Nowa, prowokująca i niepokojąca powieść Sayaki Muraty, autorki bestsellerowej „Dziewczyny z konbini”. Dołącz do głównej bohaterki i wybierz się w mroczną podróż przez zakamarki ludzkiej psychiki. Odkryj, co tak naprawdę znaczy być człowiekiem.


Poznaj Natsuki, która od dzieciństwa czuła się obca wśród ludzi. Wierząc, że pochodzi z innej planety, tworzy własną rzeczywistość, aby przetrwać w świecie, który jej nie akceptuje.

Historia tej kobiety to opowieść o alienacji, buncie przeciwko społecznym oczekiwaniom i próbie zdefiniowania siebie poza narzuconym porządkiem.

„Ziemianie” jest nie tylko opowieścią o jednostce, ale także o społeczeństwie jako fabryce, która wymaga od nas konformizmu i podporządkowania. Murata zastanawia się, co znaczy być normalnym i jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, aby odnaleźć własną tożsamość.

Dołącz do Natsuki i wybierz się w mroczną podróż przez zakamarki ludzkiej psychiki, odkryj, co tak naprawdę znaczy być człowiekiem.

Sayaka Murata
Ziemianie
Przekład: Dariusz Latoś
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 4 czerwca 2025
 
 

2

Żyję w fa­bryce pro­du­ku­ją­cej lu­dzi.
Mia­sto, w któ­rym miesz­kam, cia­sno wy­peł­niają ludz­kie gniazda. Moż­liwe, że przy­po­mina izbę je­dwab­ni­ków, o któ­rej opo­wia­dał wu­jek Te­ruy­oshi.
W każ­dym z pro­sto­kąt­nych gniazd, usta­wio­nych w rów­nych rzę­dach, sie­dzą sa­miec z sa­micą, któ­rzy two­rzą parę, oraz ich dzieci. Ro­dzice wy­cho­wują je we­wnątrz gniazda. Miesz­kam w jed­nym z nich.
To Fa­bryka Lu­dzi dzia­ła­jąca po­przez łą­cze­nie się ciał. My, dzieci, po ja­kimś cza­sie wy­cho­dzimy z niej jako go­towe osob­niki.
I sa­mice, i samce naj­pierw prze­cho­dzą szko­le­nie, tak by były w sta­nie przy­no­sić po­ży­wie­nie do gniazda. Stają się na­rzę­dziami tego świata: otrzy­mują od in­nych pie­nią­dze, za które to po­ży­wie­nie ku­pują.
Póź­niej młode osob­niki łą­czą się w pary, za­kła­dają wła­sne gniazda i zaj­mują się pło­dze­niem wła­snych dzieci.
Za­raz na po­czątku pią­tej klasy, kiedy mie­li­śmy za­ję­cia z wy­cho­wa­nia sek­su­al­nego, po­my­śla­łam so­bie tylko, że na­prawdę jest tak, jak po­dej­rze­wa­łam. Moja ma­cica to część Fa­bryki: kie­dyś po­łą­czy się z czy­imiś ją­drami, które tak samo sta­no­wią tylko jej ele­ment, i wy­pro­du­kuje dziecko. Samce i sa­mice wiją się w gniaz­dach, kry­jąc we­wnątrz swo­ich ciał czę­ści Fa­bryki.
Wy­szłam za Yū, ale on jest ko­smitą, więc ra­czej nie bę­dziemy mo­gli mieć dzieci. Je­śli sta­tek się nie znaj­dzie, pew­nie będę mu­siała stwo­rzyć parę z kimś in­nym i pro­du­ko­wać lu­dzi dla do­bra świata.
Bła­gam, że­by­śmy tylko zna­leźli sta­tek, za­nim do tego doj­dzie.
Py­ūto śpi, zro­bi­łam mu łóżko w szu­fla­dzie biurka. Po kry­jomu rzu­cam za­klę­cia, ko­rzy­sta­jąc z różdżki i lu­sterka, które mi po­da­ro­wał. Z po­mocą ma­gii niosę swoje ży­cie w przy­szłość.

 
Od razu po po­wro­cie do domu za­dzwo­ni­łam do Shizu, mo­jej do­brej przy­ja­ciółki. Po­wie­działa, że cały Obon spę­dziła w domu i bar­dzo się nu­dziła, kiedy mnie nie było.
– Po­szła­byś ju­tro na ba­sen? – za­py­tała. – Umó­wi­łam się z Riką i Emi, tylko wiesz, za Riką nie prze­pa­dam. Ale je­śli ty się z nami wy­bie­rzesz, na pewno bę­dzie su­per! Po­zjeż­dżamy ra­zem na zjeż­dżalni!
– Sorki, ale wczo­raj wie­czo­rem do­sta­łam okres.
– No nie! Szkoda… To po­ju­trze chodźmy na na­le­śniki!
– Okej!
– Od przy­szłego ty­go­dnia juku[6], co? Nie chce mi się, ale tro­chę mnie po­cie­sza, że zo­ba­czymy pana Iga­sa­kiego. Jest taki przy­stojny…
– Ha, ha, ha!
Dawno do niej nie dzwo­ni­łam, te­raz nie mo­gły­śmy się na­ga­dać. Traj­ko­ta­ły­śmy, za­po­mi­na­jąc o ca­łym świe­cie, kiedy na­gle po­czu­łam ude­rze­nie w plecy.
– Spa­daj stąd.
Ob­ró­ci­łam się – sio­stra stała przede mną z nie­za­do­wo­loną miną. Pew­nie mnie kop­nęła. Czę­sto tak ro­biła, kiedy za­czy­na­łam roz­ma­wiać przez te­le­fon.
– Mu­szę koń­czyć, sio­stra chce gdzieś za­dzwo­nić.
– Tak? No to pa, wi­dzimy się po­ju­trze!
– Pa!
Roz­łą­czy­łam się.
– Masz taki wku­rza­jący głos, że od sa­mego słu­cha­nia za­raz znowu do­stanę go­rączki – wark­nęła Kise.
– Prze­pra­szam.
Wró­ciła do swo­jego po­koju, trza­ska­jąc drzwiami. W ta­kich sy­tu­acjach zwy­kle długo po­tem z niego nie wy­cho­dziła.
Po­szłam do sie­bie, sta­ra­jąc się nie wy­dać naj­mniej­szego dźwięku. Za­ło­ży­łam ob­rączkę i za­czę­łam się jej przy­glą­dać. Czu­łam, jak­by­śmy dzie­lili z Yū ten sam pa­lec ser­deczny. Zda­wało mi się na­wet, że tylko ten je­den mam bled­szy od reszty. Po­gła­dzi­łam go de­li­kat­nie. Przy­po­mi­nał smu­kłe palce Yū.
Uło­ży­łam się do spa­nia, nie zdej­mu­jąc ob­rączki. Kiedy za­mknę­łam oczy, znów zo­ba­czy­łam ko­smos.
Chcia­ła­bym jak naj­szyb­ciej wró­cić do tej czar­nej jak smoła pustki. Po­ha­pi­pin­po­bo­pia, na któ­rej ni­gdy nie by­łam, wy­da­wała mi się do­mem.

