Przyjaciółki postanawiają złapać mordercę terroryzującego ich okolicę. By to zrobić, tworzą listę podejrzanych spraw, ludzi i miejsc… których jest więcej niż im się wydawało. Bo sekrety są wszędzie – w sąsiedztwie, w ich rodzinach, a nawet między nimi…
Maggie Thatcher zostaje premierem Zjednoczonego Królestwa, na topie są spodnie rurki, a Miv jest przekonana, że jej tata chce przenieść rodzinę na południe kraju.
To wszystko przez te morderstwa. I mamę, która z jakiegoś powodu przestała mówić.
Może jeśli Miv uda się rozwiązać zagadkę Rozpruwacza, który od pewnego czasu terroryzuje Yorkshire, nie będą musieli się wyprowadzać? Każdy plan jest dobry, kiedy stawką jest rozstanie z jej najlepszą przyjaciółką Sharon.
Dziewczynki postanawiają sporządzić listę podejrzanych spraw: osób, rzeczy i wydarzeń, które wydadzą się im dziwne. Nietypowe. Potencjalnie mordercze.
Problem pojawia się, gdy w trakcie poszukiwań Miv i Sharon odkrywają więcej tajemnic, niż się spodziewały.
Lista podejrzanych spraw
Przekład: Ewa Ratajczyk
Wydawnictwo Luna
Premiera: 18 czerwca 2025
Od autorki
Całe pokolenie mieszkańców Północy przeżywało dzieciństwo z piętnem poczynań mordercy – Petera Sutcliffe’a. Jednym z moich najwyraźniejszych wspomnień z pierwszych lat życia jest dzień, w którym został schwytany – to wtedy wyszło na jaw, że mój tata go znał. Wciąż doznaję szoku na myśl o tym, jak bardzo zbliżył się do mojej rodziny.
Ta książka jest hołdem dla ofiar, dla ocalałych i dla tych, którzy – tak jak ja – byli wtedy dziećmi. Lista podejrzanych spraw to hołd oddany mojej pięknej krainie.
Życzenie
1
Miv
Łatwo byłoby stwierdzić, że wszystko zapoczątkowały morderstwa, ale tak naprawdę zaczęło się od tego, że Margaret Thatcher została premierem.
– Kobiety nie nadają się do rządzenia krajem. Nie są do tego stworzone – orzekła ciocia Jean w dniu ogłoszenia wyników wyborów. – Jakby z ostatnimi u władzy nie dość było problemów. To początek końca Yorkshire i zaraz ci powiem dlaczego.
Krzątała się po naszej małej kuchni i energicznie wycierała powierzchnie, które ja już wcześniej przetarłam. Siedziałam przy stole w brązowo-pomarańczowym szkolnym mundurku, łuskałam groszek do durszlaka na wyszczerbionym żółtym blacie z laminatu i wkładałam sobie ziarenka do buzi, jak tylko ciocia nie patrzyła. Chciałam zauważyć, że ciocia Jean, podobnie jak Margaret Thatcher, jest kobietą, ale ona nie znosiła, kiedy jej się przerywało. Byłyśmy tylko we dwie, nie można więc było uciec od jej przemyśleń, a miała ich wiele. Tak wiele, że zaczęła je wyliczać.
– Po pierwsze. – Jej sprężyste siwe loki podskakiwały, gdy kręciła głową. – Wystarczy spojrzeć na jej twarz, od razu widać, co się dzieje z kobietą u władzy: staje się nieczuła. Od razu wiadomo, że jest bez serca, prawda? – Wzięła z ociekacza drewnianą łyżkę i dla wzmocnienia efektu machnęła nią w moją stronę.
– Hmm – mruknęłam.
Przez chwilę rozważałam, czy po prostu od czasu do czasu nie potakiwać, a ukradkiem czytać książkę, która leżała otwarta z rogiem wsuniętym pod durszlak, żeby się nie zamykała. Ale choć ciocia Jean nie miała zbyt dobrego słuchu, to pozostałe jej zmysły były jak brzytwa i moją nieuwagę wyczułaby jak pies myśliwski zwierzynę.
– Po drugie. Zdążyła już odjąć od ust mleko biednym dzieciom i zabrać posady ciężko pracującym mężczyznom.
Wiedziałam, że przynajmniej część tych zarzutów jest prawdą. Powiedzonko „Thatcher, złodziejka mleka” nadal krążyło po naszej szkole, wiele lat po tym, jak wycofała małe butelki obrzydliwego letniego mleka, które musieliśmy codziennie pić.
– Po trzecie. Co rusz te cholerne morderstwa. Z tego słynie teraz Yorkshire. Z martwych dziewczyn.
Odłożyła drewnianą łyżkę i otworzyła drzwi naszej starej lodówki, zardzewiałej na rogach, a one zaprotestowały skrzypieniem. Natychmiast cmoknęła na widok pustki, wyciągnęła zniszczony kołonotatnik, który wszędzie ze sobą nosiła, wyjęła równie wysłużony ołówek przyczepiony do okładki i pośliniła rysik.
– Masło, mleko, ser.
Widziałam, jak wypowiada wargami słowa kaligrafowane pismem, z którego była tak dumna. Ciocia Jean lubiła porządkować życiowy bałagan i zaprowadzać ład. Czasami zastanawiałam się, czy właśnie to próbowała zrobić w naszej rodzinie. Skończyła swoją listę, zamknęła lodówkę i na mnie spojrzała.
– No, nie tylko z martwych dziewczyn. Jeszcze z takich kobiet.
Korciło mnie, żeby zapytać, jakie ma na myśli i czy są one takie same jak Margaret Thatcher. Zawsze intrygowały mnie kobiety, których ciocia Jean nie pochwalała – było ich wiele – ale z doświadczenia wiedziałam, że nie liczy na żaden komentarz i żaden nie byłby mile widziany. Postanowiłam milczeć i po prostu usiadłam wygodniej na krześle, a ciocia Jean wróciła do wydawania swoich opinii. O morderstwa, o których wspomniała, pytać nie musiałam. Wszyscy w Yorkshire wiedzieli, że grasuje u nas upiór, uzbrojony w młotek i pałający nienawiścią do kobiet.
*
O Rozpruwaczu z Yorkshire po raz pierwszy usłyszałam dwa lata wcześniej, kiedy miałam prawie dziesięć lat. Ja, mama, tata i ciocia Jean siedzieliśmy w naszym salonie. To było niedługo po tym, jak ciocia u nas zamieszkała. Próbowałam się dostosować do obecności nowej osoby w domu, bo tego ode mnie wymagano. Nieustannie starałam się być cichsza i mniej widoczna, ale mimo najlepszych intencji moja osobowość i tak dawała o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie.
Na ekranie małego czarno-białego telewizora wciśniętego na półkę leciały wieczorne wiadomości. Mama, tata i ciocia Jean siedzieli na kanapie i wpatrywali się w nie, jakby słuchali kazania w kościele. Miałam mokre włosy po cotygodniowym myciu, więc mogłam usiąść na fotelu zwykle zarezerwowanym dla mamy, kiedy była na dole. Stał obok kominka gazowego wypełnionego mocno rozżarzonymi polanami i ogrzewał moją twarz, gdy się do niego odwróciłam. W pozostałej części pokoju było tak zimno, że można było zobaczyć własny oddech. Wpatrywałam się w brązowe, pomarańczowe i musztardowe zawijasy na naszej wykładzinie – wyglądały jak wzory rysowane spirografem, który dostałam na Boże Narodzenie – aż nagle się zorientowałam, że w pokoju coś się zmieniło, jakby nagle zabrakło w nim tlenu. Zdawało się, że wszyscy zaczerpnęli powietrza i wstrzymywali oddech, jak czasem robiliśmy w szkole – aż do momentu, gdy twarze płonęły nam czerwienią, a potem poddawaliśmy się, zasapani i roześmiani.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam policjanta z poważną miną, obwieszonego państwowymi odznaczeniami, który właśnie pojawił się na ekranie. Tata uważnie przyglądał się mamie, jakby sprawdzał, czy żyje. Najwyraźniej nie dopatrzył się niczego dziwnego, bo odwrócił się do cioci Jean, unosząc i opuszczając brwi, na co zawsze reagowałam chichotem. Ale teraz nie było w tym nic zabawnego. Nie miałam pojęcia, co się zmieniło.
