Znawczyni sztuki i autorka bestsellerowych biografii wraca do międzywojennego Paryża, by odkryć nieopowiedziane historie polskich artystek i artystów splecione z losami największych sław świata sztuki. „Blask Montparnasse’u” Sylwii Zientek to opowieść o sztuce, wolności i zapomnianych biografiach.
Na Montparnassie, w pracowniach budynku La Ruche i w kawiarni La Rotonde, spotyka się bohema z całego świata. Malarki, pisarze, projektantki i rzeźbiarze przybywają w XX wieku do Francji, by spełnić marzenie o wolności i tworzeniu sztuki na własnych zasadach. Sylwia Zientek, zafascynowana tym artystyczno-społecznym zjawiskiem, śledzi historie nie tylko Polaków, ale też Żydów z Europy Wschodniej, Włochów, Hiszpanów, a nawet Japonek i Amerykanek.
Specjaliści nazwali ich Szkołą Paryską (École de Paris), a zjawisko stało się jednym z najbardziej wpływowych nurtów w sztuce XX wieku. Na stronach książki z Polakami: Dorą Bianką, Henrykiem Haydenem, Mojżeszem Kislingiem, Sarą Lipską, Tadeuszem Makowskim, baronową Heleną d’Oettingen — jak w tamtych czasach — spotykają się: Marc Chagall, Amedeo Modigliani, Kiki de Montparnasse, Chaim Soutine, a także ci, którzy nie tworzyli obrazów: Guillaume Apollinaire, Helena Rubinstein, Gertrude Stein.
Sylwia Zientek opowiada o historii sztuki jeszcze szerzej niż w poprzednich książkach „Polki na Montparnassie” oraz „Tylko one. Polska sztuka bez mężczyzn”. Miłośniczki i miłośnicy biografii zachwycą się barwnym, kosmopolitycznym światem, do którego zaprasza ich pisarka.
Po bestsellerowych Polkach na Montparnassie Sylwia Zientek wraca do Paryża początku XX wieku, żeby pokazać fenomen Szkoły Paryskiej. Tym razem bohaterem staje się całe środowisko, a w nim Żydzi i kobiety – osoby wykluczone, które swojej sztuki nie mogłyby uprawiać nigdzie indziej. Modigliani, Chagall, Kisling, Makowski i Zak, ale też znane z poprzednich książek autorki: Mela Muter czy Alicja Halicka, przewijają się w fascynującej opowieści pełnej anegdot i znaczących detali. Zientek znajduje odpowiedzi na ważne pytania, nie tylko o to, dlaczego nie było wielkich kubistek.
Basia CZYŻEWSKA dziennikarka magazynu „Vogue”, twórczyni podcastu „Temat rzeka”
Sylwia Zientek – jest pisarką i autorką powieści, przede wszystkim o tematyce historycznej, ale także opowiadań i biografii. Wśród jej utworów można wymienić takie tytuły jak „Hotel Varsovie” – wielotomową sagę osadzoną w Warszawie, „Kolonia Marusia” oraz „Miraże”. Po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim oraz Centrum Studiów Latynoamerykańskich, zdecydowała się na zmianę kariery i porzuciła zawód prawnika na rzecz pisarstwa. Jest również mamą trójki dzieci. Oprócz pisania jest także wielką entuzjastką sztuki, zwłaszcza malarstwa. Fascynuje ją podróżowanie śladami artystów oraz odkrywanie sekretnego życia muzeów. W 2021 roku wydała książkę „Polki na Montparnassie” nakładem Wydawnictwo Agora. Rok później, w październiku 2022, ukazała się kolejna jej powieść oparta na faktach pt. „Lunia i Modigliani”.
Blask Montparnasse’u. Artystki i artyści Szkoły Paryskiej
Wydawnictwo Agora
Premiera: 4 czerwca 2025
OD AUTORKI
Moje zainteresowanie Szkołą Paryską zaczęło się od fascynacji postacią malarki, która do dziś jest mi bardzo bliska – Meli Muter. Poznając jej świat, zagłębiłam się w złożone, intrygujące losy kosmopolitycznej kolonii artystów na Montparnassie. W maju 2021 roku nakładem Wydawnictwa Agora ukazała się moja książka non fiction Polki na Montparnassie, której druga część, zatytułowana Indywidualistki, poświęcona jest artystkom zaliczanym do kręgu twórców Szkoły Paryskiej: Meli Muter, Alicji Halickiej, Irenie Reno (Hassenberg) i innym. W książce tej skupiłam się na biografiach tych pionierek, ich drodze artystycznej, przeszkodach, które musiały pokonać, aby móc konkurować z mężczyznami na rynku profesjonalnej sztuki i zyskać renomę jako artystki.
Do Meli Muter wróciłam w książce Tylko one. Polska sztuka bez mężczyzn (Wydawnictwo Agora, 2023). Oprócz tej malarki przybliżyłam sylwetki innych artystek z kręgu Szkoły Paryskiej – Zofii Piramowicz oraz Estery Karp.
Już w trakcie pisania Polek na Montparnassie wiedziałam, że muszę napisać kolejną książkę, której tematem będzie Szkoła Paryska potraktowana jako wyjątkowe w historii sztuki zjawisko artystyczno-społeczne. Zainteresował mnie zwłaszcza fenomen różnorodnej wspólnoty twórców przybyłych z całego świata, aby w Paryżu realizować marzenie o niezależnej twórczości i życiu na własnych zasadach.
Do artystycznej bohemy na Montparnassie należeli artyści i artystki z różnych części Europy, a nawet z innych kontynentów. Nie sposób przybliżyć biografii czy choćby sylwetek ich wszystkich. Spośród kilkuset aktywnych twórców wybrałam jako bohaterki i bohaterów niniejszej książki kilkanaście osób: zarówno tych najbardziej znanych, jak Chagall czy Makowski, jak i tych, którzy nigdy nie zostali zauważeni, jak baronowa d’Oettingen, oraz zapomnianych, jak Henryk Hayden.
Kobiety tworzące w Paryżu w latach 1900–1940 były w pełni zintegrowaną i docenianą częścią międzynarodowej wspólnoty artystycznej. Po drugiej wojnie światowej o większości z nich zapomniano, z czego wynikają trudności w pozyskaniu materiałów źródłowych na ich temat, a tym samym poświęceniu im wnikliwego, opartego na sprawdzonych informacjach tekstu.
W niniejszej książce nie chciałam powielać tego, co już napisałam we wcześniejszych publikacjach. Mela Muter i Alicja Halicka są uznawane za jedne z najważniejszych twórczyń Szkoły Paryskiej i ich nazwisk nie mogłam pominąć przy opisie pewnych zjawisk czy wydarzeń z okresu kształtowania się, rozkwitu i schyłku Szkoły Paryskiej. Aby poznać ich rozbudowane biografie, zachęcam do sięgnięcia po Polki na Montparnassie.
OSOBY
GUILLAUME APOLLINAIRE (właśc. Wilhelm Apolinary Kostrowicki, 1880 Rzym – 1918 Paryż), poeta, pisarz, krytyk sztuki polskiego pochodzenia, zwany papieżem paryskiej awangardy początku XX wieku, orędownik kubizmu, przyjaciel wielu twórców z kręgu Szkoły Paryskiej (École de Paris).
DORA BIANKA (właśc. Teodora Kucembianka, 1896 Warszawa – 1979 Chesnay), malarka. Zasłynęła w Paryżu w latach dwudziestych XX wieku obrazami przedstawiającymi sceny cyrkowe. Wiele podróżowała, w latach trzydziestych osiadła na południu Francji, gdzie malowała pejzaże prowansalskie i widoki Marsylii.
MARC CHAGALL (1887 Witebsk – 1985 Saint-Paul-de-Vence), malarz, grafik, pisarz, twórca witraży i mozaik. Pochodził z żydowskiej rodziny mieszkającej na terenie dzisiejszej Białorusi. Do Paryża przybył w 1911 roku. Stworzył unikalny, oniryczny język malarski oparty na symbolice żydowskiej. Uważany za jednego z najważniejszych artystów XX wieku.
SERGE FÉRAT (1878 Moskwa – 1958 Paryż), malarz, rysownik i dekorator. Wieloletni towarzysz życiowy Heleny d’Oettingen. Współpracował z Apollinaire’em.
LEOPOLD GOTTLIEB (1879 Drohobycz – 1934 Paryż), malarz i grafik. Był bratem przedwcześnie zmarłego krakowskiego malarza Maurycego Gottlieba. W Paryżu osiadł w 1904 roku. Zdobył uznanie obrazami nawiązującymi do symbolizmu i malarstwa freskowego. W 1914 roku pojedynkował się z Mojżeszem Kislingiem. W trakcie pierwszej wojny światowej związany był z otoczeniem Józefa Piłsudskiego, wstąpił do Legionów.