 
Na za­ję­cia w juku po lek­kim wa­ha­niu wło­ży­łam czarną ko­szulę. Za­pię­łam ją pod samą szyję. Miała krótki rę­kaw, ale i tak było mi tro­chę go­rąco.
Po kry­jomu wsa­dzi­łam Py­ūto do torby i ze­szłam na dół. Mama, która stała w ko­ry­ta­rzu, skrzy­wiła się na mój wi­dok.
– Co ty, w ża­ło­bie je­steś? Idziesz taka po­ubie­rana?
– Yhm…
– Od razu hu­mor się czło­wie­kowi psuje… Da­ła­byś spo­kój, i tak je­stem zmę­czona – wes­tchnęła.
Wy­god­nie mieć w domu kosz na śmieci. My­ślę, że u nas to ja nim je­stem. Kiedy w ta­cie, ma­mie albo sio­strze uzbie­rają się ne­ga­tywne emo­cje, przy­cho­dzą do mnie je wy­ła­do­wać, wy­rzu­cić.
Wy­szły­śmy ra­zem, mama nio­sła są­sia­dom teczkę z ogło­sze­niami sto­wa­rzy­sze­nia są­siedz­kiego.
– O, Na­tsuki! – za­gad­nęła mnie pani z domu obok. – Idziesz do juku? Ale wy­do­ro­śla­łaś!
– A skąd! – od­po­wie­działa jej gło­śno mama zza mo­ich ple­ców. – Nic z tych rze­czy, nie­zguła taka, że głowa mała, z oka jej nie można spu­ścić.
– Na pewno nie. Prawda? – Są­siadka ob­ró­ciła się do mnie z za­kło­po­taną miną.
– Mama ma ra­cję – po­wie­dzia­łam.
Rze­czy­wi­ście, kiedy nie uży­wa­łam ma­gii, by­łam do ni­czego. Od naj­młod­szych lat nie­zręczna i nie­po­radna, do tego brzydka. Miesz­kańcy na­szego mia­sta, czyli Fa­bryki, na pewno naj­chęt­niej by mnie uni­kali.
– Pani có­reczka w po­rów­na­niu z moją to na­prawdę cu­downe dziecko – kon­ty­nu­owała mama. – Ta tu­taj na­to­miast do by­strych nie na­leży, a po­pro­sić ją o coś, to guz­dra się, że szkoda ga­dać. Męka, mó­wię pani, z taką kulą u nogi.
Trzep­nęła mnie teczką po gło­wie. Czę­sto tak robi. Po­wta­rza, że dzięki temu zmą­drzeję, bo tę­pa­kom trzeba mocno po­bu­dzać mózg do pracy. I jesz­cze, że przy­naj­mniej od­głos do­bry, bo łeb pu­sty. Chyba rze­czy­wi­ście ma ra­cję, bo teczka łup­nęła gło­śno.
– Z wy­glądu też nic, tylko ręce za­ła­mać, niech pani sama po­wie. Już na­prawdę nie wiem, co ro­bić, prze­cież nikt jej nie ze­chce na żonę.
– Tak, to prawda. – Po­ki­wa­łam głową.
Mu­szę być na­prawdę nie­udana, skoro mówi tak osoba, która mnie uro­dziła. Pew­nie spra­wiam są­sia­dom kło­pot przez sam fakt, że żyję. Nie dość, że wy­glą­dam pa­skud­nie, to jesz­cze z ni­czym so­bie nie ra­dzę; sio­stra po­wta­rza, że od sa­mego pa­trze­nia się wku­rza.
– Prze­pra­szam. – Ukło­ni­łam się na wszelki wy­pa­dek.
– Ale… Wcale nie, na­prawdę… – Są­siadka wy­glą­dała na mocno zmie­szaną.
– To ja już pójdę, do wi­dze­nia. – Ukło­ni­łam się raz jesz­cze, wsia­dłam na ro­wer i ru­szy­łam do juku.
Za ple­cami sły­sza­łam jesz­cze głos mamy:
– Słowo daję, w kogo ona się wdała?

 
Gniazda, wszystko gniazda, my­ślę so­bie za­wsze, ja­dąc na ro­we­rze przez mia­sto pełne do­mów o iden­tycz­nych kształ­tach. Przy­po­mi­nają wiel­kie ko­kony, które kie­dyś zna­leź­li­śmy z Yū w le­sie w Aki­shi­nie.
To forma or­ga­ni­za­cji gniazd w prze­strzeni, a jed­no­cze­śnie Fa­bryka Lu­dzi. Je­stem jej czę­ścią w dwóch zna­cze­niach.
Po pierw­sze: mam się przy­kła­dać do na­uki i zo­stać na­rzę­dziem pra­cu­ją­cym.
Po dru­gie: mam się przy­kła­dać do by­cia dziew­czynką i dla do­bra mia­sta zo­stać or­ga­nem re­pro­duk­cyj­nym.

