To książka o tym, jak świat może się skończyć. I jak kilka razy już prawie się skończył. O tym jak przygotować się do końca świata. Jak go przetrwać. A jeśli się nie da – gdzie najlepiej będzie go obserwować. Świat na pewno się skończy. To przecież tylko kwestia czasu, kiedy to się dokładnie wydarzy.
Ludzie fantazjują o końcu świata od niemal samego jego początku. Jedna z najstarszych przepowiedni w tej sprawie pochodzi od Asyryjczyków – z tablic kamiennych datowanych na okres między 2800 a 2500 r p.n.e. Nie byli oni jednak pierwsi – kto wie, czy już żyjący dwa miliony lat temu homo habilis nie wzdychał ciężko z myślą „kiedyś to były czasy”, zastanawiając się nad kondycją świata zmierzającego nieuchronnie ku katastrofie.
To książka o tym, jak świat może się skończyć. I jak kilka razy już prawie się skończył. O tym jak przygotować się do końca świata. Jak go przetrwać. A jeśli się nie da – gdzie najlepiej będzie go obserwować.
Wojciech Brzeziński i Agata Kaźmierska – laureaci Grand Press Digital And Technology – w brawurowy sposób i z ogromną dawką humoru analizują możliwe scenariusze końca świata. Od zagrożeń płynących ku nam z kosmosu, epoki lodowcowe, przez superwulkany, pandemie, zombie, aż po przypadkowe stworzenie czarnej dziury, bunt robotów, czy… wyłączenie internetu.
Jaki będzie nasz koniec?
Co to będzie? Krótki przewodnik po końcach świata
Wydawnictwo Port
Premiera: 4 czerwca 2025
WSTĘP
W 1806 roku angielskim Leeds wstrząsnęła zapowiedź końca świata. Nie pochodziła jednak od żadnego kapłana czy wieszczki, lecz od… kury.
Nioska, którą szybko okrzyknięto prorokinią, miała znosić jajka z wypisanymi na nich zapowiedziami apokalipsy. Przed domem Mary Bateman, jej właścicielki, szybko zaczęły się zbierać tłumy. Kobieta pobierała pensa od każdego, kto chciał zobaczyć składanie profetycznego jaja. Za kolejnego pensa można było sobie kupić kartonik z „najprawdziwszym podpisem Jezusa”, dającym ponoć stuprocentową gwarancję wstępu do nieba.
„Niczym żeglarze w czasie burzy, spodziewający się w każdej chwili pójścia na dno, ludzie nagle stali się religijni, modlili się gorliwie i schlebiali sobie, że żałują złych uczynków” – opisywał tamte wydarzenia szkocki pisarz Charles Mackay, zaraz potem dodając: „Prawda wkrótce całkowicie zgasiła tę religijność”[1].
Mackay w książce Popular Delusions and the Madness of Crowds relacjonuje, że oszustwo zdemaskowali dżentelmeni, którzy usłyszawszy o sprawie, postanowili ją zbadać i „wkrótce ustalili ponad wszelką wątpliwość, że jajka traktowano jakimś żrącym atramentem i okrutnie wciskano z powrotem do ciała ptaka. Ci, którzy wcześniej się modlili, teraz się śmiali, a świat znów merdał ogonem wesoło jak dawniej”[2].
Wesoło z pewnością nie było kurze, która oskubana z reputacji, zapewne skończyła w rosole. Ani samej Mary Bateman – skazano ją za zabójstwo kobiety, której na bóle w piersiach sprzedała „lekarstwo” będące mieszaniną rtęci i miodu. Rozczarowanie kurą-prorokinią nie pozbawiło ludzi zamiłowania do sensacji. Z gazet z tamtego czasu można wyczytać, że na egzekucję Mary przyszło ponad pięć tysięcy ludzi, co dziesiąty mieszkaniec Leeds.
Częścią naszej natury jest to, że chcemy zajrzeć Panu Bogu w karty. Stąd próby przewidzenia, kiedy i jak świat się skończy, są sportem wyjątkowo popularnym, odkąd istnieje nasz gatunek.
Jeden z najstarszych opisów końca świata pochodzi z Sumeryjskiej listy królów sprzed około czterech tysięcy lat. Ponieważ jest dość skromny, przytaczamy go w całości:
A potem potop zmiótł wszystko[3].
Nic więcej. Ani skąd, ani jak, ani dlaczego. Tylko tyle.
