną sy­pial­nię. Te­ren był czy­sty. Ale on nie był jesz­cze go­towy na po­wrót do domu.

3
Miv

W na­stępny po­nie­dzia­łek, jak co dzień przed szkołą, po­szłam po Sha­ron.
Drogę do jej domu zna­łam tak do­brze jak strony mo­ich ksią­żek o Słyn­nej Piątce. Za­pię­łam kurtkę po samą szyję, aby osło­nić się przed nie­przy­jem­nym, zim­nym desz­czem, i szłam tak szybko, jak tylko mo­głam. W ze­szłym se­me­strze, kiedy uczy­li­śmy się o pierw­szej woj­nie świa­to­wej, za­fa­scy­no­wała mnie wi­zja męż­czyzn ży­ją­cych w oko­pach. Domy sze­re­gowe na ulicy, przy któ­rej miesz­ka­łam, przy­wo­dziły mi na myśl rzędy zmę­czo­nych bi­twą, sza­rych żoł­nie­rzy z mo­ich pod­ręcz­ni­ków, ran­nych i oban­da­żo­wa­nych po la­tach walk i za­nie­dbań. Mi­ja­łam ko­lejne iden­tyczne ulice, aż w końcu ustą­piły miej­sca bar­dziej roz­le­głej zie­lo­nej czę­ści mia­sta, w któ­rej miesz­kała Sha­ron.
Nie było sensu, że­bym po nią przy­cho­dziła. Do szkoły szło się drogą, którą wła­śnie po­ko­na­łam, więc mu­sia­łam za­wró­cić, ale lu­bi­łam cho­dzić do Sha­ron. Po­do­bała mi się spo­kojna, schludna ulica i obiet­nica cze­goś, czego nie da­wał mi mój wła­sny dom. Róż­nica nie po­le­gała je­dy­nie na wiel­ko­ści bu­dyn­ków czy od­stę­pach mię­dzy nimi. Cho­dziło o dro­bia­zgi. Ob­fite ak­sa­mitne ko­tary za­miast prze­świ­tu­ją­cych za­słon kiep­skiego ga­tunku. O na­zwę domu na ta­bliczce za­miast zwy­kłego nu­meru na drzwiach. O świeżo po­ma­lo­wane, po­dwój­nie szklone okna za­miast łusz­czą­cych się drew­nia­nych ram z po­je­dyn­czą szybą. O spo­kój i ci­szę na ulicy Sha­ron, prze­ry­wane je­dy­nie od­gło­sami desz­czu, na­wo­ły­wa­niem pta­ków i spo­ra­dycz­nie prze­jeż­dża­ją­cymi sa­mo­cho­dami za­miast nie­usta­ją­cego ha­łasu dzieci ba­wią­cych się na mo­jej ulicy, szcze­ka­nia psów i mo­no­ton­nego ude­rza­nia piłki o mo­krą ścianę.
Sha­ron cze­kała na mnie na końcu swo­jej ulicy, w kap­tu­rze na gło­wie, ukry­wa­jąc swoje blond loki. Ru­szy­ły­śmy ra­zem lek­kim kro­kiem. Je­śli ja by­łam chłop­czycą Geo­rge ze Słyn­nej Piątki, to Sha­ron była słodką Anne. Two­rzyły mnie pro­ste li­nie – jak u fi­gu­rek z pa­ty­ków, które ry­so­wa­łam w szkole: krót­kie, pro­ste, my­sio­brą­zowe włosy, pro­sty nos i wy­pro­sto­wane ciało. Sha­ron two­rzyły krą­gło­ści i fale: krę­cone blond ko­smyki, nos okrą­gły jak gu­zi­czek i ró­żowe su­kienki w groszki. Na­wet jej li­tery wy­glą­dały jak bańki. Za­wsze by­łam pewna, że dla po­stron­nych sta­no­wimy dziwny duet. Pod­ję­ły­śmy roz­mowę z po­przed­niego dnia nie­mal w po­ło­wie zda­nia, jak­by­śmy ni­gdy jej nie prze­rwały.