 
Juku mie­ści się na pię­trze cen­trum kul­tury, wy­bu­do­wa­nego dwa lata temu przy sta­cji ko­le­jo­wej.
Przed wej­ściem trzeba zdjąć buty. W środku są dwie sale. W tej głę­biej uczą się szó­sto­kla­si­ści na spe­cjal­nych za­ję­ciach przy­go­to­wu­ją­cych do eg­za­mi­nów do gim­na­zjum, pro­wa­dzi je dy­rek­tor. W tej z przodu od­by­wają się nor­malne lek­cje dla ta­kich jak ja, któ­rzy nie pod­cho­dzą do eg­za­mi­nów. Nas uczy pan Iga­saki, stu­dent pra­cu­jący do­ryw­czo.
Za­par­ko­wa­łam ro­wer i we­szłam do klasy. Wszy­scy byli już na miej­scach. „Tu­taj, tu­taj!” – ma­chała mi Shizu. Usia­dłam obok niej.
Wszy­scy wy­glą­dali tro­chę ina­czej niż przed wa­ka­cjami – jedni bar­dziej opa­leni, inni mieli krót­sze włosy.
– Na­tsuki, idziesz na fa­jer­werki, co nie? Wło­żysz yukatę?
– No, taki mam za­miar.
– Może pój­dziemy obej­rzeć nowe? Wi­dzia­łam ostat­nio taką śliczną, w złote rybki.
Cała grupa roz­ma­wiała jak na­jęta – wy­cho­dziło na to, że każdy ko­rzy­stał z wa­ka­cji do woli i jed­no­cze­śnie okrop­nie się nu­dził. Sala wy­peł­niła się śmie­chem na­szej dwu­dziestki.
– No już, ci­sza! – Pan Iga­saki otwo­rzył drzwi i wszedł do środka.
Shizu pi­snęła z ra­do­ści.
Dziew­czyny za nim sza­lały, bo wy­glą­dał jak je­den chło­pak ze zna­nego boys bandu. Ale nie cho­dziło tylko o wy­gląd – umiał też cie­ka­wie i ja­sno tłu­ma­czyć lek­cje.
Chcia­łam po­pra­wić się choć tro­chę przy­naj­mniej jako na­rzę­dzie pra­cu­jące, dla­tego uczy­łam się z ca­łych sił.
– Na­tsuki, co­raz le­piej ci idzie z WOS-u – po­wie­dział na­uczy­ciel.
Ukło­ni­łam się, a on po­gła­skał mnie po gło­wie. Skóra pod wło­sami szczy­pała mnie na­wet po tym, kiedy już za­brał rękę.

 
– Na­tsuki, mo­żesz chwilę zo­stać i po­móc mi z kse­rów­kami?
– Oczy­wi­ście.
Pan Iga­saki czę­sto pro­sił mnie o po­moc. Tego dnia znowu zo­sta­łam z nim w sali sam na sam. Od Shizu usły­sza­łam tylko: „Ale ci faj­nie!”.
– Masz kiep­ską po­stawę, wiesz?
Wło­żył mi rękę przez rę­kaw ko­szuli i do­tknął skóry na ple­cach.
– Po­win­naś trzy­mać krę­go­słup wy­pro­sto­wany, o tak. Bo ina­czej będą cię bo­leć ra­miona.
– Do­brze.
Wy­pro­sto­wa­łam się, byle uciec od jego ręki.
– O wła­śnie, te­raz le­piej. I jesz­cze wcią­gnij pę­pek.
Dłoń na­uczy­ciela za­częła się prze­su­wać na mój brzuch. Wy­krę­ci­łam się w pa­nice.
– Co ro­bisz? Uczę cię te­raz cze­goś bar­dzo waż­nego, stój spo­koj­nie.
– Do­brze.
Jego ręka mu­snęła mój sta­nik. Bez słowa pro­sto­wa­łam krę­go­słup.
– Tak do­brze.
Wresz­cie za­brał dłoń, ale całe moje ciało po­zo­stało na­pięte.
– Na­tsuki – ode­zwał się, kiedy już mia­łam wy­cho­dzić. – Bie­li­znę po­win­naś no­sić białą, nie taką ró­żową. Bo prze­świ­tuje przez ubra­nie, chłopcy mogą zo­ba­czyć, a tak nie wolno.
– Będę pa­mię­tać.
Czym prę­dzej wzię­łam rze­czy i od­je­cha­łam na ro­we­rze.
Pan Iga­saki czę­sto zwraca mi uwagę na ko­lor bie­li­zny. Dla­tego wło­ży­łam czarną ko­szulę – ale to go chyba nie prze­ko­nało.