Dziś mogę potwierdzić, że dwudziestoletnia Jean Jordan jest szóstą ofiarą Rozpruwacza z Yorkshire. Zginęła w brutalny sposób. Morderca zadał jej cios w głowę tępym narzędziem, a następnie wielokrotnie ją ranił. Ofiara również była prostytutką…
Wyprostowałam się – tego słowa jeszcze nie słyszałam. Tata zakaszlał, zagłuszając dźwięk telewizora. Ciocia Jean wstała, żeby przełączyć kanał, ale ja zdążyłam zapytać:
– Co to jest prostytutka?
Tata i ciocia Jean znów na siebie spojrzeli. Tata poruszył się w fotelu, a ciocia Jean zamarła. Mama nadal wpatrywała się beznamiętnie w ekran i jedynie przelotny przebłysk świadomości świadczył o tym, że widziała wiadomości, jednak skupienie w jej oczach znikło tak szybko, jak się pojawiło. Nikt na mnie nie spojrzał.
– To ktoś, kto pomaga policji – rzucił w końcu tata.
– Chcesz horlicksa[1] przed snem? – zapytała ciocia Jean surowym tonem i wyszła z pokoju, dając mi znak, żebym poszła za nią.
Kiedy wróciłam, w telewizji leciało coś zupełnie innego. Miałam wrażenie, że wcześniejsza rozmowa nigdy się nie odbyła.
Od tamtego dnia Rozpruwacz błąkał się po peryferiach mojej świadomości. W szkole polowanie na całusa zastąpiła zabawa znacznie gorsza – „pościg Rozpruwacza” – chłopcy z mojej klasy zapinali wiatrówki tylko pod szyją i kiedy biegli, lekkie kurtki łopotały jak skrzydła drapieżnych ptaków. Uganiali się po dziedzińcu za najładniejszymi dziewczynami – między innymi za moją przyjaciółką Sharon – a one z krzykiem uciekały. Ale ofiarami mordercy nie interesowałam się zbytnio do czasu, gdy kilka tygodni przed wyborami zabito dziewiętnastoletnią pracownicę towarzystwa budowlanego z Halifaxu – Josephine Whitaker.
Tata zostawił gazetę na kuchennym stole i poszedł do pubu, a ja chciałam ją sprzątnąć. Ciocia Jean nie znosiła bałaganu. Najsilniej utkwiły mi w pamięci zdjęcia z pierwszej strony: uśmiechnięta twarz Josephine z szeroko otwartymi oczami, okolona gęstymi, ciemnymi włosami, obok fotografii jej częściowo zakrytego ciała w miejscowym parku, gdzie została dwadzieścia jeden razy dźgnięta śrubokrętem.
Jej śmierć dotknęła mnie tak, jakbym tę kobietę znała. Być może z powodu wieku – była na tyle młoda, że w telewizji mówiono o niej „dziewczyna”, i jednocześnie niewiele starsza ode mnie. Być może ze względu na sposób, w jaki ją opisano, słowami takimi jak „niewinna” i „szlachetna”. Nie zaliczała się do takich kobiet, jak nazywała je ciocia Jean. Wpatrywałam się w te zdjęcia, to w jedno, to w drugie, a serce łomotało mi tak mocno, że jego dudnienie czułam w uszach.
*
W dniu wyborów tata wrócił do domu po porze podwieczorku, a ja siedziałam przy kuchennym stole i skręcając się z głodu, czekałam, aż umyje ręce i do nas dołączy. Do kuchni wpadł znajomy piżmowy zapach potu i pasty do czyszczenia. Tata usiadł obok mnie przy stole i zmierzwił mi włosy, co było jednym z nielicznych przejawów czułości.
– Prawie gotowe, Austin. – Ciocia Jean kiwnęła głową i postawiła przed nim kubek gorącej herbaty, a ja poruszyłam się niecierpliwie na krześle. – Przestań, Miv – upomniała mnie ciocia. – Wiercisz się, jakbyś miała owsiki.
Zamarłam natychmiast, zwiesiłam głowę i przygryzłam mocno wargę. Mama ciągle tak do mnie mówiła. Ale zawsze robiła to z uśmiechem.
– Jak ci się nudzi, możesz zanieść to na górę. – Ciocia Jean wręczyła mi tacę z miską gęstej zupy.
Kiedy poczułam zapach pomidorów, zaczęło mi burczeć w brzuchu jeszcze bardziej. Odwróciłam się i zajrzałam do dużego pokoju. Zorientowałam się, że zdezelowany fotel jest pusty. Widocznie mama miała kiepski dzień.
Weszłam po naszych wąskich schodach, ze wzrokiem utkwionym w misce na tacy, stawiając stopy z przesadną ostrożnością, żeby nie rozlać ani kropli. Na górze położyłam tacę przed zamkniętymi drzwiami sypialni, zapukałam cicho i wytężyłam słuch, wyczekując jakiegokolwiek odgłosu, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Zeszłam na palcach, a gdy postawiłam stopę na najniższym stopniu, usłyszałam niemal bezgłośny jęk otwieranych drzwi i odetchnęłam z ulgą. Przynajmniej jadła. A więc dzień nie był całkiem zły.
Kiedy wróciłam do kuchni, ciocia Jean zdążyła zdjąć fartuch i miała na sobie swój codzienny sweter – pocerowany na łokciach i zapięty pod szyję. Jeśli nie liczyć jej opinii, ciocia Jean była bardzo schematyczna – raz w tygodniu układała swoje sprężyste loki pod kloszem suszarki u fryzjera, a na nogach nosiła grube, cieliste rajstopy zakrywające najmniejszy fragment skóry. Teraz kroiła dużą zapiekankę i nakładała ją na talerze. Tata pochłaniał najnowsze wiadomości na temat krykieta w gazecie „Yorkshire Chronicle”, którą zamknął, gdy stanęło przed nim jedzenie. W końcu siedzieliśmy we troje niemal łokieć przy łokciu przy okrągłym stole i jedliśmy.
Zanim przyjechała ciocia Jean, kolacje spożywaliśmy na tacach na kanapie przy włączonym telewizorze i było przy tym miejsce na hałas i śmiechy. Nawet podczas strajków, które kilka lat wcześniej na parę dni pozbawiły nas prądu i ogrzewania, mama zamieniła wszystko w zabawę. Udawała, że jesteśmy na biwaku, jedliśmy przy świecach, w wełnianych czapkach i śpiewaliśmy piosenki, jakie śpiewa się przy ognisku. Nawet jeśli musieliśmy jeść po ciemku, życie było wtedy pełne lekkości – nie tej ponurej szarości, która nas okryła, gdy mama zamilkła, a jej miejsce zajęła ciocia Jean.
Ciocia odkaszlnęła i sprawiła, że zrobiło się dużo ciaśniej, bo obok talerza położyła notatnik i go otworzyła. Dopisała jeszcze kilka uwag, starannie je numerując, na temat tego, dlaczego Margaret Thatcher była „złem dla kraju, a w szczególności dla Yorkshire”. Słowa zapisane na kartce brzmiały dokładnie tak jak te, które wypowiadała.
Tata w milczeniu jadł zapiekankę z kawałkami wołowiny i nerek, ze wzrokiem utkwionym w potrawie na talerzu. Nie dawał po sobie poznać, że słucha, gdy powtarzała te same kwestie, które wyrecytowała mi wcześniej, i dodała kilka nowych – o tym, że „kobiety zabierają się za rzeczy przekraczające ich możliwości” oraz że Yorkshire „schodzi na psy” przez coś, co nazywa się „imigracją”.
Westchnęła, a jej sztywne loki drgnęły.
