Człowiek jest członkiem plemienia, które może przybierać różne formy. Jednak co jest najważniejsze to fakt, że plemię jednoczy. Tylko dlaczego tak jest? Co sprawia, że jesteśmy lojalni wobec członków tej samej grupy? Na te pytania postara się odpowiedzieć książka „Plemienni”.


Współczesne plemię to każda grupa ludzi, którą jednoczą podobne przekonania. Może przybierać różne formy – od religijnych stowarzyszeń, przez partie polityczne i państwa, aż po firmy, organizacje czy grupy pasjonatów.

Dlaczego jesteśmy lojalni wobec członków tej samej grupy, a wspólny cel sprawia, że pracujemy efektywniej i możemy więcej osiągnąć? Co sprawia, że instynkt plemienny nie tylko wpływa na nasze decyzje, ale też kształtuje nasze myśli i emocje?

Po pierwsze, działa w nas instynkt stada – niepostrzeżenie dostrajamy się do rytmu większości, chcąc być jej częścią. Po drugie, uruchamia się instynkt bohatera – popycha nas do poświęceń dla dobra grupy i motywuje, by dorównać tym, którzy cieszą się największym szacunkiem. Po trzecie, przemawia do nas głos przodków – każe pielęgnować tradycje i powielać wzorce przekazywane z pokolenia na pokolenie. To właśnie te pierwotne impulsy – pozwalają nam dzielić się wiedzą, współpracować i budować lepszą przyszłość.

Nasze plemienne instynkty są naszą największą supermocą. Używaj jej mądrze!

Michael Morris
Plemienni. Jak instynkty kulturowe mogą nas jednoczyć
Przekład: Tadeusz Chawziuk
Wydawnictwo Copernicus Center Press
Premiera: 4 czerwca 2025
 
 


WSTĘP
Ta­jem­nica Hid­dinka

Na pół­tora roku przed mi­strzo­stwami świata w piłce noż­nej, które miały od­być się w Ko­rei Po­łu­dnio­wej w 2002 roku, kraj ten – wbrew po­pu­lar­nemu okre­śle­niu – w ni­czym nie przy­po­mi­nał „kra­iny po­ran­nego spo­koju”. Po­łu­dnio­wo­ko­re­ań­ska dru­żyna piłki noż­nej, zwy­kle nie­ma­jąca so­bie rów­nych w re­gio­nie, wy­pa­dła słabo w Pu­cha­rze Azji w 2000 roku, nie zdo­ław­szy po­ko­nać ta­kiego sła­be­usza jak Ku­wejt, pod­czas gdy Ja­po­nia – ar­cy­ry­wal i współ­or­ga­ni­za­tor mi­strzostw – bez po­rażki wy­szła z grupy, do­tarła do fi­nału i zdo­była tro­feum.
Cho­dziło o coś wię­cej niż sport. Po stu­le­ciu na­zna­czo­nym ko­lo­ni­za­cją, wojną i za­wi­ro­wa­niami po­li­tycz­nymi Ko­rea Po­łu­dniowa zna­la­zła się w ści­słej go­spo­dar­czej czo­łówce świata. Wła­ściwa temu pań­stwu etyka suk­cesu osią­ga­nego na dro­dze wy­siłku i po­świę­ce­nia po­mo­gła zdo­być moż­li­wość or­ga­ni­za­cji mi­strzostw. Po­tem kry­zys fi­nan­sowy z 1997 roku wstrzą­snął go­spo­darką, od­sło­nił prak­tyki ko­rup­cyjne i wy­wo­łał ko­niecz­ność upo­ka­rza­ją­cego pro­sze­nia o wspar­cie z za­gra­nicy. Przy­wódcy po­li­tyczni za­częli gło­sić, że do­bry wy­nik w mi­strzo­stwach może być szansą na przy­wró­ce­nie nad­wą­tlo­nej re­pu­ta­cji Ko­rei Po­łu­dnio­wej jako oj­czy­zny lu­dzi kom­pe­tent­nych. Świa­towi buk­ma­che­rzy uwa­żali jed­nak, że na­leży się spo­dzie­wać pierw­szego przy­padku, gdy kraj or­ga­ni­za­tor nie bę­dzie w sta­nie wyjść poza fazę gru­pową. Po­ja­wiło się widmo ko­lej­nego upo­ko­rze­nia.