*

Lu­dzie, któ­rych spo­ty­ka­ły­śmy po dro­dze do szkoły, byli jak mi­jane bu­dynki: prze­wi­dy­walni i nie­zmienni. O ósmej pięt­na­ście re­cy­to­wa­ły­śmy jed­nym gło­sem „Dzień do­bry!” pani Pe­ar­son, która wy­pro­wa­dzała na spa­cer swo­jego szcze­kli­wego jacka rus­sella. Wie­dzia­ły­śmy, że póź­niej przy­wi­tamy się i za­trzy­mamy na po­ga­wędkę ze sprze­dawcą ze sklepu na rogu, po­nie­waż o tej po­rze ukła­dał na ze­wnątrz dzien­niki na sto­jaku z prasą. Na­zy­wał nas „Straszną Dwójką”, a my się śmia­ły­śmy, jak­by­śmy sły­szały to po raz pierw­szy.
Chwilę przed tym, za­nim tam do­tar­ły­śmy, Sha­ron dała mi moc­nego kuk­sańca w że­bra i mruk­nęła: „Uwa­żaj!”. Skie­ro­wa­łam wzrok tam, gdzie ona, i zo­ba­czy­łam ko­lejną zna­jomą osobę, je­dyną, z którą nie wi­ta­ły­śmy się po dro­dze. Skądś wie­dzia­ły­śmy, że ma na imię Brian, ale nie mó­wi­ły­śmy tak o nim – dla nas był po pro­stu „męż­czy­zną w kom­bi­ne­zo­nie”.
Zda­wał się młody, miał około dwu­dzie­stu lat i ani razu nie na­wią­zał z nami kon­taktu wzro­ko­wego. Cią­gle cho­dził w gra­na­to­wym kom­bi­ne­zo­nie uma­za­nym sma­rem, który miał rów­nież na twa­rzy, i w weł­nia­nej żół­tej czapce z pom­po­nem – jej za­ska­ku­jąca we­so­łość kłó­ciła się z ca­łym wy­glą­dem. W ręce za­wsze trzy­mał pla­sti­kową torbę z wy­sta­ją­cym z niej pa­pie­rem.
Ni­gdy nie wie­dzia­ły­śmy, czy tym ra­zem się po­jawi, czy też nie, ale na jego wi­dok na­tych­miast prze­cho­dzi­ły­śmy na drugą stronę ulicy. Wy­ni­kało to z tego, że Sha­ron po­dej­rze­wała, że śmier­dzi, cho­ciaż ni­gdy nie zbli­ży­ły­śmy się do niego na tyle, by się prze­ko­nać, czy to prawda. Z po­czątku uwa­ża­ły­śmy go za nie­szko­dli­wego, ale ostat­nio na­sza od­raza wo­bec jego nie­chluj­stwa prze­ro­dziła się w coś bar­dziej nie­po­ko­ją­cego. Przy­spie­szy­ły­śmy kroku, gdy mi­ja­ły­śmy go po prze­ciw­nej stro­nie drogi, a Sha­ron chwy­ciła mnie za rękę i po­cią­gnęła, żeby jak naj­szyb­ciej do­trzeć do skle­piku na rogu, w bez­pieczne miej­sce.
Mia­ły­śmy przed sobą jesz­cze tro­chę czasu, za­nim do­ro­śli uznają, że Roz­pru­wacz sta­nowi dla nas za­gro­że­nie. Se­ryjny mor­derca za­bi­jał młode ko­biety, a nas pusz­czano do szkoły same. Zda­wało się, że te dwa fakty nie mają ze sobą nic wspól­nego. Ale choć od­po­wie­dzialni za nas do­ro­śli się o nas nie mar­twili, my, od czasu mor­der­stwa Jo­se­phine Whi­ta­ker, ży­ły­śmy w nie­ustan­nym po­czu­ciu, że wisi nad nami cień Roz­pru­wa­cza. Za­czę­ły­śmy uważ­niej przy­glą­dać się mi­ja­nym męż­czy­znom. Lu­stro­wa­ły­śmy ich twa­rze, za­miast rzu­cać ty­powe dla York­shire „Do­bry”. Uśmie­chy, które kie­dyś wy­da­wały się przy­ja­zne, te­raz bra­ły­śmy za po­żą­dliwe spoj­rze­nia, któ­rych in­ten­cje ro­zu­mia­ły­śmy je­dy­nie mgli­ście, ale wie­dzia­ły­śmy, że nie są do­bre.
Za skle­pem pusz­cza­ły­śmy się skró­tami, które pro­wa­dziły nas przez gę­ste świer­kowe za­ro­śla i roz­le­głe pola, gdzie można było za­po­mnieć, że po­cho­dzimy z po­nu­rego prze­my­sło­wego mia­sta, i wy­obra­żać so­bie, że je­ste­śmy po­szu­ki­wacz­kami przy­gód spa­ce­ru­ją­cymi po oko­licy. Zna­kiem, że wra­camy do cy­wi­li­za­cji, była duża fa­bryka oto­czona ogro­dze­niem z drutu kol­cza­stego, z wy­soko umiesz­czo­nymi oknami, przez które nie można było zaj­rzeć do środka. Za­wsze się wzdry­ga­łam, gdy ją mi­ja­ły­śmy, z nie­przy­jem­nym uczu­ciem przy­po­mi­na­jąc so­bie jedną z naj­wcze­śniej­szych „przy­gód”, w ja­kie nas wcią­gnę­łam.