– Nie wiem, Austin. Czasami myślę, że moglibyśmy dać sobie spokój i przenieść się na Południe.
Zamarłam z widelcem w połowie drogi do ust. Mówiła poważnie? W naszej rodzinie Południe oznaczało los gorszy niż śmierć. „Siedzi w nas Yorkshire”, mawiała ciocia Jean. „We krwi mamy wrzosowiska i przędzalnie”.
Odłożyłam na talerz kęs zapiekanki, zwisający z końca widelca, bo straciłam apetyt. Tata podniósł głowę. Zanim zdążyłam się zastanowić, z moich ust wypłynęły słowa:
– Nie możemy się wyprowadzić.
Ich głośność zaskoczyła nawet mnie. Tata i ciocia odwrócili się w moją stronę.
– Coś takiego! – Tata wyglądał na wyraźnie rozbawionego.
Na twarzy cioci Jean nie było jednak ani trochę wesołości.
– Zrobisz, co ci każą. – Wskazała na mój talerz, jakby chciała powiedzieć: „To dotyczy też kolacji”.
– Ale WSZYSTKO jest tutaj. – Miałam na myśli moją najlepszą i jedyną przyjaciółkę Sharon. Czułam, że gardło mam coraz bardziej ściśnięte i bezskutecznie próbowałam przełknąć ślinę. Płacz był jedną z wielu rzeczy, których ciocia Jean nie pochwalała.
Tata odłożył nóż i widelec i po raz pierwszy przeniósł wzrok z zapiekanki na ciocię Jean. Ze stosu na środku stołu wziął kromkę chleba grubo posmarowaną masłem i starannie wytarł nią resztki sosu z talerza.
– Tak, może masz rację – odezwał się po chwili namysłu. – Nowy początek mógłby nam wszystkim wyjść na dobre. Powinniśmy to przemyśleć. – Zerknął w kierunku sufitu i słuchał odgłosu kroków stąpających powoli po drewnianej podłodze.
Ja też spojrzałam w górę. Kiedy się odwróciłam, ciocia Jean obserwowała nas oboje. Dostrzegłam w jej oczach emocje, których nie potrafiłam nazwać. Pozbyła się ich równie szybko jak brudnych talerzy.
Wtedy zrozumiałam, że sytuacja jest poważna.
*
Tej nocy leżałam w łóżku, a księżyc zaglądający przez szparę w zasłonach oświetlał milczące cienie biurka, półek z książkami i ciężkiej starej szafy z orzecha. Oczy dawno wyblakłych, zbyt dziecinnych już dla mnie postaci Wombelków na tapecie wyglądały, jakby mnie obserwowały. Te znajome kształty sprawiły, że znów poczułam ucisk w gardle.
Chwyciłam się krawędzi łóżka i kurczowo trzymałam sztywny, szorstki koc, czując narastający ból głowy i supeł w żołądku na myśl o wyjeździe z Yorkshire. Przypomniało mi się nasze ostatnie wyjście na obchody dnia Guya Fawkesa w naszym mieście. Mama uznała, że jestem wystarczająco dorosła, by pojeździć na karuzeli, a ja czułam się tak, jakbym zwisała z krawędzi świata, gdy jeździliśmy w kółko. Przed krzykiem przerażenia powstrzymywał mnie jedynie mocny uścisk dłoni mamy. Wciąż pamiętałam imbirowy piernikowy zapach jej skóry. Wiedziałam, że to się już nie powtórzy. Ostatnie dwa lata nauczyły mnie, jak bardzo ludzie mogą się zmienić. Skoro nie mogłam liczyć na ludzi, to potrzebowałam przynajmniej niezmiennych miejsc i okoliczności. Nie mogliśmy się wyprowadzić.
Zwróciłam się do jedynej rzeczy, na którą zawsze mogłam liczyć. Nigdy nie znajdowałam pocieszenia w lalkach czy pluszowych maskotkach, więc zamiast po którąś z nich sięgnęłam po sfatygowaną książkę Enid Blyton, którą mama kupiła mi na pchlim targu. Leżała na szczycie stosu przy łóżku. Okładka zwijała się ze starości, a kartki odczepiły się od grzbietu. Była to jedna z opowieści o Słynnej Piątce. Oficjalnie byłam na nie za duża, ale książki te były dla mnie jak starzy przyjaciele. Uwielbiałam, kiedy każda przygoda kończyła się troską cioci Fanny i mnóstwem kanapek, które przygotowywała dla bohaterów.
Czytanie znajomych słów zajmowało mnie, gdy czekałam na inną codzienną pociechę. Co wieczór od dnia, w którym mama zamilkła, tata przychodził do mojego pokoju, żeby powiedzieć mi dobranoc. Był marnym zastępcą mamy, która śpiewała mi do snu, głaszcząc mnie przy tym po głowie. To nigdy nie były idiotyczne dziecinne piosenki, tylko melodyjne, smutne utwory Beatlesów czy The Carpenters, nabierające uroku dzięki jej dźwięcznemu głosowi. Tylko wtedy mogłam pobyć z tatą sama, dlatego ten czas stał się cennym rytuałem, po którym tata schodził na dół i oglądał telewizję z ciocią Jean lub „wyskakiwał na szybkie piwko”, co zdarzało się coraz częściej. Gdy wyjrzał zza drzwi, odłożyłam książkę, gotowa do ataku.
– Naprawdę zamierzamy się przeprowadzić? – zapytałam.
Wszedł, usiadł na brzegu łóżka i zaczął się bawić nitką wystającą z wydzierganego koca, który mnie przykrywał.
– A to naprawdę byłoby takie straszne? – zapytał z uśmiechem na twarzy. Skinieniem głowy wskazał otwartą książkę o Słynnej Piątce, leżącą na moich kolanach. – Myślałem, że lubisz przygody.
Zaskoczona podniosłam wzrok. To był cios poniżej pasa – wykorzystanie książek przeciwko mnie.
– A co z krykietem? – powiedziałam. – Nie można kibicować Yorkshire Cricket Club, jeśli się nie jest w Yorkshire.
Krykiet był jedynym wspólnym językiem, jaki mieliśmy z tatą. Dzięki jego obsesji na punkcie tej dyscypliny sportowej skomplikowane zasady i słownictwo gry były wyryte w mojej głowie jak litery w skale na plaży. W rodzinie krążyła anegdota, że mama i tata o mały włos nie mieliby dzieci, ponieważ mogłoby to utrudnić mu podróżowanie, żeby oglądać grę Yorkshire. Ostatecznie jednak to nie ja stanęłam temu na przeszkodzie. Wiedziałam, że nieco naciągam fakty, bo zasada mówiła tylko o tym, że żeby grać w drużynie, trzeba urodzić się w Yorkshire, ale nic to nie dało. Tata spojrzał na zegarek, jakby piwo czekało na niego o określonej godzinie.
– Yorkshire nie jest już takie jak dawniej – mruknął, wstając do wyjścia.
Poczułam, że karuzele we mnie znów zaczynają się kręcić.
– Z powodu morderstw?
– Po części – przyznał, gdy podszedł do drzwi mojej sypialni. – Ale się nie martw. – Uśmiechnął się niewyraźnie, zgasił główne światło i ostrożnie zamknął drzwi.
Wyciągnęłam spod łóżka latarkę, włączyłam ją i wróciłam do czytania. Już po kilku stronach mój umysł i ciało się uspokoiły, a słowa przeprowadziły hipnozę. Wiedziałam, że moja ulubiona bohaterka Georgina – znana jako George ze względu na swój chłopięcy wygląd i coś, co nazywa się „brawurą” – nie bałaby się ani przeprowadzki, ani nawet Rozpruwacza z Yorkshire. Pewnie wezwałaby resztę Piątki, żeby spróbować go złapać.
A gdyby ktoś go złapał? – zastanawiałam się, zanim pogrążyłam się we śnie. Gdyby morderstwa ustały? I moglibyśmy zostać? Wtedy nigdy nie musiałabym opuszczać Sharon i byłybyśmy przyjaciółkami na zawsze.