Za­nie­po­ko­jony szef Ko­re­ań­skiego Związku Piłki Noż­nej (KFA) Chung Mong-joon zde­cy­do­wał się za­te­le­fo­no­wać do Ho­lan­dii. Po dru­giej stro­nie po­łą­cze­nia znaj­do­wał się Guus Hid­dink, nie naj­młod­szy już ho­len­der­ski tre­ner, z mocno wy­eks­plo­ato­wa­nym pasz­por­tem, zno­szo­nym dre­sem i opi­nią szko­le­niowca, który po­trafi tchnąć du­cha walki w swoje dru­żyny[1]. W mun­dialu z 1998 roku skon­flik­to­waną wcze­śniej ekipę Ho­lan­dii do­pro­wa­dził do pół­fi­nału. Po dro­dze roz­gro­miła po­łu­dnio­wo­ko­re­ań­skich Czer­wo­nych 5:0, co wy­wo­łało jed­no­cze­śnie wielki smu­tek i wielki po­dziw u ich dzia­ła­czy. Te­raz ci dzia­ła­cze za­pro­sili Ho­len­dra, aby prze­jął ich bo­ry­ka­jącą się z pro­ble­mami dru­żynę w go­dzi­nie próby. Oglą­da­jąc ma­te­riały wi­deo, Hid­dink prze­ko­nał się, że styl gry dru­żyny po­zo­stał po­wolny i prze­sta­rzały. Do­wie­dział się także, że KFA in­ge­ro­wała w de­cy­zje ka­drowe, nie­kiedy sta­wia­jąc na za­wod­ni­ków na pod­sta­wie ich po­cho­dze­nia spo­łecz­nego, a nie ta­lentu. Po na­my­śle od­dzwo­nił do Chunga i prze­pra­sza­jąc za swoją ho­len­der­ską szcze­rość, po­sta­wił bez­pre­ce­den­sowe wa­runki: ab­so­lutną su­we­ren­ność de­cy­zji ka­dro­wych, wy­dłu­żone obozy szko­le­niowe i bu­dżet umoż­li­wia­jący za­pra­sza­nie na spo­tka­nia to­wa­rzy­skie naj­lep­sze ekipy świata.
Mie­siąc póź­niej czer­wo­no­licy Hid­dink wy­lą­do­wał w Seulu, gdzie miał zo­stać za­pre­zen­to­wany pra­sie spor­to­wej. Za­czął od wy­zna­nia: „Moja wie­dza o Ko­rei jest nie­wielka”[2]. Nie było w tym fał­szy­wej skrom­no­ści – o czym prze­ko­nali się dzien­ni­ka­rze, gdy wy­szło na jaw, że nie pa­mięta na­zwisk czo­ło­wych gra­czy. Za­po­mi­na­nie na­zwisk mo­gło być zresztą ce­lowe. Pierw­szym po­su­nię­ciem Hid­dinka było ogło­sze­nie „otwar­tego na­boru”, w któ­rym szansę do­stali nie tylko uznani za­wod­nicy, lecz także no­wi­cju­sze pro­sto ze szkoły śred­niej. Wszy­scy mu­sieli wy­ka­zać się umie­jęt­no­ściami w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych te­stach – kilka gwiazd fut­bolu po­le­gło[3]. Wy­wo­łało to gniew wśród gra­czy i nie­na­wiść wśród fa­nów w spo­łe­czeń­stwie ce­chu­ją­cym się głę­bo­kim po­sza­no­wa­niem wieku oraz do­świad­cze­nia.
Hid­dink na­uczał sys­temu tak­tycz­nego, na­zy­wa­nego to­ta­alvo­et­bal („fut­bo­lem to­tal­nym”), po­le­ga­ją­cego na bły­ska­wicz­nej grze pres­sin­giem, w któ­rej za­wod­nicy po­ru­szają się płyn­nie po ca­łym bo­isku, dą­żąc do stwo­rze­nia nie­ocze­ki­wa­nych sy­tu­acji. Sys­tem ten, stwo­rzony przez Ho­len­drów, przej­mo­wała co­raz więk­sza liczba naj­lep­szych ze­spo­łów w in­nych kra­jach. Pierw­sze obozy szko­le­niowe po­ka­zały jed­nak Hid­din­kowi, że ten po­zba­wiony re­guł styl gry nie przyj­mie się ła­two. Za­wod­nicy po­sy­łali piłkę w nie­trudny do od­czy­ta­nia spo­sób, czę­sto po­da­jąc po pro­stu do star­szych człon­ków dru­żyny. Co gor­sza, mło­dzież, którą wy­brał ze względu na szyb­kość, za­czy­nała się wa­hać przed bramką, znaj­du­jąc się na zna­ko­mi­tej po­zy­cji strze­lec­kiej. Po­tem prze­pra­szała do­świad­czo­nych za­wod­ni­ków za po­peł­nione błędy, nie­kiedy po­głę­bia­jąc tę sa­mo­kry­tykę w wy­wia­dach pra­so­wych po me­czu.
Re­pre­zen­ta­cja grała słabo. Hid­dink nie wy­mie­niał jed­nak nie­sku­tecz­nych pił­ka­rzy ani nie ru­gał ich zza li­nii bocz­nej. We­zwał za to wszyst­kich na ofi­cjalne spo­tka­nie. Ko­re­ań­ski tłu­macz wzdry­gał się, gdy prze­kła­dał pe­sy­mi­styczną ocenę tre­nera, który twier­dził, że przy obec­nej for­mie dru­żyna od­pad­nie z tur­nieju w fa­zie wstęp­nej. Aby pod­kre­ślić po­wagę sy­tu­acji, przy­po­mniał, że Czer­woni nie wy­grali żad­nego spo­tka­nia w po­przed­nich pię­ciu wy­stę­pach na mi­strzo­stwach świata. Je­żeli jed­nak pod­po­rząd­kują się bez­li­to­snemu pro­gra­mowi spraw­no­ścio­wemu pod­czas dłu­gich przy­go­to­wań, ist­nieje na­dzieja. Mogą zdo­być prze­wagę wy­trzy­ma­ło­ściową po­dobną do tej, która nio­sła cu­downą re­pre­zen­ta­cję Ko­rei Pół­noc­nej w tur­nieju z 1966 roku. Męż­czyźni w czer­wo­nych ko­szul­kach spoj­rzeli mu przez chwilę w oczy i po­wie­dzieli „Ye!”. Byli go­towi na każde po­świę­ce­nie.
