Historię budzących grozę wikingów znamy głównie z relacji przerażonych ich agresją średniowiecznych kronikarzy anglosaskich i frankijskich. Neil Price podjął próbę opisania społeczności skandynawskiej niejako od wewnątrz, chcąc zrozumieć ich motywacje, a także ich świat i duchowość.


Autor wiele uwagi poświęcił szczególnie źródłom niepisanym – odkryciom archeologicznym i informacjom uzyskanym dzięki nowoczesnym technologiom, w tym przede wszystkim badaniom DNA.

Obraz wikingów ukształtowany przez kulturę masową równoważy wiedzą opartą na interdyscyplinarnych badaniach naukowych. Wnioski skłoniły go do postawienia śmiałej, ale mocno uargumentowanej tezy o etnicznym, a nie tylko kulturowym charakterze społeczności wikińskiej.

W publikacji zebrał całość wiedzy, jaką dysponujemy o ludziach, którzy wywołali ważne zmiany w wielu częściach Europy – od wysp północnego Atlantyku do basenu Morza Śródziemnego i od lrlandii do Powołża.

Jest to wiedza kluczowa dla zrozumienia początków Europy, takiej jaką znamy dzisiaj.

Neil Price
Dzieci jesionu, dzieci wiązu. Historia Wikingów
Przekład: Maciej Froński
PIW Państwowy Instytut Wydawniczy
Premiera: 27 maja 2025
 
 


Rozdział 9
NAJAZD

Początek epoki Wikingów zwykle przedstawia się na mapie, zwłaszcza w książkach takich jak ta. Za pomocą strzałek pokaże ona trasy, daty i cele „pierwszych najazdów”, zwykle ujęte w odrębne przedziały czasowe – powiedzmy, pół wieku – i w ten sposób będzie można śledzić postęp ataków morskich, które dla tak wielu określają owe trzy stulecia. Ruchy „Wikingów” najczęściej zostają pokazane w znaczeniu dość abstrakcyjnym, być może wskazując punkt wyjścia, a więc również następujące po sobie fale „napadu”.
Wiele z tych map za punkt wyjścia obiera najazd na klasztor położony na wyspie Lindisfarne u wybrzeża Nortumbrii w północnej Anglii, który zaatakowano w czerwcu 793 roku, co jest pierwszym przypadkiem, o którym wiemy na pewno. Później, na dalszych mapach, następuje narastająca seria ataków na inne domy klasztorne, odsłonięte osady, a w końcu całe regiony dostępne z wybrzeży i rzek Wysp Brytyjskich oraz północno-zachodniej Europy. Wielu badaczy próbowało podzielić epokę Wikingów na okresy, które zwykle określały zmiany w schematach przemocy morskiej. Zwyczajowo datuje się wstępny okres sporadycznych napadów od około 789 do 805 roku, po czym następuje przerzucenie się na cele w Irlandii i Szkocji aż do roku 834, zanim po tej dacie dojdzie do powstania prawdziwych armii wikińskich prowadzących kampanie obejmujące zimowanie poza domem.
Tego schematu zamierzam się trzymać, choć cały czas mam świadomość, że narzucam się z wiedzą postfaktyczną, zamiast przedstawiać życie tak, jak ono było przeżywane. I oczywiście wiemy, że na epokę Wikingów składało się o wiele więcej niż tylko to, zwłaszcza w stuleciach, które – jeśli spojrzymy na to od naszego końca osi czasu – kryły się za jej rzekomymi początkami. Istnieli ludzie z ich bogato zdobionym światem kultury, dziedzice wyszukanych tradycji i praktyk skandynawskich oraz światopoglądy nadbudowujące się przez tysiąclecia. Wikingowie mieli własne motywy i powody do tego, co robili. Zwłaszcza ich działania za morzem pasowały do politycznych trendów i ideologii, całkowicie
osadzonych w społeczeństwie, które zostało w Skandynawii.
W historii ludzkiej czasami można dostrzec coś, co teoretycy systemów nazywają osobliwościami – zmiany społeczne same w sobie raczej małe, lecz o długoterminowym i wielkoskalowym oddziaływaniu. Może być trudno je uchwycić, często są skutkiem nagłego pojawienia się razem wielu oddzielnych elementów w mniej lub bardziej przypadkowy sposób. Jednakże, gdy raz się je puści w ruch, może być trudno je powstrzymać albo okaże się to wręcz niemożliwe – stanowią one tzw. punkt zwrotny. Archeologia zajmuje się kulturą materialną, dosłownie rzeczami, które przetrwały z przeszłości aż do czasów obecnych, i w związku z tym zawartość grobów rzadko kiedy bezpośrednio notuje osobliwości. Niemniej ostrożnie i z wysiłkiem można je zaobserwować we wzorcach, które się wokół nich wytwarzają, i odnosi się to także do początków epoki Wikingów.
Zanim jednak zaryzykuję, muszę wziąć pod uwagę coś jeszcze, niemalże imperatyw moralny. „Kartograficzna” epoka Wikingów, najazdy przedstawione na mapie, jest przydatnym, lecz utrzymującym wygodny dystans sposobem zbliżenia się do tych wydarzeń. Potrzeba jednak brutalnej próby rzeczywistości – korygującego i koniecznego potwierdzenia tego, co tak naprawdę oznacza plątanina dat, nazw miejscowych i strzałek.
W sposób najbardziej bezpośredni, na miejscu, tego samego dnia, dla wielu najazdy były najboleśniejszym zakończeniem. Za każdym oznaczeniem na naszej mapie kryją się nagła panika i przerażenie, cięcia mieczem i ciosy toporem, ostry ból i otwarte rany, ciała porzucone na poboczu dróg i osierocone dzieci, zgwałcone kobiety i wszyscy ludzie dopiero co wzięci w niewolę, całe linie genealogiczne znajdujące swój koniec w kałuży krwi, krzyki i następująca po nich cisza tam, gdzie powinien wybrzmiewać gwar rozmów, płonące budynki i ruiny, straty gospodarcze, przekonania religijne w jednej chwili wywrócone wniwecz i zastąpione przez upokorzenie i gniew, drogi zapełniające się uchodźcami w miarę, jak za ich plecami rosły słupy dymu. Albo zupełna, bezwzględna brutalność przyjmująca wszelakie postaci.
Wyjaśniając zamorskie ataki, nigdy nie należy zapominać, kim byli Wikingowie – prawdziwi Wikingowie – jeśli wykroczymy poza frapującą złożoność ich światopoglądu i cudowną okoliczność, że każdy z nich nosił w sobie uosobienie szczęścia i kobiecego ducha przewodniego. W poezji Anglicy nazywali ich wælwulfas, „wilkami rzezi”, i nie bez powodu – ale nawet sami Wikingowie to przyznawali.
Oto wielki islandzki wojownik-poeta z X wieku, Egil Skallagrimsson, opisuje swoje doświadczenie w najazdach (starając się zaimponować kobiecie podczas uczty, co też coś o nim mówi):

