To książka o tym, jak świat może się skończyć. I jak kilka razy już prawie się skończył. O tym jak przygotować się do końca świata. Jak go przetrwać. A jeśli się nie da – gdzie najlepiej będzie go obserwować. Świat na pewno się skończy. To przecież tylko kwestia czasu, kiedy to się dokładnie wydarzy.


Ludzie fantazjują o końcu świata od niemal samego jego początku. Jedna z najstarszych przepowiedni w tej sprawie pochodzi od Asyryjczyków – z tablic kamiennych datowanych na okres między 2800 a 2500 r p.n.e. Nie byli oni jednak pierwsi – kto wie, czy już żyjący dwa miliony lat temu homo habilis nie wzdychał ciężko z myślą „kiedyś to były czasy”, zastanawiając się nad kondycją świata zmierzającego nieuchronnie ku katastrofie.

To książka o tym, jak świat może się skończyć. I jak kilka razy już prawie się skończył. O tym jak przygotować się do końca świata. Jak go przetrwać. A jeśli się nie da – gdzie najlepiej będzie go obserwować.

Wojciech Brzeziński i Agata Kaźmierska – laureaci Grand Press Digital And Technology – w brawurowy sposób i z ogromną dawką humoru analizują możliwe scenariusze końca świata. Od zagrożeń płynących ku nam z kosmosu, epoki lodowcowe, przez superwulkany, pandemie, zombie, aż po przypadkowe stworzenie czarnej dziury, bunt robotów, czy… wyłączenie internetu.

Jaki będzie nasz koniec?

Agata Kaźmierska, Wojciech Brzeziński
Co to będzie? Krótki przewodnik po końcach świata
Wydawnictwo Port
Premiera: 4 czerwca 2025
 
 

WSTĘP

W 1806 roku an­giel­skim Le­eds wstrzą­snęła za­po­wiedź końca świata. Nie po­cho­dziła jed­nak od żad­nego ka­płana czy wieszczki, lecz od… kury.
Nio­ska, którą szybko okrzyk­nięto pro­ro­ki­nią, miała zno­sić jajka z wy­pi­sa­nymi na nich za­po­wie­dziami apo­ka­lipsy. Przed do­mem Mary Ba­te­man, jej wła­ści­cielki, szybko za­częły się zbie­rać tłumy. Ko­bieta po­bie­rała pensa od każ­dego, kto chciał zo­ba­czyć skła­da­nie pro­fe­tycz­nego jaja. Za ko­lej­nego pensa można było so­bie ku­pić kar­to­nik z „naj­praw­dziw­szym pod­pi­sem Je­zusa”, da­ją­cym po­noć stu­pro­cen­tową gwa­ran­cję wstępu do nieba.
„Ni­czym że­gla­rze w cza­sie bu­rzy, spo­dzie­wa­jący się w każ­dej chwili pój­ścia na dno, lu­dzie na­gle stali się re­li­gijni, mo­dlili się gor­li­wie i schle­biali so­bie, że ża­łują złych uczyn­ków” – opi­sy­wał tamte wy­da­rze­nia szkocki pi­sarz Char­les Mac­kay, za­raz po­tem do­da­jąc: „Prawda wkrótce cał­ko­wi­cie zga­siła tę re­li­gij­ność”[1].
Mac­kay w książce Po­pu­lar De­lu­sions and the Mad­ness of Crowds re­la­cjo­nuje, że oszu­stwo zde­ma­sko­wali dżen­tel­meni, któ­rzy usły­szaw­szy o spra­wie, po­sta­no­wili ją zba­dać i „wkrótce usta­lili po­nad wszelką wąt­pli­wość, że jajka trak­to­wano ja­kimś żrą­cym atra­men­tem i okrut­nie wci­skano z po­wro­tem do ciała ptaka. Ci, któ­rzy wcze­śniej się mo­dlili, te­raz się śmiali, a świat znów mer­dał ogo­nem we­soło jak daw­niej”[2].
We­soło z pew­no­ścią nie było ku­rze, która osku­bana z re­pu­ta­cji, za­pewne skoń­czyła w ro­sole. Ani sa­mej Mary Ba­te­man – ska­zano ją za za­bój­stwo ko­biety, któ­rej na bóle w pier­siach sprze­dała „le­kar­stwo” bę­dące mie­sza­niną rtęci i miodu. Roz­cza­ro­wa­nie kurą-pro­ro­ki­nią nie po­zba­wiło lu­dzi za­mi­ło­wa­nia do sen­sa­cji. Z ga­zet z tam­tego czasu można wy­czy­tać, że na eg­ze­ku­cję Mary przy­szło po­nad pięć ty­sięcy lu­dzi, co dzie­siąty miesz­ka­niec Le­eds.

