Tore Skeie zabiera czytelnika w szaloną podróż przez niespokojne czasy, gdy epoka wikingów chyliła się ku końcowi, a królestwo Norwegii znajdowało się w tyglu zmian.


Początek XI wieku, basen Morza Północnego.

Król Anglosasów Athelred panuje nad bogatą, acz niestabilną Anglią.

Knut, młody władca Duńczyków, próbuje podbić państwo Athelreda, kładąc na szali całą swoją przyszłość.

Olaf Haraldsson, norweski król-wiking, realizuje własne interesy.

Tore Skeie zabiera czytelnika w szaloną podróż przez niespokojne czasy, gdy epoka wikingów chyliła się ku końcowi, a królestwo Norwegii znajdowało się w tyglu zmian. Gdy wodzowie lawirowali, sojusznicy zmieniali strony, a ogromne ilości srebra przechodziły z rąk, do rąk, pociągając za sobą przemoc, brutalność i zniszczenie. Jednocześnie w północnych krajach szerzyło się chrześcijaństwo, tworząc powoli nowy porządek społeczny.

***

Norweski bestseller, zdobywca prestiżowej historycznej Nagrody im. Sverrego Steena

Burzliwe czasy wikingów przywrócone do życia w historii godnej telewizyjnej sagi.
–„Financial Times”

Opowieść o bezwzględnych konfliktach, politycznych intrygach, dyplomatycznych machinacjach czyta się niczym realistyczną „Grę o tron” – brak jedynie smoków. Miłośnicy historii średniowiecza będą zafascynowani.
– „Publishers Weekly”

Tore Skeie (ur. 1977) jest jednym z najbardziej cenionych norweskich historyków, autorem bestsellerowych i nagradzanych książek, m.in. Alv Erlingsson. Fortellingen om adelsmanns undergang (2009) i Jomfruen fra Norge (2012).

Tore Skeie
Era Wilka
Przekład: Marta Petryk
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 20 maja 2025
 
 