2
Austin
Austin zamknął za sobą frontowe drzwi, przystanął na chwilę i westchnął. Powoli wyprostował zgarbione ramiona i pochylone ciało, niczym górnik wydostający się spod ziemi. Jego dom stał się miejscem przepełnionym potrzebami: ciągłych pytań, próśb o zapewnianie czegoś, konieczności naprawiania. Ale jedynej rzeczy, którą naprawdę chciał naprawić, naprawić nie mógł. Na zewnątrz poczuł, że znów może oddychać. Szedł do końca ulicy, wyliczając „ene, due, like, fake” w rytm swoich kroków na popękanych szarych płytach chodnikowych, zastanawiając się, dokąd pójść tego wieczoru. Gdy dotarł do skrzyżowania, doszedł do wniosku, że najbliżej jest Red Lion i że najprawdopodobniej będzie w nim stosunkowo spokojnie o tak wczesnej porze, choć był piątkowy wieczór. Większość ludzi udawała się do pubów w mieście zaraz po pracy i nie przemieszczała się nigdzie indziej albo robiła to dużo później. Najważniejsze było dla niego to, żeby nie musiał niczego robić z wyjątkiem zapłacenia za piwo.
Gdy dotarł do pubu, pociągnął ciężkie czarne drzwi. Na dworze było jeszcze jasno, słońce dopiero zaczynało zachodzić, ale ciemnoczerwone dywany i welwetowe bordowe tapety nadawały wnętrzu wieczorną atmosferę. Miał rację, przypuszczając, że będzie spokojnie. Stali bywalcy oczywiście już siedzieli na brązowych stołkach przy brązowym drewnianym barze, ich ciała w brązowych ubraniach pochylały się nad brązowym piwem, otoczone chmurą dymu.
Austin zamówił piwo i wskazał na stos gazet obok jednego z gości.
– Tak, możesz wziąć – powiedział mężczyzna, nie patrząc na niego ani nie wyjmując z ust papierosa, zanim się odezwał.
Austin przekopał się przez stertę, szukając lokalnej gazety i wiadomości o krykiecie. W gazetach krajowych zawsze było pełno bzdur, a wiedział, że tego dnia będzie ich jeszcze więcej. Przynajmniej na pierwszych stronach nie pojawił się Rozpruwacz. Nagłówki miały inny wydźwięk – triumfu i optymizmu, którego Austin nie podzielał. Przerzucał kolejne gazety, a każda z nich była listem miłosnym do nowej premier: „Maggie idzie na całość”, „Maggie się udało”, „Możesz pomóc Pani Premier sprawić, by Brytania znów była naprawdę Wielka”.
– Topisz smutki, Austin? – zaczepił go Patrick, niski, krępy barman, który postawił przed nim szklankę. – Teraz, kiedy rządzi nami kobieta, czekają nas prawdziwe kłopoty, co? – dodał, jakby ten fakt był raczej zabawny, a nie druzgocący.
Austin, podobnie jak jego siostra, nie darzył sympatią Thatcher, a na podstawie jej wcześniejszych poczynań mógł jedynie przewidywać dalszy upadek mieszkańców Yorkshire pod jej rządami. Wypił łyk piwa, żeby uniknąć odpowiedzi, ale Pat przeszedł do tematu jeszcze mniej przyjemnego.
– Co słychać w domu? – zapytał ściszonym głosem, by nie usłyszeli go stali bywalcy.
– Wiesz, jak jest – odparł Austin w równie lakoniczny sposób, jakiego od niego oczekiwano.
Zanim Pat zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, Austin zabrał piwo oraz miejscową gazetę i przeniósł się do najcichszego zakątka w pubie – chyboczącego się drewnianego stolika do gry w karty z jednym krzesłem. Próbował zapomnieć o wszystkim i skupić się na lekturze, ale zastanawiał się, co Marian – ta dawna Marian – myślałaby o Thatcher w roli premiera. Wyobrażał ją sobie, jak wygłasza płomienną mowę na temat praw robotników, z policzkami zaróżowionymi z przejęcia. Nie mógłby się dłużej powstrzymywać i wyciągnąłby rękę, by ją pocałować, a ona chichotałaby i mu się wyrywała. „Austin, próbuję być poważna”. Westchnął, a powietrze uszło z jego płuc powoli niczym z przebitej opony.
Nie było sensu wyobrażać sobie takich rzeczy, ale zawoalowane pytanie Patricka sprawiło, że nie mógł nie myśleć o domu. Jak miał się czuć obok milczącej żony, nieznoszącej sprzeciwu siostry i, co najbardziej bolesne, nieletniej, zaniedbanej córki? Uwolnił się od coraz bardziej ściskającego za gardło poczucia winy, popijając je piwem. Rozejrzał się po pubie, szukając rozrywki, i jego wzrok padł na jedynego gościa, jeśli nie liczyć mężczyzn przy barze, którzy byli raczej częścią wyposażenia niż faktycznymi klientami. Mężczyzna siedział pochylony nad swoim kuflem w przeciwległym rogu, jakby on i Austin byli podpórkami do książek. Podniósł głowę, być może wyczuwając na sobie spojrzenie. Austin natychmiast odwrócił wzrok, bo w grubym mężczyźnie o lodowatych oczach rozpoznał Kevina Carltona. Na tego człowieka się nie patrzyło. Austin starał się pilnować własnego nosa i unikał zbytniego interesowania się życiem innych ludzi, ale mieszkanie pod jednym dachem z siostrą oznaczało, że nie mógł uciec od plotek, które w tak małym mieście krążyły zawsze. Zdaniem Jean Kevin zadawał się z „podejrzanymi typami” i miał „całą gromadkę chłopców”, którzy – co do jednego – zejdą „na złą drogę”; co prawda jego siostra wielu ludzi uważała za podejrzanych, ale sam widział, jak Kevin zaatakował kogoś kijem do snookera za to, że przyglądał mu się zbyt długo, i wiedział, że od ilości wypitego piwa zależy to, czy Carlton uzna kontakt wzrokowy za agresję. Na szczęście było chyba na tyle wcześnie, że przypadkowe potknięcie uszło Austinowi na sucho.
– Jak się masz, Austin!
Podniósł wzrok i zobaczył Gary’ego Andrewsa, który właśnie się zjawił. Austin zaczął składać gazetę i dopijać piwo.
– Jak leci, Gary – wymamrotał Austin. Gdy spojrzał na Pata, obaj jednocześnie przewrócili oczami.
Zrobił się lekki gwar, bo Gary witał wszystkich w pubie po kolei, klepiąc stałych bywalców po plecach, jednego po drugim. Podążał za nim jego mały oddział, kiwając głowami i śmiejąc się z każdego jego słowa. Austin nigdy nie rozumiał, dlaczego Gary ma tak wielu wielbicieli wśród młodych mężczyzn. Rozumiał, dlaczego chichotały przy nim dziewczyny – nie można było mu odebrać tego, że jest przystojnym chłopakiem – ale zdaniem Austina jego zuchwałe, przyjacielskie zachowanie „swojaka” było jedynie grą. Podejrzewał, że Pat czuje to samo.
– Przynieść ci jeszcze jedno? – Pat skinął na pustą szklankę Austina, wyraźnie odwlekając moment podejścia do Gary’ego i jego kolegów.
Austin spojrzał na zegar. Jego żona była już pewnie w łóżku, córka prawdopodobnie z nosem w książce, a Jean krzątała się po dużym pokoju, w którym brat urządził dla niej prowizoryczną sypialnię. Teren był czysty. Ale on nie był jeszcze gotowy na powrót do domu.
3
Miv
W następny poniedziałek, jak co dzień przed szkołą, poszłam po Sharon.