ALICJA HALICKA (właśc. Alicja Rosenblatt, 1889 Kraków – 1974 Paryż), malarka, projektantka sztuki użytkowej, twórczyni scenografii i kostiumów scenicznych. Pochodziła z zamożnej rodziny żydowskiej. Zamieszkała w Paryżu w 1912 roku. Wraz z mężem kubistą Louisem Marcoussisem tworzyli znaną i wpływową parę w paryskich kręgach artystycznych. Pod koniec życia ujawniła swoje kubistyczne obrazy rzekomo malowane w czasie pierwszej wojny światowej.
HENRYK HAYDEN (1883 Warszawa – 1970 Paryż), malarz i grafik. Pochodził z zamożnej, zasymilowanej żydowskiej rodziny kupieckiej. Ojciec chciał, aby został inżynierem, syn przeciwstawił się jego woli. Zamieszkał w Paryżu w 1907 roku. Przed 1920 rokiem zdobył renomę jako malarz kubista. W późniejszym okresie malował realistyczne pejzaże, portrety, martwe natury. Uznawany za jednego z najważniejszych twórców z kręgu Szkoły Paryskiej. Jego wieloletnim przyjacielem był noblista w dziedzinie literatury Samuel Beckett.
MOJŻESZ KISLING (1891 Kraków – 1953 Sanary-sur-Mer), malarz i grafik. Pochodził z ubogiej rodziny żydowskiej. Przybył do Paryża w 1910 roku. Zyskał sławę i uznanie dzięki portretom (w tym aktom) malowanym w uproszczonym, dekoracyjnym stylu i intensywnej kolorystyce. W latach dwudziestych i trzydziestych był jednym z najbardziej rozpoznawalnych malarzy we Francji. Emblematyczna postać artystycznej kolonii Montparnasse’u. Do dzisiaj uznawany za czołowego twórcę Szkoły Paryskiej.
SARA LIPSKA (1882 Mława – 1973 Paryż), malarka, rzeźbiarka, kreatorka mody, twórczyni kostiumów scenicznych, projektantka wnętrz, designerka. Pochodziła z zamożnej rodziny żydowskiej. Wyjechała do Paryża w 1912 roku wraz z córką Xawerą Dunikowską. W Paryżu zdobyła renomę dzięki współpracy z Baletami Rosyjskimi. Prowadziła autorski butik z modą dla kobiet. Jej rzeźby i obrazy cieszyły się dużym uznaniem.
TADEUSZ MAKOWSKI (1882 Oświęcim – 1932 Paryż), malarz, rysownik i grafik. Zamieszkał w Paryżu w 1908 roku. Swój malarski język, który nawiązywał do folkloru i twórczości prymitywistów, kształtował przez wiele lat. Za życia zdobył uznanie jedynie w wąskim kręgu krytyków i kolekcjonerów. Dziś uznawany za jednego z największych artystów polskich XX wieku.
MAURYCY MĘDRZYCKI (1890 Łódź – 1951 Saint-Paul-de-Vence), malarz i grafik. Był synem żydowskiego rzemieślnika. W 1906 roku wyjechał do Francji. W 1918 roku w Paryżu związał się z Alice Prin (Kiki de Montparnasse). Od lat dwudziestych XX wieku mieszkał na południu Francji, malował pejzaże, portrety i martwe natury w stylu postimpresjonistycznym. W czasie drugiej wojny światowej artysta i jego rodzina byli zaangażowani w ruch oporu. W ostatnim okresie życia tematem jego twórczości było warszawskie getto.
AMEDEO MODIGLIANI (1884 Livorno – 1920 Paryż), włoski malarz, rysownik i rzeźbiarz żydowskiego pochodzenia. Przybył do Paryża w 1906 roku. Po kilku latach porzucił malarstwo na rzecz rzeźby. Około 1914 roku wrócił do malowania. Tworzył niemal wyłącznie portrety (w tym akty). Ukształtował indywidualny styl oparty na uproszczonym rysunku z elementami deformacji. Za życia nie zdobył sławy ani uznania.
KIKI DE MONTPARNASSE (właśc. Alice Prin, 1901 Châtillon-sur-Seine – 1953 Paryż), pieśniarka, modelka, tancerka, malarka i pisarka francuska. W latach dwudziestych XX wieku stała się emblematyczną postacią paryskiej dzielnicy Montparnasse i została obwołana jej królową.
MELA MUTER (właśc. Maria Melania Mutermilch, 1876 Warszawa – 1967 Paryż), malarka i rysowniczka. Pochodziła z zamożnej żydowskiej rodziny kupieckiej. W 1901 roku wyjechała – z mężem i synem u boku – do Paryża uczyć się malarstwa. Szybko zyskała uznanie jako twórczyni obrazów przedstawiających ludzi ubogich i pokrzywdzonych przez los. Nazywana była „siostrą van Gogha”. Charakterystycznym motywem jej malarstwa było macierzyństwo. W latach dwudziestych XX wieku zdobyła renomę jako portrecistka paryskich elit intelektualnych i politycznych. Mimo że przed drugą wojną światową osiągnęła spore sukcesy, zmarła w nędzy i zapomnieniu.
HELENA D’OETTINGEN, z domu Miączyńska (ok. 1887 Stepaniwka – 1950 Paryż), malarka, pisarka, poetka, twórczyni sztuki użytkowej. Pochodziła z polskiej rodziny szlacheckiej. Wyjechała do Paryża pod koniec XIX wieku po rozwodzie z baronem d’Oettingenem. Przed pierwszą wojną światową prowadziła słynny salon artystyczny na Montparnassie. Razem z Apollinaire’em i Fératem wydawała awangardowe pismo poświęcone sztuce. Malowała, pisała powieści, wiersze oraz relacje z podróży. Po drugiej wojnie światowej niemal całkowicie zapomniana.
CHANA ORLOFF (1888 Konstantynówka – 1968 Tel HaShomer), rzeźbiarka. Urodziła się w rodzinie żydowskiej na terytorium dzisiejszej Ukrainy. Przybyła do Paryża w 1910 roku, aby uczyć się zawodu krawcowej. W latach dwudziestych i trzydziestych stworzyła unikalny styl rzeźbiarski i zyskała sławę jako jedna ze znaczących artystek z kręgu École de Paris. Po drugiej wojnie światowej zamieszkała na stałe w Izraelu i tam zmarła.
JAN PESZKE [Jean Peské] (1870 Gołta – 1949 Le Mans), malarz, rysownik i grafik. Pochodził z rodziny szlacheckiej, urodził się i dorastał na terenach dzisiejszej Ukrainy. Przybył do Paryża pod koniec XIX wieku. Szybko zyskał uznanie jako twórca postimpresjonistyczny. Nazywany był malarzem drzew.
HELENA RUBINSTEIN (1872 Kraków – 1965 Nowy Jork), twórczyni imperium kosmetycznego, kolekcjonerka sztuki nowoczesnej oraz promotorka artystek i artystów pochodzenia żydowskiego.
CHAIM SOUTINE (1893 Śmiłowicze – 1943 Paryż), malarz. Urodził się na terenie obecnej Białorusi w ubogiej rodzinie żydowskiej. W 1912 roku osiadł na stałe w Paryżu. Żył w skrajnie trudnych warunkach materialnych. Tworzył w charakterystycznym ekspresyjnym stylu. Zakup kilkudziesięciu obrazów przez amerykańskiego kolekcjonera w latach dwudziestych XX wieku diametralnie zmienił jego sytuację życiową. Przez wielu uznawany za najwybitniejszego artystę z kręgu École de Paris.
EUGENIUSZ ZAK (1884 Mogilno – 1926 Paryż), malarz i rysownik pochodzenia żydowskiego. Przybył do Paryża w 1902 roku. Szybko zdobył uznanie jako twórca onirycznych kompozycji z arlekinami i tancerzami na tle sielankowych krajobrazów. Zmarł w wieku czterdziestu dwóch lat na atak serca.
LEOPOLD ZBOROWSKI (1889 Zaleszczyki – 1932 Paryż), poeta i marszand. Przybył do Paryża w 1913 roku. Był odkrywcą talentu, opiekunem i promotorem Amedea Modiglianiego oraz Chaima Soutine’a. W latach dwudziestych XX wieku prowadził w Paryżu Galerie Zborowski. Był jedną z najważniejszych postaci polskiej kolonii na Montparnassie.
POSTACIE POBOCZNE
Utalentowany rysownik, który nie chce się podporządkować woli ojca i zostać rabinem.
Rozwiedziona młoda baronowa marząca o wolności i twórczym życiu.
Kobieta, która chciałaby być malarką, a nie tylko żoną i matką w świecie regulowanym przez sztywne normy religijne.