1241

Przy­byli przez bez­ludne, żółte mokra­dła niczym kara­wana prze­mie­rza­jąca pusty­nię. Grupa liczyła około trzy­dzie­stu męż­czyzn na wytrzy­ma­łych kudła­tych koniach, tak niskich, że stopy jeźdź­ców nie­mal wle­kły się po ziemi. Jechali już długo przez prze­ci­na­jące wyżynny kra­jo­braz doliny, nad sobą mając ptaki i mil­czące góry. Miej­scem spo­tka­nia miała być posia­dłość Sauðafell, leżąca na mokrej, poro­śnię­tej trawą rów­ni­nie w obję­ciach fiordu na sma­ga­nym wia­trem zachod­nim wybrzeżu Islan­dii. Gdy dotarli do celu, przy­wi­tał ich Snorri Stur­lu­son.
Czę­sto się tak spo­ty­kali w jed­nej z wielu posia­dło­ści nale­żą­cych do Snor­riego lub pozo­sta­ją­cych pod jego zwierzch­no­ścią. Wie­czo­rem, kiedy służba i towa­rzy­sze podróży grzali się i odpo­czy­wali w budyn­kach Sauðafell, Snorri zebrał część przy­by­łych wokół sie­bie. Jeden z nich, Sturla Pórðarson, miał póź­niej opi­sać to spo­tka­nie w sadze opo­wia­da­ją­cej o jego rodzie i cza­sach. Był bra­tan­kiem Snor­riego, jed­nym z wielu; nale­żał do tych, któ­rzy znali go naj­le­piej. Dora­stał w domu Snor­riego, a sam mistrz uczył go czy­tać, pisać i opo­wia­dać.
Nie­wiele się od niego dowia­du­jemy, pozna­jemy ledwo kilka prze­bły­sków z tego, co na pewno było dłu­gim wie­czo­rem przy ogniu. Saga mówi, że sie­dzieli w domku znaj­du­ją­cym się na dzie­dzińcu. Wła­śnie przy­pły­nęła łódź z Nor­we­gii zała­do­wana piwem, które przy­nie­siono do domu. Jakiś młody męż­czy­zna roz­lał je do pucha­rów. Gdy na zewnątrz zapa­dał jesienny mrok, ludzie wymie­niali się wia­do­mo­ściami, ukła­dali plany i pili.
Był rok 1241, połowa wrze­śnia. Snorri liczył sobie wtedy sześć­dzie­siąt jeden lub sześć­dzie­siąt dwa lata, co w XIII wieku sta­no­wiło bar­dziej impo­nu­jący wiek niż dzi­siaj, wciąż jed­nak nie był na tyle stary, aby nie pozo­stało mu jesz­cze wiele lat życia. Włosy miał posi­wiałe, policzki rumiane i był gruby – postawny, jak na wodza przy­stało – za sprawą ary­sto­kra­tycz­nego życia oraz spo­ży­wa­nia dużych ilo­ści naj­lep­szego jadła i napo­jów. Czy­tamy, że tam­tego wie­czoru był „bar­dzo wesoły”.
Ta ostat­nia infor­ma­cja zaska­kuje. Nie tylko dla­tego, że trzeźwe i mini­ma­li­styczne islandz­kie sagi rodowe rzadko infor­mują w ten spo­sób o nastro­jach ludzi, ale rów­nież z tego powodu, że wszystko inne, co wiemy o sytu­acji Snor­riego w tym momen­cie jego życia, wska­zuje, że nie miał wielu powo­dów do rado­ści.