Bardziej szczegółowe opisy zagłady pojawiają się między innymi w Eposie o Gilgameszu czy w biblijnej Księdze Rodzaju i tam przynajmniej jasno jest powiedziane, że siła wyższa uznaje ludzkość za zbyt popapraną, by mogła dalej istnieć. W zasadzie we wszystkich takich przepowiedniach powtarza się wątek potopu, choć na tym polu pomysłowość wieszczy jest oszałamiająca, bo woda często dodatkowo staje się nieznośnie gorąca albo zimna, albo trująca i towarzyszą jej inne żywioły, jak ogień, trzęsienia ziemi, erupcje wulkanów, śnieżyce (Ragnarök), jaguary (to u Azteków), żelazne węże (Indianie Hopi) oraz owrzodzenie (powtarza się wyjątkowo regularnie). W znakomitej większości przypadków zawsze jest jednak iskierka nadziei – apokalipsy da się uniknąć, jeśli ludzkość się ogarnie i zacznie zachowywać przyzwoicie.
Gdy szło o puszczenie wodzy fantazji, wieszcze zwykle stawali na wysokości zadania. W kwestii konkretów, czyli dokładnej daty realizacji ich wizji, jest znacznie gorzej. W zasadzie nikt, kto wskazał termin, nie trafił. Wymieniać można naprawdę długo, poczynając od słynnego Nostradamusa, który w XVI wieku przepowiadał, że w lipcu 1999 roku „zstąpi Król Grozy”[1*], czy Charlesa T. Russella, założyciela Świadków Jehowy, który koniec świata musiał przekładać dwa razy – początkowo twierdził, że apokalipsa nadejdzie w 1914 roku, później, że w 1918 roku (już po jego śmierci w 1916 roku członkowie jego Kościoła datę zmieniali kolejne trzy razy, ostatecznie uznając, że koniec świata jest bliski, ale dnia ani godziny nie znamy).
Kompromitacja proroctwa to jedno, ale jego konsekwencje mogą być bardziej dotkliwe. Przekonał się o tym niemiecki hrabia von Iggelheim, który uwierzył w datę podawaną przez innego Niemca, Johannesa Stöfflera. Ten drugi na podstawie wyjątkowo skomplikowanych wyliczeń astronomicznych doszedł do wniosku, że 20 lutego 1524 roku wielka powódź pochłonie świat. Przepowiednia stała się tak popularna, że na Renie zaczęto budować łodzie umożliwiające przetrwanie. Hrabia von Iggelheim postanowił apokalipsę potraktować z rozmachem, a przy okazji nieco zarobić, i skonstruował potężną, luksusową, trójpoziomową arkę. A ludzie, przerażeni wizjami zbliżającego się końca świata, płacili krocie, by znaleźć miejsce na jej pokładzie. Tyle że gdy nadszedł 20 lutego 1524 roku, z rana ledwie pokropiło, a później zza chmur wyszło słońce. I w ten właśnie piękny słoneczny dzień hrabia von Iggelheim został ukamienowany przez rozwścieczony tłum. Wraz z nim w zamieszkach zginęło ponoć kilkaset osób[4].
Nie mamy kury prorokini (ani nawet zwykłej). Nie sprzedajemy biletów do nieba ani na arkę. Wbrew pozorom nie wieszczymy też rychłego końca świata. Nie chcemy się dokładać do jakże bogatego w tym zakresie dorobku dawnych proroków ani współczesnych mediów, które bezustannie straszą, że coś gruchnie w Ziemię, pozaraża nas albo zeżre. Nie będziemy też spekulować kto, kogo i kiedy może poczęstować atomówkami, co zdarza się innym jakże regularnie, odkąd Władimirowi Putinowi totalnie odbiło, a Donald Trump znów został prezydentem. Od razu też uprzedzamy: większość opisywanych przez nas scenariuszy zagłady świata lub końca naszej cywilizacji jest w zasadzie mało prawdopodobna.
Dlaczego więc o tym piszemy? Postanowiliśmy sprawdzić, jakie są solidne, naukowe fundamenty tych wszystkich zapowiedzi apokalipsy (nawet inwazji zombie). Bo rzetelna wiedza to najlepsze lekarstwo na strach. A bez sensu bać się czegoś, co jest nieprawdopodobne, jednocześnie ignorując to, co rzeczywiście może nam zagrozić.
Co to będzie? Krótki przewodnik po końcach świata to nasz autorski wybór sposobów, na jakie może – choć nie musi – dojść do apokalipsy. Rozdziały tej książki można czytać w dowolnej kolejności. Każdy z nich to osobna opowieść o naszej ewentualnej zagładzie. Na końcu zawsze znajdziecie krótką instrukcję, jak ewentualnie przetrwać. A ponieważ nie baliśmy się szukać odpowiedzi na najtrudniejsze nawet pytania, z naszego przewodnika dowiecie się również, skąd widok na daną katastrofę będzie najlepszy.