Wrażliwy malarz borykający się z poczuciem wyobcowania.
Osierocony, ubogi i zdolny chłopak ze wsi, który ucieka z kraju, aby odciąć się od łaski swoich dobroczyńców.
Złakniona przygód dziewczyna o gorącym temperamencie.
Studenci krakowskiej ASP nakłaniani do wyjazdu do Paryża przez profesora tej uczelni.
Rysownik, który marzy o miejscu, gdzie jego żydowskie pochodzenie nie będzie determinowało jego losu.
Malarka chcąca samodzielnie decydować o tym, jak żyje i kogo kocha.
Studentki warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych pragnące rozwijać talent w stolicy sztuki.
Niekochany i nierozumiany chłopak, który szuka schronienia przed pełną przemocy społecznością.
Zdolna krawcowa, która uratowała się przed pogromami i jeszcze nie wie, jak wielki drzemie w niej potencjał.
Ambitna rzeźbiarka uwikłana w skandaliczny romans ze swoim profesorem, ojcem jej nieślubnego dziecka.
Młody muzyk, który nie wie, czy wybrać grę na skrzypcach, czy malarstwo.
Aspirująca malarka, warszawianka z bogatej żydowskiej rodziny, która dopiero co wyszła za mąż.
Każda z tych osób pragnie tworzyć sztukę. Każda od czegoś ucieka, czuje się ograniczona przez relacje rodzinne albo środowisko, w którym żyje. Każda z desperacją postanawia walczyć o siebie.
Wszyscy pokonują rozmaite przeszkody, aby zrealizować wielkie marzenie: być artystką, artystą w Paryżu.
Są młodzi, odważni, pełni entuzjazmu i gotowi na poświęcenia. Paryż w pierwszych latach XX wieku jawi im się jako przestrzeń wolności artystycznej i osobistej, miejsce, w którym mogą żyć po swojemu.
Przybywają głównie z obszaru ówczesnego Imperium Rosyjskiego: Polski, Litwy, Ukrainy, Białorusi, ale też z Galicji, Włoch, Węgier, Rumunii, Czech, Bułgarii, Anglii, państw skandynawskich, Japonii i Ameryki Łacińskiej.
Mówią różnymi językami, różni ich pochodzenie, status majątkowy, klasa społeczna, tożsamość narodowa, religia czy przekonania polityczne. Są indywidualistami mozolnie poszukującymi własnej wizji, czerpiącymi inspirację z różnych kierunków i teorii dynamicznie rozwijającej się sztuki nowoczesnej. Żydzi, katolicy, ewangelicy, kobiety, mężczyźni, zamożni i ubodzy stworzą kosmopolityczną wspólnotę artystów, międzynarodową bohemę w latach dwudziestych XX wieku nazwaną przez francuskich krytyków Szkołą Paryską.
Oto opowieść o tych ludziach, o czasach, w których żyli, ich artystycznej drodze, sukcesach i porażkach w dziedzinie sztuki, o paryskiej dzielnicy Montparnasse, która dzięki imigrantom w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku stała się pępkiem świata i epicentrum działalności artystycznej, wreszcie o schyłku Szkoły Paryskiej w czasie drugiej wojny światowej.
1900–1919
ZIEMIA OBIECANA
CZĘŚĆ PIERWSZA
„[…] w tych czasach nie było w Paryżu chyba ani jednego malarza czy rzeźbiarza, który by nie wiedział i nie wierzył, że rodzi się świat nowy”[1]
Ludwik Lille
„Malarz musi malować, jak słońce musi świecić”[2]
Tadeusz Makowski
LA ROTONDE 1913
Po sześciu czy siedmiu godzinach przy sztalugach w pracowni na poddaszu zziębnięte dłonie nie mogą dłużej utrzymać pędzla. Jest tylko jedno miejsce, w którym można się ogrzać. Za oknem widać rozmyty przez krople wody las kominów wyrastających ze spadzistych dachów. Nie ma sensu dłużej czekać, trzeba wyjść z domu.
Zacina typowy dla Paryża jesienny deszcz, który w połączeniu z wiatrem każe przyśpieszyć kroku i natychmiast szukać schronienia. Uczucie zimna potęguje głód. Zapach końskiego łajna miesza się z ostrą wonią palonych w pobliskich folwarkach ognisk, a może to zapach pieczonych kasztanów? Pokrzykiwania zbieracza szmat mieszają się z bardziej donośnymi okrzykami chłopca sprzedającego gazety. Stuk kopyt na bruku i toczących się kół nie pozwala zrozumieć francuskich słów ulicznej piosenki śpiewanej przez niewidoczną kobietę, która pewnie skryła się w jakiejś bramie. Zziębnięty kot prycha i znika w szparze uchylonego okna sutereny składu win.
Z ronda melonika na twarz spływają strugi wody. Krople zatrzymują się na wąsach i osuwając się w dół, nieprzyjemnie łaskoczą wargi. Wczoraj miasto było perłowoszaro-różowe. Nagie już korony platanów wydawały się naszkicowane tuszem na tle elewacji nowych, wysokich kamienic o eleganckich zdobieniach i balkonikach w esy-floresy z kutego żelaza.
Szkoda, że nie stać go na parasol. Płaszcz szybko nasiąka wilgocią i staje się ciężki, co sprawia, że chłód przenika do kości. Jadąca rozkopanym bulwarem Montparnasse dorożka bezceremonialnie ochlapuje nogawki spodni. Można swobodnie rzucić pod adresem woźnicy przekleństwo. I tak nie zrozumie polskiej mowy.
Po lakierowanej, czarnej powierzchni wozu ślizgają się blade światła zapalanych właśnie latarni. Zapada zmrok. Na widocznym w oddali rogu skrzyżowania widać już wnętrze kawiarni jaskrawo odcinające się od ołowianych chmur i rozmytej deszczem scenerii bulwaru. Trzeba jeszcze tylko minąć rząd zamkniętych już sklepików i warsztatów, wreszcie ponury lombard, który każdy przybysz ze wschodu Europy wcześniej czy później musi poznać – i zasmakować wstydliwego poczucia klęski i pogardy, gdy wyniosły pracownik przybytku wręcza kilkanaście franków w zamian za sztućce albo kapelusz.
Za kilkanaście minut całą dzielnicę spowije mglista ciemność. Naprzeciw szybkim krokiem sunie kobieta w kapeluszu o szerokim rondzie. W jednej ręce ma parasol, drugą podtrzymuje tren wąskiej i długiej spódnicy skromnej sukni. Z impetem pokonuje kolejne odcinki trotuaru. Jej słabo widoczna twarz wydaje się znajoma, to prawdopodobnie jakaś malarka. Na wszelki wypadek lepiej choć lekko się skłonić i dotknąć dłonią mokrego ronda melonika.
Spiesząca się dama nawet nie zauważa tego gestu. Jej zachowanie jest zrozumiałe. Po godzinie szóstej wieczorem na Montparnassie nie pokazuje się żadna przyzwoita kobieta. W ciemności, w zaułkach starych, niskich domów i na budowie nowych kamienic dzieją się niepokojące rzeczy: chronią się pary w miłosnych uściskach albo młodzi mężczyźni, sutenerzy, różne typy wyrównują rachunki, nierzadko z pomocą noża.
Jeszcze tylko parę kroków, trzeba przejść przez jezdnię bulwaru Raspail. Już widać szarganą wiatrem, zmoczoną markizę z napisem „La Rotonde” nad kawiarnią zajmującą narożny lokal kamienicy. To mekka wszystkich żyjących w dzielnicy artystów, każdego dnia odwiedzana przez rzesze głodnych i wyziębionych twórców przybyłych do Paryża z bagażem marzeń i pustym portfelem.
Pchnięcie ciężkich drzwi i nagłe uderzenie gorąca. Nozdrza i oczy szczypią od niebieskiego dymu papierosów i cygar, który wypełnia wnętrze. Co za ulga! Nareszcie nie czuć zimna. Ciało się rozleniwia, chce opaść na krzesło, wypatrzeć znajome twarze, opowiedzieć o tym, jak ciężko szło dzisiaj malowanie, wysłuchać plotek i nowin z kraju, napić się wina, jeśli ktoś postawi choć kieliszek.
Z przemoczonego płaszcza unosi się para. W uszy uderza wibrujący gwar kilkudziesięciu głosów, zlewa się w jeden bzyczący szum. Dopiero po chwili słychać mieszaninę języków: polskiego, francuskiego, rosyjskiego i jeszcze innego, nieznanego.
W niewielkiej sali panuje ścisk. Przy cynowym barze biegnącym wzdłuż pomieszczenia siedzą sami mężczyźni. Stoliki ustawione bezpośrednio przy zaparowanych szybach okien pełne są dyskutujących z ferworem klientów. Kelnerzy z trudem przeciskają się przez tłum z uniesionymi tacami pełnymi kieliszków czerwonego wina i koniaku.
