Pora poznać wikingów od podszewki. Pomoże nam w tym grzebień wydobyty z torfowiska, pogańska świątynia skryta głęboko pod powierzchnią pola lawowego, wiadomość przesłana przez rozzłoszczoną żonę do męża, który zasiedział się w tawernie, a także dziecięce rysunki na brzozowej korze.
Eleanor Barraclough w książce „Nieznane oblicze wikingów” zbiera drobinki żaru z dawnych ognisk i rozdmuchuje go na tyle, by znów zapłonął żywym ogniem opowieści o rozległym, bogatym i złożonym świecie wikingów.
Eleanor Barraclough nie ogranicza się do historii królów, najeźdźców i bohaterów, o których opowiadają sagi. Przede wszystkim opisuje los zwykłych ludzi: kupców, dzieci, rzemieślników, niewolników, wieszczek, podróżników i bajarzy… ponieważ bez nich obraz średniowiecznego nordyckiego świata byłby niekompletny.
„Nieznane oblicze wikingów” umożliwi nam zapoznanie się z niezwykłą kulturą, która rozwijała się przez wieki na rozległym obszarze obejmującym początkowo tylko Skandynawię, ale z czasem również odległe fiordy Grenlandii i pustkowia Arktyki, a szlakami wodnymi i stepami Eurazji dotarła nawet do Bizancjum i islamskiego kalifatu.
Eleanor Rosamund Barraclough mieszka w Londynie i wykłada na Uniwersytecie Bath Spa. Jest profesorem historii, studia rozpoczynała w Cambridge, a następnie kontynuowała w Oksfordzie i Durham. Spod jej pióra wyszło wiele artykułów prasowych i recenzji, a także dwie książki poświęcone czasom wikingów. Udziela wywiadów, występuje w podcastach i programach historycznych, realizowanych między innymi przez BBC.
Odwiedziła na końskim grzbiecie pozostałości po osadach wikingów na Grenlandii i szukała runicznych napisów w okolicach kurhanów na Orkadach.
W 2013 roku została zaliczona przez BBC/AHRC w poczet dziesięciorga najwybitniejszych naukowców nowego pokolenia, w uznaniu wysiłków na rzecz popularyzacji koncepcji akademickich wśród szerszej publiczności.
Nieznane oblicze wikingów
Zapomniane opowieści nordyckiego świata
Przekład: Magda Witkowska
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 20 maja 2025
PROLOG
ROZPAŁKA
Jest bardzo niewiele początków. Oczywiście, czasem wydaje się, że coś się zaczyna właśnie w tej chwili: kurtyna idzie w górę, przesuwa się pierwszy pionek, pada pierwszy strzał – ale to nie są początki. Przedstawienie, gra czy wojna to tylko niewielka dziurka w taśmie wydarzeń, która może sięgać tysiące lat w przeszłość. Chodzi o to, że zawsze coś było „przedtem”. I zawsze występuje jakieś „Teraz czytajcie dalej”.
Terry Pratchett, Panowie i damy1
1 Terry Pratchett, Panowie i damy, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 9 (przyp. tłum.).
O historii zwykliśmy myśleć jako o kanale poprzecinanym śluzami. Wydaje nam się, że każdy jej etap ma swój ściśle określony początek i koniec. Mieliśmy epokę kamienia, epokę brązu, epokę żelaza, a potem okres rzymski, anglosaski, okres wikiński, normański i tak dalej. Rolę tych śluz odgrywają często zgony władców, słynne bitwy albo arbitralne decyzje historyków. W tej koncepcji historia, niczym wody kanału, płynie posłusznie od śluzy do śluzy, wiernie trwając w wytyczonych ramach geograficznych. To uporządkowana narracja, która ma oczywiście swój sens. Tak samo jednak jak kanał, jest sztucznym tworem. W rzeczywistości bowiem historia bardziej przypomina potężną i nieposkromioną rzekę. To woda, która jest wiecznie w ruchu, cały czas zmienia się i szuka nowych dróg. Podąża różnymi odgałęzieniami, które po pewnym czasie znów się zbiegają. To żywioł dziki i nieprzewidywalny. Tworzą go strumienie, których początki i końce czasem trudno określić. Nie zawsze też trzymają się koryt, które wyznaczono dla nich na mapie. Zdarza się, że ludzie niesieni nurtem takiej rzeki nie potrafią dokładnie stwierdzić, gdzie są, a już tym bardziej, dokąd zmierzają.
W którym zatem punkcie należy rozpocząć opowieść o epoce wikingów? Czy zaczyna się ona od ognistych smoków i przeszywających niebo błyskawic, które – jeśli wierzyć Kronice anglosaskiej z 793 roku – zapowiadały atak skandynawskich najeźdźców na mnichów z Lindisfarne? A może powinniśmy zrobić jeszcze kilka kroków w górę rzeki i spróbować znaleźć jej źródła?
Wybierzmy się może tam, skąd Skandynawowie pochodzą i gdzie mieszkali dwa tysiące lat temu: na niepozorne duńskie torfowiska. Oto kraina pokryta gęstym dywanem kępkowatego mchu, który chlupocze pod stopami i potrafi zachwycać soczystą zielenią, choć bywa i rdzawy. W zagłębieniach tworzą się tu jeziora okolone pochyłymi wierzbami i wiotkimi brzozami. W ciepłych miesiącach w lustrzanych taflach wody przeglądają się jaskrawożółte kwiatki łomek i pływaczy, ale też włochate wełnianki. Długodzioby bekas brodzi w płytkiej wodzie, wydając przy tym skrzypiące odgłosy, a błotniaki śmigają po niebie w zalotnym tańcu. Ziemia stara się chłonąć ciepło i światło, żeby zachwycić przydymionym błękitem jagód i wiśniową czerwienią brusznic, żeby pokazać światu żółte i brązowe kapelusze grzybów, zanim niebo zasnują ołowiane chmury, a jeziora skuje lód.
Przez wieki grzęzawiska uważano za swego rodzaju granicę między światami. Wody i ziemie przenikały się tu pośród nisko zawieszonych mgieł, przesyconych wyziewami z bagien, z których rodziły się błędne ogniki. Tu można było próbować nawiązać łączność z siłami nadprzyrodzonymi. Tu się składało ofiary. Bagna karmiły ludzi i zwierzęta, dostarczały im torf na opał i rudę darniową, z której wytapiano żelazo do wyrobu broni. Za to, co się zabrało, trzeba jednak zapłacić. Ubraniami, naczyniami, narzędziami, grami, bronią, ale też ofiarami ze zwierząt i ludzi. Składano je w darze duchom, które mieszkały po drugiej stronie. Wszystko to znikało w mroku, w beztlenowych przesyconych wilgocią otchłaniach i żyznej glebie. Kwasy skutecznie to konserwowały, dzięki czemu materia organiczna przetrwała znacznie dłużej niż ci, którzy ją kiedyś wrzucili do wody. Moczary były łonem, które chłonęło zmarłych: tych poświęconych z rozmysłem i tych pogrążonych raczej przez przypadek. Trafiali oni pod opiekę wodnych duchów, które barwiły ich skórę brązem, a włosy miedzią, nade wszystko jednak zapewniały im nieśmiertelność.
Nasze torfowisko nazywa się Vimose. Znajduje się na Fionii, dużej duńskiej wyspie położonej na wschód od Półwyspu Jutlandzkiego i na zachód od Zelandii, mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Mur Hadriana (umiejscowiony na zachód od niej) i na tej samej długości geograficznej co Oslo (tyle że bardziej na południe). Wchodzący w skład nazwy człon mose oznacza „bagno”. Nieco trudniej powiązać z czymś pierwszą sylabę, czyli vi. W epoce wikingów słowo vé czy ví oznaczało pogańskie miejsce święte, albo też pogańską świątynię. Jakkolwiek jednak łatwo byłoby ulec pokusie połączenia tych dwóch elementów w „pogańską świątynię na bagnach”, istnieją również inne możliwe wyjaśnienia, ściślej związane z przyrodą tego terenu, takie jak „bagno wierzbowe”, „bagno drzewiaste” i „bagno czajcze”2.