 
Czę­ścią na­szej na­tury jest to, że chcemy zaj­rzeć Panu Bogu w karty. Stąd próby prze­wi­dze­nia, kiedy i jak świat się skoń­czy, są spor­tem wy­jąt­kowo po­pu­lar­nym, od­kąd ist­nieje nasz ga­tu­nek.
Je­den z naj­star­szych opi­sów końca świata po­cho­dzi z Su­me­ryj­skiej li­sty kró­lów sprzed około czte­rech ty­sięcy lat. Po­nie­waż jest dość skromny, przy­ta­czamy go w ca­ło­ści:
 
A po­tem po­top zmiótł wszystko[3].
 
Nic wię­cej. Ani skąd, ani jak, ani dla­czego. Tylko tyle.
Bar­dziej szcze­gó­łowe opisy za­głady po­ja­wiają się mię­dzy in­nymi w Epo­sie o Gil­ga­me­szu czy w bi­blij­nej Księ­dze Ro­dzaju i tam przy­naj­mniej ja­sno jest po­wie­dziane, że siła wyż­sza uznaje ludz­kość za zbyt po­pa­praną, by mo­gła da­lej ist­nieć. W za­sa­dzie we wszyst­kich ta­kich prze­po­wied­niach po­wta­rza się wą­tek po­topu, choć na tym polu po­my­sło­wość wiesz­czy jest osza­ła­mia­jąca, bo woda czę­sto do­dat­kowo staje się nie­zno­śnie go­rąca albo zimna, albo tru­jąca i to­wa­rzy­szą jej inne ży­wioły, jak ogień, trzę­sie­nia ziemi, erup­cje wul­ka­nów, śnie­życe (Ra­gna­rök), ja­gu­ary (to u Az­te­ków), że­la­zne węże (In­dia­nie Hopi) oraz owrzo­dze­nie (po­wta­rza się wy­jąt­kowo re­gu­lar­nie). W zna­ko­mi­tej więk­szo­ści przy­pad­ków za­wsze jest jed­nak iskierka na­dziei – apo­ka­lipsy da się unik­nąć, je­śli ludz­kość się ogar­nie i za­cznie za­cho­wy­wać przy­zwo­icie.
Gdy szło o pusz­cze­nie wo­dzy fan­ta­zji, wiesz­cze zwy­kle sta­wali na wy­so­ko­ści za­da­nia. W kwe­stii kon­kre­tów, czyli do­kład­nej daty re­ali­za­cji ich wi­zji, jest znacz­nie go­rzej. W za­sa­dzie nikt, kto wska­zał ter­min, nie tra­fił. Wy­mie­niać można na­prawdę długo, po­czy­na­jąc od słyn­nego No­stra­da­musa, który w XVI wieku prze­po­wia­dał, że w lipcu 1999 roku „zstąpi Król Grozy”[1*], czy Char­lesa T. Rus­sella, za­ło­ży­ciela Świad­ków Je­howy, który ko­niec świata mu­siał prze­kła­dać dwa razy – po­cząt­kowo twier­dził, że apo­ka­lipsa na­dej­dzie w 1914 roku, póź­niej, że w 1918 roku (już po jego śmierci w 1916 roku człon­ko­wie jego Ko­ścioła datę zmie­niali ko­lejne trzy razy, osta­tecz­nie uzna­jąc, że ko­niec świata jest bli­ski, ale dnia ani go­dziny nie znamy).
Kom­pro­mi­ta­cja pro­roc­twa to jedno, ale jego kon­se­kwen­cje mogą być bar­dziej do­tkliwe. Prze­ko­nał się o tym nie­miecki hra­bia von Ig­gel­heim, który uwie­rzył w datę po­da­waną przez in­nego Niemca, Jo­han­nesa Stöf­flera. Ten drugi na pod­sta­wie wy­jąt­kowo skom­pli­ko­wa­nych wy­li­czeń astro­no­micz­nych do­szedł do wnio­sku, że 20 lu­tego 1524 roku wielka po­wódź po­chło­nie świat. Prze­po­wied­nia stała się tak po­pu­larna, że na Re­nie za­częto bu­do­wać ło­dzie umoż­li­wia­jące prze­trwa­nie. Hra­bia von Ig­gel­heim po­sta­no­wił apo­ka­lipsę po­trak­to­wać z roz­ma­chem, a przy oka­zji nieco za­ro­bić, i skon­stru­ował po­tężną, luk­su­sową, trój­po­zio­mową arkę. A lu­dzie, prze­ra­żeni wi­zjami zbli­ża­ją­cego się końca świata, pła­cili kro­cie, by zna­leźć miej­sce na jej po­kła­dzie. Tyle że gdy nad­szedł 20 lu­tego 1524 roku, z rana le­d­wie po­kro­piło, a póź­niej zza chmur wy­szło słońce. I w ten wła­śnie piękny sło­neczny dzień hra­bia von Ig­gel­heim zo­stał uka­mie­no­wany przez roz­wście­czony tłum. Wraz z nim w za­miesz­kach zgi­nęło po­noć kil­ka­set osób[4].