Na­stęp­nie tre­ner wpro­wa­dził ze­staw za­ska­ku­ją­cych re­guł. Ko­lejny obóz szko­le­niowy od­bę­dzie się na dru­gim końcu kon­ty­nentu – w mię­dzy­na­ro­do­wym ośrodku pił­kar­skim w Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tach Arab­skich – gdzie naj­lepsi spe­cja­li­ści od ki­ne­zjo­lo­gii po­pro­wa­dzą za­wod­ni­ków przez za­awan­so­wany pro­gram ćwi­czeń. Me­dia ko­re­ań­skie otrzy­mają for­malny za­kaz wstępu do ośrodka. Zmiany do­tknęły na­wet kwe­stii gra­ma­tycz­nych: od­tąd za­bro­nione bę­dzie sto­so­wa­nie for­muł grzecz­no­ścio­wych ję­zyka ko­re­ań­skiego, któ­rymi młodsi za­wod­nicy zwra­cali się do star­szych na­wet w fer­wo­rze walki na bo­isku. Hid­dink uza­sad­niał wszyst­kie te re­gu­la­cje wzglę­dami sku­tecz­no­ści, ale zmie­niały one także kul­turę ota­cza­jącą za­wod­ni­ków. Ob­ser­wa­to­rzy za­czy­nali po­wąt­pie­wać w to, czy Ho­len­der nie za­tra­cił kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią lub przy­naj­mniej wszel­kiej wraż­li­wo­ści. Czyżby „za­po­mniał o róż­ni­cach kul­tu­ro­wych i żą­dał od Ko­re­ań­czy­ków, aby z dnia na dzień za­częli pra­co­wać, grać i tre­no­wać jak Eu­ro­pej­czycy?”, jak py­tał re­por­ter „New York Ti­mesa”. „Być może ma­cie ra­cję”, od­po­wia­dał Hid­dink, „a być może za­wod­nicy do­sto­sują się szyb­ciej, niż wam się wy­daje”[4].
Wkrótce oka­zało się, że stra­te­gia Hid­dinka za­czyna przy­no­sić owoce. Zmie­nione wa­runki wy­do­były ukryte strony oso­bo­wo­ści gra­czy i po­bu­dziły ich pro­ces roz­woju. Za­wod­nicy za­cho­wy­wali się tak samo jak inni mię­dzy­na­ro­dowi pił­ka­rze tre­nu­jący w tym miej­scu. Ko­re­ań­skie zwy­czaje spo­łeczne, które spo­wal­niały grę – prze­sadne oka­zy­wa­nie sza­cunku i sa­mo­kry­tyka – rza­dziej ujaw­niały się na bo­isku. Starsi za­wod­nicy w mniej­szym stop­niu trzy­mali się ty­po­wych za­grań, a młodsi chęt­niej po­zwa­lali so­bie na spon­ta­niczne re­ak­cje i ko­rzy­stali z oka­zji strze­lec­kich.
Nie­mniej kiedy la­tem 2001 roku Czer­woni roz­po­częli se­rię po­je­dyn­ków z naj­lep­szymi dru­ży­nami świata, ich to­ta­alvo­et­bal czę­sto przy­po­mi­nał to­talny chaos. Klu­czową tak­tyką była za­miana po­zy­cji mię­dzy za­wod­ni­kami, aby zbić z tropu obroń­ców. Czer­wo­nym bra­ko­wało jed­nak do­świad­cze­nia nie­zbęd­nego do ta­kiej gry, nie umieli od­czy­ty­wać in­ten­cji i ko­or­dy­no­wać dzia­łań. W maju prze­grali z Fran­cją 5:0. Po ko­lej­nej po­rażce 5:0 w sierp­niu z re­pre­zen­ta­cją Czech ko­re­ań­skie me­dia ochrzciły Hid­dinka „Oh Dae Young” („Mi­ste­rem 5-0”)[5]. Czer­woni do­zna­wali bar­dziej sro­mot­nych po­ra­żek niż kie­dy­kol­wiek. Były me­ne­dżer re­pre­zen­ta­cji ob­cią­żył całą winą „nie­kom­pe­tent­nego” ob­co­kra­jowca. Spon­sor dru­żyny, Sam­sung, wstrzy­mał emi­sję kosz­tow­nej re­klamy te­le­wi­zyj­nej, w któ­rej wy­stę­po­wał pe­chowy tre­ner.