Za barem stoi patron Papa Libion – kulejący olbrzym w szarej marynarce, dawny żołnierz, a teraz właściciel lokalu. Bacznie obserwuje wejście. Ma ogromną słabość do artystów, ale nie toleruje pijaków, sprzedawców opium i haszyszu ani pracownic seksualnych. Wpuszcza tylko porządne kobiety, takie w kapeluszach.
Stali bywalcy od razu przechodzą w głąb, do drugiej sali. Ścisk, gwar, śmiech i dym są tu jeszcze bardziej intensywne. Przy każdym z zaledwie kilku okrągłych stoliczków siedzi po pięć, sześć osób. Kiedy pogoda pozwala, zwykle przesiadają się na zewnątrz, sur la terrasse, obejrzeć spektakl, jakim jest paryska ulica, popatrzeć na osoby wynurzające się ze stacji metra Vavin.
Prawie wszyscy obecni to artyści, na co wskazują marne garnitury z wytartymi, połatanymi na łokciach marynarkami, nieuprasowane, byle jakie koszule. Nie widać tym razem bywających tu często, łatwo rozpoznawalnych lokalnych sław: Apollinaire’a ani Picassa, który przeprowadził się do dzielnicy w zeszłym roku.
Z tłumu wyłaniają się znajome twarze. Wszyscy blisko siebie, palą, rozprawiają żywo i gestykulują. Na widok nowo przybyłego machają, pokrzykują. Viens! Chodź do nas!
Przy stoliku na środku sali bryluje Mojżesz Kisling z włosami dziwacznie obciętymi „na miskę”, ubrany w robotniczy kombinezon, dzięki któremu zyskał przydomek „eskimoskiego hydraulika”. Z tlącym się papierosem w kąciku ust opowiada rubaszny żart, który wyraźnie nie podoba się kobiecie o włosach spiętych w niski kok, ubranej skromnie, ale wyglądającej jak wielka dama. W okrągłej, uroczej twarzy łatwo poznać malarkę Melę Muter, nazywaną belle Mela de Montparnasse. Ciemnowłosy mężczyzna o ponurym spojrzeniu to przyjaciel artystki, malarz Leopold Gottlieb.
Jak tu dobrze, jak ciepło i swojsko, zupełnie jakby się było w kawiarni w Krakowie albo w Warszawie. Jak wspaniale choć przez chwilę zapomnieć o udręce, która towarzyszy malowaniu, o wszystkich wątpliwościach i rozterkach. Czy nadejdzie czas, gdy klienci zaczną zamawiać portrety? Kiedy ktoś kupi za rozsądne pieniądze jakiś obraz? Czy warto w Paryżu znosić głód i zaciskać zęby, gdy inni odnoszą sukcesy? Jeśli przełomu nie będzie, przyjdzie wracać do rodziny z podkulonym ogonem i usłyszeć triumfalny głos ojca: „A nie mówiłem?”.
Teraz nie trzeba się tym martwić. Tutaj, w La Rotonde, można na chwilę o wszystkim zapomnieć. Ktoś proponuje kieliszek koniaku na rozgrzanie. W kieszeni zaledwie kilka sous, nie ma mowy o drogich trunkach. Ale znajomy nalega, dostał przekaz od rodziny. „Postawisz, kiedy ty będziesz miał trochę grosza” – przekonuje.
Nikt z obecnych nie ma zbyt wiele pieniędzy. „Dobry artysta to głodny artysta” – lubi żartować Papa Libion. Uśmiecha się pod wąsem, a potem podtyka pod nos kosz ze świeżymi bagietkami, którymi można do woli się częstować. Czego więcej trzeba niż chrupiącej bułki, kawy i mizernego śledzia na obiad? Większość żyje tylko tym.
W polskim gronie toczy się dyskusja na temat najbardziej wyróżniających się prac na zakończonym właśnie Salonie Jesiennym. Wiele komentarzy i pochwał budzi akt namalowany przez młodą malarkę. Kobiety w Paryżu rozwijają skrzydła. Nie sposób sobie wyobrazić prezentacji takiego płótna w Zachęcie czy w Sukiennicach.
Do stolika obok dosiada się ktoś nowy. Oprócz jednej osoby nikogo, zdaje się, tu nie zna. Ale to wystarcza, wszyscy się sobie przedstawiają, klepią po plecach. Nowy opowiada, co tam słychać w ruskim zaborze. Wieści z kraju zawsze budzą ciekawość i wywołują sentyment. Niejednej osobie oczy zachodzą łzami, ale kolejka postawiona z okazji sprzedania obrazu przez jakiegoś szczęściarza przywraca ogólną wesołość.
Przy sąsiednim stoliku siedzą rzeźbiarze mówiący tylko w jidysz. Obok Henryk Hayden, malarz z Warszawy, a koło niego młoda, czarnoskóra modelka Aïcha, która żywiołowo dyskutuje po francusku. Szerokie i miękkie rondo kapelusza przysłania jej twarz. W tym samym nakryciu głowy pozowała Haydenowi do co najmniej trzech obrazów, z których dwa pokazane były z dużym sukcesem na Salonie Jesiennym.
Ktoś ściszonym głosem opowiada plotkę: kochankiem pięknej Aïchy został Wieniawa-Długoszowski. Cóż z tego, że przyjechał do Paryża z żoną.
W rogu lokalu, wyraźnie odcięci od rozgadanego tłumu, siedzą nad partią szachów rosyjscy rewolucjoniści. Ich nazwiska, Lenin i Trocki, nic nikomu nie mówią.
Na ścianach kawiarni wiszą obrazy i rysunki, które Papa Libion przyjmuje od niektórych na pokrycie długu za croissants i wino. Jednym z jego ulubionych klientów jest Włoch Modigliani.
Nagle odzywa się znajomy głos. „Jadłeś coś dzisiaj? Nie? Tylko kawałek chleba… Chodźmy zatem do Delmasa na kolację, zjemy coś porządnego! Oddałem dzisiaj do lombardu letni garnitur. Po co mi jasny, lniany garnitur? Przecież idzie zima!”.
Kiszki grają marsza, czego na szczęście nie słychać w nieustającym gwarze przerywanym niekiedy wybuchami śmiechu.
I znowu la vie est belle. Paryż jest piękny. Jutro będzie na pewno lepszy dzień niż dzisiaj!
KIERUNEK PARYŻ
Na początku XX wieku Paryż jest najnowocześniejszym miastem na świecie, a to przyciąga młodych ludzi jak magnes. Miasto kojarzy się z wolnością i innowacyjnością. Buzują w nim nowe idee, nowatorskie koncepcje, wszystko, co przełomowe i radykalne, dzieje się właśnie tutaj. To niekwestionowana stolica sztuki, ale też miejsce, które jest jak obietnica wolności.
„Malarze zawsze wyjeżdżali do środowiska najwyższej kultury w danej chwili”[3] – zapisał w dzienniku 9 czerwca 1913 roku Tadeusz Makowski. „Słońce sztuk świeciło tylko w Paryżu”[4] – zapewniał już dojrzały i uznany Marc Chagall.
Młodych artystów do Paryża przyciąga wizja bycia choć przez moment w epicentrum wydarzeń, szansa zdobycia albo uzupełnienia wykształcenia, dostęp do niezliczonych galerii i muzeów, wystaw i corocznych salonów, możliwość nawiązania kontaktów z innymi twórcami. Chcą w Paryżu rozwinąć skrzydła i poznać sztukę nowoczesną, do której w Krakowie czy Warszawie nie mają dostępu.
Kusi wolność doboru tematów, technik i stylów. Sztuka nowoczesna koncentruje się na formie, kolorze, nie na narracji, podczas gdy krajowi krytycy nadal cenią dokonania XIX-wiecznych mistrzów i twórczość w nurcie narodowym.
Jan Matejko, niechętny płynącym z Francji nowoczesnym trendom, od 1893 roku nie ma już wszechmocnej władzy nad narodową sztuką, jednak jego patriotyczny duch wciąż jest obecny. Wielu młodych artystów właśnie z tego powodu opuszczało Kraków czy Warszawę. Jak zauważał Tadeusz Makowski w Pamiętniku: „W Polsce były zawsze zaledwie echa sztuk wielkich, stąd wypaczenie malarstwa polskiego w kierunku rodzajowo-literackim”[5].
Profesor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych Józef Pankiewicz, znakomity malarz, do tego frankofil, człowiek otwarty na nowe trendy i eksperymenty, nakłania swoich studentów do wyjazdu do Paryża. Wspiera ich też w poszukiwaniu mecenasów i protektorów, którzy sfinansowaliby im stypendium i pobyt we Francji.