 
Trudno jest ubrać to w słowa, kiedy coś jest dziwne, ale tylko tro­chę.
Mam wra­że­nie, że pan Iga­saki wła­śnie taki jest. Uczy mnie, od kiedy na po­czątku pią­tej klasy za­czę­łam cho­dzić na za­ję­cia w juku, i od tam­tego czasu za­cho­wuje się odro­binę nie­nor­mal­nie.
Choć cza­sem my­ślę so­bie, że tylko mi się tak zdaje. Prze­cież to nie­moż­liwe, by ktoś tak przy­stojny in­te­re­so­wał się dziew­czynką z pod­sta­wówki. Chyba po pro­stu za dużo so­bie do­po­wia­dam.
Za­czę­łam szyb­ciej pe­da­ło­wać. Na­gle zo­ba­czy­łam, że ktoś do mnie ma­cha – pani Shi­no­zuka, moja wy­cho­waw­czyni.
– Do­bry wie­czór, pro­szę pani.
– Sa­sa­moto, co ro­bisz tak późno poza do­mem?
– Wra­cam z juku.
– Chyba że tak…
Była ko­bietą w śred­nim wieku, a wszy­scy na­zy­wali ją Long Long Hi­stery Ago – bo pod­bró­dek, czyli ago, miała lekko wy­su­nięty, do tego czę­sto pła­kała i do­sta­wała hi­ste­rii, a po­tem pra­wiła nam okrop­nie dłu­gie ka­za­nia, więc prze­zwi­sko szybko się przy­jęło. Pod tym wzglę­dem, że wszy­scy w szkole wy­śmie­wali ją za ple­cami, tro­chę przy­po­mi­nała moją sio­strę.
– Swoją drogą, po­pra­wia­łam wła­śnie wa­sze prace. Świet­nie ci po­szło.
– Na­prawdę?!
– Wcze­śniej mia­łaś tro­chę pro­ble­mów z ma­te­ma­tyką, za to ostatni spraw­dzian na­pi­sa­łaś nie­mal bez­błęd­nie.
Bar­dzo się ucie­szy­łam. Pani Shi­no­zuka ro­biła wpraw­dzie sceny, kiedy jed­nak ko­muś udało się uzy­skać do­bry wy­nik na kart­kówce albo spraw­dzia­nie, za­wsze go chwa­liła uczci­wie i wprost.
– Troszkę wolno ci idą ob­li­cze­nia, ale stać cię na jesz­cze lep­sze oceny. Tylko pa­mię­taj, nie ma się co śpie­szyć, naj­waż­niej­sze, żeby uni­kać po­my­łek.
– Dzię­kuję!
Inni ucznio­wie rzadko oka­zy­wali jej wdzięcz­ność, więc moja ra­do­sna re­ak­cja wy­raź­nie po­pra­wiła jej hu­mor.
– Pilna dziew­czyna! Tylko tak da­lej! – po­wie­działa.
By­łam spra­gniona po­chwał, w domu ni­gdy ich nie sły­sza­łam. Może te słowa były je­dy­nie ka­pry­sem na­uczy­cielki hi­ste­ryczki, lecz gdy je wy­po­wie­działa, po­czu­łam go­rąco w oko­li­cach mostka i z ja­kie­goś po­wodu za­chciało mi się pła­kać.
Przy­łożę się do na­uki jesz­cze moc­niej. Chcę być dla do­ro­słych bez­pro­ble­mo­wym, kom­for­to­wym dziec­kiem.
Wtedy ro­dzice nie wy­rzucą mnie z domu, mimo że je­stem do ni­czego.
Nie wy­cho­wa­łam się w dzi­czy, dla­tego gdyby to osta­tecz­nie zro­bili, cze­ka­łaby mnie pewna śmierć z głodu.
– Dam z sie­bie wszystko!
Pani Shi­no­zuka zro­biła nie­pewną minę, jakby mój en­tu­zjazm tro­chę ją od­stra­szył.
– Świet­nie. Za­wsze warto się sta­rać – stwier­dziła. – Wra­caj ostroż­nie. – Po­ma­chała mi na po­że­gna­nie i ode­szła.
Po ci­chu na­zy­wano ją też brzydką starą panną. Krą­żyła plotka, ja­koby czuła coś do pana Aki­moto, wu­efi­sty, i wszy­scy się śmiali, że ten nie tknąłby jej na­wet ki­jem.
Do­ro­śli też nie mają ła­two. Do­ko­nują sądu nad dziećmi, lecz my, dzieci, także ich osą­dzamy. Pani Shi­no­zuka su­mien­nie pra­cuje jako pio­nek w spo­łe­czeń­stwie, lecz nie speł­nia swo­ich obo­wiąz­ków jako or­gan roz­rod­czy. Ma po­zy­cję, która upraw­nia ją do wy­cho­wy­wa­nia mnie i spra­wo­wa­nia nade mną kon­troli, a za­ra­zem sama sta­nowi na­rzę­dzie pod­le­ga­jące osą­dowi świata. Ale kiedy czło­wiek jest już w sta­nie sam ku­po­wać so­bie je­dze­nie, nie musi się przy­naj­mniej mar­twić, że ktoś go po­rzuci.
Pe­da­ło­wa­łam w stronę domu. W tor­bie mia­łam nowe kse­rówki z juku. Chcia­łam tylko prze­ro­bić je jak naj­szyb­ciej, chcia­łam się uczyć i zbli­żyć do celu – do by­cia przy­dat­nym ele­men­tem świata.

 
Pa­trzy­łam na ka­len­darz w swoim po­koju.
Ko­niec wa­ka­cji. Przy dzi­siej­szej da­cie było na­pi­sane: „Jesz­cze 347 dni”.
Mi­nęło do­piero osiem­na­ście od mu­ka­ebi pod­czas Obonu. Do spo­tka­nia z Yū zo­stało pra­wie trzy­sta pięć­dzie­siąt.
Mi­łość utrzy­my­wała mnie przy ży­ciu. Na myśl o uczu­ciu, które nas łą­czyło, prze­sta­wa­łam czuć ból – jak po znie­czu­le­niu.