Drogę do jej domu znałam tak dobrze jak strony moich książek o Słynnej Piątce. Zapięłam kurtkę po samą szyję, aby osłonić się przed nieprzyjemnym, zimnym deszczem, i szłam tak szybko, jak tylko mogłam. W zeszłym semestrze, kiedy uczyliśmy się o pierwszej wojnie światowej, zafascynowała mnie wizja mężczyzn żyjących w okopach. Domy szeregowe na ulicy, przy której mieszkałam, przywodziły mi na myśl rzędy zmęczonych bitwą, szarych żołnierzy z moich podręczników, rannych i obandażowanych po latach walk i zaniedbań. Mijałam kolejne identyczne ulice, aż w końcu ustąpiły miejsca bardziej rozległej zielonej części miasta, w której mieszkała Sharon.
Nie było sensu, żebym po nią przychodziła. Do szkoły szło się drogą, którą właśnie pokonałam, więc musiałam zawrócić, ale lubiłam chodzić do Sharon. Podobała mi się spokojna, schludna ulica i obietnica czegoś, czego nie dawał mi mój własny dom. Różnica nie polegała jedynie na wielkości budynków czy odstępach między nimi. Chodziło o drobiazgi. Obfite aksamitne kotary zamiast prześwitujących zasłon kiepskiego gatunku. O nazwę domu na tabliczce zamiast zwykłego numeru na drzwiach. O świeżo pomalowane, podwójnie szklone okna zamiast łuszczących się drewnianych ram z pojedynczą szybą. O spokój i ciszę na ulicy Sharon, przerywane jedynie odgłosami deszczu, nawoływaniem ptaków i sporadycznie przejeżdżającymi samochodami zamiast nieustającego hałasu dzieci bawiących się na mojej ulicy, szczekania psów i monotonnego uderzania piłki o mokrą ścianę.
Sharon czekała na mnie na końcu swojej ulicy, w kapturze na głowie, ukrywając swoje blond loki. Ruszyłyśmy razem lekkim krokiem. Jeśli ja byłam chłopczycą George ze Słynnej Piątki, to Sharon była słodką Anne. Tworzyły mnie proste linie – jak u figurek z patyków, które rysowałam w szkole: krótkie, proste, mysiobrązowe włosy, prosty nos i wyprostowane ciało. Sharon tworzyły krągłości i fale: kręcone blond kosmyki, nos okrągły jak guziczek i różowe sukienki w groszki. Nawet jej litery wyglądały jak bańki. Zawsze byłam pewna, że dla postronnych stanowimy dziwny duet. Podjęłyśmy rozmowę z poprzedniego dnia niemal w połowie zdania, jakbyśmy nigdy jej nie przerwały.
*
Ludzie, których spotykałyśmy po drodze do szkoły, byli jak mijane budynki: przewidywalni i niezmienni. O ósmej piętnaście recytowałyśmy jednym głosem „Dzień dobry!” pani Pearson, która wyprowadzała na spacer swojego szczekliwego jacka russella. Wiedziałyśmy, że później przywitamy się i zatrzymamy na pogawędkę ze sprzedawcą ze sklepu na rogu, ponieważ o tej porze układał na zewnątrz dzienniki na stojaku z prasą. Nazywał nas „Straszną Dwójką”, a my się śmiałyśmy, jakbyśmy słyszały to po raz pierwszy.
Chwilę przed tym, zanim tam dotarłyśmy, Sharon dała mi mocnego kuksańca w żebra i mruknęła: „Uważaj!”. Skierowałam wzrok tam, gdzie ona, i zobaczyłam kolejną znajomą osobę, jedyną, z którą nie witałyśmy się po drodze. Skądś wiedziałyśmy, że ma na imię Brian, ale nie mówiłyśmy tak o nim – dla nas był po prostu „mężczyzną w kombinezonie”.
Zdawał się młody, miał około dwudziestu lat i ani razu nie nawiązał z nami kontaktu wzrokowego. Ciągle chodził w granatowym kombinezonie umazanym smarem, który miał również na twarzy, i w wełnianej żółtej czapce z pomponem – jej zaskakująca wesołość kłóciła się z całym wyglądem. W ręce zawsze trzymał plastikową torbę z wystającym z niej papierem.
Nigdy nie wiedziałyśmy, czy tym razem się pojawi, czy też nie, ale na jego widok natychmiast przechodziłyśmy na drugą stronę ulicy. Wynikało to z tego, że Sharon podejrzewała, że śmierdzi, chociaż nigdy nie zbliżyłyśmy się do niego na tyle, by się przekonać, czy to prawda. Z początku uważałyśmy go za nieszkodliwego, ale ostatnio nasza odraza wobec jego niechlujstwa przerodziła się w coś bardziej niepokojącego. Przyspieszyłyśmy kroku, gdy mijałyśmy go po przeciwnej stronie drogi, a Sharon chwyciła mnie za rękę i pociągnęła, żeby jak najszybciej dotrzeć do sklepiku na rogu, w bezpieczne miejsce.
Miałyśmy przed sobą jeszcze trochę czasu, zanim dorośli uznają, że Rozpruwacz stanowi dla nas zagrożenie. Seryjny morderca zabijał młode kobiety, a nas puszczano do szkoły same. Zdawało się, że te dwa fakty nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale choć odpowiedzialni za nas dorośli się o nas nie martwili, my, od czasu morderstwa Josephine Whitaker, żyłyśmy w nieustannym poczuciu, że wisi nad nami cień Rozpruwacza. Zaczęłyśmy uważniej przyglądać się mijanym mężczyznom. Lustrowałyśmy ich twarze, zamiast rzucać typowe dla Yorkshire „Dobry”. Uśmiechy, które kiedyś wydawały się przyjazne, teraz brałyśmy za pożądliwe spojrzenia, których intencje rozumiałyśmy jedynie mgliście, ale wiedziałyśmy, że nie są dobre.
Za sklepem puszczałyśmy się skrótami, które prowadziły nas przez gęste świerkowe zarośla i rozległe pola, gdzie można było zapomnieć, że pochodzimy z ponurego przemysłowego miasta, i wyobrażać sobie, że jesteśmy poszukiwaczkami przygód spacerującymi po okolicy. Znakiem, że wracamy do cywilizacji, była duża fabryka otoczona ogrodzeniem z drutu kolczastego, z wysoko umieszczonymi oknami, przez które nie można było zajrzeć do środka. Zawsze się wzdrygałam, gdy ją mijałyśmy, z nieprzyjemnym uczuciem przypominając sobie jedną z najwcześniejszych „przygód”, w jakie nas wciągnęłam.
Rok wcześniej, dzięki zestawowi do zabawy w szpiega, który dostałam na Boże Narodzenie, i pierwszemu obejrzanemu przeze mnie filmowi o Jamesie Bondzie – Goldfinger – zrozumiałam, że ta fabryka jest w rzeczywistości przykrywką dla rosyjskich szpiegów. Poruszyłam ten temat z Sharon, która szczęśliwie przyznała mi rację, jak w przypadku wszystkich moich wcześniejszych pomysłów. Pewnego dnia zaproponowałam, żebyśmy spróbowały się wspiąć na ogrodzenie i przedostać do środka.
Sharon przewróciła oczami i po prostu zapukała do drzwi, a mężczyźnie, który nam otworzył, powiedziała, że koniecznie musimy skorzystać z toalety. Wtedy po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć jej pomysłowość pod presją, zrobiła na mnie wrażenie. Mężczyzna wskazał nam drogę do toalety, instruując, żebyśmy poszły tam i z powrotem, ale oczywiście obrałyśmy inny kierunek, żeby się przekonać, czy znajdziemy coś interesującego na poparcie mojej teorii o szpiegostwie. Skończyło się na tym, że zajrzałyśmy za drzwi małego gabinetu, w którym mężczyzna w brązowym garniturze siedział przy zniszczonym brązowym biurku i palił papierosa wśród ścian zbrązowiałych przez lata od tytoniowego dymu.
– Co tu robicie? – zapytał łagodnie, jakby widok dwóch jedenastoletnich dziewczynek w progu gabinetu był czymś powszednim.
– Eee… Szłyśmy do toalety, widocznie… – zaczęła Sharon.