 
Nie mamy kury pro­ro­kini (ani na­wet zwy­kłej). Nie sprze­da­jemy bi­le­tów do nieba ani na arkę. Wbrew po­zo­rom nie wiesz­czymy też ry­chłego końca świata. Nie chcemy się do­kła­dać do jakże bo­ga­tego w tym za­kre­sie do­robku daw­nych pro­ro­ków ani współ­cze­snych me­diów, które bez­u­stan­nie stra­szą, że coś gruch­nie w Zie­mię, po­za­raża nas albo ze­żre. Nie bę­dziemy też spe­ku­lo­wać kto, kogo i kiedy może po­czę­sto­wać ato­mów­kami, co zda­rza się in­nym jakże re­gu­lar­nie, od­kąd Wła­di­mi­rowi Pu­ti­nowi to­tal­nie od­biło, a Do­nald Trump znów zo­stał pre­zy­den­tem. Od razu też uprze­dzamy: więk­szość opi­sy­wa­nych przez nas sce­na­riu­szy za­głady świata lub końca na­szej cy­wi­li­za­cji jest w za­sa­dzie mało praw­do­po­dobna.
Dla­czego więc o tym pi­szemy? Po­sta­no­wi­li­śmy spraw­dzić, ja­kie są so­lidne, na­ukowe fun­da­menty tych wszyst­kich za­po­wie­dzi apo­ka­lipsy (na­wet in­wa­zji zom­bie). Bo rze­telna wie­dza to naj­lep­sze le­kar­stwo na strach. A bez sensu bać się cze­goś, co jest nie­praw­do­po­dobne, jed­no­cze­śnie igno­ru­jąc to, co rze­czy­wi­ście może nam za­gro­zić.

