Pierwsza powieść Georgi Gospodinowa od przyznania Międzynarodowej Nagrody Bookera za „Schron przeciwczasowy”. „Ogrodnik i śmierć” to znakomicie nakreślony obraz relacji między ojcem i synem ukazanej poprzez egzystencjalne studium choroby, odchodzenia i żałoby.


Narrator imieniem Georgi obserwuje ostatni miesiąc życia ojca. Towarzyszy mu, czuwa nad nim, świadomy nadchodzącego nieuchronnie kresu. Dokumentuje wszystkie drobne i istotne zdarzenia. Zwłaszcza ojcowską pasję do roślin – dzięki którym, po zwalczeniu raka kilkanaście lat wcześniej, nabrał nowych sił.

Ogród trzyma go przy życiu, przy ziemi. Jest jego alternatywnym światem i absolutnym lekarstwem.

Gospodinow luźnymi zapiskami z utraty buduje historię uniwersalnego doświadczenia relacji między ojcem i synem. Choć to opowieść o przemijaniu, narrator patrzy szerzej. Bada zależności pokoleniowe i kieruje swoją uwagę ku życiu; przez opowiadanie oswaja smutek.

„Ogrodnik i śmierć” to literacka obserwacja pełna czułości, która mimo obezwładniającego ciężaru śmierci mówi przede wszystkim o tym, co dzieje się przed nią.

***

„Prostota i głębia tej krystalicznie czystej prozy budzą mój ogromny entuzjazm.
– Olga Tokarczuk

Georgi Gospodinow
Ogrodnik i śmierć
Przekład: Magdalena Pytlak
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 21 maja 2025
 
 


1.

Mój oj­ciec był ogrod­ni­kiem. Te­raz jest ogro­dem.

 
Nie wiem, od czego za­cząć. Nie­chaj to bę­dzie po­czą­tek. Mowa tu o końcu, ma się ro­zu­mieć, lecz od czego za­czyna się ko­niec?

Chyba się po­siu­sia­łem, po­wie­dział oj­ciec w progu. Stał w drzwiach wej­ścio­wych, cho­ro­bli­wie wy­chu­dzony, lekko zgar­biony tak, jak gar­bią się wy­socy lu­dzie. Przy­wieźli go póź­nym wie­czo­rem pod sam ko­niec li­sto­pada. Prze­był trzy­sta ki­lo­me­trów, le­żąc na tyl­nym sie­dze­niu, by nieco zmniej­szyć ból. Udało mi się umó­wić ba­da­nia na na­stępny dzień.

Po­si­ka­łem się, po­wtó­rzył, winny ni­czym małe dziecko, prze­pra­sza­jący z ty­pową dla niego au­to­iro­nią, będą o nas ga­dać na stare lata.

Nic się nie stało, po­wie­dzia­łem i za­czę­li­śmy zmie­niać ubra­nia w przed­po­koju, za­mknąw­szy drzwi do sa­lonu.

Boję się, po­wie­działa mi w pew­nej chwili na ucho moja córka. Te­raz ro­zu­miem, że ona pierw­sza to wy­czuła. Ja wciąż jesz­cze nie wie­dzia­łem, nie chcia­łem wie­dzieć.

Już te­raz mu­szę po­wie­dzieć, że na końcu tej książki jej bo­ha­ter umiera. Na­wet nie na końcu, jesz­cze w po­ło­wie, ale po­tem znów żyje, we wszyst­kich hi­sto­riach sprzed swo­jego odej­ścia i po nim. Bo­wiem, jak mó­wił Gau­styn, w prze­szło­ści czas nie bie­gnie w jed­nym kie­runku.

Kiedy by­łem mały, wy­bie­ra­łem z bi­blio­teki tylko książki na­pi­sane w pierw­szej oso­bie, bo wie­dzia­łem, że główny bo­ha­ter nie umrze. Ech, ta książka na­pi­sana jest w pierw­szej oso­bie, mimo że jej praw­dziwy bo­ha­ter umiera.

Prze­ży­wają je­dy­nie opo­wia­da­cze hi­sto­rii, ale i oni pew­nego dnia umrą.

Prze­ży­wają je­dy­nie hi­sto­rie.

I ogród, który mój oj­ciec za­sa­dził przed odej­ściem.

Pew­nie po to opo­wia­damy. Żeby stwo­rzyć jesz­cze je­den rów­no­le­gły ko­ry­tarz, w któ­rym świat i wszy­scy w nim są na swoim miej­scu, by skie­ro­wać opo­wieść na inną grządkę, gdy zrobi się nie­bez­piecz­nie i nad­cho­dzi śmierć, tak jak ogrod­nik prze­ciąga wodę do ko­lej­nej grządki w ogro­dzie.

 
Chciał­bym, żeby na tych stro­nach było świa­tło, po­po­łu­dniowe i mięk­kie świa­tło. To nie jest książka o śmierci, a o tę­sk­no­cie za ży­ciem, które od­cho­dzi. Jest róż­nica. Tę­sk­no­cie za jego pla­strem peł­nym miodu, ale też za pu­stymi ko­mór­kami w tym pla­strze, za nimi na­wet sil­niej­sza. Tę­sk­nota za tam­tym pla­strem, który pa­mię­tają wo­skowe świece, do­pa­la­jące się w jego dło­niach.

To nic ta­kiego, jak ma­wiał.

 
Wesprzyj nas