Zale­d­wie dwa tygo­dnie wcze­śniej stra­cił kobietę, z którą prze­żył ostat­nie lata. Zmarła z powodu cho­roby. Wiemy, że opła­ki­wał ją z głębi serca.
A jej śmierć była tylko jed­nym z wielu nie­szczęść.
Rok wcze­śniej Snorri popeł­nił brze­mienny w skutki błąd. Sta­ra­jąc się zyskać jesz­cze więk­szą wła­dzę i bogac­two, wplą­tał się w plan zama­chu na króla Nor­we­gii Håkona IV Håkonssona. Bunt stłu­miono, a zamor­scy współ­spi­skowcy Snor­riego zostali zabici, ucie­kli lub się pod­dali. Rola Snor­riego w spi­sku została wykryta i wła­śnie miał ponieść tego kon­se­kwen­cje. Król, sil­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, otwar­cie uwa­żał go za zdrajcę i wroga. W ostat­nim cza­sie kupił lojal­ność zna­czą­cych islandz­kich mężów za obiet­nice przy­szłych sta­no­wisk. Pod kró­lew­ską pre­sją roz­pa­dła się sieć powią­zań, którą Snorri mozol­nie budo­wał wokół sie­bie przez całe życie. Nikt nie uwa­żał już Snor­riego za naj­waż­niej­szego czło­wieka Islan­dii. Sta­rzy rywale i dawni sojusz­nicy zjed­no­czyli się we wspól­nym opo­rze, napę­dza­nym przez mie­sza­ninę zazdro­ści, poli­tycz­nego opor­tu­ni­zmu oraz roz­go­ry­cze­nia jego osła­wioną chci­wo­ścią i wystaw­nym sty­lem życia. Nad­cho­dziła nowa epoka, a rywale Snor­riego byli nowymi ludźmi. Jego życie zna­la­zło się w nie­bez­pie­czeń­stwie, na pewno o tym wie­dział.
Gdy sie­dzieli przy piwie, Snorri wycią­gnął dziwny list, który otrzy­mał kilka dni wcze­śniej. Skre­ślono go tzw. pismem żebra­czym, rodza­jem kodu pisa­nego runami, uży­wa­nym cza­sami do prze­ka­zy­wa­nia taj­nych wia­do­mo­ści. Snorri nie znał pisma żebra­czego i bez powo­dze­nia pró­bo­wał odszy­fro­wać, co tam napi­sano. Dał list towa­rzy­szom. Pozo­stali też nie potra­fili go prze­czy­tać, ale zga­dzali się, że list spra­wia wra­że­nie ostrze­że­nia, być może groźby.
A jed­nak bra­ta­nek pisze, że Snorri był bar­dzo wesoły. Czy śmiał się z iro­nii kry­ją­cej się w ostrze­że­niu, któ­rego nie dało się odszy­fro­wać?
Następ­nego dnia Snorri towa­rzy­szył męż­czy­znom, gdy opusz­czali Sauðafell. Zwartą grupą jechali konno w głąb bez­cza­so­wego kra­jo­brazu zachod­niej Islan­dii przez czarny pia­sek, żółte zie­mie i lodo­wate, płyt­kie rzeki, które ostrymi zakrę­tami pły­nęły ku morzu. Odpo­częli w innym gospo­dar­stwie, zje­dli wspól­nie posi­łek, a potem ich drogi się roze­szły. Grupa główna ruszyła w jedną stronę, a Snorri w drugą. Zabraw­szy tylko sługę, udał się przez roz­le­głą, złotą dolinę w kie­runku swo­jego domu – posia­dło­ści Rey­kholt.
Ni­gdy wię­cej go nie zoba­czyli.