Gdy się zanurzy ręce w ten podmokły grunt, można wydobyć z niego fragmenty naczyń i kości, zarówno zwierzęce, jak i ludzkie. Znajduje się tu też najróżniejsze pradawne przedmioty wykonane z drewna i metalu: młotki i szczypce, noże i wiertła, pilniki i krzesiwa, a nawet kowadła. Są pionki do gier i skrawki odzieży. Znaleźliśmy nawet końskie uprzęże i trzonki wykonane z drewna, kości czy brązu. Bagno skrywa żelazne umba tarcz, łuki i strzały z drewna sosnowego, a także topory, miecze i groty włóczni. Oddało nawet całą kolczugę, choć przesyconą błotem. Z grząskiej ziemi można wydobyć tysiące artefaktów, często połączonych sznurkiem lub kawałkami tkaniny.
Pierwsze, raczej skromne ofiary składane w Vimose pochodzą z ostatniego stulecia przed naszą erą. To kilka naczyń z epoki żelaza, trochę żywności, szczątki zwierząt. Na przełomie tysiącleci pojawia się broń: miecz i kilkanaście grotów włóczni. Z czasem do mieczy i grotów dołączyły tarcze i pasy. W charakterze ofiar do grzęzawiska wrzucono tysiące sztuk broni. Nie było to zjawisko wyjątkowe. Na terenie Danii znaleziono około dwudziestu stanowisk, w których w epoce żelaza ludzie składali broń na bagnach. Niekiedy da się stwierdzić ślady po rytualnych uszkodzeniach, na przykład w postaci wycięć. W ten sposób broń neutralizowano – a może wręcz „zabijano” – przed przekazaniem jej na drugą stronę.
W Vimose widać już zapowiedź tego, co się miało wydarzyć w kolejnych wiekach poprzedzających epokę wikingów. Te ofiary świadczą o narastającej militaryzacji społeczności zamieszkujących północną Europę, ale też o ich coraz rozleglejszych kontaktach, coraz częściej zawieranych sojuszach i coraz liczniejszych konfliktach. W pierwszych wiekach naszej ery majątek, władza i terytorium skupiały się stopniowo w rękach kilku potężnych przywódców. Pojawiła się elitarna klasa wojowników, którzy potrafili zebrać ogromne armie i kontrolować zasoby na dużych obszarach. W szczególności duże ofiary broni stanowiły zapewne łup zdobyty na pokonanych najeźdźcach z odległych terytoriów, choćby z innych części Danii, ale też z północnych regionów dziś wchodzących w skład Norwegii bądź Szwecji oraz z południa, gdzie obecnie znajdują się Niemcy i Polska. Ciała pokonanych napastników ograbiano z wyposażenia i odzieży, które następnie składano w darze duchom bagiennych wód.
Oprócz broni pochodzącej ze Skandynawii w grzęzawisku spoczywają także elementy ekwipunku żołnierzy Cesarstwa Rzymskiego. Z Vimose wydobyto najróżniejsze niesamowite ozdoby pochodzące z terenu Imperium Romanum, między innymi wykonaną z brązu, ale złoconą głowę gryfa, mitycznego pół lwa, pół orła, być może stanowiącą pierwotnie dekorację paradnego hełmu. Równie długą drogę miała do pokonania rękojeść z kości słoniowej, która przecież musiała przybyć do duńskiego bagna z Afryki albo Indii. Te znaleziska kreślą obraz kulturowo płynnego świata, w którym krzyżuje się wiele szlaków. Skandynawia nigdy nie została włączona w skład Cesarstwa Rzymskiego, a mimo to stanowiła element jego szeroko zdefiniowanego świata. Leżała daleko na północ od pilnie strzeżonej linii ziemnych nasypów, rowów, palisad i wież strażniczych, ciągnącej się kilometrami wzdłuż Renu i Dunaju. Z perspektywy rzymskiej ta linia obronna oddzielała cywilizację od leżącej poza jej granicami barbarzyńskiej krainy, którą zwali Germanią.
Cesarstwo Rzymskie nie odcinało się jednak całkowicie – bo i też odciąć się nie mogło – od tych, którzy mieszkali poza jego granicami. Z ludami żyjącymi na północ od politycznie niestabilnych pograniczy utrzymywali stosunki dyplomatyczne i handlowe. Wrogowie Rzymu z Germanii musieli strzec swoich interesów na dwóch frontach i część uwagi poświęcali mieszkańcom południowej Skandynawii, w szczególności zaś plemionom zamieszkującym ziemie dzisiejszej Danii. Na północ płynęły też najróżniejsze przedmioty stanowiące symbole majątku i statusu, w szczególności wykonane ze złota, szkła i brązu. W zamian południe Skandynawii słało do Rzymu futra, pióra i bursztyn. Z czasem do towarów dołączyli także skandynawscy wojownicy zainteresowani wstąpieniem do jednostek pomocniczych rzymskiej armii. Gdy zaś po zakończeniu służby wracali do domu, przywozili z zagranicy wiedzę, doświadczenie i najbardziej zaawansowany sprzęt wojskowy znany starożytnemu światu.
Wszystkie te elementy geograficzno-kulturowej układanki złożyły się ostatecznie na całość nazywaną dziś epoką wikingów. Oprócz broni, która ostatecznie spoczęła w duńskich bagnach, o kulturowo-ideologicznym oddziaływaniu Rzymu świadczy również wiele innych przedmiotów, często przeznaczonych do użytku osobistego, a wręcz bardzo osobistych. One również istotnie wpłynęły na cechy kultury epoki wikingów, kształtując właściwe jej nawyki higieniczne czy rozrywki (o czym będzie szerzej mowa w dalszej części książki).
Z ciemnych wód Vimose wydobyto między innymi plansze do gry podzielone na pola, a także kości i małe okrągłe pionki wykonane ze szkła, bursztynu i kości. Na podstawie tych znalezisk można snuć domysły o tym, co niegdysiejsi wojownicy robili w wolnym czasie. Pozwalają one także prześledzić upowszechnianie się gier planszowych, które z terytorium Cesarstwa Rzymskiego rozprzestrzeniały się na północ i zachód Europy. Gry, początkowo służące doskonaleniu strategii wojskowej i dostarczające rozrywki żołnierzom w fortach i łaźniach, z czasem zyskiwały na popularności i stały się również powszechne wśród tych, których Rzymianie starali się sobie podporządkować. Jak się wkrótce przekonamy, w czasach wikingów mieszkańcy nordyckiego świata bardzo chętnie grywali w gry planszowe – i równie chętnie ukazywali je lub o nich wspominali w swoich dziełach plastycznych, wierszach i zagadkach.
Innym nadzwyczajnym znaleziskiem z Vimose jest grzebień z rogu jelenia, który trafił do bagna około 160 roku. Spod uchwytu wygiętego jak koci grzbiet wystaje dwadzieścia pięć ostrych zębów. To przedmiot na tyle mały, że śmiało mógł się zmieścić w zamkniętej dłoni właściciela, a przy tym delikatny i niemal rozczulający. Stanowi fizyczną pamiątkę po codziennym, jakże osobistym rytuale praktykowanym dwa tysiące lat temu. Mógł służyć do rozplątywania, odwszawiania albo upiększania włosów. Czesanie to intymna czynność pielęgnacyjna, zarówno gdy się gładzi dziecięce włoski, jak i rozdziela pasma chorego albo starca. Temu konkretnemu przedmiotowi nie było pisane towarzyszyć właścicielowi do późnej starości. Jeśli trafił do bagna jako część łupu wojennego, to najpewniej stało się tak dlatego, że jego posiadacz zginął.