– Co tu się odbywa? – zapytałam surowym tonem. Nie nauczyłam się jeszcze ukrywać swojej ciekawości.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie zza biurka, gasząc papierosa w ogromnej brązowej popielnicy, w której piętrzyła się góra pozgniatanych pomarańczowo-białych petów.
– Tworzymy różne rzeczy. Z metalu. Blachy. – Wskazał na znak nad swoją głową. „Blacharnia Schofields”, głosił napis.
Pośpiesznie się wycofałyśmy. Nie spotkałyśmy żadnych Rosjan, a jedynie Kennetha Pearsona, który mieszkał na mojej ulicy i powiedział nam „Dobry”, gdy go mijałyśmy. Ta eskapada nie przyniosła takiego rezultatu, jakiego oczekiwałam.
Od tamtej pory codziennie przechodziłyśmy obok budynku szybkim krokiem, bo nie chciałam sobie przypominać tamtej historii.
Kiedy skręcałyśmy w ulicę prowadzącą do szkoły, drogę zwykle wskazywało nam graffiti na ścianach zabitej deskami przędzalni – słowa „S…ny do domu” wypisane literami wysokimi na trzydzieści centymetrów. Tamtego dnia zasłaniał je ogromny biały plakat. Zatrzymałam się i wpatrywałam w niego. Zaczynał się od słów „Policja West Yorkshire” i zajmował prawie całą górną połowę budynku. Pod nagłówkiem widniał napis, zapisany pogrubionymi czarnymi literami.
POMÓŻ NAM POWSTRZYMAĆ ROZPRUWACZA PRZED KOLEJNĄ ZBRODNIĄ
Miałam wrażenie, że apel jest skierowany do mnie.
Sharon przeszła jeszcze kilka kroków, wciąż mówiąc, zanim zauważyła, że zostałam w tyle. Dopiero wtedy się zatrzymała.
– Co się stało? – zapytała.
– Myślisz, że go znamy? – zastanawiałam się. – Myślisz, że widujemy go codziennie i nie mamy pojęcia, że to on?
Sharon wpatrywała się we mnie, marszcząc nos, jakby odrzucała tę możliwość.
– Nie chcę o tym myśleć – powiedziała. – Chodź, bo się spóźnimy.
Ale ja nie mogłam przestać o tym myśleć, a codziennie oglądane wezwanie z plakatu sprawiło, że zaczęłam rozglądać się za mordercą wszędzie, wśród wszystkich ludzi, z którymi miałam do czynienia.
*
Wkrótce potem pojechaliśmy na szkolną wycieczkę do Knaresborough w hrabstwie North Yorkshire, niedaleko Harrogate. Ciocia Jean nazwała to miasto „dystyngowanym Yorkshire”. Tę nazwę wycedziła z taką samą pogardą, jaką zwykle rezerwowała dla słowa „Południe”, ale kiedy wstałam tego ranka, czekały na mnie spakowany prowiant i szczegółowe instrukcje dotyczące wszystkiego, co powinnam ze sobą zabrać. Kolejna lista. Pełne zawijasów, schludne pismo – z podwójnie podkreślonym „Nie zapomnij!” u góry wyblakłej żółtej kartki wyrwanej z notatnika ciotki – sprawiło, że się uśmiechnęłam.
Gdy wsiadaliśmy do pomarańczowego autokaru naznaczonego rdzą, wszyscy ustąpili pierwszeństwa Neilowi Callaghanowi i Reece’owi Carltonowi. To oni rozpoczęli „pościg Rozpruwacza” i byli znani z wdawania się w bójki. Widziano ich nawet palących papierosy. Od razu było wiadomo, że zajmą miejsca z tyłu. Reece, wysoki, postawny chłopak o lodowatych niebieskich oczach, posłał Sharon buziaka, gdy nas mijał. Sharon się skrzywiła i przewróciła oczami, ale pod jej piegami dało się zauważyć lekki różowy rumieniec. Mimo to wciąż wyglądała ładnie.
Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło – że chłopcy zachowują się inaczej wobec Sharon – ale zorientowałam się, że w przeciwieństwie do mnie przyciąga ich uwagę. Udawałam, że patrzę z góry na chłopaków, a czasem mężczyzn, którzy gapili się na Sharon lub się przed nią popisywali. Ale czasami robiło mi się przykro na myśl, że jestem dla nich niewidzialna.
– Zabieraj się – rozkazał Reece spokojnemu chłopcu o imieniu Ishtiaq, który zamierzał wsiąść do autokaru.
Ishtiaq się odsunął, nie odzywając się słowem. Sharon i ja wsiadłyśmy jako następne, krzywiąc się od gryzącego zapachu stęchłego tytoniu i wybielacza. Zajęłyśmy swoje miejsca na środku autokaru. Na przodzie mieli usiąść spokojniejsi uczniowie, między innymi Ishtiaq, pod opieką naszych nauczycieli pana Ware’a i panny Stacey.
Po drodze siedziałam cicho, wyglądałam przez okno i z całych sił skupiałam się na tym, żeby nie dostać mdłości. Stephen Crowther, który siedział z przodu, zwymiotował już do wiadra ku obrzydzeniu wszystkich siedzących wokół niego. Choć w głębi duszy nienawidziłam tego, że chłopcy z naszej klasy mnie nie zauważali, wiedziałam, że tego rodzaju uwagi nie potrzebuję.
Sharon paplała podekscytowana z dziewczynami siedzącymi za naszymi fotelami, a w autokarze zrobiło się głośniej, gdy Neil i Reece zaczęli na żarty okładać się pięściami, a inni skandowali rymowankę popularną od czasu wyborów. Rysowało się figurkę na kartce trzymanej w powietrzu w jednej ręce do rytmu słów:
Oto Margaret Thatcher
Podrzuć ją i złap
Fiku-miku fiku-miku
Margaret Thatcher jest tu.
Skandowanie kończyło się triumfalnym uniesieniem drugiej ręki. Margaret Thatcher zostawała zgnieciona i unicestwiona.
Kiedy wrzawa dotarła na przód autokaru, pan Ware wychylił głowę zza swojego fotela i zapadła cisza. Patrzył na nas – świdrował ciemnymi oczami każdą osobę, jak się zdawało, i czekał przez kilka chwil na wypadek, gdybyśmy mieli wątpliwości co do jego absolutnej władzy. W końcu spojrzał na leżącą przed nim kartkę.
– No dobrze – odezwał się. – Matka Shipton urodziła się w tysiąc czterysta osiemdziesiątym ósmym roku i była znana jako prorokini z Knaresborough. Ktoś wie, co oznacza to słowo?
– Nie, proszę pana – odpowiedzieliśmy chórem, wszyscy z wyjątkiem Stephena Crowthera, który wciąż trzymał głowę w wiadrze.
– To znaczy, że umiała przewidywać przyszłość. Mieszkała w jaskini, którą zobaczymy, a całe miasteczko uważało ją za dziwaczkę, trochę tak jak my ciebie, Crowther – dodał, spoglądając z góry na biednego Stephena. – Jej „petryfikujące źródełko” jest podobno zaczarowane, a niektórzy twierdzą, że jeśli wrzuci się do niego miedziaka, spełni się pomyślane życzenie. – Przewrócenie oczami i pokręcenie głową zdradziło nam, co pan Ware sądzi o tej legendzie.
Spodobała mi się historia o Matce Shipton i jej jaskini.
W Knaresborough było ciepło i słonecznie, zupełnie inaczej niż przy ciemnym i zimnym źródle oraz w jaskini przepełnionej zapachem stęchlizny i wilgocią. Powolne, rytmiczne kapanie z sufitu niosło się echem po całym jej wnętrzu, a skamieniałe zabawki, buty, kapelusze i rondelki wiszące u wejścia kojarzyły się z mrocznymi bajkami. Pomyślałam, że petryfikacja to dobre słowo na określenie tego, co wisiało przed naszymi oczami.