Rok wcze­śniej, dzięki ze­sta­wowi do za­bawy w szpiega, który do­sta­łam na Boże Na­ro­dze­nie, i pierw­szemu obej­rza­nemu przeze mnie fil­mowi o Ja­me­sie Bon­dzie – Gold­fin­ger – zro­zu­mia­łam, że ta fa­bryka jest w rze­czy­wi­sto­ści przy­krywką dla ro­syj­skich szpie­gów. Po­ru­szy­łam ten te­mat z Sha­ron, która szczę­śli­wie przy­znała mi ra­cję, jak w przy­padku wszyst­kich mo­ich wcze­śniej­szych po­my­słów. Pew­nego dnia za­pro­po­no­wa­łam, że­by­śmy spró­bo­wały się wspiąć na ogro­dze­nie i prze­do­stać do środka.
Sha­ron prze­wró­ciła oczami i po pro­stu za­pu­kała do drzwi, a męż­czyź­nie, który nam otwo­rzył, po­wie­działa, że ko­niecz­nie mu­simy sko­rzy­stać z to­a­lety. Wtedy po raz pierw­szy mia­łam oka­zję zo­ba­czyć jej po­my­sło­wość pod pre­sją, zro­biła na mnie wra­że­nie. Męż­czy­zna wska­zał nam drogę do to­a­lety, in­stru­ując, że­by­śmy po­szły tam i z po­wro­tem, ale oczy­wi­ście ob­ra­ły­śmy inny kie­ru­nek, żeby się prze­ko­nać, czy znaj­dziemy coś in­te­re­su­ją­cego na po­par­cie mo­jej teo­rii o szpie­go­stwie. Skoń­czyło się na tym, że zaj­rza­ły­śmy za drzwi ma­łego ga­bi­netu, w któ­rym męż­czy­zna w brą­zo­wym gar­ni­tu­rze sie­dział przy znisz­czo­nym brą­zo­wym biurku i pa­lił pa­pie­rosa wśród ścian zbrą­zo­wia­łych przez lata od ty­to­nio­wego dymu.
– Co tu ro­bi­cie? – za­py­tał ła­god­nie, jakby wi­dok dwóch je­de­na­sto­let­nich dziew­czy­nek w progu ga­bi­netu był czymś po­wsze­dnim.
– Eee… Szły­śmy do to­a­lety, wi­docz­nie… – za­częła Sha­ron.
– Co tu się od­bywa? – za­py­ta­łam su­ro­wym to­nem. Nie na­uczy­łam się jesz­cze ukry­wać swo­jej cie­ka­wo­ści.
Męż­czy­zna uśmiech­nął się do mnie zza biurka, ga­sząc pa­pie­rosa w ogrom­nej brą­zo­wej po­piel­nicy, w któ­rej pię­trzyła się góra po­zgnia­ta­nych po­ma­rań­czowo-bia­łych pe­tów.
– Two­rzymy różne rze­czy. Z me­talu. Bla­chy. – Wska­zał na znak nad swoją głową. „Bla­char­nia Scho­fields”, gło­sił na­pis.
Po­śpiesz­nie się wy­co­fa­ły­śmy. Nie spo­tka­ły­śmy żad­nych Ro­sjan, a je­dy­nie Ken­ne­tha Pe­ar­sona, który miesz­kał na mo­jej ulicy i po­wie­dział nam „Do­bry”, gdy go mi­ja­ły­śmy. Ta eska­pada nie przy­nio­sła ta­kiego re­zul­tatu, ja­kiego ocze­ki­wa­łam.
Od tam­tej pory co­dzien­nie prze­cho­dzi­ły­śmy obok bu­dynku szyb­kim kro­kiem, bo nie chcia­łam so­bie przy­po­mi­nać tam­tej hi­sto­rii.
Kiedy skrę­ca­ły­śmy w ulicę pro­wa­dzącą do szkoły, drogę zwy­kle wska­zy­wało nam graf­fiti na ścia­nach za­bi­tej de­skami przę­dzalni – słowa „S…ny do domu” wy­pi­sane li­te­rami wy­so­kimi na trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. Tam­tego dnia za­sła­niał je ogromny biały pla­kat. Za­trzy­ma­łam się i wpa­try­wa­łam w niego. Za­czy­nał się od słów „Po­li­cja West York­shire” i zaj­mo­wał pra­wie całą górną po­łowę bu­dynku. Pod na­głów­kiem wid­niał na­pis, za­pi­sany po­gru­bio­nymi czar­nymi li­te­rami.
 