Wikingowie byli znani, a wręcz słynni z tego, że przykładali dużą wagę do zabiegów pielęgnacyjnych i kształtu fryzur. Na stanowiskach archeologicznych często znajduje się grzebienie. Kilka z nich zostanie przedstawionych na kartach tej książki. Nie jest to więc jedyny grzebień znaleziony na świecie. Nie jest to nawet jedyne takie znalezisko z tego bagna. O wyjątkowości tego konkretnego przedmiotu decydują jednak runy, które zostały wyryte na uchwycie. Widnieją tam bowiem znaki , czyli HARJA3. Runy, czyli rozpoznawalny do dziś północny alfabet złożony z podłużnych znaków, to kolejna – oprócz najazdów i pochówków na łodziach – rzecz, która powszechnie kojarzy się z wikingami. Nie do końca potrafimy je interpretować. Być może nie ma w tym żadnej wielkiej tajemnicy i harja oznacza po prostu „grzebień”4. Możliwe jednak, że te znaki układają się na przykład w słowo „wojownik”, „wojna” albo „armia”, co by wpisywało się w kontekst znaleziska. Może to być także imię właściciela, jego tytuł wojskowy albo nazwa jego plemienia5.
Runy to bardzo rozpoznawalne, niewątpliwie słynne pismo, ale nikt nie ma pewności, skąd się wzięło. Najpewniej nie przypadkiem wiele spośród najstarszych znanych inskrypcji ma jakieś związki z kontaktami północnych ludów z Cesarstwem Rzymskim i jego pismem. Wystarczy rzut oka na kształt tych liter, żeby dostrzec podobieństwa do tych łacińskich, których używamy do dziś. Ich kanciastość ma zapewne związek z faktem, że ryto je w drewnie i w kamieniu. Najprawdopodobniej znajomość rzymskiego systemu pisma przywędrowała na północ wraz z tymi, którzy wracali ze służby w wojsku lub w inny sposób stykali się z kulturą Imperium (choćby w związku z wykonywaniem zleceń rzemieślniczych). Tak można by też wyjaśnić samą genezę słowa „runy”, które oznacza coś „tajemniczego”, „ukrytego”, a więc pierwotnie zarezerwowanego dla pewnej szczególnej, elitarnej grupy społecznej.
2 Korespondencja prywatna, Michael Lerche Nielsen, Wydział Lingwistyki i Studiów Nordyckich, Uniwersytet Kopenhaski.
3 Inskrypcja zarejestrowana jako Fyn 19 w bazie danych RuneS.
4 Cole, Runes and Rye, s. 7.
5 Schulte, Runology, s. 89; Looijenga, Texts and Contexts, s. 84, 160–161.
Oprócz grzebienia w Vimose znaleziono również kilka innych przedmiotów opatrzonych runami, w tym klamrę, fragment pochwy, grot włóczni. Trafiły one do bagna w III i IV stuleciu, gdy ofiar złożono najwięcej. Wkrótce miały nastać czasy, kiedy całkowicie zarzucono topienie w konserwującym grzęzawisku darów dla duchów, potęg czy bywalców tamtego świata.
W roku 406 naszej ery najeżona przeszkodami granica na Renie została przełamana przez koalicję germańskich plemion. Miasta Galii strawił ogień. Pod koniec V wieku Cesarstwo Zachodnie uległo rozpadowi, a jego miejsce zajęły potęgi germańskie. Był to okres migracji i wędrówek, porzucania jednych miejsc i osiedlania się w innych. Po Europie przetaczały się różne plemiona. Dochodziło wówczas do intensywnych politycznych przepychanek i krwawych jatek, choć może pod tym względem ten czas wcale aż tak się nie różnił od innych epok. Świat się jednak zmieniał, również dla tych, którzy dotąd mieszkali na północ od granicy rzymskiego imperium i wcześniej zawierali sojusze z jego władcami, a także brali udział w wojnach toczonych przez Rzym.
Wszystko to działo się na kilka stuleci przed nastaniem epoki wikingów, której początek przypada na VIII wiek. Jeszcze więcej czasu miało upłynąć, zanim Dania, Norwegia i Szwecja zaistnieją jako trzy zjednoczone królestwa i odrębne byty państwowe. Po upadku Cesarstwa Zachodniego na terenie Skandynawii rozpoczęły się jednak procesy, w wyniku których jednostki terytorialne jeszcze bardziej się do siebie zbliżyły. Wykształciła się też elita, która opierała swoją władzę przede wszystkim na kontroli zasobów naturalnych, sojuszach politycznych i sile wojskowej. Władcy sprawowali rządy z tak zwanych ośrodków centralnych, których istnienie niejako przypieczętowywało fakt dominowania nad danym terytorium. Wznoszono tam ogromne drewniane budynki pałacowe, bogato zdobione i wspaniale wyposażone. Tam organizowano zbiorowe uczty, tam odbywały się ważniejsze rytuały religijne, tam ustanawiano prawo. Władcy gromadzili wokół siebie kupców i rzemieślników, którym zapewniali ochronę, ale których jednocześnie podporządkowywali sobie, żeby w ten sposób zyskać przewagę nad innymi uczestnikami szybko rozwijającej się sieci międzynarodowej wymiany handlowej. Organizowali też pogrzeby w kurhanach dla siebie i swoich bliskich, więc nawet jeszcze długo po ich śmierci pozostawali w pamięci i oddziaływali na tych, którzy przyszli po nich.
Z tego punktu wyruszamy znów w dół rzeki, żeby zobaczyć, dokąd nas to doprowadzi. Gdy bowiem zapłonął ogień epoki wikingów, oni umiejętnie zagospodarowali potencjał, który gromadził się już od czasów Cesarstwa Rzymskiego.
ROZDZIAŁ 1
WPROWADZENIE
Epoka wikingów jest jak błyskotka. Nęci opowieściami i wierszami o awanturnikach, herosach i bogach. To świat pełen barwnych opowieści, które ludzie powtarzają sobie po dziś dzień w coraz to nowych wersjach. Zachwyca nas subtelnością ozdób, którymi przystrajano ciała zarówno za życia, jak i po śmierci. Połyskuje tymi wszystkimi kamieniami szlachetnymi i szklanymi paciorkami, które wplatano w srebrne i złote zawijasy. Lśni blaskiem złożonych w ziemi sztabek srebra, monet z odległych krajów i kosztowności zrabowanych ze świątyń. Mieni się kroplami wody rozpryskiwanej przez wiosła, które zanurzały się w falach, aby langskipy mogły przedzierać się przez płytkie zatoki, pełne lodu fiordy i wypływać na głębokie wody oceanu. Przykuwa wzrok do lśniących ostrzy broni unoszonej w górę przez wojowników.
Ludzie tamtych czasów z pewnością ucieszyliby się na wieść, że tak zostaną zapamiętani. Dla nich pamięć potomków miała ogromne znaczenie. Właśnie o niej wspominał jednooki bóg Odyn w słowach, które przytacza staronordycki wiersz Hávamál („Słowa Najwyższego”): „Bydło pada, brat umiera i ty też musisz odejść, nigdy jednak nie zginie sława tych, którzy zdołali ją zdobyć”6. Coś w tym niewątpliwie jest. To był nadzwyczajny okres wielkich przemian, w którym wielu ludzi zdołało zyskać sławę. Ich chwała przetrwała, często w upiększonej wersji, w poezji i opowieściach wywodzących się z czasów wikingów, najpierw przekazywanych z ust do ust, a dopiero w średniowieczu utrwalonych na kartach manuskryptów. Pisali o nich również przedstawiciele innych kultur, często dodając od siebie ten czy inny szczegół (zwykle ponury czy krwawy). W kolejnych stuleciach historie wikingów odtwarzali ludzie, którzy sięgali do przeszłości, aby wydobyć z niej nowy wizerunek niegdysiejszych wojowników. Książki takie jak ta powstają i trafiają w ręce czytelników właśnie dlatego, że wikingowie zdobyli sobie tak wielką sławę.