Pod­czas dłu­giego obozu szko­le­nio­wego, który na­stą­pił póź­niej, Czer­woni na­dal do­sko­na­lili umie­jęt­no­ści i pod­no­sili wy­trzy­ma­łość. Co­dzienne in­te­rak­cje spo­łeczne znów za­częły prze­bie­gać we­dług utrwa­lo­nych tra­dy­cji ze­społu. We­te­rani – tacy jak Hong My­ung-bo, który wy­stą­pił w trzech po­przed­nich tur­nie­jach mi­strzostw świata – pro­wa­dzili resztę przez prze­sta­rzałe roz­grzewki znane Czer­wo­nym od za­wsze. Do­świad­czeni człon­ko­wie sztabu szko­le­nio­wego za­ba­wiali za­wod­ni­ków opo­wie­ściami o bo­ha­te­rach po­przed­nich ekip. Znów zmie­niły się ry­tu­ały ży­cia obo­zo­wego, na przy­kład młodsi za­wod­nicy cze­kali, aż starsi naj­pierw zajmą miej­sca przy stole. Nie­kiedy czy­ścili na­wet buty we­te­ra­nów. Hid­dink zdał so­bie z tego wszyst­kiego sprawę, gdy pe­wien młody za­wod­nik wy­znał mu, iż dla niego jest coś nie­wła­ści­wego – i nie­zgod­nego z tra­dy­cjami Czer­wo­nych – w tym, że ma zmie­nić sław­nego we­te­rana.
Tra­dy­cja jed­no­czy ze­spół, ale ry­tu­ały te uczyły błęd­nych za­cho­wań. Sza­cu­nek dla star­szych (czy to jako po­chodna ko­re­ań­skich zwy­cza­jów, czy obec­nie tra­dy­cja Czer­wo­nych) szko­dził płyn­no­ści gry. Hid­dink wie­rzył jed­nak w zdol­no­ści ad­ap­ta­cyjne. Je­żeli te tra­dy­cje Czer­wo­nych ukształ­to­wały się w cie­plar­nia­nym śro­do­wi­sku obo­zów szko­le­nio­wych, to z pew­no­ścią można stwo­rzyć w ten sam spo­sób nowe tra­dy­cje. Hid­dink znów na­rzu­cił nowe re­guły, prze­obra­ża­jąc tym ra­zem co­dzienne in­te­rak­cje spo­łeczne. Zniósł pro­wa­dzone przez we­te­ra­nów se­kwen­cje roz­grzew­kowe jako zru­ty­ni­zo­wane. Wy­zna­czał młod­szych gra­czy do peł­nie­nia funk­cji wła­ści­wych ka­pi­ta­nowi. Usta­lał, kto ma gdzie sie­dzieć pod­czas po­sił­ków, mie­sza­jąc no­wi­cju­szy i we­te­ra­nów. Sa­dzał ich ra­zem w sa­mo­lo­tach i umiesz­czał w tych sa­mych po­ko­jach ho­te­lo­wych. Za­czął od­gwiz­dy­wać faule, na­wet je­śli za­wod­nik ni­czym nie za­wi­nił, aż w końcu pił­ka­rze za­czy­nali pro­te­sto­wać, a po­tem chwa­lił ich za umie­jęt­ność obrony wła­snego zda­nia. Dla za­wod­ni­ków wy­cho­wa­nych w kul­tu­rze, w któ­rej na­wet spoj­rze­nie w oczy star­szej oso­bie może ucho­dzić za prze­jaw zu­chwa­ło­ści, były to nie­znane i nie­przy­jemne do­świad­cze­nia. Po wielu mie­sią­cach ta­kiego trak­to­wa­nia in­te­rak­cje jak równy z rów­nym stały się nową nor­mal­no­ścią: nową tra­dy­cją Czer­wo­nych.
Gdy ewo­lu­owała kul­tura ze­społu – a szko­le­nie wy­trzy­ma­ło­ściowe do­cho­dziło do punktu kul­mi­na­cyj­nego – gra Czer­wo­nych w końcu za­częła się po­pra­wiać. W me­czu to­wa­rzy­skim po­ko­nali Szko­cję 4:1. W me­czach po­prze­dza­ją­cych mi­strzo­stwa udało im się zre­mi­so­wać z An­glią. Po­tem prze­grali tylko jedną bramką z ów­cze­snym mi­strzem świata Fran­cją. Buk­ma­che­rzy wciąż nie da­wali im wiel­kiej szansy, ale za­wod­nicy uwie­rzyli w sie­bie[6].