 
Ża­ło­wa­łam, że to nie ja po­cho­dzę z ob­cej pla­nety, tylko Yū.
Oboje ży­li­śmy jak pa­so­żyty w czy­ichś do­mach, pod tym wzglę­dem nic nas nie róż­niło – a ja nie by­łam na­wet ko­smitką.
Usia­dłam przy biurku i za­czę­łam się uczyć. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej móc sama ku­po­wać so­bie je­dze­nie. W tym celu by­łam go­towa tak bar­dzo pod­po­rząd­ko­wać się światu, jak to było ko­nieczne.
Po­szłam do sa­lonu. Mama wy­glą­dała na wy­koń­czoną.
– Mamo, może dzi­siaj ja zro­bię ko­la­cję?
– Nie trzeba – od­po­wie­działa, na­wet się do mnie nie od­wra­ca­jąc. – Nie wy­chodź przed sze­reg.
– Ale wi­dzę, że je­steś zmę­czona, a je­śli wy­star­czy coś pro­stego, to na przy­kład w szkole na za­ję­ciach z go­to­wa­nia uczy­li­śmy się ro­bić curry…
– Słu­chaj, jak ty za­czniesz się wtrą­cać, to będę miała jesz­cze wię­cej ro­boty, niż gdy­bym zro­biła wszystko sama. Siedź ci­cho.
Po­ki­wa­łam głową. Za­cho­wa­łam się bez­czel­nie. Prze­cież by­łam do ni­czego – to zwy­kła aro­gan­cja my­śleć, że mogę do cze­go­kol­wiek się przy­dać, zro­bić coś na plus. Mo­głam co naj­wy­żej sta­rać się da­lej być ze­rem, tak by bi­lans nie wy­szedł ujemny.
– Z tobą za­wsze to samo. Nic nie po­tra­fisz, tylko w gę­bie je­steś mocna.
– To prawda…
Upo­mina mnie, kiedy jest zła. Dla­tego po­dej­rze­wam, że nie robi tego dla mo­jego do­bra, a je­dy­nie po­trze­buje worka tre­nin­go­wego. Za­miast rę­kami, bije sło­wami, to ją uspo­kaja.
Mama pra­cuje na część etatu, do tego uro­dziła sio­strę i mnie, więc speł­niła także swoją funk­cję jako or­gan roz­rod­czy. Ktoś tak wy­bitny ma prawo być zmę­czony.
– Wszyst­kich nas dużo kosz­tuje, żeby ja­koś z tobą wy­trzy­mać, wiesz?
Każde jej słowo było jak splu­nię­cie. Wy­obra­żam so­bie, po­my­śla­łam.
Za­ci­snę­łam pię­ści. To ma­giczny spo­sób, któ­rego się ostat­nio na­uczy­łam. Jak się zła­pie kciuk w po­zo­stałe palce, we­wnątrz dłoni po­wstaje ciem­ność. Wy­star­czy tro­chę prak­tyki i można spra­wić, że na­bie­rze ide­al­nie czar­nego ko­loru, nie­mal jak prze­strzeń mię­dzy pla­ne­tami.
Lu­bi­łam pa­trzeć w ko­smos za­mknięty w mo­jej dłoni. Je­śli zro­bię się w tym lep­sza, la­tem chcia­ła­bym go po­ka­zać Yū.
– Czego się szcze­rzysz?! Prze­stań, bo aż mi nie­do­brze! – wrza­snęła mama.
Pora, żeby ode­grać rolę ko­sza na śmieci.
Wró­ci­łam do po­koju. Mo­dli­łam się w du­chu, żeby tylko jak naj­szyb­ciej stać się uży­tecz­nym na­rzę­dziem, które ni­komu nie bę­dzie za­wa­dzać. Może je­śli opa­nuję dużo za­klęć, na­wet ja tro­chę przy­dam się światu.
Otwo­rzy­łam lu­sterko i sku­pi­łam się na swoim od­bi­ciu. Po chwili od­nio­słam wra­że­nie, jakby udało mi się odro­binę zmie­nić w ma­giczną po­stać.
Na­gle po­czu­łam się nie­zwy­cię­żona. Usia­dłam przy biurku i za­czę­łam się uczyć w ab­so­lut­nym sku­pie­niu. Nie wiem, czy to dzięki ma­gii, ale praca do­mowa po­szła mi jak z płatka. Ści­ska­łam ołó­wek au­to­ma­tyczny, czu­jąc, że we­wnętrzna strona mo­jej dłoni ema­nuje cza­ro­dziej­skim bla­skiem.

 
Za­czę­łam szó­stą klasę, lato było co­raz bli­żej. Liczba dni do spo­tka­nia z Yū, którą za­pi­sa­łam w ka­len­da­rzu, na­resz­cie zma­lała do dwóch cyfr. Nie mo­głam opa­no­wać ra­do­ści na myśl, że nie­długo znów go zo­ba­czę.
Sio­stra chciała, że­bym jej ku­piła le­kar­stwo na jęcz­mień, więc po­szłam do ap­teki z ko­sme­ty­kami, w któ­rej pra­co­wała mama. Zo­ba­czy­łam ją w głębi alejki, kiedy szu­ka­łam na pół­kach od­po­wied­nich kro­pli do oczu. Mama nie jest far­ma­ceutką, zaj­muje się głów­nie wy­sta­wia­niem to­waru i in­nymi ta­kimi.
Już chcia­łam do niej po­dejść i za­py­tać, gdzie znajdę te kro­ple, ale wła­śnie wtedy młoda eks­pe­dientka za­wo­łała zza kasy: „Pani Sa­sa­moto, tam na ra­zie wy­star­czy, pro­szę się prze­nieść na szam­pony!”. Mama się skrzy­wiła i ru­szyła w głąb sklepu wy­raź­nie po­iry­to­wana.
– Ależ mnie ta Sa­sa­moto wku­rza – po­wie­działa ci­cho eks­pe­dientka.
Prze­stra­szy­łam się, w pierw­szej chwili my­śląc, że mówi o mnie.
– Baba Bomba? No, wiecz­nie cho­dzi pod­mi­no­wana. I wy­bu­cha przez byle głu­potę, ma­sa­kra – wes­tchnęła pani li­cząca pie­nią­dze przy ka­sie obok.
Czyli tak na­zy­wały mamę?
Sio­stra była kro­ma­nioń­czy­kiem, a mama Babą Bombą. Może to kwe­stia ge­nów?
Od­pu­ści­łam ku­po­wa­nie kro­pli i jak naj­szyb­ciej ucie­kłam na ze­wnątrz. Zer­k­nę­łam przez ra­mię – mama aku­rat wy­cho­dziła z działu w głębi, nie sta­ra­jąc się na­wet ukryć nie­za­do­wo­le­nia. Rze­czy­wi­ście wy­glą­dała, jakby mo­gła eks­plo­do­wać w każ­dej chwili.