Oczywiście w większości przypadków indywidualna chwała ma szanse przetrwać tylko bardzo krótko. Poszczególne płomyczki życia rozbłyskują jedynie na moment, a potem znikają w mroku. Nie oznacza to jednak, że człowieka nigdy nie było. Tym bardziej zaś nie oznacza, że jego istnienie nie miało żadnego znaczenia. Oprócz wielkich gwiazd epoki wikingów żyły przecież na świecie rzesze innych ludzi, każdy w sobie tylko właściwy sposób. Pamięć o nich trwała zaledwie przez kilka pokoleń, ale przecież tak samo jak my dziś przeżywali chwile wspaniałe i tragiczne. Tak samo jak my kochali, odczuwali emocje i opłakiwali straty, tak samo się frustrowali i bali. Mieli rubaszne, a niekiedy może i wulgarne poczucie humoru. Chorowali. Różnie przeżywając swoją seksualność, ulegali pożądaniu. Przynależeli do rozmaitych klas społecznych i grup wiekowych. Dysponowali różnymi umiejętnościami. Nade wszystko mieli jednak imiona, domy i bliskich, którzy opłakiwali ich odejście. Żyli jednak w innym miejscu i innym czasie, płynęli z nurtem innej rzeki historii. Ich rzeczywistość społeczno-kulturowa różniła się od naszej. Doświadczali świata i życia inaczej niż my. Choć więc pod wieloma względami byli do nas podobni, nie byli tacy sami jak my.
To nie jest opowieść o tych, którzy się wyróżnili – nie o potężnych graczach i na wpół legendarnych bohaterach, których imiona i czyny opiewają sagi i wiersze – lecz o tych zwykłych ludziach, którzy niepostrzeżenie zniknęli w mrokach dziejów i o których opowiedzieć nam mogą tylko drobinki cudem uchowane przed działaniem czasu i kolejami losu. To będzie opowieść o ludziach, którzy w najlepszym razie mogliby liczyć na ogólny przypis w rocznikach czy legendach, ale w większości nigdy nie trafiali do żadnych podań ani zapisków. Być może w swoim czasie gromadzili się przy ognisku, żeby słuchać historii i opowiadać własne, a być może chwytali tylko pojedyncze słowa, bo ich zadaniem było donosić jedzenie i sprzątać po uczcie. Mogli też w ogóle nic nie usłyszeć, ponieważ oddalili się od zgromadzenia, by odpowiedzieć na taki czy inny zew natury. Choć być może przysłuchiwali się śmiechom i gawędom z daleka, bo nie zostali zaproszeni do ogniska. Innymi słowy, to historia epoki wikingów widzianej oczami zwykłego człowieka.
Ta historia rozgrywa się tak długo i na tak rozległym obszarze, że śmiało można mówić o scenie globalnej. Ludzie tu żyli, umierali i zostawiali po sobie ślady. Na podstawie tych śladów możemy czasem dowiedzieć się bardzo wiele, a czasem tylko trochę. Ubrania, zabawki i fragmenty gier, grzebienie, śmieci i skarby, listy miłosne i plugastwa wyryte w drewnie. Każdy z takich drobiazgów coś nam mówi na temat minionych czasów. To jest jak „żar tlący się w dłoniach”. To dogorywające jeszcze pozostałości po zagaśnięciu jasnego ognia życia.
Samo to określenie pochodzi z epoki wikingów. To kenning, czyli jedna ze słownych zagadek, które poeci zwani skaldami namiętnie wplatali pomiędzy swoje obsesyjnie zawiłe wersy. Kenning opisuje coś zupełnie zwyczajnego w skomplikowany, często metaforyczny sposób. Tutaj chodzi konkretnie o złoto, ponieważ cenny metal lśni i połyskuje jak ogień w rękach tego, kto go trzyma. Ta konkretna metafora pochodzi z wiersza ułożonego w XI wieku przez Islandczyka Thorarina Skeggjasona, nadwornego poetę norweskiego króla Haralda harðráði („surowego władcy”), czyli Haralda III Srogiego. Harald III Srogi, który zginął w 1066 roku w bitwie pod Stamford Bridge, należał do tych postaci epoki wikingów, których błyskotliwą sławę na wieki utrwaliły pełne ozdobników wiersze i sagi. Jak się wkrótce przekonamy, wielu uważa jego śmierć za koniec epoki wikingów. W tej książce jednak chciałabym skupić się na żarze innego rodzaju niż ten, o który zabiegałby i który by cenił Harald. Będą nas bowiem interesować wcale nie mniej cenne rzeczy osobiste i codzienne śmieci, które pozostawili po sobie ludzie sprzed wieków. Dzięki nim spróbujemy odkryć opowieści i poznać świat, którego na próżno szukać w pieśniach o władcach, wojownikach i kupcach. Odkrywając różnorodność doświadczeń epoki wikingów, ukazaną nam dzięki uchwyconym fragmentom niegdysiejszego życia, możemy lepiej rozumieć, jak to było istnieć wtedy gdzieś na uboczu potężnych prądów historii.
Te drobne okruchy żaru, tlące się w ciemności, przypominają nam ponadto, że rzeczywistość ludzi tamtej epoki – podobnie jak zresztą każdej epoki – rzadko wpisuje się w uporządkowaną wizję historii, która wyraźnie wyznacza początki i końce. Dla porządku możemy przyjąć, że epoka wikingów trwała mniej więcej od 750 do 1100 roku, ale żarzące się węgielki historii pochodzą z ognisk, które rozbłysły znacznie wcześniej i tliły się jeszcze długo później7.
GDZIE?
Wujęciu najbardziej dosłownym tak zwana epoka wikingów rozpoczęła się w ostatniej dekadzie VIII wieku, kiedy to po raz pierwszy zagraniczni kronikarze wspominają o najazdach Skandynawów. Wiąże się to bezpośrednio z faktem, że określenie „wiking” oznaczało wtedy po prostu najeźdźcę, zwłaszcza takiego, który przypuszcza atak z wody. Średniowieczni Skandynawowie mieli własną wersję tego słowa (określenie víkingr odnosiło się do najeźdźcy, víking zaś oznaczało sam najazd), a Anglosasi – własną (wīcing). Naukowcy czasem dyskutują o pochodzeniu (geograficznym i językowym) tego słowa, ale choć debata na ten temat trwa od wieków, ciągle nie udało się dojść do porozumienia8.
Słowa mają to do siebie, że z czasem zmieniają znaczenie. Przez kilkaset lat o „wikingach” w ogóle nikt nie wspominał, pojawili się ponownie – w nowej odsłonie – w XIX wieku. W pewnym momencie ta nazwa stała się zbiorczym określeniem całej diaspory kulturowej, pewnego okresu historycznego i wszystkich ludzi z nią związanych. Można by wątpić, czy jedno słowo zdoła aż tyle pomieścić. Nasze postrzeganie ludzi tamtego okresu może ulec zniekształceniu do tego stopnia, że tak naprawdę nic nie będziemy w stanie o nich powiedzieć. Gdybyśmy o starożytnej Grecji mówili, że to „epoka hoplitów”, to na samo to hasło przed oczami stawaliby nam żołnierze w osłaniających twarz hełmach z brązu, uzbrojeni we włócznie i okrągłe tarcze. Przyjęcie takiej perspektywy sprawiłoby, że o tym okresie historii myślelibyśmy przede wszystkim przez pryzmat wojen, co dokonałoby się ze szkodą dla innych aspektów greckiej historii, w szczególności filozofii, poezji oraz garncarstwa. Tak samo rzecz się ma z „epoką wikingów”, której nazwa automatycznie uruchamia skojarzenie z potężnymi wilkami morskimi o bujnych brodach, zdobywającymi chwałę pod przydomkami takimi jak „śmierdzący pierd”, „pogromca trolli” czy „piwożłop”. Takie ujęcie sprawia, że niemal bezrefleksyjnie pomijamy wszystkich innych ludzi tamtych czasów, a zwłaszcza wszystkie kobiety. Niemniej słowo „wiking” to chwytliwe hasło, które ułatwia nam definiowanie – w szerokim kontekście – fascynującej grupy kulturowej i zjawiska historycznego.