W fa­zie gru­po­wej pierw­szym prze­ciw­ni­kiem była znacz­nie wy­żej no­to­wana dru­żyna Pol­ski, co we­dług znaw­ców fut­bolu ze sta­no­wisk dzien­ni­kar­skich miało skoń­czyć się dla Ko­rei nie­chybną po­rażką. Ener­giczne ataki Czer­wo­nych zmu­siły Po­la­ków do sku­pie­nia się na obro­nie. Trzy­dzie­sto­trzy­letni Hwang Sun-hong zdo­był pierw­szą bramkę, usta­la­jąc nie­pewną prze­wagę, a po prze­rwie trzy­dzie­sto­letni Yoo Sang-chul znów po­słał piłkę do siatki. Przez resztę me­czu pięć­dzie­siąt ty­sięcy ko­re­ań­skich ki­bi­ców, wśród nich pre­zy­dent kraju Kim Dae-jung, klasz­cząc na sto­jąco, do­pin­go­wało swoją dru­żynę, osią­ga­jącą hi­sto­ryczny suk­ces. Na­stęp­nie Czer­woni zmie­rzyli się z ekipą Sta­nów Zjed­no­czo­nych – prze­gry­wali, co za­gro­ziło na­dzie­jom na do­bry wy­nik w tur­nieju. Mimo to fan­klub ze­społu, Czer­wone Dia­bły, nie prze­sta­wał skan­do­wać: „Dae-Han-Min-Guk” („Re­pu­blika Ko­rei”), tłu­miąc wszel­kie okrzyki „U-S-A!”. Czer­woni prze­pro­wa­dzali atak za ata­kiem i wresz­cie w ostat­nich mi­nu­tach me­czu dwu­dzie­sto­sze­ścio­letni Ahn Jung-hwan (bar­dziej znany z wy­glądu gwiazdy kina niż fe­no­me­nal­nych za­grań na bo­isku) pięk­nym strza­łem głową do­pro­wa­dził do re­misu. Ekrany w ca­łej Ko­rei po wie­lo­kroć wy­świe­tlały wspa­niałą bramkę, a emo­cje przed ostat­nim me­czem fazy gru­po­wej z po­tężną Por­tu­ga­lią ro­sły. Od sa­mego po­czątku sta­dion drżał od ude­rzeń tra­dy­cyj­nych bęb­nów ko­re­ań­skich w sek­to­rach „Dia­błów”. Do­świad­czony po­moc­nik Hong zna­ko­mi­cie do­środ­ko­wy­wał i strzały głową mi­ni­mal­nie omi­jały bramkę, co wpro­wa­dzało ki­bi­ców w stan ogrom­nego na­pię­cia. Po­tem w sie­dem­dzie­sią­tej mi­nu­cie nie­zmor­do­wany dwu­dzie­sto­jed­no­letni Park Ji-sung prze­jął po­przeczne po­da­nie, od­bił piłkę od obrońcy i po­słał ją do siatki mię­dzy no­gami bram­ka­rza, za­pew­nia­jąc swo­jej dru­ży­nie zwy­cię­stwo. Na try­bu­nach za­pa­no­wało sza­leń­stwo. Ze­spół nie­siony tą ener­gią da­lej ata­ko­wał, pod­czas gdy wy­czer­pani Por­tu­gal­czycy z tru­dem do­trzy­my­wali kroku.
Czer­woni wy­grali mecz i tym sa­mym za­jęli pierw­sze miej­sce w gru­pie. Dru­żyna po­ka­zała nie­złomną de­ter­mi­na­cję. Co wię­cej, olśnie­wała sty­lem gry, za­chwy­ca­jąc ki­bi­ców wy­szu­ka­nymi po­da­niami i akro­ba­tycz­nymi bram­kami. Go­spo­da­rze, któ­rzy szy­ko­wali się na sro­motną po­rażkę, byli w siód­mym nie­bie.

 
Przy oka­zji każ­dych mi­strzostw świata znawcy fut­bolu roz­pra­wiają o zde­rze­niu kul­tur na bo­isku: nie­miecka pra­co­wi­tość kon­tra bra­zy­lij­ska samba, wło­ska ma­estria kon­tra bry­tyj­ski prag­ma­tyzm. Dla Hid­dinka te ste­reo­typy „na­ro­do­wego cha­rak­teru” ni­gdy nie były prze­ko­nu­jące.
Ho­len­der wy­cho­dził z za­ło­że­nia, że kul­tura i toż­sa­mość wy­wie­rają wpływ na za­wod­ni­ków, ale nie do tego stop­nia, aby mo­gli grać tylko w je­den spo­sób. Wie­rzył – na pod­sta­wie wła­snego do­świad­cze­nia gry w róż­nych kra­jach – że rola kul­tury jest zmienna, a nie stała. Kiedy pierw­szy raz zo­stał tre­ne­rem dru­żyny w li­dze ho­len­der­skiej, pró­bo­wał wpro­wa­dzić do dru­żyny za­gra­niczną gwiazdę. Do­świad­czeni tre­ne­rzy prze­po­wia­dali, że to się nie uda, że Bra­zy­lij­czyk ni­gdy nie przy­sto­suje się do fut­bolu to­tal­nego. Po róż­nych eks­pe­ry­men­tach z mo­dy­fi­ka­cjami w tre­nin­gach sy­ner­gia jed­nak w końcu za­sko­czyła i klub za­czął od­no­sić suk­cesy. Po­tem Hid­dink i inni usi­ło­wali prze­szcze­pić „styl ho­len­der­ski” do dru­żyn hisz­pań­skich, który rze­komo do nich nie pa­so­wał, two­rząc przy oka­zji nowe wa­rianty tego stylu[7].
Więk­szość tre­ne­rów w tam­tym cza­sie uwa­żała kul­turę za coś nie­na­ru­szal­nego. Hid­dink ze swoim bar­dziej prak­tycz­nym po­dej­ściem po­strze­gał ją jako po­datną na od­dzia­ły­wa­nie, a na­wet pla­styczną. Pod­czas gdy wielu tre­ne­rów wie­działo, że kul­tura na­ro­dowa wpływa na styl gry, nie­liczni prze­czu­wali, że można „włą­czać i wy­łą­czać” czyn­niki kul­tu­rowe, zmie­nia­jąc oto­cze­nie gra­czy. Choć wielu tre­ne­rów sta­rało się wy­ko­rzy­stać kul­turę or­ga­ni­za­cyjną swo­ich dru­żyn, tylko nie­liczni do­pusz­czali myśl, że mogą prze­pro­gra­mo­wać tę kul­turę, od­po­wied­nio kształ­tu­jąc in­te­rak­cje spo­łeczne za­wod­ni­ków.