 
Co to bę­dzie? Krótki prze­wod­nik po koń­cach świata to nasz au­tor­ski wy­bór spo­so­bów, na ja­kie może – choć nie musi – dojść do apo­ka­lipsy. Roz­działy tej książki można czy­tać w do­wol­nej ko­lej­no­ści. Każdy z nich to osobna opo­wieść o na­szej ewen­tu­al­nej za­gła­dzie. Na końcu za­wsze znaj­dzie­cie krótką in­struk­cję, jak ewen­tu­al­nie prze­trwać. A po­nie­waż nie ba­li­śmy się szu­kać od­po­wie­dzi na naj­trud­niej­sze na­wet py­ta­nia, z na­szego prze­wod­nika do­wie­cie się rów­nież, skąd wi­dok na daną ka­ta­strofę bę­dzie naj­lep­szy.
Pa­mię­taj­cie, że je­śli w trak­cie lek­tury po­czu­je­cie na­głą po­trzebę wy­ku­pie­nia w po­bli­skim mar­ke­cie za­pasu kon­serw – to zu­peł­nie nor­malne.


Za dzie­le­nie się wie­dzą i cier­pliwe zno­sze­nie na­szych dziw­nych py­tań ser­decz­nie dzię­ku­jemy:
dr. Ja­ku­bowi Bo­chiń­skiemu, prof. Paw­łowi Do­bro­wol­skiemu, dr. Mi­cha­łowi Jar­skiemu, płk. Ro­ber­towi Kaź­mier­skiemu, Mi­cha­łowi Kuź­miń­skiemu, Łu­ka­szowi Kwiat­kowi, dr An­nie Ło­siak, dr. Pio­trowi Łu­ka­sie­wi­czowi, prof. Alek­san­drowi Mą­dremu, Ka­ro­lowi Paw­ło­wic­kiemu, dr Pau­li­nie Pia­sec­kiej i Ka­mi­lowi Ra­ko­cemu. Po­dzię­ko­wa­nia ze­chce także przy­jąć ChatGPT i za­leży nam, by w szcze­gól­no­ści w wy­da­niu cy­fro­wym zo­stało to od­no­to­wane.

1. Przy­pad­kowa bomba ato­mowa

Gdyby w ja­kiejś gro­cie umie­ścić duży prze­łącz­nik z ta­bliczką: „Prze­łącz­nik Końca Świata! NIE DO­TY­KAĆ”, farba na niej nie zdą­ży­łaby na­wet wy­schnąć.
Terry Prat­chett, Zło­dziej czasu[1]
 