– Dobrze. Cisza. Słuchajcie – odezwała się panna Stacey. – Przygotujcie miedziaki i zastanówcie się nad swoim życzeniem. Uważajcie. Wymyślcie coś takiego, żeby sobie nie zaszkodzić, jeśli się spełni. I najważniejsze: pamiętajcie, że nie możecie nikomu o tym życzeniu powiedzieć, bo się nie spełni.
Stojąc przed źródełkiem, rozważałam kilka możliwości. Spojrzałam na Sharon, krzywiącą piegowatą twarz z powodu nieprzyjemnej woni wilgoci. Brałam pod uwagę życzenie długich blond włosów, takich jak jej; wstydziłam się swojej krótkiej brązowej czupryny. Zastanawiałam się też, czy nie poprosić o cofnięcie się w czasie do tych dni, zanim mama się zmieniła. Wiedziałam jednak, że źródełko nie może być aż tak magiczne. Myślałam również o prośbie, żebym nie musiała się przeprowadzać na Południe i opuszczać Sharon.
W końcu jednak wypowiedziałam życzenie, które miało wpłynąć na życie wszystkich, których znałam – i którego później mocno pożałowałam.
Wrzucając monetę do studni, życzyłam sobie, żebym to ja złapała Rozpruwacza z Yorkshire.
*
Sharon i ja nie zaprzyjaźniłybyśmy się, gdyby nie jej mama Ruby. Pewnej niedzieli w kościele podeszła do mnie i do taty. To było niedługo po tym, kiedy mama się zmieniła, więc nie chodziła już do kościoła, ale tata nadal to robił. Wciąż wierzył. Albo przynajmniej przychodził posłuchać, jak śpiewam w chórze w każdą niedzielę. Była to jedna z moich ulubionych rzeczy, ponieważ przypominała mi o mamie. Śpiew sprawiał, że czułam się blisko niej. Mniej więcej rok później tata też przestał przychodzić. Ciocia Jean nigdy nie chodziła do kościoła. „Dobroczynność zaczyna się w domu”, mawiała.
Skończyło się poranne nabożeństwo, podczas którego pastor pomodlił się za duszę Jean Jordan, ostatniej ofiary Rozpruwacza, tej, o której mówiono w wiadomościach. Nikt nie wydawał się zaniepokojony. Rozpruwacz był bardzo daleko od naszego miasteczka. Grasował w dużych miastach, a o jego ofiarach szeptano z litością. Sprawa nie dotyczyła ludzi takich jak my. Byliśmy bezpieczni w naszym kościele, osłaniani swoją prawością.
Staliśmy przy wejściu, a ja wpatrywałam się w nagrobki przede mną, rozpadające się i porośnięte mchem. Zastanawiałam się, czy to do takich miejsc trafiały zamordowane kobiety. Czy otrzymywały wstęp na przykościelny cmentarz, skoro mówiono o nich szeptem. Podniosłam wzrok, żeby zadać to pytanie tacie, ale był pogrążony w cichej rozmowie z Ruby, więc czekałam. W końcu zwrócili na mnie uwagę, a Ruby pochyliła się i spojrzała mi prosto w twarz, roztaczając mgiełkę perfum Charlie. Zamrugałam, a ona się uśmiechnęła i powiedziała:
– Może wpadłabyś kiedyś do nas na podwieczorek? Mama i tata mieliby chwilę wytchnienia?
Nie bardzo wiedziałam, co było we mnie tak męczącego, że wymagało wytchnienia, ale Ruby wyglądała jak Purdey z The New Avengers, z blond włosami okalającymi uśmiechniętą twarz, a mnie ciągnęło do niej i do jej słodkiego uśmiechu. Właściwie lgnęli do niej wszyscy, nawet mój tata.
– Chętnie, pani Parker – zgodziłam się, nie próbując ukryć entuzjazmu w głosie.
Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Parkerów, szłam przez podjazd bardzo niepewnie. Desperacko chciałam chwycić tatę za rękę, ale miałam dziesięć lat i wiedziałam, że jestem na to za duża. Dom Sharon był wysoki i wolnostojący, a jego szerokie otwierane pionowo okna w nieskazitelnie białych ramach pozwalały zobaczyć porządek i wygodę. Ruby otworzyła drzwi, a ja ujrzałam za nią Sharon, jej wystające zza matki jedno niebieskie oko, duże jak z kreskówki, i kręcone blond włosy jak połowa złocistej aureoli. Oczywiście kojarzyłam Sharon, chodziłyśmy przecież do tej samej szkoły. Ale mnie przypominała postać z bajki – księżniczkę lub wróżkę – a ja nie pasowałam na bohaterkę tego typu historii. W końcu wyłoniła się w całości – wyskoczyła zza swojej mamy i wyciągnęła do mnie rękę. Spojrzałam na nią zdezorientowana, chwyciła więc moją dłoń i zaciągnęła mnie do swojego pokoju, żeby mi pokazać tapetę z Holly Hobbie i lalkę przedstawiającą bohaterkę. Zostawiliśmy tatę i Ruby gawędzących na progu. Nawet się nie pożegnałam.
Sharon miała więcej maskotek i lalek niż ja w całym moim życiu, zajmowały całą długość jej łóżka. Czułam się tak, jakbym miała za plecami tęczowych strażników. Siedziałam nieruchomo na małym stołku przy toaletce i nie chciałam wykonywać żadnych ruchów, które mogłyby mnie wpędzić w kłopoty lub sprawić, że zostanę wyproszona. Choć byłam speszona, pragnęłam tam być tak rozpaczliwie, że czułam fizyczny ból. Policzki miałam rozpalone, nie tylko z powodu nieożywionych spojrzeń zabawek, lecz także od nieznanego ciepła z kaloryfera.
Siedziałam w milczeniu. Czekałam. Zdążyłam się już przekonać, jak wiele ludziom zdarza się zdradzić, kiedy człowiek się nie odzywa. Po chwili się dowiedziałam, że Sharon lubi świnki morskie, a jej ukochaną zabawką jest Holly Hobbie, nazwana, moim zdaniem nieco bez polotu, Holly.
– Niewiele mówisz, prawda? – zagadnęła Sharon z głową przechyloną na bok, jakbym była zagadką, której nie może rozwikłać.
– Tylko słucham – odparłam.
Gdy Ruby zawołała nas na herbatę, Sharon nadal nic o mnie nie wiedziała, ale ja czułam, że rozmarzam pod wpływem jej nieustającego ciepła i rozmowy. Po zjedzeniu paluszków rybnych i frytek z groszkiem – nawet jedzenie u Sharon było bardziej kolorowe niż szarości i brązy u mnie w domu – wstałam od stołu.
– Gdzie ty idziesz? Jeszcze pudding – powiedziała Sharon.
Od dnia, w którym zmieniła się mama, wszystko, co można było uznać za smakołyk, szybko zniknęło z naszego życia, a ja zapomniałam o puddingach. Ruby postawiła przed nami talerzyki z roladą z dżemem i miseczki z budyniem, a mnie przy każdym kęsie się zdawało, że unoszę się nad krzesłem. Gdy nuciłam sobie z rozkoszy, zauważyłam, że Ruby i Sharon wlepiają we mnie wzrok, a czułość na twarzy Ruby miała w sobie coś z bólu.
Z czasem te spojrzenia zaczęłam dostrzegać także u matek innych dzieci.
Tuż przed tym, jak przyszedł po mnie tata, Ruby zawinęła kawałek ciasta w ręcznik kuchenny, jakbym wychodziła z przyjęcia urodzinowego.
– Proszę. Zjesz sobie na deser innego wieczoru – powiedziała i pocałowała mnie w czoło. Powtarzała ten rytuał w każdy czwartek, kiedy szłam do nich na herbatę, aż do momentu, gdy wszystko się wydarzyło.
Więc, jak widać, Sharon właściwie nie miała wyjścia – musiała zostać moją przyjaciółką. Była jednak miła, więc to zrobiła, a z czasem jakoś się dopasowałyśmy, aż nasze różnice przestały być zauważalne. Nasza przyjaźń przypominała huśtawkę – ja miałam pomysły, a Sharon je realizowała. Zapewniałyśmy sobie nawzajem równowagę. Nie wyobrażałam sobie życia bez niej.