Alternatywnie można by się posługiwać równie pojemnym znaczeniowo określeniem „nordycki”, które odnosi się do kultury średniowiecznej Krainy Północy, w szczególności zaś jej historii, języków i literatury9. Ten przymiotnik może posłużyć jako wsparcie dla wszystkiego, co „wikińskie”, zwłaszcza wtedy gdy się nie chce przywoływać całego historycznego bagażu, który się nieodmiennie z nim kojarzy. Dopóki ktoś nie zaproponuje czegoś jeszcze lepszego, nie pozostaje nam nic innego, jak pisać o „wikingach”, „epoce wikingów” i rzeczach „nordyckich”. Na ten lepszy termin zapewne przyjdzie nam trochę poczekać, bo nikomu nie byłoby wygodnie mówić i pisać o „okresie mniej więcej od 750 do 1100 roku, w którym ludy wywodzące się głównie ze Skandynawii i skandynawskiego kręgu kulturowego organizowały najazdy, podejmowały aktywność handlową i osiedlały się zarówno na terenie Skandynawii, jak i poza nią”.
W szczytowym okresie aktywności wikingów obszar ich wpływów rozciągał się na północ aż po Arktykę, a na zachód do wybrzeży północnego Atlantyku. Wikingowie pływali też na wschód przez Bałtyk i przemierzali niespokojne drogi wodne i ciągnące się po horyzont stepy Eurazji. Na południu znano ich w Bizancjum i kalifacie Abbasydów. Historię epoki wikingów pisali ludzie o bardzo różnorodnych doświadczeniach życiowych. W gęsto tkanym gobelinie epoki wikingów splecione są rozmaite wątki: losy grenlandzkiego wielorybnika, członka staży cesarskiej pełniącego służbę w Konstantynopolu, wędrownego hodowcy reniferów spod koła podbiegunowego i celtyckiego niewolnika uprawiającego jałowe pola na wulkanicznej Islandii.
Historia epoki wikingów rozpoczyna się jednak tam, skąd pochodzili Skandynawowie, czyli w Norwegii, Szwecji i Danii. W ujęciu geograficznym to rozległy i topograficznie zróżnicowany teren. Norwegia ma bardzo długą linię brzegową, intensywnie przeoraną przez lodowce, które pozostawiły liczne fiordy i wysepki. W głębi lądu wznoszą się ośnieżone góry, a na pokrytych torfowiskami płaskowyżach co krok napotyka się bądź to głębokie jeziora, bądź żyzne, ale wąskie doliny. Drzewa rosną tu gęsto, a ziemi uprawnej jest jak na lekarstwo. Położona nieco na wschód Szwecja jest również krainą górzystą, gęsto porośniętą lasami, wśród których nie brakuje jezior. Tam jednak, zwłaszcza na południu, teren się obniża. Pagórkowate niziny z dobrymi glebami stwarzają korzystniejsze warunki dla rolnictwa. Oba kraje sięgają za krąg polarny, gdzie drzewa ustępują miejsca porostom i mchom arktycznej tundry. W lecie łąki mienią się tu kwiatami, a nocne niebo rozbłyska kolorami. Zimą nawet w południe panuje mrok, a świat pokrywa gruba warstwa śniegu. Na południe od Norwegii i Szwecji leży wyspiarska Dania, przez którą czy to lądem, czy wodą dociera się do grząskich nizinnych terenów na zachodzie, regularnie zalewanych przez morze. Dania, położona jednocześnie nad Morzem Północnym i nad Bałtykiem, za pośrednictwem Jutlandii łączy się z kontynentem europejskim. W porównaniu z większością terytoriów Norwegii i Szwecji jest to kraj równinny, zieleńszy, porośnięty wrzosowiskami, a miejscami bagienny, z ziemią bardziej nadającą się do uprawy niż w Szwecji i Norwegii.
Pomimo całego tego zróżnicowania geograficznego Skandynawia właściwie od zawsze funkcjonuje w świadomości ludzi jako jeden region. Pliniusz Starszy w swojej Historii naturalnej z 77 roku naszej ery pierwszy użył określenia „Scatinavia” w odniesieniu do Półwyspu Skandynawskiego (obecna jego nazwa ukształtowała się na skutek dołożenia litery „n” przez autorów późniejszych manuskryptów). Samo to słowo pochodzi z języka protogermańskiego i może oznaczać „niebezpieczny ląd na wodzie”. Niewykluczone, że adnotacja o niebezpieczeństwie miała związek ze specyfiką otaczających mórz10.
Dla historyka Jordanesa, który opisywał historię Gotów z perspektywy Konstantynopola VI wieku, tereny te stanowiły odrębną całość geograficzną. Wedle jego relacji struktura społeczna mieszkańców opierała się na wyraźnych podziałach plemiennych. Jego Getica, w dużej mierze bazująca na spostrzeżeniach wcześniejszych autorów klasycznych, wyszczególnia około trzydziestu różnych ludów zamieszkujących region, który autor określa mianem „Scandza”. W opisie topografii terenu zwraca uwagę na rozległe jeziora na wschodzie i niezmierzone morza na zachodzie i północy. Podkreśla, że mieszkańcy Dalekiej Północy latem zaznają czterdziestu dni i nocy niegasnącego światła, zimą zaś przez taki sam czas żyją w całkowitej ciemności, w związku z czym latem się radują, a zimą cierpią katusze. Jordanes wspomina też o chłodzie tak przejmującym, że wilki przemierzają zamarznięte morza i ślepną od zimna. Wzmiankuje też, że ta lodowa kraina nie zna pszczół.
Nazwy, które dziś moglibyśmy kojarzyć z trzema skandynawskimi krajami, pojawiają się dopiero kilka wieków później, już we właściwej epoce wikingów. Jedno z najznamienitszych świadectw pozostawił niejaki Ohthere, odkrywca i kupiec z dalekiej północy Norwegii, który odwiedził dwór króla Alfreda Wielkiego w anglosaskiej Anglii, a konkretnie pod koniec IX wieku. Jego ustne opowieści o wysuniętych daleko na północ ziemiach Skandynawii, ich zasobach i zamieszkujących je ludziach zostały przełożone na staroangielski i w tym języku spisane. Dlatego też znamy autora tych opowieści pod staroangielskim imieniem, mimo że najprawdopodobniej w rzeczywistości nazywał się Ottar. Na temat topografii i etnografii swojej ojczyzny Ohthere ma do powiedzenia znacznie więcej niż autorzy klasycznych tekstów. Opisuje obszary lądowe w sposób, który pozwala je rozpoznać. Podaje czas podróży morskiej między poszczególnymi punktami. Szczegółowo charakteryzuje ludy zamieszkujące różne tereny. To dzięki niemu poznajemy najwcześniejsze nazwy trzech krajów, które dziś tworzą ten region. Ohthere wspomina bowiem o zalążkach królestw Norðweg (Norwegii), Denemearce (Danii) i Sweoland (Szwecji). Pod koniec epoki wikingów ówczesne odpowiedniki tych trzech krajów, funkcjonujące jednak w nieco innych granicach niż dziś, zaczynały kształtować własną tożsamość narodową, między innymi w związku z podleganiem władzy osobnych monarchów. Był to jednak proces powolny i długotrwały, w którym prym najpierw wiodła Dania. Norwegia od początku deptała jej po piętach, Szwecja zaś dogoniła stawkę dopiero nieco później.