Po­ra­nek 11 marca 1958 roku w ame­ry­kań­skim sta­nie Geo­r­gia za­po­wia­dał piękny, sło­neczny dzień i nie pa­so­wał do tego, co miało się wy­da­rzyć już po po­łu­dniu.
Zu­peł­nie nie pa­so­wał też do ner­wo­wej at­mos­fery w Ba­zie Sił Po­wietrz­nych Hun­ter, choć aku­rat ner­wo­wość nie była tam ni­czym nie­zwy­kłym. W za­sa­dzie pa­no­wała w ba­zie bez­u­stan­nie od 12 lat, a wpro­wa­dził ją i kon­se­kwent­nie pie­lę­gno­wał gen. Cur­tis Le­May[2*]. Do­wódca Stra­te­gicz­nych Sił Po­wietrz­nych wdro­żył sys­tem punk­to­wa­nia żoł­nie­rzy do­słow­nie za każde za­da­nie, a wszyst­kie wy­niki były prze­ka­zy­wane do kwa­tery głów­nej i tam – jak mó­wią woj­skowi – „agre­syw­nie ana­li­zo­wane”. Je­śli za­da­nie lub mi­sja nie uzy­skały wy­so­kich ocen, do­wódcy po­szcze­gól­nych jed­no­stek mo­gli być pewni, że gen. Le­May skon­tak­tuje się z nimi i za­żąda wy­ja­śnień. I jak nie­trudno się do­my­ślić, ro­bili wszystko, co w ich mocy, by ta­kiego kon­taktu unik­nąć.
Wto­rek 11 marca 1958 roku był na­wet bar­dziej ner­wowy niż zwy­kle. Wła­śnie za­czy­nała się ope­ra­cja „Za­mieć” i to nie były ru­ty­nowe ćwi­cze­nia. To była „Sy­mu­lo­wana Mi­sja Bo­jowa Jed­nostki i Ćwi­cze­nia z Uży­ciem Broni Spe­cjal­nej”. Czyli bomby ato­mo­wej.
B-47, le­cący w to­wa­rzy­stwie trzech in­nych ta­kich bom­bow­ców, miał prze­trans­por­to­wać „broń spe­cjalną” z Geo­r­gii do bazy Brun­ting­thorpe w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Po dro­dze pla­no­wano tan­ko­wa­nie w po­wie­trzu (co pod­le­gało punk­ta­cji) oraz sy­mu­lo­wany na­lot na cel w An­glii – sa­mo­lot miał nadać elek­tro­niczny sy­gnał imi­tu­jący zrzu­ce­nie ła­dunku. Pre­cy­zja „bom­bar­do­wa­nia” także, co oczy­wi­ste, była punk­to­wana[2].
O ósmej rano roz­po­częło się in­sta­lo­wa­nie „broni spe­cjal­nej” na po­kła­dzie B-47. W tego typu sa­mo­lo­tach bomby były za­bez­pie­czane przez dwa sys­temy: me­cha­nizm pneu­ma­tyczny oraz ręcz­nie wpro­wa­dzany sta­lowy ko­łek. Gdy ko­łek był we­tknięty, unie­moż­li­wiał zrzu­ce­nie ła­dunku. Przy kołku wy­ję­tym za­łoga mo­gła prak­tycz­nie na­tych­miast po­zbyć się bomby. Zgod­nie z re­gu­la­mi­nem ko­łek miał być wy­jęty pod­czas startu i lą­do­wa­nia.
Tę koł­kową pro­ce­durę Do­wódz­two Lot­nic­twa Stra­te­gicz­nego Sta­nów Zjed­no­czo­nych wpro­wa­dziło z dwóch po­wo­dów. B-47 były bom­bow­cami sto­sun­kowo trud­nymi w pi­lo­tażu, w szcze­gól­no­ści pod­czas star­tów i lą­do­wań. Do tego w pełni za­tan­ko­wane zbior­niki sta­no­wiły po­nad po­łowę masy ma­szyny, co było do­dat­ko­wym utrud­nie­niem w ma­new­ro­wa­niu. Jed­no­cze­śnie, w prze­ci­wień­stwie do sa­mo­lo­tów pa­sa­żer­skich, B-47 nie miały sys­te­mów umoż­li­wia­ją­cych zrzu­ce­nie pa­liwa w sy­tu­acji awa­ryj­nej i dzięki temu lą­do­wa­nia bez do­dat­ko­wego ob­cią­że­nia. W tych