 
Pan Iga­saki za­wo­łał mnie po za­ję­ciach w juku, gdy zbie­ra­łam się do wyj­ścia.
Dawno tego nie ro­bił. Od kiedy za­czę­łam szó­stą klasę, nie mie­li­śmy oka­zji do roz­mowy sam na sam. Chyba jed­nak mi się wy­da­wało, my­śla­łam za­wsty­dzona tym, jak wiele so­bie do­po­wia­da­łam.
Po­szłam za nim do pu­stej sali.
– Cho­dzi o to – po­wie­dział, kła­dąc coś na biurku.
Małe, białe za­wi­niątko.
Z po­czątku się nie zo­rien­to­wa­łam. Do­piero z bli­ska zo­ba­czy­łam, że na wierz­chu są chu­s­teczki po­pla­mione krwią, a w środku zu­żyta pod­pa­ska.
Taka ze zna­jo­mymi ró­żo­wymi skrzy­deł­kami.
– Wy­rzu­ci­łaś to w ła­zience.
Nie by­łam w sta­nie się ode­zwać.
To prawda, mia­łam okres. W prze­rwie po­szłam do dam­skiej ubi­ka­cji i wy­rzu­ci­łam ją do trój­kąt­nego ko­sza w ka­bi­nie. Skąd pan Iga­saki mógł wie­dzieć, że to moja?
– Na­tsuki, po­ru­szam ten te­mat, bo je­stem na­uczy­cie­lem i na tym też po­lega moja praca. Nie­ład­nie to wy­rzu­ci­łaś. Tu­taj prze­sią­kło tro­chę krwi, wi­dzisz? Trzeba owi­nąć do­kład­niej. Patrz uważ­nie, po­każę ci.
Wziął moją pod­pa­skę i za­wi­nął ją w le­żące na biurku chu­s­teczki.
– I pro­szę, te­raz jest czy­sto, pani sprzą­ta­ją­cej też bę­dzie o wiele przy­jem­niej, prawda?
– Tak…
– To te­raz twoja ko­lej.
– Słu­cham?
Pa­trzył na mnie z ła­god­nym uśmie­chem, tak jak zwy­kle.
– Spró­buj sama, a ja zo­ba­czę, czy do­brze wszystko ro­bisz.
– Ale… te­raz?
– Tak. Masz jesz­cze jedną tam, w sa­szetce, prawda? Zdej­mij tę, którą masz za­ło­żoną, i wy­mień ją na nową, do­brze?
Sta­łam onie­miała. Pan Iga­saki na­ci­skał da­lej:
– Co za­wsze po­wta­rzam na za­ję­ciach? Że jak się na­uczyło cze­goś no­wego, trzeba to od razu po­wtó­rzyć. I te­raz tak samo. Mó­wię coś nie tak?
– Nie…
– No to prędko, bo nie­długo przyjdą gim­na­zja­li­ści na wie­czorne za­ję­cia.
Po­na­glana przez na­uczy­ciela, z ocią­ga­niem wy­ję­łam sa­szetkę z torby.
Pod­wi­nę­łam spód­nicę i opu­ści­łam bie­li­znę, uwa­ża­jąc, żeby przy­naj­mniej ni­czego nie zo­ba­czył. Mia­łam na so­bie be­żowe majtki, no­si­łam je tylko w cza­sie mie­siączki.
Drżą­cymi pal­cami od­kle­iłam pod­pa­skę. Za­wi­nę­łam ją w chu­s­teczki, które le­żały przed pa­nem Iga­sa­kim. Przy­kle­iłam nową.
– Wła­śnie tak. Świet­nie.
Wy­cią­gnął rękę, żeby po­gła­skać mnie po gło­wie. Cała ze­sztyw­nia­łam.
– Dzię­kuję. – Ukło­ni­łam się, żeby unik­nąć jego dłoni, i we­pchnę­łam zu­żytą pod­pa­skę do sa­szetki.
– Grzeczna z cie­bie dziew­czynka, Na­tsuki. Wła­śnie ta­kie dzieci jak ty od­no­szą po­tem suk­cesy w na­uce. Pa­mię­taj, żeby da­lej ro­bić wszystko tak, jak mó­wię, do­brze?
– Oczy­wi­ście.
– No to wi­dzimy się za ty­dzień. Za­da­nie z ma­te­ma­tyki może być tro­chę trudne, więc gdy­byś cze­goś nie ro­zu­miała, przyjdź do mnie w każ­dej chwili.
Kiw­nę­łam głową i wy­bie­głam z sali.