Niezależnie od wszystkich regionalnych czy narodowościowych różnic ludność tamtego okresu żyła ze świadomością, że tworzy pewną kulturową sieć, której funkcjonowanie opiera się na wspólnocie języka dziś znanego jako staronordycki. Ludzie, którzy się nim posługiwali, mówili o nim dǫnsk tunga („język duński” ) albo norrœn („nordycki”)11. Jak się wkrótce przekonamy, w epoce wikingów ludy te zakładały kolonie między innymi na wyspach Wielkiej Brytanii i Irlandii, ale też na Islandii i Grenlandii. O nowych szlakach migracyjnych i osadnictwie mówi się niekiedy jako o diasporze, ponieważ społeczności uczestniczące w tym procesie utrzymywały kulturowe i polityczne związki z krainami ojczystymi. Istotnym ich wyróżnikiem był wspólny język.
Relacja Ohthere’a jest o tyle cenna, że wyłania się z niej obraz Skandynawii jako obszaru silnych więzi kulturowych, obejmującego inne rdzenne ludy półwyspu. A choć nie wszystkie te grupy posługiwały się tym samym językiem i praktykowały te same zwyczaje co Nordycy, to one również odegrały ważną rolę w historii epoki wikingów. Do najważniejszych spośród nich zalicza się grupa po nordycku określana mianem Finnar. Byli to przodkowie dzisiejszego ludu Saamów, w większości prowadzącego wędrowny tryb życia i trudniącego się łowiectwem i rybactwem. Przedstawiciele tego ludu mieli pod dostatkiem arktycznych skór i futer, ponieważ zamieszkiwali północne terytoria dzisiejszej Norwegii, Finlandii i Rosji. Ohthere, jako że sam wywodził się z arktycznych regionów Norwegii, dorobił się przede wszystkim na handlu z tymi sąsiadami i pobieranych od nich haraczach. Nordycy i Saamowie zawierali jednak także małżeństwa między sobą, a kultury obu ludów w dużym zakresie się przenikały. Znaleziska archeologiczne świadczą o aktywności Saamów również w południowych regionach Skandynawii.
Epoka wikingów to zatem okres splatania się wielu ludów i kultur. Aby dowiedzieć się, kiedy i w jakich okolicznościach które z nich dawały o sobie znać, musimy ponownie spojrzeć na historię jako na wielki system rzeczny.
EPOKA WIKINGÓW
O wielu innych okresach w dziejach byłoby łatwiej pisać niż o epoce wikingów, zwłaszcza że była ona bagnistą częścią rozległych sieci wodnych historii. To oczywiście nie oznacza, że powinniśmy uciekać od wyzwań i rezygnować z prób odnalezienia się w tej mocno złożonej i chaotycznej rzeczywistości. Taki duch przyświeca tej książce. Aby jednak nadmiernie nie komplikować sobie zadania, przyjrzymy się tej rzeczywistości z oddali. Na stąpanie po grzęzawiskach przyjdzie jeszcze czas.
W VIII wieku na północy dokonywały się dynamiczne zmiany, w znacznej mierze związane z pieniądzem. Po załamaniu gospodarczym, do którego doszło wskutek upadku Cesarstwa Zachodniego, odbicie dokonało się za sprawą napływu dużych ilości srebrnych monet. Już około roku 700 po obu stronach kanału La Manche pojawiły się nowe ośrodki handlowe. W pobliżu francuskiego miasta Boulogne wyrosło Quentovic, a na peryferiach dzisiejszego Southampton pojawił się Hamvic. Nieco w górę rzeki od starego rzymskiego Londinium – tam, gdzie teraz znajduje się Westminster – Anglosasi założyli Lundenwic, a u ujścia Renu, na terenie dzisiejszych Niderlandów, powstało Dorestad. Te i inne ośrodki należały do sieci handlu morskiego i obsługiwały kupców, za sprawą których dobra i monety trafiały również w głąb lądu.
Ludy Skandynawii, pozostającej na obrzeżach tego powolnego gospodarczego boomu, szybko się w tę wymianę zaangażowały. Ich ojczyste krainy, choć dość ubogie w tereny rolnicze, miały wiele innych dóbr do zaoferowania. Nigdzie w Europie nie było takich futer jak na północy. Zdobywane i gromadzone w krainach chłodu, podróżowały na południe w ręce kupców gotowych dużo zapłacić za te luksusowe dobra. Wybrzeża wschodniej Skandynawii pozwalały pozyskiwać w dużych ilościach cenny bałtycki bursztyn. Dobre pieniądze dostawało się też za skóry, pierze i kamień do wyrobu osełek. Skandynawscy kupcy zwozili natomiast do domu egzotyczne wyroby z regionów południowych, takie jak wino, biżuteria lub wysokiej jakości miecze, niezwykle cenione przez rosnących w siłę wodzów Północy. Po upływie kilku dekad, w połowie VIII stulecia, na północy zaczęły się pojawiać osady handlowe podobne do tych, które wyrosły na południu. Były to Ribe i Hedeby w Danii, Kaupang w Norwegii, Birka w Szwecji i Wolin na południowym wybrzeżu Bałtyku. Do tej listy można też dopisać Starą Ładogę, wysuniętą mocno na wschód, a zlokalizowaną na terenach dzisiejszej północno-zachodniej Rosji. Z tej ostatniej osady można było dotrzeć drogą wodną do bliskowschodnich ośrodków islamskich, które również stanowiły dobry rynek zbytu dla zasobów z północy. Z czasem droga ta wydłużyła się aż do Bizancjum.
W tym ekscytującym okresie nie brakowało okazji, aby dorobić się wielkiej fortuny i zapewnić sobie rozległą władzę. Zasadnicze znaczenie miała kontrola i nad zasobami, i nad wymianą handlową. W arktycznych regionach Norwegii rośli w siłę ci, którzy potrafili zmusić innych do opłacania trybutu czy podatków w postaci futer. W Danii władzę i bogactwo zapewniali sobie ci możni, którzy kontrolowali wąskie cieśniny łączące Bałtyk z ośrodkami handlowymi położonymi bardziej na południe albo sprawowali nadzór nad samymi osadami kupieckimi. Kupcy i rzemieślnicy oprócz dóbr i towarów wieźli na północ również nowe pomysły i technologie.
Lokalni przywódcy zainteresowani wspięciem się o szczebel czy dwa na drabinie władzy mogli czerpać z Południa także wzorce władzy królewskiej. Na obszarze obecnej Wielkiej Brytanii istniał wtedy zlepek wielu królestw, układy sił między poszczególnymi pomniejszymi władcami zmieniały się stale również na terenie Irlandii. Na kontynencie powstało jedyne w zachodniej Europie supermocarstwo w postaci Imperium Karolińskiego, które w roku 800 obejmowało tereny dzisiejszej Francji, Belgii, Holandii, Luksemburga i Szwajcarii, a także znaczne obszary obecnie wchodzące w skład Włoch, Austrii i Niemiec. Jak wspominaliśmy w prologu, północni władcy od dawna utrzymywali stosunki dyplomatyczne i gospodarcze z Południem, a jednocześnie przyswajali sobie też pewne wyobrażenia o tym, jak może wyglądać władza królewska i jak można po nią sięgnąć. Nie dysponujemy co prawda skandynawskimi źródłami historycznymi z tego okresu, ale materiały archeologiczne, w szczególności duńskie, wyraźnie wskazują na takie oddziaływania. W 737 roku ruszyły prace nad głębokim wykopem i nasypem wzmocnionym drewnianą palisadą, monumentalną konstrukcją biegnącą przez znaczną część południowej Danii. W późniejszych stuleciach powstał na jej bazie system obronny znany jako Danevirke. Był to projekt bezprecedensowy na skalę całej Skandynawii, wyraźnie świadczący o ambicjach miejscowego władcy, który najwyraźniej miał co chronić i dysponował zasobami niezbędnymi do stworzenia takiej struktury.