 

Rey­kholt leżało na niskim wznie­sie­niu, na łagod­nie opa­da­ją­cym, zale­sio­nym zbo­czu, z wido­kiem na spo­koj­nie pły­nącą rzekę, oto­czoną nie­wiel­kimi spła­chet­kami ziemi i pastwi­skami dla krów i owiec. Odle­głość była na tyle nie­duża, że Snorri praw­do­po­dob­nie dotarł do domu tego samego wie­czoru.
Gospo­dar­stwo nale­żało do naj­więk­szych i bez wąt­pie­nia naj­kosz­tow­niej­szych na Islan­dii, miało zarówno impo­no­wać, jak i funk­cjo­no­wać jako wygodne, luk­su­sowe domo­stwo w tym suro­wym kraju. Wyglą­dało jak pomnik wyjąt­ko­wego sta­tusu i cha­rak­teru swo­jego wła­ści­ciela. Wiele lat wcze­śniej Snorri kazał je oto­czyć murem wyso­ko­ści kilku metrów, z torfu, ziemi i kamieni, na tyle dłu­gim i sze­ro­kim, że mogło na nim sta­nąć jed­no­cze­śnie dwu­stu męż­czyzn. Oprócz zwy­kłych bram w murze była też taka, którą opusz­czało się i pod­no­siło, oraz wieża, tak że całe zało­że­nie przy­po­mi­nało skrzy­żo­wa­nie dużego islandz­kiego gospo­dar­stwa i zameczku w rodzaju tych, w jakich miesz­kali angiel­scy i fran­cu­scy ary­sto­kraci.
Z gorą­cego źró­dła znaj­du­ją­cego się o rzut kamie­niem od muru uno­siła się biała para o zapa­chu siarki. Poprzez pomy­słową sieć pod­ziem­nych rur, być może inspi­ro­waną arab­skimi sys­te­mami do kąpieli i iry­ga­cji, źró­dło dostar­czało natu­ral­nie pod­grzaną wodę do łaźni w obrę­bie murów oraz kamien­nego basenu poza nimi, gdzie Snorri sia­dy­wał z przy­ja­ciółmi.
Wewnątrz murów stały niczym w cia­sno zabu­do­wa­nej wio­sce grupki dużych i małych budyn­ków kry­tych tor­fo­wymi dachami; maga­zyny, kuch­nia gospo­dar­cza, kościół, dom z miej­scami do spa­nia i pracy dla całej nie­wiel­kiej spo­łecz­no­ści – skła­da­ją­cej się z parob­ków, księży i służby – i oka­zała sala paradna ozdo­biona kili­mami oraz innymi darami przy­wie­zio­nymi przez Snor­riego z podróży. Naj­więk­sze domy zbu­do­wane były z bali z wiel­kich drzew, które nie rosły natu­ral­nie na Islan­dii, lecz zostały ścięte i okrze­sane w Nor­we­gii i dużym kosz­tem prze­trans­por­to­wane przez morze.
Pośrodku kom­pleksu znaj­do­wała się izba pisar­ska, mała pra­cow­nia z pió­rami, inkau­stem i zbio­rem ksią­żek. To wła­śnie tam Snorri pisał lub dyk­to­wał piśmien­nym księ­żom swoje ocie­ka­jące krwią dzieła o trium­fach i klę­skach bogów oraz ludzi.
Rey­kholt od dawna sta­no­wiło praw­dziwe cen­trum wła­dzy reli­gij­nej, poli­tycz­nej i gospo­dar­czej, lecz Snorri w ciągu swego dłu­giego życia uczy­nił je także wio­dą­cym na Islan­dii świec­kim ośrod­kiem nauki. Było to miej­sce wspa­nia­łych przy­jęć i uczo­nych stu­diów, pod­czas któ­rych spory o wła­dzę, pie­nią­dze i majątki zle­wały się w natu­ralną całość z muzyką i opo­wia­da­niem histo­rii. W gospo­dar­stwie stale miesz­kała i pra­co­wała grupa księży, któ­rzy mię­dzy innymi poma­gali Snor­riemu w zapi­sy­wa­niu fak­tów i fik­cji. Róż­nego rodzaju muzycy i arty­ści wystę­pu­jący przed publicz­no­ścią przy­cho­dzili i odcho­dzili. Pod dachem Snor­riego sypiali zna­mie­nici goście.
Jed­nak w ostat­nich dniach życia Snor­riego posia­dłość była spo­koj­nym miej­scem, nie licząc obec­no­ści kilku słu­żą­cych i jed­nego czy dwóch księży. Pomimo groź­nego listu, który otrzy­mał, gospo­darz raczej się nie spo­dzie­wał, aby coś się miało wyda­rzyć. Gdy wró­cił do domu, nie wyzna­czył nikogo do pil­no­wa­nia murów. Nikt nie zamknął na noc bram. Snorri spał w łóżku w izbie na pię­trze dużego domu na środku dzie­dzińca.