Dlatego nie mogłam pozwolić na to, żebyśmy wyjechali z Yorkshire.
*
Odkąd pomyślałam życzenie, Rozpruwacz zaczął nawiedzać mnie również we śnie. Dręczył mnie nawracający koszmar, w którym mężczyzna bez twarzy pakował mnie na tył swojej brudnej, białej furgonetki. Skądś wiedziałam, że chce mnie wywieźć, i waliłam do drzwi, gdy odjeżdżał, ale mimo moich wysiłków nie powstawał żaden dźwięk. Wiedziałam, że nikt mnie nie usłyszy.
Na jawie łapczywie chłonęłam wiadomości. Czego nie dostrzega policja? Jak można go znaleźć? W „Yorkshire Chronicle” jeden z policjantów zajmujących się sprawą mówił w wywiadzie o „złożoności śledztwa oraz potrzebie dokładności i metodyki”. Chociaż nie bardzo rozumiałam znaczenia większości tych słów, uczepiłam się ich. Przywodziły na myśl ciocię Jean i jej listy oraz wysiłki, by w naszym życiu zaprowadzić porządek.
Zrodził się zalążek pomysłu.
Zastanawiałam się, czy mogę powiedzieć o wszystkim Sharon. Pamiętałam ostrzeżenie panny Stacey, że życzenie się nie spełni, jeśli komuś się je zdradzi. Wiedziałam jednak, że jeśli mam znaleźć Rozpruwacza, będę potrzebować pomocy. W końcu doszłam do wniosku, że to bezpieczne posunięcie, bo powiedzenie Sharon różniło się od powiedzenia komukolwiek innemu – było jak dzielenie się tajemnicami z samą sobą. Poruszyłam więc ten temat przy kolejnych odwiedzinach u Parkerów.
Byłyśmy w sypialni Sharon, ja leżałam na łóżku i przeglądałam stary numer czasopisma „Blue Jeans”. Tapetę z Holly Hobbie niedawno zastąpiła winylowa beżowa z plakatami Blondie, a zamiast maskotek pojawiły się błyszczyki, o które Sharon prosiła, odkąd skończyła dwanaście lat. Ucieszył mnie widok lalki Holly Hobbie na poduszce. Sharon siedziała przy toaletce i robiła miny do swojego odbicia z blond lokami zebranymi w wysoki kucyk jak u dziewczyny z okładki.
– Mam pewien pomysł – oznajmiłam. – Chodzi o coś ważnego – dodałam, żeby podkreślić, że to co innego niż wcześniejsze wymysły; fabryka z rosyjskimi szpiegami była pierwszym, ale nie ostatnim.
Udawałyśmy na przykład czarownice i rzucałyśmy zaklęcia na ludzi, których nie lubiłyśmy, a później przez krótki czas wierzyłyśmy, że jeden z naszych nauczycieli jest tak naprawdę robotem. Czasami – ostatnio coraz częściej – martwiłam się, że Sharon przestanie mi towarzyszyć w tych moich wymysłach. Tym razem spojrzała na mnie w lustrze, zmarszczyła brwi i podniosła pojemnik ze sprejem do ciała Impulse i się nim spryskała, a jego słodki zapach okazał się tak przytłaczający, że zaczęłam się krztusić.
– Nie będę znowu udawać, że jestem kosmitką – zaprotestowała.
Zarumieniłam się, zanosząc od kaszlu. Zapomniałam, co się stało po tym, jak po raz pierwszy obejrzałyśmy Gwiezdne wojny.
– Nic z tych rzeczy – uspokoiłam ją. – Chodzi o Rozpruwacza. Gdybyśmy tak postanowiły, że go znajdziemy?
– Co ty znowu wymyśliłaś? – przeraziła się. – Jakim cudem my miałybyśmy złapać Rozpruwacza z Yorkshire, skoro nie udało się to policji?
Westchnęłam. Kwestionowanie moich pomysłów stało się nowym, niepożądanym elementem naszej przyjaźni. Ale jej uwaga była słuszna. Jak miałybyśmy go złapać? Potrzebowałyśmy planu, należało zebrać wskazówki i je uporządkować.
Przypomniały mi się słowa policjanta na temat metodyki, a później pomyślałam o cioci Jean i jej notatniku i zaświtał mi w głowie pomysł. Wiedziałam, co musimy zrobić.
– Sporządzimy listę – zarządziłam. – Listę ludzi i rzeczy, które wydają nam się podejrzane. A potem… A potem przeprowadzimy dochodzenie.
– A właściwie dlaczego miałybyśmy to robić?
– No, jeśli go złapiemy, może dostaniemy nagrodę, którą oferuje policja. Wyobraź sobie, co mogłybyśmy sobie kupić! Książki, błyszczyki i słodycze, wszystko, co nam się zamarzy.
Odbicie Sharon uśmiechało się do mnie.
– Ale nawet gdybyśmy jej nie dostały, pomyśl o wszystkich prostytutkach, które byśmy uratowały. – Choć żadna z nas nie wiedziała, kim są prostytutki, pomyślałam, że idea ratowania innych spodoba się Sharon, która była najmilszą osobą, jaką znałam. – I wszyscy by się dowiedzieli, kim ja, to znaczy, kim my jesteśmy – dodałam.
Koniec z niewidzialnością. Koniec z litościwymi spojrzeniami innych matek.
– Hmmm – mruknęła. – Zastanowię się.
*
Gdy szłyśmy do szkoły następnego dnia, wisiała nad nami moja sugestia dotycząca Rozpruwacza. Próbowałam rozmawiać o czymś innym, pozwolić Sharon poruszyć dowolny temat, ale on, jak zawsze, był wszędzie – od ulotek przyklejonych do latarni po nagłówki na stoisku przed sklepem na rogu. Nie zdołałybyśmy uciec przed Rozpruwaczem, nawet gdybyśmy chciały. Coraz bardziej zaczynało mi zależeć na tym, żeby spróbować go złapać.
Przy szkolnej bramie, kierowane jednakowym odruchem, zatrzymałyśmy się na chwilę i stałyśmy ramię w ramię, obserwując, jak na dziedzińcu przed nami toczy się zabawa w „pościg Rozpruwacza”. Reece Carlton w skupieniu długimi krokami przemierzał betonową posadzkę. Wzrok miał utkwiony w biednej dziewczynie, którą ścigał.
Reece’a poznałam w podstawówce. Był znacznie mniejszy niż inni chłopcy, ale wydawał się starszy, policzki miał zapadnięte, a jego niebieskie oczy wyglądały, jakby widziały rzeczy, o których reszta z nas nie miała pojęcia. Był nieśmiały – codziennie wtulał się w mamę, gdy go podwoziła, a potem siadał na końcu sali i kulił się aż do powrotu do domu. Pierwsi w naszej klasie nauczyliśmy się czytać i dlatego otrzymaliśmy specjalne przywileje – mogliśmy siedzieć i czytać książki bez nadzoru. Byłam z tego bardzo dumna, bo w tamtych czasach bycie mądrym jeszcze się liczyło. Często siedzieliśmy razem w zgodnym milczeniu. Teraz po tamtym chłopcu nie został ślad. Chłopak, którego miałam przed sobą, w niczym go nie przypominał.
Dziewczyna uciekająca przed nim potknęła się o własne nogi. Przerażona szybko się podniosła i pobiegła dalej. Czułam, jak serce łomocze mi w piersi na widok jej strachu, choć była to tylko zabawa. Zastanawiałam się, czego doświadczały kobiety ścigane przez prawdziwego Rozpruwacza. Wzdrygnęłam się i poczułam dłoń Sharon na ramieniu.
– Dobra – odezwała się. – Zróbmy to. Spróbujmy go złapać.
Przytaknęłam i szybko weszłam za bramę. Wmieszałam się w tłum, żeby nie mogła dostrzec uśmiechu rozjaśniającego moją twarz.