Ósmy wiek to okres bogacenia się Skandynawii. Jej ludy rosły wtedy w siłę i nabierały apetytu. Narastały też rywalizacja i konflikty. Na każdego możnego u władzy przypadało kilku, którzy chętnie by przejęli pałeczkę. Co najmniej część z nich szukała alternatywnych dróg zapewnienia sobie statusu i majątku. Coraz liczniejsze szlaki handlowe nieuchronnie przyciągały plagę piractwa. Pojawienie się wikińskich awanturników było już tylko kwestią czasu.
Z perspektywy anglosaskiej pierwszy akt przemocy, którego dopuścili się Skandynawowie przybywający od strony morza, spadł na jego ofiary niczym grom z jasnego nieba. Kronika anglosaska donosi, że około 787 roku trzy statki przybyły na wyspę Portland leżącą u wybrzeży Dorset. „Pojawiły się po raz pierwszy trzy statki z Ludźmi Północy. Królewski urzędnik udał się do nich, żeby ich wypędzić z terenów należących do króla, bo nie wiedział, kim są. Oni zaś go zarżnęli. To były pierwsze statki Duńczyków, które przybyły na ziemie Anglików”12.
Ten zapis poczynił ktoś, kto wiedział, że to były „pierwsze statki” i że najgorsze miało dopiero nadejść. W rzeczy samej w 793 roku nastąpił niesławny atak na klasztor na wyspie Lindisfarne, położonej u wybrzeży Northumbrii. Skrybowie tworzący Kronikę anglosaską opisali to jako katastrofalne wydarzenie, albowiem niebiosa zawczasu je zwiastowały.
Tego roku złowieszcze znaki pojawiły się nad Northumbrią, które do żywego przeraziły mieszkańców. Były to potężne wiry powietrzne i oślepiające błyskawice. Widziano latające po niebie ogniste smoki. Nastąpił po tych znakach potworny głód, a później tego samego roku, 8 czerwca, hordy pogan bezlitośnie zniszczyły kościół Pana w Lindisfarne, dopuszczając się grabieży i rzezi13.
W kolejnych latach ofiarami brutalnych napaści padły również inne kusząco bogate, a przy tym bezbronne klasztory na Hebrydach i w Irlandii, a także na francuskim wybrzeżu. Władcy pospiesznie próbowali zorganizować obronę przed niepożądanymi gośćmi, a duchowni upatrywali w tych najazdach kary za grzechy chrześcijańskiego ludu i wzywali do pokuty. To była jednak tylko zapowiedź tego, co wkrótce miało nadejść.
W latach trzydziestych IX wieku nowe pokolenie wikingów dopisywało własny ciąg dalszy do dziedzictwa przodków. Jego przedstawiciele mieli nawet większe ambicje, tym bardziej że w 830 roku Imperium Karolińskie pogrążyło się w wojnie domowej. Wiele celów stało się przez to łatwiejszych do zdobycia, najeźdźcom udawało się dotrzeć dalej. Karolińska osada handlowa w Dorestadzie – paradoksalnie jeden z tych ośrodków, które sto lat wcześniej przyczyniły się do rozkwitu handlu z Północą – została tak zniszczona w wyniku corocznych najazdów między 834 a 837 rokiem, że już nigdy nie odzyskała dawnej świetności. W 842 roku podobny los spotkał Quentovic i Hamwic. W 836 roku wikingowie zapuścili się daleko w głąb lądu w Somerset i w Irlandii. W tym samym czasie inni wojownicy angażowali się jako najemnicy w siłach miejscowych władców z Kornwalii, Northumbrii i Irlandii. W kolejnej dekadzie najeźdźcy czuli się już na tyle pewnie, że zaprzestali corocznych powrotów do domu i zimowali na zdobywanych terenach. To zapewniło im możliwość szybszego rozpoczynania ataków lądowych po nadejściu wiosny. Skala najazdów rosła, a wraz z nią rosło także ich polityczne znaczenie. Gdy w 845 roku flota złożona ze stu dwudziestu statków podpłynęła Sekwaną pod Paryż, miasto wykupiło się za cenę 7000 funtów złota i srebra (co stanowiło kwotę, która każdemu z członków wyprawy mogła zapewnić dostatnie życie do końca jego dni). W 859 roku inna flota dotarła aż na Morze Śródziemne i stamtąd rozpoczęła plądrowanie terytorium Karolingów położone w dolinie Rodanu.
W środkowych dekadach IX wieku wikingowie byli niszczycielską siłą nie do odparcia. Gdyby dalej tak działali, najazdy najpewniej z czasem straciłyby na sile, czy to w związku z upadkiem potencjalnych celów, czy na skutek wzmocnienia linii obrony przez królestwa zachodniej Europy. Ponieważ jednak sukces rodzi sukces, w latach sześćdziesiątych IX wieku wnukowie i prawnukowie pierwszych wikińskich najeźdźców żywili ambicje, o których ich przodkom zapewne się nawet nie śniło. W 865 roku do wybrzeży Anglii przybiła wielka flota. Tym razem nie był to po prostu kolejny najazd, lecz podbój. W ciągu pięciu lat najeźdźcy zniszczyli istniejące od kilku wieków anglosaskie królestwa wschodniej Anglii, Northumbrii i Mercji. Ocalało tylko leżące na południu królestwo Wessexu. Ostatecznie to właśnie stamtąd zachodniosaksoński król Alfred Wielki przeprowadził kontrofensywę przeciwko tak zwanej Wielkiej Armii Pogan i ostatecznie doprowadził do impasu w 878 roku. Następnie Anglia została podzielona na dwie strefy wpływów, jedną podlegającą Anglikom, drugą podporządkowaną Skandynawom. A choć część sił ekspedycyjnych wyruszyła jeszcze szukać szczęścia na terytoriach znajdujących się we władaniu Karolingów, wielu wojowników pozostało we wschodniej i północnej Anglii, gdzie zamiast myśleć o kolejnych grabieżach, zajęło się budowaniem osad.
Tak oto po mniej więcej stu latach najazdów i podbojów specyfika epoki wikingów zaczęła się zmieniać. Podobny zwrot ku osadnictwu i działalności rolniczej nastąpił w tym samym okresie również na innym obszarze ich aktywności. Podczas gdy większość spośród tych, którzy początkowo osiedlili się w Anglii, pochodziła z Danii, na północnych archipelagach Orkadów, Szetlandów i Wysp Owczych nowych domów szukali pod koniec IX i na początku X wieku przede wszystkim Norwegowie. Stamtąd wilki morskie wyruszały jeszcze dalej na wody północnego Atlantyku. Począwszy od lat siedemdziesiątych IX wieku, przybysze z Norwegii i Wysp Brytyjskich zapuszczali stopniowo korzenie na Islandii i pierwsi na stałe zasiedlili Wyspę Lodu i Ognia. Tymczasem na południu wiking imieniem Rollon (albo Rolf) zajął ziemie u ujścia Sekwany, nadane mu wcześniej formalnie przez frankijskiego króla w 911 roku, i tym samym został pierwszym księciem Normandii. Pod koniec X wieku pierwsi śmiałkowie dotarli do Grenlandii, a dowody archeologiczne wskazują na to, że zapuszczali się z powodzeniem aż na kontynent północnoamerykański, gdzie około roku 1000 zakładali sezonowe osady na terenie dzisiejszej Nowej Fundlandii.