PO­MÓŻ NAM PO­WSTRZY­MAĆ ROZ­PRU­WA­CZA PRZED KO­LEJNĄ ZBROD­NIĄ
 
Mia­łam wra­że­nie, że apel jest skie­ro­wany do mnie.
Sha­ron prze­szła jesz­cze kilka kro­ków, wciąż mó­wiąc, za­nim za­uwa­żyła, że zo­sta­łam w tyle. Do­piero wtedy się za­trzy­mała.
– Co się stało? – za­py­tała.
– My­ślisz, że go znamy? – za­sta­na­wia­łam się. – My­ślisz, że wi­du­jemy go co­dzien­nie i nie mamy po­ję­cia, że to on?
Sha­ron wpa­try­wała się we mnie, marsz­cząc nos, jakby od­rzu­cała tę moż­li­wość.
– Nie chcę o tym my­śleć – po­wie­działa. – Chodź, bo się spóź­nimy.
Ale ja nie mo­głam prze­stać o tym my­śleć, a co­dzien­nie oglą­dane we­zwa­nie z pla­katu spra­wiło, że za­czę­łam roz­glą­dać się za mor­dercą wszę­dzie, wśród wszyst­kich lu­dzi, z któ­rymi mia­łam do czy­nie­nia.

*

Wkrótce po­tem po­je­cha­li­śmy na szkolną wy­cieczkę do Kna­res­bo­ro­ugh w hrab­stwie North York­shire, nie­da­leko Har­ro­gate. Cio­cia Jean na­zwała to mia­sto „dys­tyn­go­wa­nym York­shire”. Tę na­zwę wy­ce­dziła z taką samą po­gardą, jaką zwy­kle re­zer­wo­wała dla słowa „Po­łu­dnie”, ale kiedy wsta­łam tego ranka, cze­kały na mnie spa­ko­wany pro­wiant i szcze­gó­łowe in­struk­cje do­ty­czące wszyst­kiego, co po­win­nam ze sobą za­brać. Ko­lejna li­sta. Pełne za­wi­ja­sów, schludne pi­smo – z po­dwój­nie pod­kre­ślo­nym „Nie za­po­mnij!” u góry wy­bla­kłej żół­tej kartki wy­rwa­nej z no­tat­nika ciotki – spra­wiło, że się uśmiech­nę­łam.
Gdy wsia­da­li­śmy do po­ma­rań­czo­wego au­to­karu na­zna­czo­nego rdzą, wszy­scy ustą­pili pierw­szeń­stwa Ne­ilowi Cal­la­gha­nowi i Re­ece’owi Carl­to­nowi. To oni roz­po­częli „po­ścig Roz­pru­wa­cza” i byli znani z wda­wa­nia się w bójki. Wi­dziano ich na­wet pa­lą­cych pa­pie­rosy. Od razu było wia­domo, że zajmą miej­sca z tyłu. Re­ece, wy­soki, po­stawny chło­pak o lo­do­wa­tych nie­bie­skich oczach, po­słał Sha­ron bu­ziaka, gdy nas mi­jał. Sha­ron się skrzy­wiła i prze­wró­ciła oczami, ale pod jej pie­gami dało się za­uwa­żyć lekki ró­żowy ru­mie­niec. Mimo to wciąż wy­glą­dała ład­nie.
Nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć, kiedy to się za­częło – że chłopcy za­cho­wują się ina­czej wo­bec Sha­ron – ale zo­rien­to­wa­łam się, że w prze­ci­wień­stwie do mnie przy­ciąga ich uwagę. Uda­wa­łam, że pa­trzę z góry na chło­pa­ków, a cza­sem męż­czyzn, któ­rzy ga­pili się na Sha­ron lub się przed nią po­pi­sy­wali. Ale cza­sami ro­biło mi się przy­kro na myśl, że je­stem dla nich nie­wi­dzialna.
– Za­bie­raj się – roz­ka­zał Re­ece spo­koj­nemu chłopcu o imie­niu Ish­tiaq, który za­mie­rzał wsiąść do au­to­karu.
Ish­tiaq się od­su­nął, nie od­zy­wa­jąc się sło­wem. Sha­ron i ja wsia­dły­śmy jako na­stępne, krzy­wiąc się od gry­zą­cego za­pa­chu stę­chłego ty­to­niu i wy­bie­la­cza. Za­ję­ły­śmy swoje miej­sca na środku au­to­karu. Na przo­dzie mieli usiąść spo­koj­niejsi ucznio­wie, mię­dzy in­nymi Ish­tiaq, pod opieką na­szych na­uczy­cieli pana Ware’a i panny Sta­cey.
Po dro­dze sie­dzia­łam ci­cho, wy­glą­da­łam przez okno i z ca­łych sił sku­pia­łam się na tym, żeby nie do­stać mdło­ści. Ste­phen Crow­ther, który sie­dział z przodu, zwy­mio­to­wał już do wia­dra ku obrzy­dze­niu wszyst­kich sie­dzą­cych wo­kół niego. Choć w głębi du­szy nie­na­wi­dzi­łam tego, że chłopcy z na­szej klasy mnie nie za­uwa­żali, wie­dzia­łam, że tego ro­dzaju uwagi nie po­trze­buję.