 

Nie wie­dział, że jego wro­go­wie zebrali się w tajem­nicy i ukryli na wyży­nach. Ich zwia­dowcy obser­wo­wali gospo­dar­stwo i ludzi w doli­nie.
Wie­czo­rem 22 wrze­śnia, w nie­dzielę, grupa skła­da­jąca się z czte­ry­stu męż­czyzn wje­chała konno do doliny w miej­scu poło­żo­nym dalej na pół­noc i zablo­ko­wała drogę, na wypa­dek gdyby ludzie Snor­riego przy­byli mu na ratu­nek. Przy­pad­kiem był to dzień Świę­tego Mau­ry­cego, patrona miecz­ni­ków i żoł­nie­rzy.
Następ­nego wie­czoru inna grupa, licząca sie­dem­dzie­się­ciu zbroj­nych, ruszyła konno ku Rey­kholt pod osłoną ciem­no­ści. Nie­po­strze­że­nie pod­je­chali aż pod mury, gdzie zesko­czyli z koni i nie­za­trzy­my­wani prze­szli przez otwarte bramy. Wielu z nich dobrze znało dzie­dzi­niec i różne budynki, ponie­waż bywali tam wcze­śniej jako goście Snor­riego. Intruzi zde­cy­do­wa­nym kro­kiem pode­szli pod dom, w któ­rym spał Snorri, i zaczęli szar­pać drzwi wej­ściowe. Były one zamknięte od środka.
Snor­riego na pewno obu­dziły odgłosy docho­dzące z dworu. Jak na swój wiek musiał się poru­szać nad­zwy­czaj szybko, bo w krót­kim cza­sie, gdy intruzi wywa­żali drzwi, zdą­żył się wydo­stać z sypialni, zbiec po scho­dach i uciec z budynku innymi drzwiami. Przy­pusz­czal­nie był nagi lub ubrany w strój do spa­nia.
Pod­czas gdy nie­pro­szeni goście prze­trzą­sali zabu­do­wa­nia, a służbę ogar­niały dez­orien­ta­cja i strach, stary, gruby męż­czy­zna nie­po­strze­że­nie prze­kradł się do jed­nego ze sto­ją­cych ściana w ścianę małych domów. W panu­ją­cych w środku kom­plet­nych ciem­no­ściach wpadł na księ­dza, który posłu­gi­wał w znaj­du­ją­cym się w posia­dło­ści kościele. Poro­zu­mie­wali się szep­tem.
Zale­d­wie kilka metrów dalej, po dru­giej stro­nie ściany, wiły się krę­cone schody wio­dące w dół, do czę­ściowo ukry­tego kory­ta­rza bie­gną­cego pod murem ku wol­no­ści. Snorri zbu­do­wał ten dom tak, aby móc przejść suchą stopą, chro­niony przed wia­trem, do gorą­cego basenu. Ale nie sko­rzy­stał z tej drogi – star­szy męż­czy­zna ucie­ka­jący bez cie­płych ubrań nie prze­żyłby długo zimną, jesienną nocą na Islan­dii. Zamiast tego wpełzł do uży­wa­nej jako maga­zyn cia­snej piw­nicy znaj­du­ją­cej się w poło­wie nad zie­mią.
Sie­dział tam, gdy intruzi zna­leźli księ­dza. Ze swej kry­jówki pew­nie sły­szał toczącą się tuż nad jego głową roz­mowę. Ksiądz, lojal­nie, lecz nada­remno, sta­rał się go ura­to­wać. Intruzi wezwali swo­jego przy­wódcę. Kiedy ten zapy­tał księ­dza, gdzie scho­wał się Snorri, kapłan odpo­wie­dział, że ni­gdzie go nie widział. Nie uwie­rzono mu, więc pró­bo­wał nego­cjo­wać. Powie, gdzie jest jego pan, jeżeli tylko wcze­śniej przy­się­gną, że oszczę­dzą życie Snor­riego.
Nie wiemy, jak ksiądz ujaw­nił kry­jówkę, ale to zro­bił. Może rzu­cił okiem w stronę zej­ścia do piw­nicy. Może pod­dał się lękowi przed śmier­cią i wska­zał ją napast­ni­kom. W każ­dym razie zna­leźli ją i pię­ciu męż­czyzn zeszło w ciem­ność.
Gdy pierw­szy z tej piątki pod­szedł do Snor­riego z wycią­gnię­tym mie­czem, ten powie­dział: „Nie zabi­jaj ostrzem!”. Było to piąte przy­ka­za­nie, nie zabi­jaj, w for­mie uży­wa­nej przez islandz­kich księży w cza­sach Snor­riego. „Zabij go! ” – powie­dział jeden z męż­czyzn. „Nie zabi­jaj ostrzem!” – powtó­rzył Snorri. Męż­czy­zna sto­jący na prze­dzie ude­rzył mie­czem. Pod­szedł do niego drugi i ude­rzył po raz kolejny. Mówiono potem, że to pierw­szy cios zadał śmier­telną ranę, od któ­rej Snorri się wykrwa­wił.
Wieść o śmierci Snor­riego szybko obie­gła całą Islan­dię. Ci, któ­rzy byli tam­tej nocy w Rey­kholt, zarówno zabójcy, jak i służba Snor­riego, opo­wia­dali wła­sne histo­rie o tym, jak to się stało. Póź­niej – może po kilku latach – bra­ta­nek Snor­riego napi­sał swoją sagę. Prze­ka­zał to, co wie­dział o ostat­niej nocy stryja, szcze­gó­łowo i trzeźwo, bez ocen i komen­ta­rzy.
Opi­su­jąc śmierć stryja, odtwo­rzył też wie­czór kilka dni przed tra­ge­dią, gdy sie­dzieli razem w izdebce na ciem­nym dzie­dzińcu Sauðafell. To, co prze­ka­zał – łódź z Nor­we­gii, picie piwa, zagad­kowy list – musiało mieć dla niego szcze­gólne zna­cze­nie. To był ostatni wie­czór, który spę­dzili razem.