Po przy­go­dzie z Ko­reą Po­łu­dniową Hid­dink po­wtó­rzył tę samą sztuczkę[8], do­pro­wa­dza­jąc re­pre­zen­ta­cję Au­stra­lii pierw­szy raz w hi­sto­rii do fazy tur­nie­jo­wej mun­dialu w 2006 roku, a po­tem re­pre­zen­ta­cję Ro­sji, któ­rej nie da­wano więk­szych szans, do pół­fi­nału mi­strzostw Eu­ropy w 2008 roku. W każ­dym wy­padku do­sto­so­wy­wał i kształ­to­wał kul­turę za po­mocą so­bie tylko zna­nych me­tod i traf­nie do­bra­nych ko­mu­ni­ka­tów. Au­stra­lij­czycy cha­rak­te­ry­zo­wali się świet­nym przy­go­to­wa­niem fi­zycz­nym, lecz bra­ko­wało im ko­or­dy­na­cji tak­tycz­nej. Hid­dink za­ka­zał im ha­ła­śli­wego do­pin­go­wa­nia z ła­wek (które za­kłó­cało ko­mu­ni­ka­cję na bo­isku) i wy­ty­czył obroń­com ści­słe strefy po­ru­sza­nia się (tak że prze­stali bie­gać po ca­łym bo­isku). Po­skro­mił ego­istyczne gwiazdy, od­wo­łu­jąc się do ega­li­tar­nych prze­ko­nań spo­łe­czeń­stwa au­stra­lij­skiego. Z ko­lei ekipa ro­syj­ska cier­piała na syn­drom lęku przed po­dej­mo­wa­niem ry­zyka, dla­tego Hid­dink włą­czył do se­sji tre­nin­go­wych ele­ment za­ba­wowy, który miał roz­luź­nić gra­czy. Prze­ko­nał ich do idei fut­bolu to­tal­nego, po­ka­zu­jąc na­gra­nia jed­nego z jego wcze­snych wcie­leń: obrony pres­sin­giem mo­skiew­skiego tre­nera z lat sześć­dzie­sią­tych[9]. Ro­syj­ska duma stała się siłą wspie­ra­jącą na­ukę, a nie prze­szkodą. Póź­niej Hid­dink zo­stał tre­ne­rem ze­społu Chel­sea, peł­nego skłó­co­nych mię­dzy­na­ro­do­wych gwiazd, prze­obra­ził kul­turę tej dru­żyny i osią­gnął naj­bar­dziej im­po­nu­jące wy­niki w hi­sto­rii Pre­mier Le­ague[10].
Tyle suk­ce­sów – na ca­łym świe­cie i na róż­nych po­zio­mach – nie mo­gło być przy­pad­kiem. Musi być me­toda w tym sza­leń­stwie Hid­dinka, ja­kiś spo­sób wy­do­by­wa­nia ta­len­tów przez od­wo­ły­wa­nie się do wzor­ców kul­tu­ro­wych. Na­uczył się wzmac­niać ce­chy po­ma­ga­jące w osią­ga­niu wy­ni­ków i osła­biać ce­chy temu prze­szka­dza­jące. Na­uczył się prze­kształ­cać stop­niowo au­to­wi­ze­ru­nek każ­dego ze­społu. Ta kul­tu­rowa al­che­mia – ta­jem­nica Hid­dinka – może wy­ka­zać sku­tecz­ność także poza bo­iskiem.
Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, gdy Hid­dink wy­pra­co­wy­wał he­re­tyc­kie po­glądy o kul­tu­ro­wych aspek­tach fut­bolu, na­ukowcy ba­da­jący kul­turę za­częli zmie­niać pa­ra­dyg­maty w dość po­dobny spo­sób. Po­dob­nie jak „stara gwar­dia” tre­ne­rów pił­kar­skich, wcze­śniej­sze po­ko­le­nia ba­da­czy za­kła­dały, że kra­jo­brazy kul­tu­ralne są usta­lone. An­tro­po­lo­gia opi­sy­wała spo­łe­czeń­stwa pier­wotne w ka­te­go­riach wiecz­nych in­sty­tu­cji (np. Ha­ido­wie od­pra­wiają ce­re­mo­nie po­tlacz przed po­sta­wie­niem słu­pów to­te­mo­wych)[11]. Psy­cho­lo­gia po­rów­ny­wała ce­chy jed­nost­kowe (np. oso­bo­wość zo­rien­to­wana na osią­gnię­cia jest czę­sto spo­ty­kana w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, ale rzadka w In­diach)[12]. Po­dej­ścia te spro­wa­dzały kul­tury do trwa­łych wzor­ców – ist­nie­ją­cych od wie­ków in­sty­tu­cji lub nie­zmien­nych cech cha­rak­teru.