Sha­ron pa­plała pod­eks­cy­to­wana z dziew­czy­nami sie­dzą­cymi za na­szymi fo­te­lami, a w au­to­ka­rze zro­biło się gło­śniej, gdy Neil i Re­ece za­częli na żarty okła­dać się pię­ściami, a inni skan­do­wali ry­mo­wankę po­pu­larną od czasu wy­bo­rów. Ry­so­wało się fi­gurkę na kartce trzy­ma­nej w po­wie­trzu w jed­nej ręce do rytmu słów:

 Oto Mar­ga­ret That­cher
Pod­rzuć ją i złap
Fiku-miku fiku-miku
Mar­ga­ret That­cher jest tu.
 
Skan­do­wa­nie koń­czyło się trium­fal­nym unie­sie­niem dru­giej ręki. Mar­ga­ret That­cher zo­sta­wała zgnie­ciona i uni­ce­stwiona.
Kiedy wrzawa do­tarła na przód au­to­karu, pan Ware wy­chy­lił głowę zza swo­jego fo­tela i za­pa­dła ci­sza. Pa­trzył na nas – świ­dro­wał ciem­nymi oczami każdą osobę, jak się zda­wało, i cze­kał przez kilka chwil na wy­pa­dek, gdy­by­śmy mieli wąt­pli­wo­ści co do jego ab­so­lut­nej wła­dzy. W końcu spoj­rzał na le­żącą przed nim kartkę.
– No do­brze – ode­zwał się. – Matka Ship­ton uro­dziła się w ty­siąc czte­ry­sta osiem­dzie­sią­tym ósmym roku i była znana jako pro­ro­kini z Kna­res­bo­ro­ugh. Ktoś wie, co ozna­cza to słowo?
– Nie, pro­szę pana – od­po­wie­dzie­li­śmy chó­rem, wszy­scy z wy­jąt­kiem Ste­phena Crow­thera, który wciąż trzy­mał głowę w wia­drze.
– To zna­czy, że umiała prze­wi­dy­wać przy­szłość. Miesz­kała w ja­skini, którą zo­ba­czymy, a całe mia­steczko uwa­żało ją za dzi­waczkę, tro­chę tak jak my cie­bie, Crow­ther – do­dał, spo­glą­da­jąc z góry na bied­nego Ste­phena. – Jej „pe­try­fi­ku­jące źró­dełko” jest po­dobno za­cza­ro­wane, a nie­któ­rzy twier­dzą, że je­śli wrzuci się do niego mie­dziaka, spełni się po­my­ślane ży­cze­nie. – Prze­wró­ce­nie oczami i po­krę­ce­nie głową zdra­dziło nam, co pan Ware są­dzi o tej le­gen­dzie.
Spodo­bała mi się hi­sto­ria o Matce Ship­ton i jej ja­skini.
W Kna­res­bo­ro­ugh było cie­pło i sło­necz­nie, zu­peł­nie ina­czej niż przy ciem­nym i zim­nym źró­dle oraz w ja­skini prze­peł­nio­nej za­pa­chem stę­chli­zny i wil­go­cią. Po­wolne, ryt­miczne ka­pa­nie z su­fitu nio­sło się echem po ca­łym jej wnę­trzu, a ska­mie­niałe za­bawki, buty, ka­pe­lu­sze i ron­delki wi­szące u wej­ścia ko­ja­rzyły się z mrocz­nymi baj­kami. Po­my­śla­łam, że pe­try­fi­ka­cja to do­bre słowo na okre­śle­nie tego, co wi­siało przed na­szymi oczami.
– Do­brze. Ci­sza. Słu­chaj­cie – ode­zwała się panna Sta­cey. – Przy­go­tuj­cie mie­dziaki i za­sta­nów­cie się nad swoim ży­cze­niem. Uwa­żaj­cie. Wy­my­śl­cie coś ta­kiego, żeby so­bie nie za­szko­dzić, je­śli się spełni. I naj­waż­niej­sze: pa­mię­taj­cie, że nie mo­że­cie ni­komu o tym ży­cze­niu po­wie­dzieć, bo się nie spełni.
Sto­jąc przed źró­deł­kiem, roz­wa­ża­łam kilka moż­li­wo­ści. Spoj­rza­łam na Sha­ron, krzy­wiącą pie­go­watą twarz z po­wodu nie­przy­jem­nej woni wil­goci. Bra­łam pod uwagę ży­cze­nie dłu­gich blond wło­sów, ta­kich jak jej; wsty­dzi­łam się swo­jej krót­kiej brą­zo­wej czu­pryny. Za­sta­na­wia­łam się też, czy nie po­pro­sić o cof­nię­cie się w cza­sie do tych dni, za­nim mama się zmie­niła. Wie­dzia­łam jed­nak, że źró­dełko nie może być aż tak ma­giczne. My­śla­łam rów­nież o proś­bie, że­bym nie mu­siała się prze­pro­wa­dzać na Po­łu­dnie i opusz­czać Sha­ron.
W końcu jed­nak wy­po­wie­dzia­łam ży­cze­nie, które miało wpły­nąć na ży­cie wszyst­kich, któ­rych zna­łam – i któ­rego póź­niej mocno po­ża­ło­wa­łam.
Wrzu­ca­jąc mo­netę do studni, ży­czy­łam so­bie, że­bym to ja zła­pała Roz­pru­wa­cza z York­shire.