* * *

Iro­nią losu można okre­ślić fakt, że Snorri zgi­nął w ten wła­śnie spo­sób. Nie tylko dla­tego, że taki zamożny czło­wiek jak on zmarł, w ciem­nej piw­nicy bła­ga­jąc o życie, lecz rów­nież z tego powodu, że padł ofiarą sił, na któ­rych stu­dio­wa­nie i opi­sy­wa­nie poświę­cił dużą część życia. Nikt inny w jego cza­sach nie przed­sta­wiał logiki wła­dzy i prze­mocy z równą pre­cy­zją jak on.
Snorri prak­ty­ko­wał szcze­gólną, liczącą wów­czas już kilka setek lat islandzką tra­dy­cję nar­ra­cyjną, która zbie­rała, kul­ty­wo­wała i prze­ka­zy­wała dalej wie­dzę o nor­dyc­kiej pra­hi­sto­rii. Był skal­dem, dzie­dzi­cem islandz­kich poetów nadwor­nych w służ­bie daw­nych wikiń­skich kró­lów, ludzi znaj­du­ją­cych się bli­sko wła­dzy i opi­su­ją­cych ją za pomocą poezji. Snorri znał na pamięć setki sta­rych utwo­rów skal­dycz­nych i potra­fił opo­wia­dać dłu­gie, skom­pli­ko­wane histo­rie o wyda­rze­niach z daw­nych cza­sów, ocza­ro­wu­jąc nimi słu­cha­czy.
Jego wyjąt­kowy talent do snu­cia opo­wie­ści wią­zał się z tym, że Snorri repre­zen­to­wał sobą rzad­kie połą­cze­nie popu­lar­nego poli­tyka i uta­len­to­wa­nego pisa­rza. Wie­dział, jak dzia­łają możni, bo sam był jed­nym z nich. Rów­no­le­gle z pisa­niem swo­ich dzieł przez dzie­się­cio­le­cia dążył zde­cy­do­wa­nie i inte­li­gent­nie, według wszel­kich zasad sztuki, do wpły­wów i bogac­twa. Stał się naj­po­tęż­niej­szym przy­wódcą na Islan­dii, swego rodzaju nie­ko­ro­no­wa­nym kró­lem rodzin­nej wyspy. Dzięki doświad­cze­niu umiał jak nikt inny uchwy­cić czło­wie­czeń­stwo w poli­tyce i poli­tykę w czło­wieku.
Jego sagi kró­lew­skie były zarówno opo­wie­ściami o prze­szło­ści, jak i pod­ręcz­ni­kami do nauki ponad­cza­so­wej sztuki wła­dzy. Snor­riego zaj­mo­wało spra­wo­wa­nie wła­dzy na pozio­mie prak­tycz­nym – co działa, a co nie; wiel­kie zwy­cię­stwa i wiel­kie błędy.
Szcze­gól­nie żywo inte­re­so­wała go jedna histo­ria wiel­ko­ści i upadku. Histo­ria kariery poli­tycz­nej, która z per­spek­tywy naszych cza­sów wydaje się ude­rza­jąco podobna do kariery Snor­riego. Dzieje czło­wieka, który rów­nież chciał być potęż­niej­szy niż kto­kol­wiek wcze­śniej w jego kraju, czło­wieka, który zawie­rał soju­sze, z kim się dało, aby stwo­rzyć wokół sie­bie sieć lojal­nych ludzi, lecz podob­nie jak Snorri zra­żał innych swoim upo­rem i nie­na­sy­ce­niem. On także zro­bił sobie wroga z króla Nor­we­gii, jego wła­dza też roz­cią­gała się ponad morzami i górami, on także kupo­wał lojal­ność obiet­ni­cami. On rów­nież popeł­nił błąd u szczytu kariery i zakoń­czył życie kom­pletną klę­ską. On też zyskał nie­śmier­tel­ność.
To histo­ria Olafa Haralds­sona.