W marcu 1901 roku szok wywołuje krakowska premiera dramatu Stanisława Wyspiańskiego Wesele, w którym pod postacią Widma ukazany został malarz, kolega autora ze studiów w krakowskiej ASP, Ludwik de Laveaux. Za sprawą spektaklu odżywa i umacnia się legenda przedwcześnie zmarłego artysty. De Laveaux jako dwudziestojednolatek wyjechał do Paryża po pobycie w Monachium. Po kilku latach zmarł na gruźlicę, do której rozwoju przyczyniły się warunki, w jakich artysta żył na emigracji.
Smutny los Ludwika de Laveaux wyznacza etos artysty cierpiącego, borykającego się z biedą i brakiem uznania, mieszkającego na wilgotnym poddaszu samotnika z Montparnasse’u, który obsesyjnie maluje nokturny z paryskich bulwarów. W końcu umiera w młodym wieku, nieznany i niedoceniony. Jego los jest tragiczny, a jednak pociąga młodych, którzy marzą o tym, by samodzielnie spróbować życia na modłę bohemy.
Dla artystek Paryż nadal jest jedynym miejscem na świecie, gdzie wolno im się uczyć malarstwa i rzeźby oraz rozwijać profesjonalną karierę artystyczną. Nie mogą nawet śnić o nauce w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, stanie się to możliwe dopiero w 1920 roku. Chcą podążyć ścieżką wydeptaną w Paryżu przez uznane malarki, najpierw przez Annę Bilińską, a następnie Olgę Boznańską.
Z kolei artyści urodzeni w rodzinach żydowskich marzą o swobodzie artystycznej ekspresji i tworzeniu w miejscu, gdzie ich pochodzenie nie będzie determinowało kariery artystycznej.
Paryż kusi też z innych powodów. Niemoralne miasto, współczesna wersja Sodomy i Gomory, obiecuje coś, czego pragnie niemal każdy młody człowiek: wolność. Uwodzi wizją wyzwolenia się od rodzinnych zależności, od „wyroku”, jakim dla wielu jest decyzja ojca o zamążpójściu córki, od presji wywieranej na syna w sprawie kierunku edukacji, wreszcie w przypadku osób pochodzenia żydowskiego – od opresji, ostracyzmu czy poczucia braku przynależności.
Spektakularna wystawa światowa trwająca od maja do listopada 1900 roku rozsławiła stolicę Francji jako ville-lumière, czyli ultranowoczesne miasto światła, które wyprzedza cywilizacyjnie inne aglomeracje, jeśli chodzi o zastosowanie nowych technologii czyniących życie mieszkańców prostszym. Z doniesień korespondentów opisujących wystawę na łamach krajowych gazet (w polskojęzycznej prasie obszerne relacje zamieszczała między innymi Gabriela Zapolska, próbująca wtedy w Paryżu sił jako aktorka) wyłania się obraz przyjaznej innym narodowościom, otwartej metropolii, w której każdy jest w stanie zaspokoić swoje najskrytsze pragnienia.
W kulminacyjnym momencie okresu określanego jako belle époque Paryż wabi tysiącem obietnic, oferuje szeroki wachlarz atrakcji: doznania estetyczne, seksualne, gastronomiczne, artystyczne i towarzyskie.
Wieści rozchodzą się szybko. Ci, którzy już zasmakowali szczególnej mieszanki upajającej swobody manifestowania ekspresji twórczej i tożsamościowej oraz euforii bycia w epicentrum nowatorskich idei, namawiają innych na dołączenie do idealnego świata. Zwłaszcza tym, którzy żyją pod zaborami, wydaje się nieprawdopodobne, że tutaj nieważna jest narodowość ani pochodzenie. Młodzi, szczególnie ci wyobcowani na wielu płaszczyznach – artystycznej, społecznej, genderowej – wyjeżdżają jeden za drugim, z każdym rokiem jest ich w Paryżu coraz więcej.
Wszystko jedno, czy jesteś Żydem, Żydówką, panną czy rozwódką, outsiderem czy outsiderką w swoim sztetlu albo mieście, osobą kochającą osoby tej lub innej płci. Nieważne, czy rodzina widzi w tobie artystę, czy wszelkimi sposobami stara się zaaranżować małżeństwo, wcisnąć cię w ramy typowego przedstawiciela klasy średniej lub ziemiaństwa. Jeśli poszukujesz autentyczności, pragniesz mieć prawo decydowania o sobie, marzysz o czymś więcej niż przyszłość w skostniałym światku Warszawy czy Lwowa, jeśli masz odwagę walczyć o siebie, to Paryż jest jedynym miejscem, gdzie możesz to zrobić.
Emigracja artystyczna do Paryża była popularna już w XVIII wieku, jednak dopiero u progu XX wieku ta ziemia obiecana stała się dostępna niemal dla każdej artystki i każdego artysty.
Tu nie trzeba mieć paszportu, nie trzeba nawet znać francuskiego ani mieć zapasu gotówki. Wystarczy, że dotrze się na Montparnasse, a tam inni artyści pokierują, gdzie trzeba, zaproszą na obiad i pomogą zacząć nowe życie.
Potrzebna jest tylko wiara w sztukę i entuzjazm. To na początek wystarczy.
PIERWSZE WRAŻENIA
„Ośmielam się być w stolicy świata”[6] – pisze w liście do matki młodopolska poetka Maria Komornicka. Paryż nazywa „arcymiastem”. Intensywność życia jest tu nieporównywalna ze stolicami innych państw. Tu jako samotna kobieta (rozwódka!) w 1903 roku może swobodnie przemieszczać się po wielkim mieście, przysiąść w kawiarni, pójść do teatru, na koncert czy na jeden z wielu darmowych wykładów.
W relacjach z pierwszego zetknięcia się z paryską metropolią większość artystów Szkoły Paryskiej wymienia słowa „oddech” i „wolność”.
„[W Paryżu] poczułem się niczym pies zerwany z uwięzi”[7] – pisał w Moim życiu Chagall. Z kolei badaczka Szkoły Paryskiej Anna Wierzbicka wspominała, że przybysze ze Wschodu przeżywali szok. W tym pięknym mieście mogli wreszcie tworzyć w duchu przyjaźni, akceptacji, równości.
Kontrast między Krakowem, Łodzią, Odessą a Paryżem był ogromny i dla wielu przytłaczający. Wielkie wrażenie robił sam widok roziskrzonego, ruchliwego miasta i jego spektakularnych budowli oraz ciągnących się kilometrami bulwarów obudowanych wysokimi na siedem pięter kamienicami haussmanowskimi o balkonikach z kutego żelaza i zdobieniach na fasadach.
Tadeusz Boy-Żeleński po raz pierwszy przyjechał do Paryża na stypendium naukowe w 1905 roku. Jak wspominał po latach: „[…] wówczas, przed ćwierć wiekiem, dla młodego chłopca przenieść się nagle w ciągu niewielu godzin z małego i cichutkiego szarego Krakowa do Paryża, to była feeria, to było zanurzenie się w świat tajemnicy, baśni”[8].
Opisywał euforię przybysza z Europy Wschodniej: „Bulwary! Skręciłem w nie i dałem się nieść fali ludzkiej, ogłupiały, potrącany, zaczepiany przez przekupniów fotografii i przez dyskretne dziewczęta. »Apéritif«… raz po raz powtarzało się w ich propozycjach to nieznane słowo, dając mi uczuć niedostatek mego filologicznego wykształcenia. Arab w burnusie, Chińczyk, Murzynka, to znów polski język brzmiący na tych bulwarach jak egzotyczne narzecze… Terasy przed kawiarniami – w styczniu – rojne, nieskończony sznur dorożek, pojazdów, automobilów. Kwiaciarki, handlarze zabawek, krzyk gramofonów, różnojęzyczny szum, w którym dominowała jasna nuta paryskiej francuszczyzny […]”[9].
Emigracyjny pisarz i przyjaciel wielu artystów Xawery Glinka tak opowiadał o Paryżu sprzed 1914 roku: „Miasto o niezapomnianym pejzażu, o dziwnych nasileniach światła i barw, o specyficznej linii architektonicznej dachów, najeżonych blaszanymi rurami kominów, o perłoworóżowym niebie, na tle którego w godzinie zmierzchowej wyłania się z wyspy św. Ludwika ciężki, kamienny masyw katedry Nôtre Dame. Miasto przecięte na pół krzywą szablą Sekwany, pozszywane nićmi mostów, opasane jak bomboniera zieloną wstążką bulwarów. Miasto rozśpiewane, rozedrgane, śmiejące się, wzbierające szampańską pianą uciechy i beztroski, przepojone zapachami Guerlaina oraz delikatną wonią fiołków i mimozy sprzedawanej na każdym rogu, w zimie grzejące ręce kasztanami kupionymi za dwa sous, a zawsze o wyznaczonej godzinie popijające swe kolorowe aperitify na chodnikach przed kawiarniami”[10].