Pamiętajcie, że jeśli w trakcie lektury poczujecie nagłą potrzebę wykupienia w pobliskim markecie zapasu konserw – to zupełnie normalne.
■
Za dzielenie się wiedzą i cierpliwe znoszenie naszych dziwnych pytań serdecznie dziękujemy:
dr. Jakubowi Bochińskiemu, prof. Pawłowi Dobrowolskiemu, dr. Michałowi Jarskiemu, płk. Robertowi Kaźmierskiemu, Michałowi Kuźmińskiemu, Łukaszowi Kwiatkowi, dr Annie Łosiak, dr. Piotrowi Łukasiewiczowi, prof. Aleksandrowi Mądremu, Karolowi Pawłowickiemu, dr Paulinie Piaseckiej i Kamilowi Rakocemu. Podziękowania zechce także przyjąć ChatGPT i zależy nam, by w szczególności w wydaniu cyfrowym zostało to odnotowane.
1. Przypadkowa bomba atomowa
Gdyby w jakiejś grocie umieścić duży przełącznik z tabliczką: „Przełącznik Końca Świata! NIE DOTYKAĆ”, farba na niej nie zdążyłaby nawet wyschnąć.
Terry Pratchett, Złodziej czasu[1]
Poranek 11 marca 1958 roku w amerykańskim stanie Georgia zapowiadał piękny, słoneczny dzień i nie pasował do tego, co miało się wydarzyć już po południu.
Zupełnie nie pasował też do nerwowej atmosfery w Bazie Sił Powietrznych Hunter, choć akurat nerwowość nie była tam niczym niezwykłym. W zasadzie panowała w bazie bezustannie od 12 lat, a wprowadził ją i konsekwentnie pielęgnował gen. Curtis LeMay[2*]. Dowódca Strategicznych Sił Powietrznych wdrożył system punktowania żołnierzy dosłownie za każde zadanie, a wszystkie wyniki były przekazywane do kwatery głównej i tam – jak mówią wojskowi – „agresywnie analizowane”. Jeśli zadanie lub misja nie uzyskały wysokich ocen, dowódcy poszczególnych jednostek mogli być pewni, że gen. LeMay skontaktuje się z nimi i zażąda wyjaśnień. I jak nietrudno się domyślić, robili wszystko, co w ich mocy, by takiego kontaktu uniknąć.
Wtorek 11 marca 1958 roku był nawet bardziej nerwowy niż zwykle. Właśnie zaczynała się operacja „Zamieć” i to nie były rutynowe ćwiczenia. To była „Symulowana Misja Bojowa Jednostki i Ćwiczenia z Użyciem Broni Specjalnej”. Czyli bomby atomowej.
B-47, lecący w towarzystwie trzech innych takich bombowców, miał przetransportować „broń specjalną” z Georgii do bazy Bruntingthorpe w Wielkiej Brytanii. Po drodze planowano tankowanie w powietrzu (co podlegało punktacji) oraz symulowany nalot na cel w Anglii – samolot miał nadać elektroniczny sygnał imitujący zrzucenie ładunku. Precyzja „bombardowania” także, co oczywiste, była punktowana[2].
O ósmej rano rozpoczęło się instalowanie „broni specjalnej” na pokładzie B-47. W tego typu samolotach bomby były zabezpieczane przez dwa systemy: mechanizm pneumatyczny oraz ręcznie wprowadzany stalowy kołek. Gdy kołek był wetknięty, uniemożliwiał zrzucenie ładunku. Przy kołku wyjętym załoga mogła praktycznie natychmiast pozbyć się bomby. Zgodnie z regulaminem kołek miał być wyjęty podczas startu i lądowania.
Tę kołkową procedurę Dowództwo Lotnictwa Strategicznego Stanów Zjednoczonych wprowadziło z dwóch powodów. B-47 były bombowcami stosunkowo trudnymi w pilotażu, w szczególności podczas startów i lądowań. Do tego w pełni zatankowane zbiorniki stanowiły ponad połowę masy maszyny, co było dodatkowym utrudnieniem w manewrowaniu. Jednocześnie, w przeciwieństwie do samolotów pasażerskich, B-47 nie miały systemów umożliwiających zrzucenie paliwa w sytuacji awaryjnej i dzięki temu lądowania bez dodatkowego obciążenia. W tych okolicznościach szybkie pozbycie się bomby pozwalało zmniejszyć wagę samolotu i dawało szansę na uniknięcie katastrofy. Drugim – możliwe, że ważniejszym powodem wprowadzenia kołkowej procedury – było skrócenie czasu reakcji w razie alarmu bojowego. W przypadku nagłego rozkazu bojowego B-47 miały być błyskawicznie gotowe do misji. Usunięcie kołka wcześniej przyspieszało gotowość do zrzutu ładunków, co było kluczowe w doktrynie nuklearnego odstraszania[3].