Farit hefi ek blóðgum brandi
svá at mér benþiðurr fylgði,
ok gjallanda geiri;
gangr var harðr af víkingum.
Gjǫrðum reiðir róstu,
rann eldr of sjǫt manna,
ek lét blóðga búka
í borghliðum soefask.

Poszedłem z zakrwawioną głownią
Tam, dokąd zmierzały kuropatwy ran [kruki],
I gdzie przeraźliwą włócznią
Zaciekle walczyli Wikingowie.
W szale wydaliśmy bitwę,
Ogień przebiegał po domach ludzi,
I pozwoliłem, by w miejskich bramach
Spały zakrwawione ciała.

W późniejszych dekadach VIII wieku zaczęła się wyłaniać osobliwość złożona z zawiłych, przecinających się nurtów społeczeństwa skandynawskiego i jego wzajemnego oddziaływania z otaczającym światem. Nie było żadnego wyraźnego, pojedynczego wydarzenia ani czynnika, który zapoczątkowałby „epokę Wikingów” – zamiast tego wiele z nich łączyło się ze sobą. Usiłując zrozumieć, czym one wszystkie były i w jaki sposób pojawiły się jednocześnie, tworząc takie wielkie i przepełnione przemocą teatrum, należy zawsze położyć nacisk na wieloprzyczynowość i złożoność tej materii.
Zasadniczo w centrum wszystkiego leżał eksport trendów i zachowań, które już występowały w granicach Skandynawii przez stulecia – długi tor od końca okresu wędrówek ludów do zarania epoki Wikingów. Bagaż kulturowy długo zawierał międzynarodowe kontakty i komunikację. W praktyce wikińscy najeźdźcy nigdy nie pojawiali się jak grom z jasnego nieba – nieznane barbarzyńskie żagle na horyzoncie Morza Północnego. Ofiary spotykały Skandynawów nieraz wcześniej, ale raczej jako handlarzy niż narzędzia chaosu – zaskoczenie leżało w przemocy, a nie w samym spotkaniu.
W VIII wieku konflikt, który uprzednio był właściwy tylko małym państewkom w Skandynawii przez większość późnej epoki żelaza, stał się niepowstrzymany, zwłaszcza wzdłuż wybrzeży Norwegii. Napięcia się wzmagały aż do chwili, kiedy na ich rozstrzygnięcie potrzeba było większej sceny. Nietrudno dostrzec doraźną korzyść w poszukiwaniu bogactwa materialnego za morzem na zachodzie, i to za pomocą takich ryzykownych posunięć, by wykorzystać dostępne środki militarne i utrzymać je w ryzach obietnicą nagrody. Istniały też bodźce ekonomiczne w handlowych ambicjach norweskich królów morskich oraz ich odpowiedników w Danii i na bałtyckim wybrzeżu Szwecji. Patrząc jednocześnie na wschód i na zachód, dostrzegli oni szansę w aktywnym handlu morskim. Łączyło się to z ciśnieniem społecznym – jednym ze skutków wielożeństwa było powstanie zubożałej klasy młodych mężczyzn pozbawionych majątku przez przemocy na morzu dawały możliwość odmiany życia w wielu kierunkach. Wreszcie istniał też tradycyjny skandynawski światopogląd, którego zbrojnym wyrazem był napad na kultury chrześcijańskie, naprawdę uginające się przed jego niszczycielską mocą.
Zanim jednak w kolejnych rozdziałach zaczniemy badać te ukryte przyczyny, konieczne jest zrozumienie ich skutków.