 

Do cza­sów Snor­riego od bitwy pod Sti­kle­stad żyło i umarło dzie­sięć poko­leń, a król, który zgi­nął w owej bitwie, zdą­żył się prze­obra­zić w nie­zwy­kle silny sym­bol dla całego nor­dyc­kiego świata. Dla nor­we­skiego rodu kró­lew­skiego „Święty Olaf” był wybit­nym przod­kiem legi­ty­mi­zu­ją­cym prawo dyna­stii do tronu. Kościół uwa­żał go za męczen­nika, który wyrwał Nor­we­gów z objęć sza­tana, ofia­ro­wu­jąc im chrze­ści­jań­stwo. Dla ludzi morza był dają­cym bez­pie­czeń­stwo patro­nem, który trzy­mał nad nimi chro­niącą dłoń przy sil­nym wie­trze. W oczach chło­pów sta­no­wił uoso­bie­nie wyobra­że­nia o dobrym królu, szla­chet­nej i wiecz­nej sile na wyso­ko­ści, która ochra­nia ich jak dobry ojciec, broni daw­nych praw, dba o porzą­dek i spra­wie­dli­wość mię­dzy ludźmi.
Święty Olaf był obok Naj­święt­szej Maryi Panny naj­po­pu­lar­niej­szym świę­tym kra­jów nor­dyc­kich, czczo­nym z wiel­kim zapa­łem przez miesz­kań­ców całej Europy Pół­noc­nej. Każ­dego roku rze­sze piel­grzy­mów wędro­wały na pół­noc po kamie­ni­stych ścież­kach doliny Gud­brands­da­len i przez góry Dovre, aby dotrzeć do trumny ze świę­tymi szcząt­kami, sto­ją­cej na głów­nym ołta­rzu w kate­drze Nida­ros. Olaf stał się epo­ni­mem dla wiel­kich posia­dło­ści w Nor­we­gii i Islan­dii, mię­dzy innymi w Hvam­mur, gdzie dora­stał Snorri. Ola­fowi poświę­cano kościoły w Anglii i Fry­zji, w Nowo­gro­dzie i dale­kim Kon­stan­ty­no­polu.
Kościelne opo­wie­ści o Ola­fie miały sta­no­wić reli­gijną inspi­ra­cję. Mówiły o cudach czy­nio­nych przez świę­tego króla prze­peł­nio­nego boską mocą. Jed­nak we mgle utka­nej z wiary i nadziei, peł­nej cudów i zna­ków, w XIII wieku żyły też pozo­sta­ło­ści innej tra­dy­cji. Dawne wier­sze skal­dów, opo­wie­ści prze­ka­zy­wane przez dwie­ście lat z ust do ust oraz histo­ryczne dzieła z XII wieku opo­wia­da­jące o wojow­ni­czym królu, który żył i umarł na tym świe­cie, był omyl­nym czło­wie­kiem, nie­wąt­pli­wie z krwi i kości, nie tylko dobrym i mądrym, lecz rów­nież zaro­zu­mia­łym i nie­roz­sąd­nym, ambit­nym i bru­tal­nym.
Los Olafa trudno zro­zu­mieć i wytłu­ma­czyć. Był kró­lem, któ­rego wypę­dził i zabił wła­sny lud, dla­tego na pewno sam zawi­nił swo­jemu upad­kowi. Cisnące się na usta pyta­nie naro­dzone z tej zagma­twa­nej, para­dok­sal­nej tra­dy­cji brzmiało, dla­czego i w jaki spo­sób nad wyraz ziem­ski wódz wikin­gów Olaf mógł stać się narzę­dziem Boga. Hagio­gra­fo­wie z XII wieku i daw­niejsi auto­rzy sag pró­bo­wali roz­wią­zać ten pro­blem, przed­sta­wia­jąc króla jako postać podobną Chry­stu­sowi, która została zło­żona w ofie­rze przez wła­sny lud i w ten spo­sób go zba­wiła.