 
Ma­gia, ma­gia, mu­szę użyć ma­gii. Za­klę­cia ciem­no­ści, za­klę­cia wia­tru, nie­ważne, ja­kie­go­kol­wiek. Mu­szę rzu­cić czar na całe swoje ciało, za­nim za­cznę czuć.
Wpa­dłam do domu i umy­łam ręce.
Pod­pa­ska prze­krę­ciła mi się mię­dzy no­gami. Ze środka cały czas wy­cie­kała krew. Mia­łam wra­że­nie, jakby pan Iga­saki cią­gle na to wszystko pa­trzył.
Przy­szła mama.
– Co się stało, czemu na­wet się nie ode­zwiesz, że wró­ci­łaś?
Już mia­łam od­po­wie­dzieć, ale ugry­złam się w ję­zyk. Nie wie­dzia­łam, jak ubrać to w słowa.
– Ojej, masz si­niaka na ko­la­nie. Ude­rzy­łaś się, jak je­cha­łaś na ro­we­rze? – za­py­tała wy­jąt­kowo ła­god­nie i na­chy­liła się z tro­ską.
Po­my­śla­łam, że je­śli ma mi się udać, to chyba tylko te­raz.
„Ma­gia, ma­gia, za­klę­cie od­wagi!” – wy­po­wie­dzia­łam w my­ślach cza­ro­dziej­skie słowa.
– Mamo, bo wiesz, na­uczy­ciel… – za­czę­łam z drżą­cymi ustami.
– Na­uczy­ciel coś zro­bił?
– Pan Iga­saki z juku jest ja­kiś dziwny… Był od po­czątku, ale dzi­siaj wy­jąt­kowo…
– W ja­kim sen­sie dziwny?
– Bo ten… Raz po­wie­dział, że mam krzywą po­stawę, i za­czął mnie do­ty­kać… A dzi­siaj mnie upo­mniał, że źle uży­wam pod­pa­sek…
Mama zmarsz­czyła brwi. Już nie miała do­brego hu­moru.
– No i? Cią­gle coś ro­bisz źle, więc cię po­pra­wia i upo­mina, co w tym dziw­nego?
– Nie w tym sen­sie… Dziwny jest. Ja­kiś taki… nie­nor­malny. Kiedy mi po­ka­zy­wał, jak mam stać, to nie do­ty­kał tylko ple­ców, z przodu też… Tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wało…
Nie po­tra­fi­łam ubrać w słowa at­mos­fery, jaka pa­no­wała w kla­sie za każ­dym ra­zem, kiedy pan Iga­saki za­cho­wy­wał się dziw­nie.
– Prze­cież sama też cią­gle ci po­wta­rzam, że­byś się nie gar­biła. Na­uczy­ciel zwró­cił ci uwagę, a to­bie ja­kieś spro­śne rze­czy po gło­wie cho­dzą? Nie do wiary. Czy ty nor­malna je­steś?
– To nie było tak. Na pewno.
– Bzdury opo­wia­dasz. Nie­moż­liwe, żeby na­uczy­ciel pa­trzył w ten spo­sób na ta­kie dziecko bez żad­nych ko­bie­cych kształ­tów. Źle go zro­zu­mia­łaś, bo masz brudne my­śli. Pa­skudna, zbe­reźna dzie­wu­cha z cie­bie – wy­ce­dziła, a mnie ode­brało mowę. – Skąd ty w ogóle wiesz o ta­kich rze­czach? Obrzy­dliwe! Skoro masz czas na ja­kieś wstrętne fan­ta­zje, to le­piej weź się do na­uki!
W pierw­szej chwili nie wie­dzia­łam, co tak trza­snęło mnie w głowę. Mama z kap­ciem w dłoni mie­rzyła mnie wście­kłym wzro­kiem.
– Co się mówi?!
– Do­brze, mamo.
Pierw­szy raz ude­rzyła mnie tak na po­waż­nie. Po­czu­łam, że w sercu prze­ska­kuje mi ja­kiś prze­łącz­nik. Emo­cje znik­nęły, ból też, jak­bym do­stała znie­czu­le­nie.
– Na ostat­nim spraw­dzia­nie jak ci po­szło? Fa­tal­nie! Pu­sto masz w tej gło­wie? Co? Py­tam się, pu­sto?!
Biła mnie klap­kiem po gło­wie.
– Tak, mamo. Prze­pra­szam.
Moje usta jak za­klę­cie po­wta­rzały słowa, które chciała usły­szeć.
Tak, mamo. Prze­pra­szam. Tak, mamo. Prze­pra­szam. Tak, mamo. Prze­pra­szam. Tak, mamo. Prze­pra­szam. Tak, mamo. Prze­pra­szam. Tak, mamo. Prze­pra­szam. Tak, mamo. Prze­pra­szam. Tak, mamo. Prze­pra­szam. Tak, mamo. Prze­pra­szam.
Nie wy­rzu­caj mnie, pro­szę. Zro­bię wszystko, co ka­żesz, tylko pro­szę, nie wy­rzu­caj mnie. Dzieci umie­rają, je­śli do­ro­śli je po­rzucą. Pro­szę, nie za­bi­jaj mnie.
Ża­ło­sne bła­ga­nia pły­nęły z mo­ich ust, jak­bym bre­dziła w go­rączce, jak ma­giczna for­muła, jak klą­twa.
Mu­szę rzu­cić za­klę­cie, by prze­żyć. Mu­szę być pu­sta w środku i ro­bić, co każą.
W tor­bie, która le­żała mi pod no­gami, mia­łam kse­rówki z juku. Wła­śnie, mu­szę jak naj­szyb­ciej za­brać się do na­uki. Dużo się uczyć, zo­stać dziec­kiem, z ja­kiego cie­szą się ro­dzice, a kie­dyś do­ro­słą, z któ­rej inni do­ro­śli będą za­do­wo­leni.
Ma­mie chyba się spodo­bało, bo da­lej biła mnie po gło­wie i po twa­rzy, po szyi i ple­cach też. Nic nie czu­łam, by­łam wy­łą­czona. Wstrzy­my­wa­łam od­dech i cze­ka­łam, aż mi­nie czas. Za­mknę­łam samą sie­bie w sko­ru­pie, trwa­łam bez ru­chu jak kap­suła czasu za­ko­pana w ziemi, ostat­kiem sił nio­sąc swoje ży­cie w przy­szłość.
Jak da­leko mu­szę je do­nieść, by udało mi się prze­trwać?

 
Prze­trwamy bez względu na wszystko.

 
Obiet­nicę, którą zło­ży­li­śmy so­bie z Yū, mia­łam wy­pa­loną w każ­dej ko­mórce ciała.
Ile jesz­cze mu­szę wal­czyć? Czy kie­dy­kol­wiek będę mo­gła po pro­stu żyć, nie sta­ra­jąc się o to, by prze­trwać?
Są­dząc po ma­mie i po pani Shi­no­zuce, w ża­den spo­sób nie wy­da­wało się to re­alne. Prze­czu­wa­łam, że będę mu­siała wal­czyć o prze­trwa­nie już w nie­skoń­czo­ność, i zro­biło mi się słabo na tę myśl.
Mimo wszystko mu­sia­łam zo­stać czę­ścią Fa­bryki. Roz­wi­nąć mózg i ciało zgod­nie z tym, jak ho­do­wał mnie świat. Dla­tego sku­pi­łam się na tym, by ści­szyć od­dech i bro­nić swo­jego ży­cia przy­naj­mniej do chwili cze­ka­ją­cej mnie za kilka go­dzin, gdy mama po­winna się już uspo­koić.