Dla wielu przybyszów z Europy Wschodniej liczyły się też względy praktyczne: możliwość spokojnego funkcjonowania bez konieczności zamartwiania się o papiery, bez organizowania łapówek dla funkcjonariuszy i życie bez strachu przed wydaleniem.
Zgodnie z obowiązującymi we Francji przepisami każdy cudzoziemiec mieszkający w tym kraju miał obowiązek zarejestrowania się w prefekturze policji w Paryżu. Jednak brak dokumentów nie stanowił specjalnego problemu, ważna była deklaracja, dlatego też z taką łatwością manipulowano rokiem urodzenia, a praktycznie każda artystka odejmowała sobie co najmniej kilka lat.
Pisarz Ilja Erenburg przebywający w Paryżu w drugiej dekadzie XX wieku wspominał: „Żyłem nie tylko bez paszportu, ale nawet bez jakiegokolwiek zaświadczenia stwierdzającego tożsamość. Kiedy w banku poproszono mnie o dokument, poszedłem do prefektury, powiedziano mi, żebym przyprowadził na świadków dwóch Francuzów. Pilno mi było odebrać pieniądze, ubłagałem więc właściciela piekarni, w której kupowałem pieczywo, i na pół znajomego malarza, który od rana siedział w kawiarni i pił rum, żeby poszli ze mną. Ani jeden, ani drugi, rozumie się, nic o mnie nie wiedział, ale zgodzili się złożyć podpisy. Urzędnik prefektury wydał mi zaświadczenie stwierdzające uroczyście, że taki a taki zeznał to i to; zaspokoiło ono wymagania nie tylko kasjera banku, ale też policjantów, którzy urządzali niekiedy obławy na bandytów”[11].
Dla kobiet Paryż był przede wszystkim oazą wolności.
Japońska malarka, dzisiaj zapomniana, Riu Okanouyé, w wywiadzie dla pisma „Ewa” wspominała: „Pierwszy dzień mego pobytu w Paryżu był dniem rozczarowania. Przyjechałam po tak długiej podróży z kraju słońca i zastałam Paryż szary i mglisty. Dopiero później, stopniowo, zrozumiałam jego jedyny na świecie urok… Znalazłam tu życie ulicy w całej jego pstrości i brutalności. Znalazłam skarby w muzeach i bibliotekach. Znalazłam też wolność osobistą kobiety”[12].
O oszałamiającym poczuciu wolności wspominało wielu artystów, w tym Gertrude Stein, queerowa amerykańska pisarka i poetka: „Każdy kraj jest ważny w różnych epokach, ponieważ generalnie jest potrzeba różnych wyobrażeń w różnych epokach. Tak więc w okresie od 1900 do 1939 roku to Paryż we Francji stał się miejscem, gdzie wszyscy mogli być wolni”[13].
To właśnie we Francji, w której Stein przeżyła ponad czterdzieści lat i prowadziła słynny salon, mogła bez zaznania opresji żyć w związku z Alice B. Toklas. Na lewym brzegu (rive gauche) w Paryżu od końca XIX wieku mieszkało wiele amerykańskich i francuskich lesbijek – poetek, pisarek, malarek (między innymi: Natalie Barney, Romaine Brooks, Djuna Barnes, Sylvia Beach czy Adrienne Monnier), które w owym czasie nie mogłyby żyć tak swobodnie w żadnym innym miejscu na świecie.
W przeciwieństwie do wielu innych krajów (Anglii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych) we Francji homoseksualizm nie jest karany, dzięki czemu kraj staje się azylem dla osób niemieszczących się w szufladzie heteronormatywnej. W sferach artystycznych osoby homoseksualne oraz te określane dzisiaj jako niebinarne, androgeniczne czy biseksualne wpisują się w obraz nowoczesności. Kolaże, fotografie, eksperymentalne teksty tworzą dwie niebinarne osoby artystyczne Claude Cahun (Lucy Schwob) i Marcel Moore (Suzanne Malherbe).
RUDOWŁOSA MARZYCIELKA
Dziesięć pudeł na kapelusze, pięć kufrów wypakowanych najrozmaitszymi przedmiotami – prawdziwa dama zmierzająca z Kijowa do Włoch nie może podróżować inaczej. Burza rudych włosów ujarzmiona przez gigantyczny kapelusz i armię szpilek, ekstrawagancka suknia, zgodnie z modą fin de siècle’u okrutnie wąska w talii, rzucająca się w oczy biżuteria i wyniosła mina młodej kobiety komunikują światu jej niebanalny gust i arystokratyczne pochodzenie. Tylko spojrzenie szklistych, jasnych oczu i grymas delikatnych ust zdradzają trawiący ją chroniczny smutek.
Baronowa wysuwa do przodu podbródek i w kolejnym z pociągów wyciąga w kierunku konduktora dłoń w rękawiczce z odpowiednimi dokumentami. Patrzy wyzywająco w oczy strażnika, który wyczytuje w jej paszporcie nazwisko „Helena von Oettingen, z domu Miączyńska, stan cywilny: rozwiedziona”. Urzędnik sprawdzający dokumenty przesuwa spojrzenie na jej towarzysza, młodego eleganta z wypomadowanym i podkręconym wąsem. To ledwie kilka lat od niej starszy, urodzony w Moskwie Siergiej Nikołajewicz Jastrzebcow. Przedstawia się jako kuzyn.
Dziwna z nich para. Nie wyglądają na krewnych. Gdy pada kolejne pytanie, baronowa wyjaśnia, że mężczyzna towarzyszy jej w podróży. Zmierzają do Paryża. Dlaczego tam? Któż nie chce odwiedzić Paryża? Zależy im, aby nowy XX wiek przywitać w „mieście świateł”. A poza tym Sierioża, aspirujący młody malarz po kilku latach nauki w kijowskiej szkole sztuk pięknych, pragnie pogłębić artystyczną edukację. Tego, że sama pragnie nauczyć się malować, baronowa nie mówi, aby nie wywołać pobłażliwego uśmieszku na twarzy urzędnika.
Dwudziestokilkuletnia rozwiedziona baronowa polskiego pochodzenia chce być artystką! Kaprys zamożnej damy czy może głupi pretekst, aby wyjechać z kochankiem poza teren Imperium Rosyjskiego?
W Paryżu Helena staje się przybyłą z Rosji baronne Hélène d’Oettingen, jej rzekomy brat cioteczny przedstawia się jako rosyjski artysta Serge Férat. Oboje odejmują sobie kilka lat. Ona będzie podawać jako datę urodzenia rok 1885 (nieprawdziwą, ta właściwa nie została jak dotąd ustalona), on – 1881. To dopiero początek ich ekwilibrystyki związanej z tożsamością. Przez kolejnych pięćdziesiąt lat będą zakładać rozmaite maski i swobodnie układać legendę swojego dzieciństwa.
Jest rok 1899. Paryż szykuje się do powitania nowego wieku i spektakularnej wystawy światowej w 1900 roku. Rzut oka na rozbawione miasto wystarczy, aby zrozumieć, że zapowiadanego przez niektórych mędrców końca świata nie będzie. Przed Heleną otwierają się nowe możliwości, które w przypadku zamożnej młodej kobiety ze statusem rozwódki nie wchodziły w grę w rodzinnym majątku hrabiostwa Miączyńskich pod czujnym okiem matki ani nawet w Kijowie czy w Warszawie. Na to czekała.
Za kilkanaście lat znajdzie się w centrum świata paryskiej awangardy, będzie wydawała z Apollinaire’em czołowe pismo artystyczne, malowała, pisała i przyjmowała we własnym pełnym obrazów salonie znanych twórców sztuki nowoczesnej. Przed nią szalone, niełatwe życie artystki.
Droga do Francji wiedzie przez Włochy. Najpierw trzeba zobaczyć Florencję, a przede wszystkim Wenecję, o której Helena marzyła od dzieciństwa. Twierdziła nawet, że tam właśnie przyszła na świat. Tymczasem dokumenty wskazują, że urodziła się w Stepaniwce (obecnie terytorium Ukrainy). Jej matką była hrabina Zofia Miączyńska, ojcem zaś hrabia Franciszek Ksawery Miączyński z Miączyńskich herbu Suchekomnaty, urodzony na Wołyniu w Maciejowie koło Kowla. Była to potężna rodzina szlachecka posiadająca liczne dobra na dawnych Kresach, w tym wiele zamków i posiadłości pałacowych (między innymi w Łukowie, obecnie na terenie Ukrainy).