*

Sha­ron i ja nie za­przy­jaź­ni­ły­by­śmy się, gdyby nie jej mama Ruby. Pew­nej nie­dzieli w ko­ściele po­de­szła do mnie i do taty. To było nie­długo po tym, kiedy mama się zmie­niła, więc nie cho­dziła już do ko­ścioła, ale tata na­dal to ro­bił. Wciąż wie­rzył. Albo przy­naj­mniej przy­cho­dził po­słu­chać, jak śpie­wam w chó­rze w każdą nie­dzielę. Była to jedna z mo­ich ulu­bio­nych rze­czy, po­nie­waż przy­po­mi­nała mi o ma­mie. Śpiew spra­wiał, że czu­łam się bli­sko niej. Mniej wię­cej rok póź­niej tata też prze­stał przy­cho­dzić. Cio­cia Jean ni­gdy nie cho­dziła do ko­ścioła. „Do­bro­czyn­ność za­czyna się w domu”, ma­wiała.
Skoń­czyło się po­ranne na­bo­żeń­stwo, pod­czas któ­rego pa­stor po­mo­dlił się za du­szę Jean Jor­dan, ostat­niej ofiary Roz­pru­wa­cza, tej, o któ­rej mó­wiono w wia­do­mo­ściach. Nikt nie wy­da­wał się za­nie­po­ko­jony. Roz­pru­wacz był bar­dzo da­leko od na­szego mia­steczka. Gra­so­wał w du­żych mia­stach, a o jego ofia­rach szep­tano z li­to­ścią. Sprawa nie do­ty­czyła lu­dzi ta­kich jak my. By­li­śmy bez­pieczni w na­szym ko­ściele, osła­niani swoją pra­wo­ścią.
Sta­li­śmy przy wej­ściu, a ja wpa­try­wa­łam się w na­grobki przede mną, roz­pa­da­jące się i po­ro­śnięte mchem. Za­sta­na­wia­łam się, czy to do ta­kich miejsc tra­fiały za­mor­do­wane ko­biety. Czy otrzy­my­wały wstęp na przy­ko­ścielny cmen­tarz, skoro mó­wiono o nich szep­tem. Pod­nio­słam wzrok, żeby za­dać to py­ta­nie ta­cie, ale był po­grą­żony w ci­chej roz­mo­wie z Ruby, więc cze­ka­łam. W końcu zwró­cili na mnie uwagę, a Ruby po­chy­liła się i spoj­rzała mi pro­sto w twarz, roz­ta­cza­jąc mgiełkę per­fum Char­lie. Za­mru­ga­łam, a ona się uśmiech­nęła i po­wie­działa:
– Może wpa­dła­byś kie­dyś do nas na pod­wie­czo­rek? Mama i tata mie­liby chwilę wy­tchnie­nia?
Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co było we mnie tak mę­czą­cego, że wy­ma­gało wy­tchnie­nia, ale Ruby wy­glą­dała jak Pur­dey z The New Aven­gers, z blond wło­sami oka­la­ją­cymi uśmiech­niętą twarz, a mnie cią­gnęło do niej i do jej słod­kiego uśmie­chu. Wła­ści­wie lgnęli do niej wszy­scy, na­wet mój tata.
– Chęt­nie, pani Par­ker – zgo­dzi­łam się, nie pró­bu­jąc ukryć en­tu­zja­zmu w gło­sie.
Kiedy po raz pierw­szy od­wie­dzi­łam Par­ke­rów, szłam przez pod­jazd bar­dzo nie­pew­nie. De­spe­racko chcia­łam chwy­cić tatę za rękę, ale mia­łam dzie­sięć lat i wie­dzia­łam, że je­stem na to za duża. Dom Sha­ron był wy­soki i wol­no­sto­jący, a jego sze­ro­kie otwie­rane pio­nowo okna w nie­ska­zi­tel­nie bia­łych ra­mach po­zwa­lały zo­ba­czyć po­rzą­dek i wy­godę. Ruby otwo­rzyła drzwi, a ja uj­rza­łam za nią Sha­ron, jej wy­sta­jące zza matki jedno nie­bie­skie oko, duże jak z kre­skówki, i krę­cone blond włosy jak po­łowa zło­ci­stej au­re­oli. Oczy­wi­ście ko­ja­rzy­łam Sha­ron, cho­dzi­ły­śmy prze­cież do tej sa­mej szkoły. Ale mnie przy­po­mi­nała po­stać z bajki – księż­niczkę lub wróżkę – a ja nie pa­so­wa­łam na bo­ha­terkę tego typu hi­sto­rii. W końcu wy­ło­niła się w ca­ło­ści – wy­sko­czyła zza swo­jej mamy i wy­cią­gnęła do mnie rękę. Spoj­rza­łam na nią zdez­o­rien­to­wana, chwy­ciła więc moją dłoń i za­cią­gnęła mnie do swo­jego po­koju, żeby mi po­ka­zać ta­petę z Holly Hob­bie i lalkę przed­sta­wia­jącą bo­ha­terkę. Zo­sta­wi­li­śmy tatę i Ruby ga­wę­dzą­cych na progu. Na­wet się nie po­że­gna­łam.
Sha­ron miała wię­cej ma­sko­tek i la­lek niż ja w ca­łym moim ży­ciu, zaj­mo­wały całą dłu­gość jej łóżka. Czu­łam się tak, jak­bym miała za ple­cami tę­czo­wych straż­ni­ków. Sie­dzia­łam nie­ru­chomo na ma­łym stołku przy to­a­letce i nie chcia­łam wy­ko­ny­wać żad­nych ru­chów, które mo­głyby mnie wpę­dzić w kło­poty lub spra­wić, że zo­stanę wy­pro­szona. Choć by­łam spe­szona, pra­gnę­łam tam być tak roz­pacz­li­wie, że czu­łam fi­zyczny ból. Po­liczki mia­łam roz­pa­lone, nie tylko z po­wodu nie­oży­wio­nych spoj­rzeń za­ba­wek, lecz także od nie­zna­nego cie­pła z ka­lo­ry­fera.
Sie­dzia­łam w mil­cze­niu. Cze­ka­łam. Zdą­ży­łam się już prze­ko­nać, jak wiele lu­dziom zda­rza się zdra­dzić, kiedy czło­wiek się nie od­zywa. Po chwili się do­wie­dzia­łam, że Sha­ron lubi świnki mor­skie, a jej uko­chaną za­bawką jest Holly Hob­bie, na­zwana, moim zda­niem nieco bez po­lotu, Holly.
– Nie­wiele mó­wisz, prawda? – za­gad­nęła Sha­ron z głową prze­chy­loną na bok, jak­bym była za­gadką, któ­rej nie może roz­wi­kłać.
– Tylko słu­cham – od­par­łam.
Gdy Ruby za­wo­łała nas na her­batę, Sha­ron na­dal nic o mnie nie wie­działa, ale ja czu­łam, że roz­ma­rzam pod wpły­wem jej nie­usta­ją­cego cie­pła i roz­mowy. Po zje­dze­niu pa­lusz­ków ryb­nych i fry­tek z grosz­kiem – na­wet je­dze­nie u Sha­ron było bar­dziej ko­lo­rowe niż sza­ro­ści i brązy u mnie w domu – wsta­łam od stołu.
– Gdzie ty idziesz? Jesz­cze pud­ding – po­wie­działa Sha­ron.
Od dnia, w któ­rym zmie­niła się mama, wszystko, co można było uznać za sma­ko­łyk, szybko znik­nęło z na­szego ży­cia, a ja za­po­mnia­łam o pud­din­gach. Ruby po­sta­wiła przed nami ta­le­rzyki z ro­ladą z dże­mem i mi­seczki z bu­dy­niem, a mnie przy każ­dym kę­sie się zda­wało, że uno­szę się nad krze­słem. Gdy nu­ci­łam so­bie z roz­ko­szy, za­uwa­ży­łam, że Ruby i Sha­ron wle­piają we mnie wzrok, a czu­łość na twa­rzy Ruby miała w so­bie coś z bólu.
Z cza­sem te spoj­rze­nia za­czę­łam do­strze­gać także u ma­tek in­nych dzieci.
Tuż przed tym, jak przy­szedł po mnie tata, Ruby za­wi­nęła ka­wa­łek cia­sta w ręcz­nik ku­chenny, jak­bym wy­cho­dziła z przy­ję­cia uro­dzi­no­wego.
– Pro­szę. Zjesz so­bie na de­ser in­nego wie­czoru – po­wie­działa i po­ca­ło­wała mnie w czoło. Po­wta­rzała ten ry­tuał w każdy czwar­tek, kiedy szłam do nich na her­batę, aż do mo­mentu, gdy wszystko się wy­da­rzyło.
Więc, jak wi­dać, Sha­ron wła­ści­wie nie miała wyj­ścia – mu­siała zo­stać moją przy­ja­ciółką. Była jed­nak miła, więc to zro­biła, a z cza­sem ja­koś się do­pa­so­wa­ły­śmy, aż na­sze róż­nice prze­stały być za­uwa­żalne. Na­sza przy­jaźń przy­po­mi­nała huś­tawkę – ja mia­łam po­my­sły, a Sha­ron je re­ali­zo­wała. Za­pew­nia­ły­śmy so­bie na­wza­jem rów­no­wagę. Nie wy­obra­ża­łam so­bie ży­cia bez niej.
Dla­tego nie mo­głam po­zwo­lić na to, że­by­śmy wy­je­chali z York­shire.