W tym samym czasie inni dzielni Skandynawowie, tym razem głównie Szwedzi, szukali szczęścia na wschód od swoich ojczystych ziem. Podobnie jak na zachodzie, również i tu siłą napędową postępu były srebrne monety. Na tym obszarze pochodziły one jednak z krajów islamskich i napływały jeszcze przed rokiem 800. Wizja bogactwa skusiła Szwedów do zakładania osad handlowych na terenach stanowiących dziś północno-zachodnią część Rosji. Stamtąd zapuszczali się oni dalej na południe wodami Donu, Dniepru i Wołgi. Rzeki stały się dla nich ważnymi szlakami handlowymi, którymi dało się dotrzeć do dwóch kolejnych potęg ówczesnego świata, czyli kalifatu Abbasydów oraz Cesarstwa Bizantyńskiego.
Podobnie jak na zachodzie, również tu wikingowie prowadzili pokojową wymianę handlową, ale zdarzało im się też wymuszać okup czy dopuszczać się grabieży. W kronikach zapisał się między innymi atak na Konstantynopol w 860 roku, a następnie kolejny w 907 roku. Po nim nastąpił potężny najazd na południowe wybrzeże Morza Kaspijskiego w latach 912–913. Śmiałość tych wikingów – na wschodzie zwanych Rusami – każe sądzić, że pod względem ambicji bynajmniej nie ustępowali swoim pobratymcom z zachodu. Pod koniec IX wieku Rusowie stworzyli potężne państwo z dwoma ważnymi ośrodkami: Nowogrodem na północy i Kijowem na południu. Rusowie byli Skandynawami, ale rządzili ludami w większości słowiańskimi, od których w ciągu kilku pokoleń przejęli zarówno język, jak i wiele tradycji kulturowych. Jeszcze w X wieku książęta ruscy utrzymywali bliskie związki polityczne z terenami, z których się wywodzili. W Konstantynopolu, czyli w samym sercu Cesarstwa Bizantyńskiego, wojownicy wywodzący się ze Skandynawii znaleźli z czasem miejsce w służbie władcy. Niektórzy z nich wchodzili nawet w skład straży przybocznej cesarza. Do grona Waregów – bo tak ich tam nazywano – zaliczał się między innymi późniejszy król Harald III Srogi, który swój „żar tlący się w dłoniach”, jak kenning określał złoto, uzyskał właśnie za służbę w Konstantynopolu.
Paradoksem jest, że więcej wiemy o Skandynawach, którzy wyprawiali się wówczas poza granice swojego kraju, niż o tych, którzy pozostali w ojczyźnie. Choć ze źródeł historycznych niewiele wynika, nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że i tutaj sporo się działo. Pod koniec X wieku, gdy nordyccy osadnicy byli zajęci tworzeniem gospodarstw rolnych w zatoczkach Grenlandii, a Waregowie maszerowali równym krokiem po cesarskim pałacu w Konstantynopolu, Dania – za sprawą dynamicznego i potężnego Haralda Sinozębego – przeistaczała się w zjednoczone królestwo. Harald przejął władzę po ojcu w 958 lub 959 roku i rozszerzył ją na skalę niespotykaną dotąd w Skandynawii. Wzniósł w Jelling imponujące pomniki dla upamiętnienia swoich rodziców, wzmocnił fortyfikacje Danevirke, które miały zabezpieczać jego kraj od południa, nakazał też budowę pierwszego i najdłuższego mostu całego okresu wikińskiego. Za jego czasów na terenie kraju powstało wiele trudnych do zdobycia okrągłych fortec. Najdonioślejszą jego decyzją było jednak przyjęcie w imieniu własnym i – jeśli wierzyć propagandzie tamtych czasów – całego narodu duńskiego religii chrześcijańskiej.
Procesy zjednoczeniowe, które miały doprowadzić do powstania zalążków średniowiecznych królestw w Danii, Norwegii i Szwecji, zachodziły powoli i nie bez perturbacji. Niemniej w roku 1000 Skandynawia wyłoniła się z mgły prehistorii i szybko włączyła się w nurt europejskiej polityki. Ważny element tego „procesu integracyjnego” stanowiły ataki na Anglię. W latach dziewięćdziesiątych X wieku nastąpiła kolejna fala najazdów wikińskich, która wzmogła niechęć do skandynawskiej mniejszości zamieszkującej te tereny. Tę mniejszość tworzyli wówczas zarówno potomkowie pierwszych osadników ze Skandynawii, jak i późniejsi przybysze. Różniła się ona jednak od anglosaskiej populacji zarówno językiem, jak i zwyczajami. 13 grudnia 1002 roku angielski król Ethelred II Bezradny zorganizował powszechne powstanie przeciwko Skandynawom, które zapisało się w historii jako masakra w dzień św. Brykcjusza. Do tego wydarzenia wrócimy jeszcze w rozdziale „Cielesność”.
W 1013 roku, po burzliwej dekadzie starć i najazdów, na Anglię uderzył duński król Swen Widłobrody, syn Haralda Sinozębego. Król Ethelred Bezradny został obalony, a Swen koronował się w dzień Bożego Narodzenia. Pięć tygodni później nowy król już nie żył, a tron objął ponownie Ethelred. Pod koniec 1016 roku królem Anglii został jednak syn Swena Knut, zwany Wielkim. To on ostatecznie zwyciężył w tej nadzwyczaj ważnej odsłonie gry w komórki do wynajęcia, ponieważ udało mu się utrzymać panowanie nad Anglią aż do śmierci w 1035 roku. W tym samym czasie sprawował też rządy w Norwegii i Danii, co doprowadziło do powstania tworu nazywanego niekiedy imperium Morza Północnego. Rozpadło się ono w ciągu dziesięciu lat po jego śmierci, ponieważ Anglia i Dania obrały sobie władców z innych dynastii.
Z angielskiego punktu widzenia epoka wikingów zakończyła się dramatycznymi wydarzeniami 1066 roku. Wtedy to trzech kandydatów do angielskiego tronu, angielski król Harold II, syn Godwina, norweski król Harald Srogi i normandzki książę Wilhelm, stoczyli dwie krwawe, ale przełomowe bitwy, które doprowadziły do niekwestionowanego zwycięstwa tego ostatniego i wprowadziły Anglię w wyraźnie wyodrębniany przez historyków okres normański. Jak się przekonamy pod koniec książki, w rzeczywistości nie było to aż takie proste, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę to, co się działo poza granicami Anglii. Jeszcze w XIII wieku norweski król walczył o zwierzchność nad Szkocją i Hebrydami Zewnętrznymi, a Orkady i Szetlandy pozostały pod władzą tej korony aż do 1472 roku. Osadnicy islandzcy zdołali utrzymać się na wyspie również w kolejnym tysiącleciu, choć po czterech wiekach faktycznej niezależności w latach sześćdziesiątych XIII wieku musieli w końcu podporządkować się zwierzchnictwu Norwegii. Położona najdalej na zachód osada na Grenlandii nie przetrwała do czasów nowożytnych. Koloniści, którzy od początku do końca funkcjonowali z dala od macierzy i na obrzeżach ówczesnego świata, musieli mierzyć się z niesprzyjającymi warunkami klimatycznymi, które w końcu ich pokonały. Podróże przez zlodzony północny Atlantyk odbywały się coraz rzadziej i w końcu ostatni osadnicy opuścili wyspę około 1500 roku. I tak oto drobiny żaru epoki wikingów ostatecznie zgasły.