 
Wró­ci­łam ze szkoły, po­wie­dzia­łam, że idę do Shizu, i znowu wy­szłam z domu.
Całe mia­sto lekko świe­ciło, ko­smos był da­leko.
Zbli­żały się wa­ka­cje. Do spo­tka­nia z Yū zo­stało trzy­dzie­ści dni.
Za­dzwo­ni­łam do niego z au­to­matu na kartę. Gdyby ode­brała cio­cia Mit­suko, mia­łam za­miar od razu się roz­łą­czyć.
– Tak, słu­cham?
To był jego głos.
– Yū, Yū! To ja!
– Na­tsuki? – Głos aż mu się za­ła­mał ze zdzi­wie­nia.
– Wiesz, nie­dawno od­wie­dził mnie ko­smita z two­jej pla­nety. – Ści­snę­łam słu­chawkę w dłoni. – Bo Py­ūto uwol­nił się od klą­twy i wresz­cie może mó­wić w na­szym ję­zyku. I we­zwał do mo­jego po­koju ko­goś z Po­ha­pi­pin­po­bo­pii. W nocy, po kry­jomu.
Po dru­giej stro­nie sły­sza­łam tylko szumy i sze­le­sty świad­czące o obec­no­ści Yū. Mó­wi­łam da­lej jak w tran­sie:
– I wiesz, mó­wił, że sta­tek z two­jej pla­nety rze­czy­wi­ście jest w Aki­shi­nie. Ostat­nio szu­ka­łeś go w oko­li­cach szczytu, prawda? To nie tam, tylko przy świą­tyni, tej, co wu­jek nam o niej opo­wia­dał, pa­mię­tasz? Ni­gdy tam jesz­cze nie by­łam, ale po­dobno sta­tek znaj­duje się wła­śnie nie­da­leko niej. Pój­dziemy go po­szu­kać w tym roku?
– Na­tsuki, po­woli, spo­koj­nie. Co się stało? Od kogo o tym wiesz?
– Tak jak mó­wi­łam, ko­smita do mnie przy­le­ciał. Musi szybko wra­cać, ale jest z tej sa­mej pla­nety, co ty, na­wet o to­bie sły­szał. Po­wie­dział, że­bym jak naj­szyb­ciej ci wszystko prze­ka­zała. I jesz­cze że sta­tek po­mie­ści dwie osoby, więc mo­żesz mnie ze sobą za­brać.
Yū wziął kilka głę­bo­kich od­de­chów.
– Prze­pra­szam, że mu­sia­łaś po­wta­rzać, po pro­stu tro­chę się zdzi­wi­łem. Nie­sa­mo­wite. Czyli w tym roku bę­dziemy mo­gli wró­cić do domu.
Nie wie­dzia­łam, ile z tego, co mó­wię, jest prawdą. Z jed­nej strony mia­łam wra­że­nie, że na­prawdę od­wie­dził mnie ko­smita, z dru­giej czu­łam, jak­bym to wszystko zmy­śliła. Je­śli fak­tycz­nie nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło, Yū bę­dzie za­wie­dziony. Mimo to nie mo­głam prze­stać.
– Tak. Dla­tego nie za­po­mnij po­że­gnać się z ko­le­gami na za­koń­cze­niu try­me­stru. Bo wra­camy ra­zem.
– Ra­cja. Ty też po­że­gnaj się z przy­ja­ciół­kami i spa­kuj rze­czy. Na statku pew­nie bę­dzie cia­sno, le­piej weź kon­solę albo coś.
– Nie po­trze­buję. Skoro będę mo­gła z tobą roz­ma­wiać, nuda mi nie grozi.
Niebo za­szło bladą czer­nią po­dobną do roz­rze­dzo­nego tu­szu. Ja­sna noc, tak różna od tej w Aki­shi­nie, nie za­pew­niała mi kry­jówki. Chcia­łam, by był już Obon, chcia­łam jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w tam­tej­szej nocy czar­nej jak smoła. Za­mknę­łam oczy, tę­sk­niąc za ciem­no­ścią u babci i dziadka. Pod po­wie­kami mru­gały świa­tełka jak na roz­gwież­dżo­nym nie­bie.

 
Za­częły się wa­ka­cje, by­łam prze­szczę­śliwa.
Do Obonu zo­stał już tylko ty­dzień.
O tej po­rze roku sto­wa­rzy­sze­nie są­siedz­kie za­wsze or­ga­ni­zo­wało letni fe­styn na te­re­nie na­szej szkoły. Wło­ży­łam yukatę ze wzo­rem dzwon­ków, spo­tka­łam się z Shizu w umó­wio­nym miej­scu i po­szły­śmy ra­zem. Miała na so­bie yukatę w złote rybki, którą wy­bra­ły­śmy ra­zem w ze­szłym roku.
Je­dząc kru­szony lód z sy­ro­pem, na­gle za­wo­łała we­soło:
– Pan Iga­saki!
Kur­czowo za­ci­snę­łam palce na pa­tyku z watą cu­krową.
– Chodźmy się przy­wi­tać!
– Chwila, stop. Wi­dzia­łam tam Rikę. Je­ste­ście te­raz po­kłó­cone, prawda? Le­piej ucie­kajmy.
Po­śpiesz­nie ru­szy­łam w prze­ciwną stronę.
– Za­cze­kaj! – za­wo­łała Shizu i po­bie­gła za mną.

 
Po­wie­działa, że od lo­dów roz­bo­lał ją brzuch, i po­szła do ła­zienki, a ja cze­ka­łam oparta o ścianę sali gim­na­stycz­nej. Coś długo nie wy­cho­dzi… – po­my­śla­łam, kiedy na­gle ktoś chwy­cił mnie za nad­gar­stek.
– Cześć, Na­tsuki.
Zdu­si­łam w so­bie krzyk i ukło­ni­łam się grzecz­nie.
– Do­bry wie­czór, pa­nie Iga­saki…
Był blady, jakby na­ło­żył so­bie pu­der, jego dłoń kle­iła się od potu. Miał twarz jak lalka, Shizu za­wsze się nią za­chwy­cała, ale ja na jej wi­dok do­sta­łam gę­siej skórki. Od­ru­chowo za­sło­ni­łam de­kolt.
– Cze­kasz na Shi­zukę? Wy­szła już z ła­zienki, jest te­raz u mnie w domu.
– U pana…?
– Zro­biło jej się słabo, kiedy cze­kała w ko­lejce. Miesz­kam tu, nie­da­leko, więc te­raz od­po­czywa u mnie.
– Na­prawdę?
Mó­wiła, że ma dzi­siaj okres. Jej pan Iga­saki chyba nie bę­dzie uczył, jak zmie­niać pod­pa­skę?
Prze­szedł mnie dreszcz. Mu­sia­łam zna­leźć ją jak naj­szyb­ciej. By­łam cza­ro­dziejką, a cza­ro­dziejki mają obo­wią­zek ko­rzy­stać z ma­gii, by ra­to­wać swo­ich przy­ja­ciół.

 
Wesprzyj nas