Podchodząc do kolejnych wydarzeń wczesnej epoki Wikingów, łatwiej się obsunąć w swego rodzaju tyranię źródeł pisanych, niżby się to stało w odniesieniu do procesów długoterminowych. Mniej lub bardziej współczesne teksty, takie jak Kronika anglosaska, zachowują przydatny zbiór roczników jasno stwierdzających, co się bezdyskusyjnie wydarzyło i kiedy (choćby najazd na Lindisfarne w 793 roku). Jako że cała naukowa krytyka w odniesieniu do nich skupiła się na szczegółach, nie dziwi, że zawarty w nich obraz znalazł się w spektrum uwagi. Niemniej najwcześniejszy rzeczywisty dowód na przeprowadzenie najazdu wikińskiego nie ma w ogóle charakteru pisanego, lecz archeologiczny. Co jednak najważniejsze, biorąc pod uwagę, że poprzedza on atak na Lindisfarne o ponad 40 lat, nie pochodzi z zachodu ani Wysp Brytyjskich, tylko ze wschodu i Bałtyku. Mniej więcej w połowie VIII wieku, około roku 750, szwedzka wyprawa morska skończyła się źle, i to w gwałtowny sposób, na wyspie Saremie przy wybrzeżu estońskim albo wokół niej. Wiemy o tym z przypadkowych odkryć w latach 2008 i 2012 dwóch łodzi pełnych zabitych wojowników, pogrzebanych przy brzegu na terenie dzisiejszej wsi Salme. Ustawiono je na przesmyku równolegle do linii wody, około 40 metrów jedną od drugiej, w strategicznym miejscu, obok którego miały przepływać łodzie. Groby były widocznym punktem w terenie – taki był zamysł, żeby były widoczne i pamiętane. Przed wykopaliskami w Salme największa liczba ciał znaleziona w wikińskim grobie łodziowym wynosiła cztery, może pięć. Pierwszy ze statków znalezionych w tej wsi, mniejszy z dwóch, zawierał zwłoki siedmiu ludzi – co zaskakujące, drugi mieścił co najmniej 34 ciała. Razem biorąc, groby łodziowe z Salme są unikatowe, zwłaszcza dlatego, że pozwalają na wgląd w najwcześniejsze najazdy, zatem warto poświęcić czas na ich zbadanie.
Mniejszy z dwóch statków był łodzią wiosłową o rozmiarach mniej więcej 11,5 metra długości na 2 metry szerokości; być może była to swego rodzaju szalupa. Jego złożoną z nieboszczyków załogę umieszczono siedzącą na ławach – sześciu w trzech parach przy wiosłach, a siódmego, najstarszego, na jednym z końców, pewnie jako sternika przy sterze. Mężczyzn pochowano z przeróżnymi narzędziami i przyborami, kilkoma sztukami broni (choć nie dla wszystkich starczyło), dużą ilością mięsa oraz ciałami dwóch jastrzębi, które pozbawiono głów. Drugi statek był o wiele większy – prawdziwa jednostka pełnomorska długa na 17 metrów i szeroka na 3 metry. Na jednym końcu łodzi, najpewniej dziobie, pochowano 34 ludzi w czterech warstwach, ułożonych jeden przy drugim na dnie kadłuba. Na nich i wokół nich znaleziono co najmniej 42 miecze, wiele pięknie wykonanych o wysadzanych klejnotami rękojeściach i ze złotymi zdobieniami. Jeden z nich miał nawet klingę inkrustowaną złotym wzorem, rzecz zupełnie nieznaną przed znaleziskiem w Salme. Mężczyźni nosili biżuterię w postaci prostych szpil do zapinania płaszczy, co sugeruje praktyczny, ręcznie wykonywany strój do noszenia na morzu – nic wymyślnego. Do wyjątków należały kilka korali i dwa cienkie naszyjniki z kłów niedźwiedzia – te na pewno robiły wrażenie. Na ciałach rozrzucono pionki do gry, na niektórych dokładnie ułożono ryby; inne w rękach trzymały morskie ptaki. Niektórzy ludzie mieli kotlety cielęce, baranie czy schabowe piętrzące się na ich piersi. Pokład zawalony był kawałami wołowiny i wieprzowiny.
Cały ten stos ciał przykrywał drewniany „kopiec nagrobny” zrobiony z tarcz ułożonych tak, żeby na siebie zachodziły, tworząc nad zmarłymi kopułę. Każde umbo wyklepano na płasko, tarcze pocięto, a wiele sztuk broni celowo powyginano. Kopiec przykryto pojedynczym kawałem surowej tkaniny, a wystarczająco duży, by sprostać tej roli, był najpewniej jedynie żagiel. Obciążono go kamieniami. Na „kopcu z tarcz” umieszczono trzy drapieżne ptaki. Sześć psów porąbanych na kawałki ułożono na tarczach wokół obrzeży. W szczyt kopca wbito pionowo dwa miecze.