oko­licz­no­ściach szyb­kie po­zby­cie się bomby po­zwa­lało zmniej­szyć wagę sa­mo­lotu i da­wało szansę na unik­nię­cie ka­ta­strofy. Dru­gim – moż­liwe, że waż­niej­szym po­wo­dem wpro­wa­dze­nia koł­ko­wej pro­ce­dury – było skró­ce­nie czasu re­ak­cji w ra­zie alarmu bo­jo­wego. W przy­padku na­głego roz­kazu bo­jo­wego B-47 miały być bły­ska­wicz­nie go­towe do mi­sji. Usu­nię­cie kołka wcze­śniej przy­spie­szało go­to­wość do zrzutu ła­dun­ków, co było klu­czowe w dok­try­nie nu­kle­ar­nego od­stra­sza­nia[3].
Clark Rum­rill, który był świad­kiem tych wy­da­rzeń, na ła­mach „Ame­ri­can He­ri­tage” opi­suje, że ran­kiem 11 marca 1958 roku dwu­oso­bowy ze­spół miał za­in­sta­lo­wać bombę Mark 6 na po­kła­dzie B-47 w re­gu­la­mi­no­wym cza­sie nie­prze­kra­cza­ją­cym 2 go­dzin i 30 mi­nut (co pod­le­gało punk­ta­cji). Jesz­cze przed upły­wem tego czasu oka­zało się, że ko­łek za nic nie chce wejść na swoje miej­sce. We­zwany w try­bie pil­nym (punk­ta­cja, wia­domo) nad­zorca sys­te­mów zrzutu uzbro­je­nia pod­wie­sił bombę za po­mocą hy­drau­licz­nego chwy­taka i „roz­ru­szał ko­łek młot­kiem” (to cy­tat z póź­niej­szych ze­znań), aż ten wsko­czył na wła­ściwe miej­sce. In­sta­la­cję bomby udało się za­koń­czyć w re­gu­la­mi­no­wym cza­sie, choć – jak wy­ka­zało śledz­two – za­bra­kło go na do­dat­kowe spraw­dze­nie, czy ko­łek da się wy­jąć i wło­żyć, gdy bomba już wi­siała w luku.
O 14:30 kpt. Earl Ko­eh­ler (pi­lot), kpt. Char­les Wo­odruff (drugi pi­lot), kpt. Bruce Kulka (na­wi­ga­tor i bom­bar­dier) oraz sierż. Ro­bert Screp­tock (me­cha­nik po­kła­dowy) sta­wili się przy sa­mo­lo­cie. 12 mi­nut póź­niej kpt. Ko­eh­ler uru­cho­mił sil­niki, a kpt. Wo­odruff zgod­nie z re­gu­la­mi­nem ob­ró­cił fo­tel ty­łem do kok­pitu i po­cią­gnął dźwi­gnię wy­su­wa­jącą ko­łek. O 15:53 B-47 o nu­me­rze 531876A wy­star­to­wał, by do­łą­czyć do trzech in­nych ma­szyn, z któ­rymi miał le­cieć w for­ma­cji do Eu­ropy.
Mniej wię­cej w tym cza­sie w miej­sco­wo­ści Mars Bluff w Po­łu­dnio­wej Ka­ro­li­nie (309 ki­lo­me­trów od bazy Hun­ter) sio­stry He­len i Fran­ces Gregg oraz ich ku­zynka Ella Da­vis uznały, że znu­dziła im się za­bawa w drew­nia­nym domku za do­mem. Sze­ścio­let­nia Hel­len i jej dzie­wię­cio­let­nie to­wa­rzyszki zde­cy­do­wały, że pójdą na po­dwórko przed do­mem. Do­kład­nie 180 me­trów od domku[4].
Gdy bom­bo­wiec osią­gnął wy­so­kość 1,5 ty­siąca me­trów, kpt. Wo­odruff zgod­nie z re­gu­la­mi­nem po­now­nie ob­ró­cił fo­tel, tym ra­zem tak, by ko­łek za­bez­pie­cza­jący wło­żyć i za­bez­pie­czyć bombę. Ma­new­ro­wał dźwi­gnią przez ko­lej­nych pięć mi­nut, pod­czas gdy ma­szyna wznio­sła się na do­ce­lowy pu­łap 4,5 ty­siąca me­trów. Ko­łek nie chciał wejść na swoje miej­sce. Stało się ja­sne, że trzeba go za­in­sta­lo­wać ręcz­nie. Do za­da­nia wy­zna­czono kpt. Kulkę. Ten, by do­stać się do luku bom­bo­wego przez bar­dzo wą­skie przej­ście, mu­siał zdjąć spa­do­chron.