*

Od­kąd po­my­śla­łam ży­cze­nie, Roz­pru­wacz za­czął na­wie­dzać mnie rów­nież we śnie. Drę­czył mnie na­wra­ca­jący kosz­mar, w któ­rym męż­czy­zna bez twa­rzy pa­ko­wał mnie na tył swo­jej brud­nej, bia­łej fur­go­netki. Skądś wie­dzia­łam, że chce mnie wy­wieźć, i wa­li­łam do drzwi, gdy od­jeż­dżał, ale mimo mo­ich wy­sił­ków nie po­wsta­wał ża­den dźwięk. Wie­dzia­łam, że nikt mnie nie usły­szy.
Na ja­wie łap­czy­wie chło­nę­łam wia­do­mo­ści. Czego nie do­strzega po­li­cja? Jak można go zna­leźć? W „York­shire Chro­nicle” je­den z po­li­cjan­tów zaj­mu­ją­cych się sprawą mó­wił w wy­wia­dzie o „zło­żo­no­ści śledz­twa oraz po­trze­bie do­kład­no­ści i me­to­dyki”. Cho­ciaż nie bar­dzo ro­zu­mia­łam zna­cze­nia więk­szo­ści tych słów, ucze­pi­łam się ich. Przy­wo­dziły na myśl cio­cię Jean i jej li­sty oraz wy­siłki, by w na­szym ży­ciu za­pro­wa­dzić po­rzą­dek.
Zro­dził się za­lą­żek po­my­słu.
Za­sta­na­wia­łam się, czy mogę po­wie­dzieć o wszyst­kim Sha­ron. Pa­mię­ta­łam ostrze­że­nie panny Sta­cey, że ży­cze­nie się nie spełni, je­śli ko­muś się je zdra­dzi. Wie­dzia­łam jed­nak, że je­śli mam zna­leźć Roz­pru­wa­cza, będę po­trze­bo­wać po­mocy. W końcu do­szłam do wnio­sku, że to bez­pieczne po­su­nię­cie, bo po­wie­dze­nie Sha­ron róż­niło się od po­wie­dze­nia ko­mu­kol­wiek in­nemu – było jak dzie­le­nie się ta­jem­ni­cami z samą sobą. Po­ru­szy­łam więc ten te­mat przy ko­lej­nych od­wie­dzi­nach u Par­ke­rów.
By­ły­śmy w sy­pialni Sha­ron, ja le­ża­łam na łóżku i prze­glą­da­łam stary nu­mer cza­so­pi­sma „Blue Je­ans”. Ta­petę z Holly Hob­bie nie­dawno za­stą­piła wi­ny­lowa be­żowa z pla­ka­tami Blon­die, a za­miast ma­sko­tek po­ja­wiły się błysz­czyki, o które Sha­ron pro­siła, od­kąd skoń­czyła dwa­na­ście lat. Ucie­szył mnie wi­dok lalki Holly Hob­bie na po­duszce. Sha­ron sie­działa przy to­a­letce i ro­biła miny do swo­jego od­bi­cia z blond lo­kami ze­bra­nymi w wy­soki ku­cyk jak u dziew­czyny z okładki.
– Mam pe­wien po­mysł – oznaj­mi­łam. – Cho­dzi o coś waż­nego – do­da­łam, żeby pod­kre­ślić, że to co in­nego niż wcze­śniej­sze wy­my­sły; fa­bryka z ro­syj­skimi szpie­gami była pierw­szym, ale nie ostat­nim.
Uda­wa­ły­śmy na przy­kład cza­row­nice i rzu­ca­ły­śmy za­klę­cia na lu­dzi, któ­rych nie lu­bi­ły­śmy, a póź­niej przez krótki czas wie­rzy­ły­śmy, że je­den z na­szych na­uczy­cieli jest tak na­prawdę ro­bo­tem. Cza­sami – ostat­nio co­raz czę­ściej – mar­twi­łam się, że Sha­ron prze­sta­nie mi to­wa­rzy­szyć w tych mo­ich wy­my­słach. Tym ra­zem spoj­rzała na mnie w lu­strze, zmarsz­czyła brwi i pod­nio­sła po­jem­nik ze spre­jem do ciała Im­pulse i się nim spry­skała, a jego słodki za­pach oka­zał się tak przy­tła­cza­jący, że za­czę­łam się krztu­sić.
– Nie będę znowu uda­wać, że je­stem ko­smitką – za­pro­te­sto­wała.
Za­ru­mie­ni­łam się, za­no­sząc od kaszlu. Za­po­mnia­łam, co się stało po tym, jak po raz pierw­szy obej­rza­ły­śmy Gwiezdne wojny.
– Nic z tych rze­czy – uspo­ko­iłam ją. – Cho­dzi o Roz­pru­wa­cza. Gdy­by­śmy tak po­sta­no­wiły, że go znaj­dziemy?
– Co ty znowu wy­my­śli­łaś? – prze­ra­ziła się. – Ja­kim cu­dem my mia­ły­by­śmy zła­pać Roz­pru­wa­cza z York­shire, skoro nie udało się to po­li­cji?
Wes­tchnę­łam. Kwe­stio­no­wa­nie mo­ich po­my­słów stało się no­wym, nie­po­żą­da­nym ele­men­tem na­szej przy­jaźni. Ale jej uwaga była słuszna. Jak mia­ły­by­śmy go zła­pać? Po­trze­bo­wa­ły­śmy planu, na­le­żało ze­brać wska­zówki i je upo­rząd­ko­wać.
Przy­po­mniały mi się słowa po­li­cjanta na te­mat me­to­dyki, a póź­niej po­my­śla­łam o cioci Jean i jej no­tat­niku i za­świ­tał mi w gło­wie po­mysł. Wie­dzia­łam, co mu­simy zro­bić.
– Spo­rzą­dzimy li­stę – za­rzą­dzi­łam. – Li­stę lu­dzi i rze­czy, które wy­dają nam się po­dej­rzane. A po­tem… A po­tem prze­pro­wa­dzimy do­cho­dze­nie.
– A wła­ści­wie dla­czego mia­ły­by­śmy to ro­bić?
– No, je­śli go zła­piemy, może do­sta­niemy na­grodę, którą ofe­ruje po­li­cja. Wy­obraź so­bie, co mo­gły­by­śmy so­bie ku­pić! Książki, błysz­czyki i sło­dy­cze, wszystko, co nam się za­ma­rzy.
Od­bi­cie Sha­ron uśmie­chało się do mnie.
– Ale na­wet gdy­by­śmy jej nie do­stały, po­myśl o wszyst­kich pro­sty­tut­kach, które by­śmy ura­to­wały. – Choć żadna z nas nie wie­działa, kim są pro­sty­tutki, po­my­śla­łam, że idea ra­to­wa­nia in­nych spodoba się Sha­ron, która była naj­mil­szą osobą, jaką zna­łam. – I wszy­scy by się do­wie­dzieli, kim ja, to zna­czy, kim my je­ste­śmy – do­da­łam.
Ko­niec z nie­wi­dzial­no­ścią. Ko­niec z li­to­ści­wymi spoj­rze­niami in­nych ma­tek.
– Hmmm – mruk­nęła. – Za­sta­no­wię się.