Dzieciństwo Helena spędza w jednym z rodzinnych dóbr w Krasnymstawie, w ponurym zamku, pod czujnym okiem oschłej i despotycznej babki, otoczona licznym kuzynostwem, okrutnymi guwernantkami i plotkującą służbą. Te trudne lata naznaczone poczuciem wykluczenia i samotnością uruchomią w niej bujną wyobraźnię, skłonność do fantazjowania, zmyślania i tendencje do eskapizmu. Rana, jaką pozostawią liczne przykrości i lęki z dzieciństwa, naznaczy ją na zawsze, wpędzi w choroby o podłożu psychicznym i permanentną melancholię. Jako dojrzała kobieta opisze lata dorastania w powieści o baśniowym charakterze Zamek nad czerwonym stawem.
Wydarzenia przedstawione w książce prawdopodobnie nie były faktami, ale w umyśle Heleny mogły przybrać fantazyjną formę. Jak utrzymywała, trauma jej dzieciństwa wynikała z braku wiedzy, kto jest jej ojcem. Czy gdy była dzieckiem powiedziano jej, że nie był nim hrabia Miączyński? Kuzynostwo i służba wyśmiewali się z jej pochodzenia. Ona zaś obsesyjnie myślała o tym, kim był nieobecny w jej życiu tata. Kiedy miała sześć lat, z zamku w Krasnymstawie zniknęła też matka. Prawdopodobnie wyjechała do mężczyzny, z którym była związana. Często bywała w Wiedniu w pałacu cesarza, Helena podejrzewała więc, że to Franciszek Józef jest jej prawdziwym ojcem.
Wychowywana w izolacji w ponurej posiadłości, w której słychać było wyjące wilki, nocami płakała i odczuwała dojmującą samotność. Uciekała w świat fantazji i wymyślała swoje życie od nowa. Ulgę przyniosła literatura i świat powieści Maupassanta i Flauberta. To dzięki książkom podbieranym z kufra wuja, który przyjechał w odwiedziny, zaczęła marzyć o Paryżu.
Gdy dziewczyna ma szesnaście lat, tuż po powrocie matki z Wiednia, z niejasnych przyczyn babka i matka opuszczają Krasnystaw i razem z Heleną zamieszkują w Kijowie. Matka izoluje dziewczynę, nie zgadza się, aby ta chodziła do szkoły. Jej świat ogranicza się do lekcji z francuską guwernantką i wyglądania przez okno. Helena fantazjuje o ucieczce. Przepustką do wolności okazuje się jej oryginalna uroda. Twarz zwraca uwagę mężczyzn, podobnie jak wysoka i smukła sylwetka. Szczególnego uroku dodają jej bujne, rude włosy i błękitne oczy.
Uwagę Heleny przyciąga spotkany przypadkiem na ulicy oficer carskiej armii. Dowiaduje się, że to baron Otto Anton Assinkrit von Oettingen z zamożnej rodziny o rodowodzie z XV-wiecznej Westfalii. Z powieściowej relacji Heleny wynika, że pojawiła się w nocy w pokoju Antona w kijowskich koszarach ubrana jedynie w futro. Po spędzonej z baronem nocy ten rzekomo jej się oświadczył.
Nie wiadomo, czy historia opisana przez baronową w książce jest prawdziwa, w każdym razie mimo sprzeciwu matki w warszawskiej katedrze Świętego Jana doszło do ślubu z baronem. Niestety, małżeństwo okazało się katastrofą. Ponoć Helena w noc poślubną uraziła męską dumę męża, co spowodowało separację, a około 1902 roku formalny rozwód.
Rozwiązanie dopiero co zawartego małżeństwa musiało wywołać skandal w kręgach towarzyskich rodzin baronostwa. Jako rozwódka Helena była spalona w arystokratycznej socjecie, ale status cywilny dawał jej teraz pewien zakres wolności. Była niezależna od woli matki i babki.
Postanawia wreszcie spełnić marzenie o podróżach i życiu w Paryżu.
BARONOWA CHCE MALOWAĆ
Samotna, zamożna kobieta z nadszarpniętą reputacją nie mogła ruszyć w kilkudniową wyprawę sama. Na szczęście podobne plany życiowe miał Sierioża, z którym – jak wszystko na to wskazuje – Helena znała się od czasów dzieciństwa w Kijowie. Prawdopodobnie jej matka i ojciec jej „kuzyna” byli w związku.
„Nasza przyjaźń to raczej przyzwyczajenie, uczucie rodzinne, więź, której fundamentem są wspomnienia z dzieciństwa”[14] – tłumaczyła baronowa w liście do znajomej wiele lat później.
W Paryżu mało kto wierzy w ich rodzinne związki, ale oficjalnie podają się za cioteczne rodzeństwo. Ich relacja – silna i nierozerwalna, jak pokaże czas – od początku budzi kontrowersje. Apollinaire będzie twierdził, że są po prostu kochankami, którzy żyją po swojemu. Od pierwszych lat w Paryżu mieszkają razem i wspólnie podróżują. W tym związku za życie na wysokim poziomie płaci Helena. Wynajmuje mieszkanie przy rue Boissonade 23, wydaje pieniądze na suknie, kapelusze, bieliznę, alkohole i czekoladki. Regularnie spływają do niej przekazy od zarządcy rodzinnego majątku, dzięki czemu swobodnie porusza się po meandrach paryskiego blichtru, mody i stylu życia arystokracji.
Serge zapisuje się do prywatnej szkoły malarstwa i rysunku Académie Julian, gdzie w latach osiemdziesiątych XIX wieku uczyły się Anna Bilińska, Maria Dulębianka i Aniela Pająkówna. Baronowa wkrótce idzie w ślady swojego towarzysza. Postanawia, że będzie artystką. Przez dwa lata uczy się malarstwa akademickiego. Zdobywa warsztat i umiejętności pozwalające jej stworzyć realistyczny obraz. Na jednym z zachowanych autoportretów Helena przedstawiła siebie w pozie siedzącej, na ciemnym tle, zamyśloną. Ubrana w skromną, ciemną suknię i czarny kapelusik nie przypomina dominującej, pewnej siebie i ekstrawaganckiej arystokratki, lecz raczej pełną pokory kobietę, która wiele chce od życia, choć nie wie, jak po to sięgnąć.
W pierwszych latach XX wieku baronowa i Serge żyją, jak przystało na francuską burżuazję. Nie muszą się martwić o pieniądze. Helena umila sobie czas zakupami w pełnych przepychu paryskich domach handlowych. Co rusz nabywa nowy kapelusz albo biżuterię. Wspólnie oglądają spektakle teatralne, wystawy i zwiedzają salony sztuki. Zachwycają się nabistami, obrazami Maurice’a Denisa, ale daleko im jeszcze do zetknięcia się z awangardą i sztuką nowoczesną.
Spokojna egzystencja zostaje zaburzona, gdy któregoś dnia 1903 roku w paryskiej galerii Georges Petit podchodzi do nich pewien włoski malarz. Nie pamiętają go, ale on wie, z kim ma do czynienia. Nie może uwierzyć, że spotyka kobietę, którą widział kilka lat wcześniej we Florencji! Doskonale zapamiętał jej zjawiskową urodę i dziwną aurę, jaką roztaczała.
Przedstawia się jako Ardengo Soffici. Pochodzi z toskańskiego miasteczka Rignano sull’Arno blisko Florencji. Ma dwadzieścia cztery lata, jest malarzem, wielbicielem poezji, próbuje też pisać książkę o Arturze Rimbaud. Zaprasza Helenę i jej „brata” do pracowni, chce im pokazać swoje obrazy.
Wkrótce baronowa jedzie taksówką na paryskie peryferia do dziwacznej budowli zwanej La Ruche (Ul), w której mieszczą się tanie pracownie niezamożnych artystów, głównie żydowskich imigrantów. Niczym ekscentryczna ćma wkracza do ubogiego świata artystycznej bohemy, gdzie młodzi imigranci kładą podwaliny pod sztukę nowoczesną. Ubrana w gigantyczny kapelusz, drogą suknię, obwieszona biżuterią, z pudełkami czekoladek w dłoni zjawia się w miejscu, którego progu nie przestąpiła żadna wytworna dama. To portal do innego świata.
Oczarowuje ją niewielka pracownia Ardengo, jego płótna i atmosfera tego miejsca. Zostanie tam na dłużej.
MÉNAGE À TROIS
Włoch i baronowa nawiązują intymną relację. Helena zachłystuje się artystycznym życiem. Praktycznie mieszka w La Ruche. Rozstawia sztalugi obok sztalug Ardengo. Godzinami malują obok siebie martwe natury, zwiędłe kwiaty, szkice portretów. W łóżku rozmawiają o sztuce, recytują sobie ulubione wiersze. Włoch jest zafascynowany Rimbaudem, opowiada o nim i o swojej książce, ona tłumaczy mu fragmenty z Puszkina i Gogola.