Bruce Kulka przy­znał do­piero pod­czas prze­słu­cha­nia kil­ka­na­ście go­dzin póź­niej, że na po­wo­dze­niu ca­łego przed­się­wzię­cia mo­gło za­wa­żyć to, że nie miał po­ję­cia, gdzie do­kład­nie w skom­pli­ko­wa­nym me­cha­ni­zmie za­bez­pie­cza­ją­cym bombę znaj­duje się ów ko­łek. W cia­snym, roz­her­me­ty­zo­wa­nym luku szu­kał go przez 12 mi­nut. W pew­nym mo­men­cie do­szedł do wnio­sku, że musi być nie­wi­doczny z jego per­spek­tywy, bo za­sła­nia go krzy­wi­zna bomby. Pod­sko­czył, by się pod­cią­gnąć i zo­ba­czyć miej­sce, w któ­rym, jak po­dej­rze­wał, znaj­duje się po­szu­ki­wany ko­łek. Tak się jed­nak zło­żyło, że tym, czego się zła­pał, była dźwi­gnia awa­ryj­nego me­cha­ni­zmu hy­drau­licz­nego pod­trzy­my­wa­nia bomby.
Zwol­nił ją.
„Ła­du­nek spe­cjalny” gruch­nął o za­mknięte drzwi ko­mory bom­bo­wej.
Kpt. Kulka, który nie­spo­dzie­wa­nie stra­cił punkt pod­par­cia, spadł i wy­lą­do­wał na bom­bie okra­kiem. Za­nim kil­ka­na­ście se­kund póź­niej drzwi luku bom­bo­wego wy­ła­mały się pod 3,5-to­no­wym cię­ża­rem, ofi­cer zdą­żył się chwy­cić torby przy­pię­tej do burty, która jed­nak wsku­tek na­głego szarp­nię­cia nie­spo­dzie­wa­nie się ob­lu­zo­wała. Bom­bar­dier za­czął się ze­śli­zgi­wać w stronę wy­ła­ma­nych drzwi. Bez spa­do­chronu. Udało mu się cze­goś chwy­cić (ze­znał, że nie ma po­ję­cia czego). Pod­cią­gnął się i prze­czoł­gał w bez­piecz­niej­sze miej­sce. Chwilę póź­niej sa­mo­lo­tem wstrzą­snęła fala ude­rze­niowa.
Była 16:19.
W miej­scu domku, w któ­rym wcze­śniej ba­wiły się trzy dziew­czynki, był te­raz kra­ter o śred­nicy 25 me­trów i głę­bo­ko­ści 11 me­trów. Po drew­nia­nym dzie­cię­cym domku zo­stały wy­łącz­nie strzępy fa­li­stej bla­chy, z któ­rej miał zro­biony dach.
Ci­szę, jaka za­pa­no­wała w kok­pi­cie B-47, po dłuż­szej chwili prze­rwały słowa kpt. Earla Ko­eh­lera: „Zdaje się, że mo­żemy wra­cać”.
W przy­padku nie­pla­no­wa­nego zrzu­ce­nia „broni spe­cjal­nej” prze­pisy Stra­te­gicz­nych Sił Po­wietrz­nych zo­bo­wią­zują za­łogę do na­tych­mia­sto­wego nada­nia do bazy za­ko­do­wa­nej wia­do­mo­ści. Tyle że przed 11 marca 1958 roku nikt w ba­zie Hun­ter z ta­kiej pro­ce­dury nie ko­rzy­stał i ofi­cer dy­żurny nie roz­po­znał ko­mu­ni­katu. Uświa­do­miw­szy to so­bie, kpt. Ko­eh­ler przez kil­ka­na­ście mi­nut szu­kał roz­wią­za­nia. Było tylko jedno. Dość upo­ka­rza­jące. Skon­tak­to­wał się z naj­bliż­szą, znaj­du­jącą się we Flo­rence, cy­wilną kon­trolą lo­tów i na­da­jąc na otwar­tym ka­nale, po­pro­sił, by ktoś stam­tąd za­dzwo­nił do bazy Hun­ter i prze­ka­zał, że sa­mo­lot 531876A „zgu­bił urzą­dze­nie”.