*

Gdy szły­śmy do szkoły na­stęp­nego dnia, wi­siała nad nami moja su­ge­stia do­ty­cząca Roz­pru­wa­cza. Pró­bo­wa­łam roz­ma­wiać o czymś in­nym, po­zwo­lić Sha­ron po­ru­szyć do­wolny te­mat, ale on, jak za­wsze, był wszę­dzie – od ulo­tek przy­kle­jo­nych do la­tarni po na­główki na sto­isku przed skle­pem na rogu. Nie zdo­ła­ły­by­śmy uciec przed Roz­pru­wa­czem, na­wet gdy­by­śmy chciały. Co­raz bar­dziej za­czy­nało mi za­le­żeć na tym, żeby spró­bo­wać go zła­pać.
Przy szkol­nej bra­mie, kie­ro­wane jed­na­ko­wym od­ru­chem, za­trzy­ma­ły­śmy się na chwilę i sta­ły­śmy ra­mię w ra­mię, ob­ser­wu­jąc, jak na dzie­dzińcu przed nami to­czy się za­bawa w „po­ścig Roz­pru­wa­cza”. Re­ece Carl­ton w sku­pie­niu dłu­gimi kro­kami prze­mie­rzał be­to­nową po­sadzkę. Wzrok miał utkwiony w bied­nej dziew­czy­nie, którą ści­gał.
Re­ece’a po­zna­łam w pod­sta­wówce. Był znacz­nie mniej­szy niż inni chłopcy, ale wy­da­wał się star­szy, po­liczki miał za­pad­nięte, a jego nie­bie­skie oczy wy­glą­dały, jakby wi­działy rze­czy, o któ­rych reszta z nas nie miała po­ję­cia. Był nie­śmiały – co­dzien­nie wtu­lał się w mamę, gdy go pod­wo­ziła, a po­tem sia­dał na końcu sali i ku­lił się aż do po­wrotu do domu. Pierwsi w na­szej kla­sie na­uczy­li­śmy się czy­tać i dla­tego otrzy­ma­li­śmy spe­cjalne przy­wi­leje – mo­gli­śmy sie­dzieć i czy­tać książki bez nad­zoru. By­łam z tego bar­dzo dumna, bo w tam­tych cza­sach by­cie mą­drym jesz­cze się li­czyło. Czę­sto sie­dzie­li­śmy ra­zem w zgod­nym mil­cze­niu. Te­raz po tam­tym chłopcu nie zo­stał ślad. Chło­pak, któ­rego mia­łam przed sobą, w ni­czym go nie przy­po­mi­nał.
Dziew­czyna ucie­ka­jąca przed nim po­tknęła się o wła­sne nogi. Prze­ra­żona szybko się pod­nio­sła i po­bie­gła da­lej. Czu­łam, jak serce ło­mo­cze mi w piersi na wi­dok jej stra­chu, choć była to tylko za­bawa. Za­sta­na­wia­łam się, czego do­świad­czały ko­biety ści­gane przez praw­dzi­wego Roz­pru­wa­cza. Wzdry­gnę­łam się i po­czu­łam dłoń Sha­ron na ra­mie­niu.
– Do­bra – ode­zwała się. – Zróbmy to. Spró­bujmy go zła­pać.
Przy­tak­nę­łam i szybko we­szłam za bramę. Wmie­sza­łam się w tłum, żeby nie mo­gła do­strzec uśmie­chu roz­ja­śnia­ją­cego moją twarz.

 
Wesprzyj nas