Młody malarz do szaleństwa zakochuje się w Helenie. Jego donna russa odwzajemnia uczucie, chociaż oddanie i siła miłości odsłaniają mroczną stronę jej osobowości. Jest dominująca, chwilami bezwzględna. Im bardziej kocha, tym częściej pozwala sobie na okrucieństwo.
Kilkadziesiąt lat później Ardengo będzie porównywał urodę Heleny do rudowłosych modelek na obrazach prerafaelitów, zwłaszcza Dantego Gabriela Rossettiego. Opisze baronową tak, jak by opisywał stereotypową femme fatale: „Jedna z niszczycielskich kobiet, z gatunku heroin z wierszy Puszkina, Lermontowa, powieści Dostojewskiego i innych pisarzy rosyjskich: anioł i demon, pieszczotliwa, niewinna, a jednocześnie okrutna, przewrotna, kłamliwa zdrajczyni, zdolna do czynienia zarówno dobra, jak i zła”[15].
Ardengo bywa często w mieszczańskiej kamienicy, gdzie mieszka Helena. Serge zdążył poznać i polubić Włocha, dyskutują o malarstwie i o tym, co się dzieje w paryskiej sztuce. Między trójką młodych artystów zawiązuje się silna więź, a ich centralną figurą pozostaje baronowa. Mężczyźni nazywają ją Lialeczką. Chcieliby, aby była ich laleczką, chociaż to ona rozdaje w tym trójkącie karty. Lubią spędzać ze sobą czas, rozmawiać i wspólnie biesiadować. Mówią o sobie: „radosne trio”.
Po kilku miesiącach życia w bańce namiętności u Heleny zaczyna się depresja i schorzenia, których nie umie wyleczyć paryski lekarz. Jej skórę atakuje łuszczyca, niewyleczalna, kłopotliwa choroba, która bardzo negatywnie wpływa na codzienne funkcjonowanie. Na skórze pojawia się swędząca wysypka i nieestetyczna łuska.
Baronowa postanawia wyjechać z Paryża. Ruszają z Serge’em do Roncegno, wówczas należącego do Austro-Węgier, dzisiaj włoskiego uzdrowiska termalnego, w którym leczy się europejska elita. Tam w drogim i elitarnym sanatorium Heleną zajmuje się niejaki doktor Viola, który diagnozuje, że odczuwane przez nią rozmaite dolegliwości mają podłoże psychiczne.
Baronowa raz czuje się lepiej, raz gorzej. Gorączka i dotkliwe bóle reumatoidalne odchodzą i wracają. Serge jest opiekuńczy i uczynny, pozostaje blisko Heleny. W przerwie między kuracjami oboje rozstawiają sztalugi w plenerze i malują.
Przez kolejnych pięć lat baronowa i jej „kuzyn” będą nieustannie w podróży. Krążą między Paryżem, Roncegno, Florencją, Rzymem, Wenecją a Niceą. Wszędzie jadą za baronową jej liczne kufry podróżne i pudła z kapeluszami. I zawsze obok jest Serge, a niekiedy dołącza Ardengo. W momencie rozłąki Helena pisze do Włocha: „Czuję, że całe moje życie zależy od tego, czy mnie kochasz”[16].
We trójkę malują dekoracyjne panele na ścianach hotelu w Roncegno. Na jednym z malowideł przedstawiają spotkanie Dantego i Beatrycze, na innym – samych siebie w stylizowanych szatach: Ardengo i Serge siedzą na ziemi i otaczają ramionami ukochaną Lialeczkę. Hotel z jego malowidłami zostanie zbombardowany podczas wojny. Nie zachowają się nawet zdjęcia paneli.
Helena coraz bardziej jednak wymyka się Włochowi, a gdy słabnie ich relacja, zmienia się sytuacja w całym trójkącie. Przyjaźń mężczyzn się zacieśnia. Gdy nie przebywają gdzieś we troje, Ardengo i Serge prowadzą intensywną korespondencję. Ich listy są pełne sympatii i zapewnień o wiernej przyjaźni. Wymieniają się informacjami o bieżących wydarzeniach w dziedzinie sztuki, opisują codzienność, a w tle listów zawsze jest baronowa. Serge donosi przyjacielowi o tym, jak się miewa Lialeczka. Ona jedynie dopisuje na końcu listu: „Pozdrawiam” albo „Lialeczka cię ściska”.
Związek Heleny i Ardengo przeżywa wzloty i upadki. Ona oskarża „kuzyna”, że ukradł jej kochanka. Jest zazdrosna o więź między mężczyznami. Uważa, że Serge nie chce już rozmawiać z nią o sztuce, bo robi to tylko z Włochem.
Chwilami wraca jednak pełnia szczęścia. Gdy baronowa i Serge przebywają w uzdrowisku Aix-les-Bains, wymieniają z Włochem miłosne listy. Z czasem ona staje się okrutna, prowokuje Ardengo, flirtując na jego oczach z nieznajomym mężczyzną. Doprowadza go do szału małostkowością, marudzeniem, zmianami nastrojów. Często popada w melancholię i staje się niedostępna.
Ardengo nakłania ją do wyjazdu na południe Francji, chce żyć w odosobnieniu i poświęcić się sztuce, jak Paul Cézanne. Helena nie jest zachwycona tym pomysłem, uważa się już za paryżankę. Proponuje ukochanemu, że kupi dom w jego rodzinnej miejscowości, a on będzie malował na jego ścianach. Ardengo czuje się poniżony.
Wreszcie podczas pobytu w Rzymie dochodzi do zerwania. Helena nie może znieść oddania i miłości Włocha. Odrzuca go, chociaż nie przestaje o nim myśleć, fantazjować o ich związku i tęsknić. W przyszłości będzie powtarzała ten wzór: ilekroć pokocha mężczyznę, będzie go pierwsza porzucać i cierpieć z miłości.
Baronowa pogrąża się w depresji. Obsesyjnie myśli o ruinach w Pompejach i Herkulanum. Doktor Viola próbuje różnych terapii. Stwierdza, że tylko sztuka może ją uzdrowić. Zaleca jej twórczość, a Helena wraca do malowania. Z tego okresu zachował się cykl akwareli przedstawiający fantazyjny bestiariusz.
W październiku 1907 roku Serge i Helena wracają do Paryża, aby zobaczyć prace pokazane na Salonie Jesiennym. Serge donosi w liście Ardengo, że Lialeczka ciągle maluje i robi postępy. Wiosną kolejnego roku Włoch i baronowa znowu się schodzą, jednak już w czerwcu następuje zerwanie. „Jest najbardziej nieszczęśliwą istotą, jaką widziałem na świecie, tym bardziej nieszczęśliwą, że jej nieszczęście nie jest nawet wielkie, ale raczej irytujące i małostkowe”[17] – pisze rozgoryczony Ardengo do „najdroższego” Serge’a. Ten jednak widzi, że Helena cierpi. Symptomy wskazują na depresję.
Latem 1908 roku donosi przyjacielowi: „[…] znasz Lialeczkę, z jej pomysłami, których jest zatrzęsienie. Ona mówi, że jesteś człowiekiem bez serca, że teraz też udajesz etc. Aby jej coś udowodnić, trzeba być Japończykiem i rozpruć sobie brzuch, a nawet wtedy rezultat nie będzie pewny… ale ona jest jednocześnie niezwykła”[18].
Ardengo jest gotów w każdej chwili wrócić do Heleny, ta go jednak nie chce. Gdy przekazuje mu przez Serge’a, że zabrania więcej do siebie pisać, on czuje się „pogrzebany żywcem”. Mimo zakazu wysyła jej pełen wyrzutów, okrutny list. Baronowa otrzymuje go w złym momencie, jest ciężko chora i oskarżenia pogarszają jej stan. Serge staje murem za Heleną i czyni wyrzuty przyjacielowi.
Za jakiś czas Ardengo pisze znowu: „Zapominam o wszystkim, Lialeczka jest mi tak droga, ale nie mogę zapomnieć, że musi pracować i rozwijać się we własnym kierunku”[19]. Ale pragnienie pojednania wygrywa i w kolejnym liście do Serge’a Włoch kapituluje: „Czekam tylko na słowo, aby do niej dołączyć. […] W tej chwili kocham Lialeczkę chyba bardziej niż kiedykolwiek (mając przy tym mniej nadziei) i jeśli trzymam się od niej z daleka, to dlatego, że odepchnęła mnie wszelkimi możliwymi sposobami. […] Moim marzeniem zawsze było, abyśmy żyli razem, we troje, pracując gdzieś daleko poza miastem, rozwijali nasze dusze i jeśli Lialeczka by chciała, to mogłoby się udać”[20].
Rozstają się i schodzą, ta szarpanina trwa prawie sześć lat.