Przez ko­lejne 2 go­dziny i 26 mi­nut B-47 krą­żył nad ro­dzimą jed­nostką, by wy­pa­lić pa­liwo i bez­piecz­nie wy­lą­do­wać. Tre­ści od­by­wa­ją­cych się w tym cza­sie roz­mów mię­dzy człon­kami za­łogi a wieżą kon­troli lo­tów w ba­zie Hun­ter Stra­te­giczne Siły Po­wietrzne ni­gdy nie ujaw­niły.
Po wy­lą­do­wa­niu za­łogę na­tych­miast aresz­to­wano. Prze­słu­cha­nia trwały kilka go­dzin. Po­ja­wiły się po­dej­rze­nia o sa­bo­taż (był śro­dek zim­nej wojny) i nie wia­domo, jaki sprawa zna­la­złaby fi­nał, gdyby nie gen. Le­May, który za­dzwo­nił do bazy, by oso­bi­ście wy­py­tać kpt. Ko­eh­lera o in­cy­dent. A po­nie­waż był chyba je­dy­nym ope­ra­cyj­nym do­wódcą sił po­wietrz­nych, który oso­bi­ście ser­wi­so­wał bom­bowce, po­znaw­szy szcze­góły, roz­ka­zał zwol­nie­nie za­łogi z aresztu[5].
Fala ude­rze­niowa eks­plo­zji ra­niła wszyst­kich pię­cioro człon­ków ro­dziny Wal­tera Gregga, ale naj­po­waż­niej­sze ob­ra­że­nia od­nio­sła dzie­wię­cio­let­nia Ella Da­vis, któ­rej za­ło­żono 31 szwów i mu­siała zo­stać na noc w szpi­talu. Do­wódz­two Lot­nic­twa Stra­te­gicz­nego Sta­nów Zjed­no­czo­nych za­pro­po­no­wało ro­dzi­nie 44 ty­siące do­la­rów od­szko­do­wa­nia za znisz­czone: dom, sa­mo­chód, ga­raż, szopę na na­rzę­dzia, krysz­tały po babci pani Gregg, jej pre­zenty ślubne, wy­szy­wane ob­rusy i ko­lek­cję 70 por­ce­la­no­wych fi­li­ża­nek, utra­cone rze­czy oso­bi­ste oraz od 6 do 14 kur­cza­ków. Część pta­ków pod­czas wy­bu­chu do­słow­nie wy­pa­ro­wała, ale woj­skowi nie chcieli się zgo­dzić na usta­le­nie kon­kret­nej liczby za­bi­tych kur bez po­li­cze­nia ich zwłok, a że zwłok nie było, bo wy­pa­ro­wały, sprawa długo była jed­nym z wąt­ków są­do­wego sporu mię­dzy Do­wódz­twem Lot­nic­twa Stra­te­gicz­nego a ro­dziną Greg­gów[3*][6].
W Mars Bluff 11 marca 1958 roku nie do­szło do wy­bu­chu ją­dro­wego, bo bomba Mark 6, która przy­pad­kiem wy­pa­dła z sa­mo­lotu, nie miała za­in­sta­lo­wa­nego roz­sz­cze­pial­nego rdze­nia ją­dro­wego. Tego typu bomby zbu­do­wane są z dwóch klu­czo­wych ele­men­tów: ła­dunku wy­bu­cho­wego po­wo­du­ją­cego kon­wen­cjo­nalną eks­plo­zję w taki spo­sób, by kom­pre­so­wała rdzeń plu­to­nowo-ura­nowy do masy kry­tycz­nej, oraz wła­śnie owego rdze­nia umoż­li­wia­ją­cego re­ak­cję łań­cu­chową i eks­plo­zję ją­drową[4*]. W cza­sie lo­tów tre­nin­go­wych rdzeń prze­cho­wy­wany był osobno. Bomba, która spa­dła w Mars Bluff, miała tylko ła­du­nek kon­wen­cjo­nalny. Gdy była uzbro­jona w rdzeń, do­szłoby do eks­plo­zji nu­kle­ar­nej dwu­krot­nie sil­niej­szej niż w Hi­ro­szi­mie[5*].
Choć trudno so­bie wy­obra­zić coś bar­dziej nie­bez­piecz­nego niż bomby ato­mowe, woj­sko­wym za­ska­ku­jąco re­gu­lar­nie zda­rza się je gu­bić albo tra­cić w spo­sób zu­peł­nie nie­pla­no­wany. Ame­ry­ka­nie przy­znają się do 32 ta­kich wy­pad­ków. Sze­ściu utra­co­nych ato­mó­wek wciąż nie mogą zna­leźć[7].

 
Wesprzyj nas