U schyłku XX wieku trudno było jed­nak nie za­uwa­żyć tego, że wzorce kul­tu­rowe – spo­łeczne i jed­nost­kowe – stały się płynne. Spo­łe­czeń­stwa na ca­łym świe­cie pod­le­gały głę­bo­kim zmia­nom, gdy młode po­ko­le­nie two­rzyło nowy styl ży­cia, do­ko­nu­jąc wy­boru zwy­cza­jów prze­ka­zy­wa­nych przez ro­dzi­ców i nie oba­wia­jąc się za­po­ży­czeń z in­nych tra­dy­cji. Jed­nostki czę­ściej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej zmie­niały miej­sce za­miesz­ka­nia, ale nie za­wsze się przy­sto­so­wy­wały – nie­kiedy utrzy­my­wały różne świa­to­po­glądy kul­tu­ralne, prze­ska­ku­jąc mię­dzy nimi w za­leż­no­ści od sy­tu­acji[13]. Co­raz wy­raź­niej do­strze­gano, że kul­tura nie jest je­dy­nie efek­tem dzia­ła­nia in­sty­tu­cji spo­łecz­nych czy psy­cho­lo­gii jed­nost­ko­wej, lecz splo­tem współ­za­leż­no­ści mię­dzy nimi. In­sty­tu­cje kul­tu­rowe kształ­tują umysł jed­nostki, a umysł jed­nostki kształ­tuje in­sty­tu­cje kul­tu­rowe. Kul­tura i psy­che są ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie sple­cione[14].
W ciągu ostat­nich dwóch dzie­się­cio­leci po­łą­cze­nie an­tro­po­lo­gii i psy­cho­lo­gii do­pro­wa­dziło do po­wsta­nia no­wej na­uki o na­zwie „psy­cho­lo­gia kul­tu­rowa”. Zaj­mu­jący się nią ba­da­cze zgłę­biają roz­ma­ite ro­dzaje grup kul­tu­ro­wych – od kla­nów zbie­racko-ło­wiec­kich przez kor­po­ra­cje po na­rody – za­da­jąc py­ta­nia do­ty­czące struk­tur po­znaw­czych i spo­łecz­nych, uprze­dzeń oraz za­cho­wań. To miej­sce prze­ci­na­nia się róż­nych dys­cy­plin, w któ­rym współ­pra­cują ze sobą ba­da­cze wy­wo­dzący się z róż­nych tra­dy­cji na­uko­wych i kul­tu­ro­wych. Mia­łem szczę­ście przy­czy­nić się do nie­zwy­kłego wzro­stu tej dzie­dziny wie­dzy. Dzięki temu, że zna­la­złem się we wła­ści­wym miej­scu o wła­ści­wym cza­sie, otrzy­ma­łem szansę prze­pro­wa­dze­nia ba­dań, które okre­śliły dal­szy jej roz­wój[15]. Istotną na­uką wy­ni­ka­jącą z se­tek stu­diów, które prze­pro­wa­dzi­łem, jest to, że wzorce kul­tu­rowe są zmienne i dają się kształ­to­wać oraz że sto­su­jąc od­po­wied­nie na­rzę­dzia, je­ste­śmy w sta­nie wy­ko­rzy­stać je do na­szych ce­lów.
Cho­ciaż na­uka w co­raz więk­szym stop­niu uznaje ten dy­na­miczny pa­ra­dyg­mat, w prak­tyce świat na­dal poj­muje wzorce kul­tu­rowe jako usta­lone (i od­porne na wpływy). Po­li­tycy wska­zują na „kul­turę biedy” w Ap­pa­la­chach, która czyni da­remną wszelką po­moc eko­no­miczną[16]. Dzien­ni­ka­rze ostrze­gają przed „kul­turą gwał­tów na kam­pu­sach uni­wer­sy­tec­kich”, „kul­turą broni pal­nej w Tek­sa­sie” czy „kul­turą nar­ko­ty­ków w Hol­ly­wood”. Suk­ces da­nej grupy wy­wo­dzi się z jej kul­tu­ro­wej istoty: Włosi „mają we krwi” za­mi­ło­wa­nie do sztuki; lo­jal­ność staje się „drugą na­turą” ma­ri­nes; in­no­wa­cja jest za­pi­sana „kul­tu­ro­wym DNA” IBM. Tego ro­dzaju czę­sto po­wta­rzane wy­ra­że­nia za­kła­dają, że człon­ko­wie „ple­mie­nia” no­szą w so­bie pewną istotę – esen­cję – która czyni ich ta­kimi, ja­kimi są, i leży u pod­łoża ich cha­rak­te­ry­stycz­nych uzdol­nień[17].
Esen­cja­lizm sta­nowi jed­nak błędną in­ter­pre­ta­cję kul­tury – nie­kiedy tra­gicz­nie błędną. Na­ród, kor­po­ra­cja lub ze­spół, które przy­pi­sują swój suk­ces ja­kiejś nie­zmien­nej isto­cie, ła­two po­pa­dają w sa­mo­za­do­wo­le­nie. Na cmen­ta­rzy­sku hi­sto­rii spo­czy­wają dawne nie­zwy­cię­żone im­pe­ria, kor­po­ra­cje „zbu­do­wane, by prze­trwać” oraz mi­strzo­wie, nie­gdyś uwa­żani za nie­znisz­czal­nych.