Pochówki z Salme bez wątpienia nastąpiły po jakiejś walce. Wiele ciał, zwłaszcza w górnych warstwach „kopca z tarcz” i w mniejszej łodzi, nosiło ślady urazów od ostrego albo tępego narzędzia, przy czym ciosy padały na twarz i ramiona, rany po strzałach były widoczne aż do bioder, istniały też inne obrażenia. W środku kopca leżał mężczyzna z najgorszymi ranami, ale również najlepszą bronią, w tym mieczem pierścieniowym, co znamionowało przywódcę o bardzo wysokiej pozycji. W przeciwieństwie do innych ciał nie pokryto go pionkami do gry – przeciwnie, miał tylko jeden, króla, który umieszczono mu w ustach. Zmarli byli w wieku od późnej nastoletniości do dojrzałości, większość po trzydziestce – słowem, mężczyźni w kwiecie wieku. Byli też nadzwyczaj wysocy. Badania izotopu zębów wykazały, że (z nielicznymi wyjątkami) pochodzili z doliny jeziora Melar w środkowej Szwecji, co potwierdza podobieństwo między bronią i wyposażeniem z Salme a tymi z grobów łodziowych w U pplandzie. Wyraźna wskazówka, wzmocniona rozległymi ranami na wielu ciałach, jest taka, że groby z Salme są następstwem wyprawy morskiej Swearów, która skończyła się rozlewem krwi – innymi słowy, najazdu. Argumentowano, że była to misja dyplomatyczna – powszechnie używano jastrzębi jako prestiżowych podarunków i było niesłychanie trudno utrzymać je przy życiu podczas transportu. Jeśli tak, to – delikatnie rzecz ujmując – dyplomacja musiała zawieść.
Troska, jaką okazano zmarłym, czas i wysiłek, jak również podobieństwo do obrzędów łodziowych w Szwecji właściwej każą przypuszczać, że zmarłych pochowali ich towarzysze i że cokolwiek się wydarzyło, Szwedzi w ostateczności starcie wygrali. Badania DNA wskazują na szeroki rozrzut pokrewieństwa, dzięki czemu można założyć, że większość z nich pochodziła z tego samego, choć bardzo rozległego środowiska geograficznego i rodzinnego. W rzeczy samej czterej byli braćmi, pochowano ich razem w grupie. Biorąc to wszystko pod uwagę, wygląda to na część jednej z dynastii rodowych, które w VIII wieku tworzyły główne bloki władzy.
W najmniejszym stopniu nie powinno być dla nas niespodzianką, że Austmarr – po staronordycku „Morze Wschodnie” – było główną widownią morskiej gry o władzę w Skandynawii, co obejmowało również najazdy. Na poły mitologiczne dzieje dynastii Ynglingów pióra Snorriego wyraźnie opisują działania królestwa ze środkowej Szwecji na tym akwenie. Najprawdopodobniej Duńczycy działali w podobny sposób wzdłuż wybrzeża południowego Bałtyku. Jeszcze raz należy się pokusić o podsumowanie – najazdy wikińskie, w dosłownym i ścisłym znaczeniu tego pojęcia, nie były początkowo zjawiskiem związanym z Zachodem, lecz ze Wschodem. Były też, i to na znaczną skalę, „wewnętrzną” działalnością podejmowaną na skandynawskich „wodach terytorialnych”, że użyję współczesnego anachronizmu, jakkolwiek adekwatnego. To dlatego, nawet później w tym samym okresie, pojawiają się kamienie runiczne, które mówią o trzymaniu straży przed Wikingami.
Jak mówi Snorri, jeden z królów z dynastii Ynglingów, Yngvar, nawet zginął podczas takiej wyprawy:

32. Król Yngvar zawarł pokój z Duńczykami, po czym zaczął grabić na szlaku wschodnim. Pewnego lata wyruszył z wojskiem do Eistlandu i rabował w miejscu, które nazywa się Stein. Wówczas Eistowie zeszli na wybrzeże w wielkiej sile i stoczono tam bitwę. Ich armia była tak liczna, że Szwedzi nie mogli im stawić oporu. Poległ wtenczas król Yngvar, a jego wojowie uciekli. Został pochowany w kopcu przy samym morzu. Stało się to na Ozylii. Szwedzi udali się do domu po tej porażce.

Tak mówi Thjodolf:

23. Wieść szybko niosła się,
że Yngvara
mieszkańcy Ozylii
zabili;
I jasnoskórego,
w sercu wody,
armia Eistów
napadła;
A Eystrasalt
szwedzkiemu władcy
wiersze Gymira
na chwałę recytuje.

Region Adalsýsla leży na stałym lądzie dokładnie naprzeciwko Saremy, ale umiejscowienie Steinu, skały w sercu morza, jest niepewne. Być może odpowiedź może nam podsunąć starsza od Heimskringli (Kroniki królów Norwegii) Snorriego Historia Norvegiae, łacińska historia Norwegii, która wyraźnie mówi, że Yngvar „został zabity podczas kampanii na bałtyckiej wyspie zwanej Eysysla przez jej mieszkańców”. Od nazwy miejscowej pochodzi Ösel, szwedzka nazwa Saremy – innymi słowy, jeśli połączy się te źródła, to można dojść do wniosku, że to Yngvar zginął i został pochowany w kopcu nad morzem na tej wyspie. Jego panowanie z reguły datuje się na początek VII wieku, na 100 lat przed pochówkami w Salme, mimo to można się zastanawiać nad poprawnością tego datowania, zwłaszcza mając na uwadze człowieka z figurką króla w ustach. Jeśli można zrozumieć tę początkową koncentrację raczej na kierunku wschodnim niż zachodnim, jest równie jasne, że pomysł wysyłania poważnych ekspedycji na duże odległości przez otwarte morze, czyli poza bezpośrednią strefę komfortu kulturowego Wikingów (do pewnego stopnia), znalazł realizację w kierunku zachodnim na Wyspy Brytyjskie i prawie równocześnie w kierunku południowo-zachodnim, do państwa Franków, a więc na tereny późniejszej Francji i Niderlandów.
Wikingowie złowrogo wkraczają na karty historii w Kronice anglosaskiej, dworskim zapisie Królestwa Wesseksu, na rok 789:

Beorhtric wziął córkę króla Offy, Eadburh. Za jego dni przypłynęły pierwsze trzy łodzie mieszkańców Północy z Hordalandu, a wtedy urzędnik królewski pojechał tam i chciał wymóc na nich, by się udali do miasta króla, nie wiedział bowiem, kim byli; a wtedy oni go zabili. To były pierwsze łodzie Duńczyków, które znalazły kraj zamieszkiwany przez naród angielski.