Clark Rumrill, który był świadkiem tych wydarzeń, na łamach „American Heritage” opisuje, że rankiem 11 marca 1958 roku dwuosobowy zespół miał zainstalować bombę Mark 6 na pokładzie B-47 w regulaminowym czasie nieprzekraczającym 2 godzin i 30 minut (co podlegało punktacji). Jeszcze przed upływem tego czasu okazało się, że kołek za nic nie chce wejść na swoje miejsce. Wezwany w trybie pilnym (punktacja, wiadomo) nadzorca systemów zrzutu uzbrojenia podwiesił bombę za pomocą hydraulicznego chwytaka i „rozruszał kołek młotkiem” (to cytat z późniejszych zeznań), aż ten wskoczył na właściwe miejsce. Instalację bomby udało się zakończyć w regulaminowym czasie, choć – jak wykazało śledztwo – zabrakło go na dodatkowe sprawdzenie, czy kołek da się wyjąć i włożyć, gdy bomba już wisiała w luku.
O 14:30 kpt. Earl Koehler (pilot), kpt. Charles Woodruff (drugi pilot), kpt. Bruce Kulka (nawigator i bombardier) oraz sierż. Robert Screptock (mechanik pokładowy) stawili się przy samolocie. 12 minut później kpt. Koehler uruchomił silniki, a kpt. Woodruff zgodnie z regulaminem obrócił fotel tyłem do kokpitu i pociągnął dźwignię wysuwającą kołek. O 15:53 B-47 o numerze 531876A wystartował, by dołączyć do trzech innych maszyn, z którymi miał lecieć w formacji do Europy.
Mniej więcej w tym czasie w miejscowości Mars Bluff w Południowej Karolinie (309 kilometrów od bazy Hunter) siostry Helen i Frances Gregg oraz ich kuzynka Ella Davis uznały, że znudziła im się zabawa w drewnianym domku za domem. Sześcioletnia Hellen i jej dziewięcioletnie towarzyszki zdecydowały, że pójdą na podwórko przed domem. Dokładnie 180 metrów od domku[4].
Gdy bombowiec osiągnął wysokość 1,5 tysiąca metrów, kpt. Woodruff zgodnie z regulaminem ponownie obrócił fotel, tym razem tak, by kołek zabezpieczający włożyć i zabezpieczyć bombę. Manewrował dźwignią przez kolejnych pięć minut, podczas gdy maszyna wzniosła się na docelowy pułap 4,5 tysiąca metrów. Kołek nie chciał wejść na swoje miejsce. Stało się jasne, że trzeba go zainstalować ręcznie. Do zadania wyznaczono kpt. Kulkę. Ten, by dostać się do luku bombowego przez bardzo wąskie przejście, musiał zdjąć spadochron.
Bruce Kulka przyznał dopiero podczas przesłuchania kilkanaście godzin później, że na powodzeniu całego przedsięwzięcia mogło zaważyć to, że nie miał pojęcia, gdzie dokładnie w skomplikowanym mechanizmie zabezpieczającym bombę znajduje się ów kołek. W ciasnym, rozhermetyzowanym luku szukał go przez 12 minut. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że musi być niewidoczny z jego perspektywy, bo zasłania go krzywizna bomby. Podskoczył, by się podciągnąć i zobaczyć miejsce, w którym, jak podejrzewał, znajduje się poszukiwany kołek. Tak się jednak złożyło, że tym, czego się złapał, była dźwignia awaryjnego mechanizmu hydraulicznego podtrzymywania bomby.
Zwolnił ją.
„Ładunek specjalny” gruchnął o zamknięte drzwi komory bombowej.
Kpt. Kulka, który niespodziewanie stracił punkt podparcia, spadł i wylądował na bombie okrakiem. Zanim kilkanaście sekund później drzwi luku bombowego wyłamały się pod 3,5-tonowym ciężarem, oficer zdążył się chwycić torby przypiętej do burty, która jednak wskutek nagłego szarpnięcia niespodziewanie się obluzowała. Bombardier zaczął się ześlizgiwać w stronę wyłamanych drzwi. Bez spadochronu. Udało mu się czegoś chwycić (zeznał, że nie ma pojęcia czego). Podciągnął się i przeczołgał w bezpieczniejsze miejsce. Chwilę później samolotem wstrząsnęła fala uderzeniowa.