Jeśli cho­dzi o Snor­riego, praca nad zro­zu­mie­niem naj­bar­dziej iko­nicz­nego nor­dyc­kiego króla wydaje się jego trwa­jącą przez całe życie obse­sją, swego rodzaju życio­wym pro­jek­tem lite­rac­kim. W mło­do­ści Snorri zgro­ma­dził i usys­te­ma­ty­zo­wał olbrzy­mie ilo­ści wie­dzy o świę­tym królu i jego cza­sach pocho­dzą­cej ze star­szych dzieł histo­rycz­nych, wciąż zna­nych utwo­rów wła­snych skal­dów Olafa, z opo­wie­ści sta­rych ludzi, nie­zli­czo­nych źró­deł, które póź­niej ule­gły znisz­cze­niu.
Snorri nie poda­wał w wąt­pli­wość opo­wie­ści hagio­gra­ficz­nych, ale nie takie kwe­stie sta­no­wiły cen­trum jego zain­te­re­so­wa­nia. Bar­dziej cie­ka­wiła go ziem­ska kariera Olafa niż nie­biań­ska. Odrzu­cał część ugrun­to­wa­nej tra­dy­cji doty­czą­cej cudów i cza­rów, które zapewne uwa­żał za nie­moż­liwe i które nie wpa­so­wy­wały się w naj­bar­dziej inte­re­su­jący go temat – gry mię­dzy ludźmi. Duża część jego dzieł wska­zuje, że Snorri pró­bo­wał dociec, gdzie Olaf popeł­nił błąd, co zro­bił źle. Czy był zbyt łagodny? Zbyt surowy? Jak mógł utra­cić wszystko, co zbu­do­wał? Tak samo jak inni auto­rzy sag Snorri dopeł­niał to, co wie­dział i w co wie­rzył, two­rze­niem i zga­dy­wa­niem, więc jego dzieła przy­bie­rały nie­mal formę fik­cji lite­rac­kiej. W ten spo­sób wie­dza o prze­szło­ści łączyła w sobie artyzm i logikę, two­rząc kom­pletne opo­wie­ści, nada­jące się do zaba­wia­nia, kształ­ce­nia i wycho­wy­wa­nia miesz­kań­ców kra­jów nor­dyc­kich w XIII wieku.
Gdy Snorri w wieku czter­dzie­stu lat po raz pierw­szy popły­nął do Nor­we­gii, miał ze sobą swoje dzieło o królu Ola­fie. Była to jego pierw­sza saga; praca nad nią zajęła mu wiele czasu. Ta saga jest naj­dłuż­sza ze wszyst­kich napi­sa­nych w śre­dnio­wie­czu, nie­zwy­kle szcze­gó­łowa jak na swoje czasy, nie­mal tak długa jak pięt­na­ście sag Snor­riego o innych kró­lach łącz­nie. Zapre­zen­to­wał ją na kró­lew­skim dwo­rze, chwa­lono go tam i kry­ty­ko­wano i praw­do­po­dob­nie zachę­cano do dal­szego pisa­nia.
Snorri podró­żo­wał przez kró­le­stwa Nor­we­gii i Szwe­cji, na wła­sne oczy oglą­da­jąc zie­mie, które dwie­ście lat wcze­śniej prze­mie­rzał Olaf ze swo­imi ludźmi. Spo­ty­kał osoby, które opo­wia­dały nie­znane mu dotąd histo­rie. Po powro­cie na Islan­dię napi­sał nową, krót­szą i popra­wioną wer­sję sagi. Jest to ostat­nia śre­dnio­wieczna saga o Ola­fie, swego rodzaju dopeł­nie­nie opo­wie­ści o życiu i śmierci świę­tego króla. Dziś zali­cza się ją do lite­rac­kich maj­stersz­ty­ków Snor­riego.
Po ukoń­cze­niu tej sagi uzu­peł­nił ją krót­szymi o kró­lach żyją­cych przed Ola­fem i o tych, któ­rzy nade­szli po nim, od zamierz­chłej prze­szło­ści, gdy na ziemi pano­wał król bogów Odyn, po czasy na kilka lat przed wła­snymi naro­dzi­nami. Tak powstał zbiór sag kró­lew­skich, które znamy pod nazwą Heim­skrin­gla. Histo­rie gładko prze­cho­dzą jedna w drugą, two­rząc więk­szą opo­wieść – opo­wieść o wybra­nej, pra­sta­rej świę­tej dyna­stii wład­ców, która zjed­no­czyła kró­le­stwo i prze­ka­zała je swoim następ­com.
To mit zało­ży­ciel­ski, na któ­rym Nor­we­go­wie zbu­do­wali swój kraj.

 
Wesprzyj nas