Roczniki z St Neots określają to miejsce jako „wyspę noszącą nazwę Portland”, która leży tuż przy wybrzeżu hrabstwa Dorset w pobliżu Weymouth. Trzeba powiedzieć, że data nie jest pewna, a jedynie umieszcza się wydarzenie za panowania króla Wesseksu w latach 786–802, spotkanie to niekoniecznie więc wydarzyło się w roku annału, który skompilowano po fakcie. Nie jest także do końca jasne, czy w Portland w ogóle doszło do najazdu, czy też było to jakieś nieporozumienie podczas kontroli celnej, ani dlaczego całe łodzie pełne Skandynawów musiały płynąć tak daleko na południe, zamiast dobić do brzegu gdzieś wcześniej. Zamieszanie robi się jeszcze większe przez to, że jako miejsce ich pochodzenia wskazuje się Hordaland w zachodniej Norwegii, ale jednocześnie skryba nazywa ich „Duńczykami”. Uogólnienie Dani (i pagani, „poganie”) na określenie Skandynawów będzie się powtarzać w angielskich źródłach z tego okresu. Wreszcie źródło zawiera rażący błąd, a niewykluczone, że celową nieprawdę – wiemy, że Skandynawowie podejmowali kontakty z Anglikami przez co najmniej stulecie przed tym najazdem albo i o wiele dłużej. Możliwe powody milczenia Kroniki w tym zakresie staną się oczywiste.
Wersję najwcześniejszych najazdów, jaką przedstawia nam Kronika, trzeba uzupełnić dowodami ze współczesnych jej listów i edyktów, z których może wynikać, że Portland w ogóle nie musiało być pierwszym ich celem. W roku 792 edykt Offy, króla Mercji, odnoszący się do Kentu, mówi o potrzebie służby zbrojnej przeciwko „zamorskim poganom” (którymi mogli być tylko Skandynawowie) w wędrownych flotach, którzy przypuszczalnie działali od jakiegoś czasu. Pierwszy z całą pewnością odnotowany najazd na zachodzie zdarzył się następnego roku i chodzi oczywiście o słynny atak na Lindisfarne, klasztor w Nortumbrii pod wezwaniem Świętego Kutberta i położony na Świętej Wyspie, którą ze stałym lądem łączyła odsłonięta podczas odpływu grobla. Jak to ujmuje Kronika anglosaska:

W tym straszliwym roku złowieszcze znaki pokazały się w kraju Nortumbryjczyków, aż zadrżeli ci nieszczęśni ludzie. Były potężne trąby powietrzne, błyskawice, widziano też, jak na niebie latają zionące ogniem smoki. Po tych znakach nadszedł wielki głód, a niewiele później, tego samego roku, szóstego dnia przed idami styczniowymi, najazd przeklętych pogan zniszczył kościół boży na Lindisfarne.

Roczniki z Lindisfarne poprawiają datę na 8 czerwca, co ma więcej sensu, jeśli chodzi o pogodę. Ten drugi opis ataku, bardziej po prostu reakcja na niego, znajduje się wśród najczęściej cytowanych fragmentów z całego tego okresu. W liście, który do króla Nortumbrii napisał angielski kleryk Alkuin, wtedy czasowo przebywający na dworze frankijskim, przeczytać można:

Nigdy wcześniej na Brytanię nie padła taka trwoga jak ta, której teraz doświadczyliśmy od rasy pogan, ani nawet nie przypuszczano, że od strony morza można dokonać takiego najazdu. Patrzcie, oto kościół Świętego Kutberta spryskała krew księży, ograbionych ze wszystkich paramentów – miejsce bardziej czczone niż cokolwiek w Brytanii padło ofiarą pogan.