Była 16:19.
W miejscu domku, w którym wcześniej bawiły się trzy dziewczynki, był teraz krater o średnicy 25 metrów i głębokości 11 metrów. Po drewnianym dziecięcym domku zostały wyłącznie strzępy falistej blachy, z której miał zrobiony dach.
Ciszę, jaka zapanowała w kokpicie B-47, po dłuższej chwili przerwały słowa kpt. Earla Koehlera: „Zdaje się, że możemy wracać”.
W przypadku nieplanowanego zrzucenia „broni specjalnej” przepisy Strategicznych Sił Powietrznych zobowiązują załogę do natychmiastowego nadania do bazy zakodowanej wiadomości. Tyle że przed 11 marca 1958 roku nikt w bazie Hunter z takiej procedury nie korzystał i oficer dyżurny nie rozpoznał komunikatu. Uświadomiwszy to sobie, kpt. Koehler przez kilkanaście minut szukał rozwiązania. Było tylko jedno. Dość upokarzające. Skontaktował się z najbliższą, znajdującą się we Florence, cywilną kontrolą lotów i nadając na otwartym kanale, poprosił, by ktoś stamtąd zadzwonił do bazy Hunter i przekazał, że samolot 531876A „zgubił urządzenie”.
Przez kolejne 2 godziny i 26 minut B-47 krążył nad rodzimą jednostką, by wypalić paliwo i bezpiecznie wylądować. Treści odbywających się w tym czasie rozmów między członkami załogi a wieżą kontroli lotów w bazie Hunter Strategiczne Siły Powietrzne nigdy nie ujawniły.
Po wylądowaniu załogę natychmiast aresztowano. Przesłuchania trwały kilka godzin. Pojawiły się podejrzenia o sabotaż (był środek zimnej wojny) i nie wiadomo, jaki sprawa znalazłaby finał, gdyby nie gen. LeMay, który zadzwonił do bazy, by osobiście wypytać kpt. Koehlera o incydent. A ponieważ był chyba jedynym operacyjnym dowódcą sił powietrznych, który osobiście serwisował bombowce, poznawszy szczegóły, rozkazał zwolnienie załogi z aresztu[5].
Fala uderzeniowa eksplozji raniła wszystkich pięcioro członków rodziny Waltera Gregga, ale najpoważniejsze obrażenia odniosła dziewięcioletnia Ella Davis, której założono 31 szwów i musiała zostać na noc w szpitalu. Dowództwo Lotnictwa Strategicznego Stanów Zjednoczonych zaproponowało rodzinie 44 tysiące dolarów odszkodowania za zniszczone: dom, samochód, garaż, szopę na narzędzia, kryształy po babci pani Gregg, jej prezenty ślubne, wyszywane obrusy i kolekcję 70 porcelanowych filiżanek, utracone rzeczy osobiste oraz od 6 do 14 kurczaków. Część ptaków podczas wybuchu dosłownie wyparowała, ale wojskowi nie chcieli się zgodzić na ustalenie konkretnej liczby zabitych kur bez policzenia ich zwłok, a że zwłok nie było, bo wyparowały, sprawa długo była jednym z wątków sądowego sporu między Dowództwem Lotnictwa Strategicznego a rodziną Greggów[3*][6].
W Mars Bluff 11 marca 1958 roku nie doszło do wybuchu jądrowego, bo bomba Mark 6, która przypadkiem wypadła z samolotu, nie miała zainstalowanego rozszczepialnego rdzenia jądrowego. Tego typu bomby zbudowane są z dwóch kluczowych elementów: ładunku wybuchowego powodującego konwencjonalną eksplozję w taki sposób, by kompresowała rdzeń plutonowo-uranowy do masy krytycznej, oraz właśnie owego rdzenia umożliwiającego reakcję łańcuchową i eksplozję jądrową[4*]. W czasie lotów treningowych rdzeń przechowywany był osobno. Bomba, która spadła w Mars Bluff, miała tylko ładunek konwencjonalny. Gdy była uzbrojona w rdzeń, doszłoby do eksplozji nuklearnej dwukrotnie silniejszej niż w Hiroszimie[5*].
Choć trudno sobie wyobrazić coś bardziej niebezpiecznego niż bomby atomowe, wojskowym zaskakująco regularnie zdarza się je gubić albo tracić w sposób zupełnie nieplanowany. Amerykanie przyznają się do 32 takich wypadków. Sześciu utraconych atomówek wciąż nie mogą znaleźć[7].