Późniejsze sprawozdania opisują, jak mnichów zabito na miejscu, wrzucono do morza, żeby się potopili, albo obrócono w niewolników, a naczynia liturgiczne zabrano.
W swoich listach i notach Alkuin wielokrotnie wracał do najazdu na Lindisfarne, lecz stale pojawia się jeden wątek – poczucie, że to było z zaskoczenia, że coś takiego nigdy się wcześniej nie wydarzyło. Badacze zwykli stale kłaść na to nacisk, ale podważano to już w latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy znaleziono pierwsze rzeczywiste dowody archeologiczne na istnienie przedwikińskiego handlu przez Morze Północne, co zakładało występowanie ścisłych powiązań między ludami, poprzedzających najazdy. Zwrócono uwagę na inny fragment tego samego listu Alkuina do króla Nortumbrii, Aethelreda:

Zastanówcie się nad ubraniami, fryzurami i nieskromnymi zwyczajami książąt i ludu. Patrzcie na fryzury, jak bardzo chcieliście naśladować pogan z ich brodami i włosami. Czy nie zagrażają nam teraz ci, których fryzury chcieliście nosić?

Innymi słowy, najeźdźcy na Lindisfarne pochodzili z ludu na tyle już znanego swoim ofiarom, że byli przez nie postrzegani jako modni modele, co oczywiście wymagało bliskiej obserwacji. Badacze długo się kłócili o słowo navigium, zwykle tłumaczone jako „najazd od strony morza”, jak wyżej, jako ewentualny dowód na to, że czyn ten był bez precedensu. Inna ręka poprawiła je w rękopisie na naufragium, „katastrofę”, i podczas gdy jest to najprawdopodobniej dopisek późniejszy, jego znaczenie może być takie samo – Alkuin miał na myśli agresywne wtargnięcie od strony morza, a nie jakiegokolwiek rodzaju zetknięcie się na jego wodach. Alkuina i jego współczesnych zaskoczyło to, że ich skandynawscy znajomi zamiast z towarem na handel przypłynęli z mieczami, i właśnie to wyznacza punkt zwrotny w zachowaniu Wikingów – przynajmniej w ich jawnie brutalnym aspekcie, takim, jakim widzieli go ludzie spoza Skandynawii. Gdy Alkuin w swoim liście do biskupa Higbalda zaproponował, że będzie negocjował powrót zakładników schwytanych na Lindisfarne, było jasne, iż w jakiś sposób mógł się porozumiewać z porywaczami, co jeszcze raz każe przypuszczać, że ich znał. Wikingowie wrócili następnego roku i wiedzieli, na co mają ochotę – na położone na odludziu, niebronione, ale bardzo bogate klasztory. Najpewniej bardzo dobrze je znali ze swoich wypraw handlowych, jako że czasami w ich pobliżu odbywały się targi. Każdego Skandynawa wkraczającego do tego rodzaju kościoła – raczej ponurego z zewnątrz, w którym służyli niepozornie wyglądający mężczyźni z dziwacznymi fryzurami – musiały wprawiać w osłupienie znajdujące się w środku przedmioty ze złota i srebra. Nie chodzi tu jednak o ustalenie motywów. Najechano łączony męsko-żeński klasztor w Monkwearmouth Jarrow w Nortumbrii, ale podczas najazdu zginął jeden z wikińskich dowódców, a niektóre łodzie ucierpiały na skutek złej pogody i gdy kilka z nich zatonęło, a ich załogi dopłynęły do brzegu, zostały zmasakrowane przez miejscowych. Nawet w czasach tych wczesnych najazdów nie były to starcia całkowicie jednostronne.
W roku 794 Roczniki Ulsteru odnotowują masowe najazdy na Brytanię, choć w słowach nad wyraz ogólnych. Zwyczajowo uważa się, że po niepowodzeniu w Monkwearmouth uwaga Wikingów skierowała się na Szkocję i w roku 795 przypuścili szturm na opactwo na wyspie Ionie, co pociągnęło za sobą wiele ofiar po stronie mnichów (zaatakowane ponownie w latach 802 i 806, opactwo w końcu opustoszało). Już w roku 797 Alkuin pisał do mieszkańców Canterbury, by się wyżalić, że widział, „jak poganie przyzwyczajają się do pustoszenia naszych wybrzeży pirackim rabunkiem”, co nie brzmi jak echo nielicznych najazdów w odległej Szkocji czy po drugiej stronie Morza Irlandzkiego. Odnotował walkę z morskimi napastnikami w państwie Franków w roku 799, a tylko kilka lat później wzmiankował zdumiewającą liczbę 200 łodzi atakujących Fryzję (dzisiejszą Holandię).

 
Wesprzyj nas