I od­wrot­nie: kiedy wi­dzimy w ska­zach prze­ciw­nika nie­da­jące się ze­trzeć piętno, nic nas nie po­wstrzyma przed bez­względną i nie­przy­no­szącą nic do­brego ze­mstą. Po ata­kach z 11 wrze­śnia 2001 roku wo­jow­ni­czo na­sta­wieni po­li­tycy USA skie­ro­wali gniew prze­ciw ma­dra­som (mu­zuł­mań­skim szko­łom, w któ­rych uczą się biedni) jako „wy­lę­gar­niom ter­ro­ry­zmu”, za­kła­da­jąc, że tylko muł­ło­wie mogą wpa­jać ide­ały dżi­ha­dy­styczne[18]. Ra­dy­ka­lizm jest jed­nak w więk­szym stop­niu wy­two­rem re­sen­ty­mentu niż re­li­gii[19]. Ża­den z za­ma­chow­ców nie uczęsz­czał do ma­drasy; stu­dio­wali kie­runki ści­słe na za­chod­nich uczel­niach (jak na iro­nię Mu­ham­mad Atta – re­wi­ta­li­za­cję miast), a po­tem ule­gli ra­dy­ka­li­za­cji. Po­dob­nie bo­jow­nicy ISIS re­kru­to­wali się głów­nie spo­śród po­zba­wio­nych praw, nie zaś wy­znaw­ców. Wy­wo­dzili się nie z ma­dras, ale z wię­zień woj­sko­wych i dziel­nic biedy (o czym świad­czy choćby książka po­zo­sta­wiona przez jed­nego z bo­jow­ni­ków w lon­dyń­skim miesz­ka­niu: Is­lam dla żół­to­dzio­bów[20])[21]. Walka z ter­ro­ry­zmem, która bie­rze za cel całe re­li­gie i ich główne in­sty­tu­cje, opiera się na błęd­nym roz­po­zna­niu źró­deł ra­dy­ka­li­zmu[22]. Co gor­sza, ob­raca się na ko­rzyść eks­tre­mi­stów, zra­ża­jąc śro­do­wi­ska umiar­ko­wane.
Wbrew wy­obra­że­niom esen­cja­li­stów, ja­koby cha­rak­ter kul­tu­rowy był wy­ryty w ka­mie­niu, kul­tu­rowe wa­run­ko­wa­nie i prze­ko­na­nia lu­dzi zmie­niają się w cza­sie. Kiedy do­łą­czamy do no­wej wspól­noty, in­ter­na­li­zu­jemy nowe toż­sa­mo­ści i kody kul­tu­rowe. Mo­żemy to do­strzec u po­cząt­ku­ją­cych stu­den­tów, któ­rzy wra­cają do domu na Święto Dzięk­czy­nie­nia jako od­mie­nione osoby – słu­cha­jące no­wej mu­zyki, po­słu­gu­jące się no­wymi wy­ra­że­niami, ubie­ra­jące się w in­nym stylu i być może ma­jące nowe prze­ko­na­nia po­li­tyczne. Lub być może znamy ko­goś, kto wstą­pił do woj­ska – albo uczęsz­cza do aszramy – i także zy­skał nową toż­sa­mość i spo­sób po­strze­ga­nia świata. Ludzki mózg au­to­ma­tycz­nie ko­duje zwy­czaje wspól­noty, w któ­rej prze­by­wamy. Przej­mu­jemy wzorce kul­tu­rowe nie­świa­do­mie, na­wet się o to nie sta­ra­jąc. Te au­to­ma­tyczne pro­cesy ucze­nia się od­gry­wają taką samą rolę, gdy od­mie­nione do­świad­cze­nia grupy stwa­rzają nowe wzorce za­cho­wań zbio­ro­wych. Kiedy Hid­dink umiesz­czał w tych sa­mych po­ko­jach no­wi­cju­szy i we­te­ra­nów Czer­wo­nych, za­bro­nił au­stra­lij­skim pił­ka­rzom gło­śnego do­pin­go­wa­nia i po­ka­zy­wał ro­syj­skie ko­rze­nie fut­bolu to­tal­nego, kul­ty­wo­wał od­mie­nione kul­tury dru­ży­nowe.
Lu­dzie nie tylko uczą się no­wych kul­tur, lecz także prze­ska­kują mię­dzy róż­nymi per­spek­ty­wami kul­tu­ro­wymi w za­leż­no­ści od sy­tu­acji. Do­brze ujął to po­eta Walt Whit­man: „Je­stem po­jemny, za­wie­ram mi­liony”[23]. Liczne jaź­nie kul­tu­rowe jed­nostki nie mogą pa­no­wać jed­no­cze­śnie; ujaw­niają się we wła­ści­wej ko­lej­no­ści. Kiedy stu­dent wraca do domu, jego nowa oso­bo­wość nie do­cho­dzi do głosu każ­dego dnia. Prze­ja­wia się ona wtedy, gdy od­wie­dza go współ­lo­ka­tor z aka­de­mika, nie zaś wtedy, gdy spo­tyka się z przy­ja­ciółmi z dzie­ciń­stwa. Kody kul­tu­rowe na­rzu­cają się na­szemu umy­słowi, kiedy wy­woła je sy­tu­acja. To ko­lejny ele­ment skła­da­jący się na ta­jem­nicę suk­cesu Hid­dinka. Gru­pu­jąc Czer­wo­nych w mię­dzy­na­ro­do­wym ośrodku tre­nin­go­wym za gra­nicą, umiesz­czał ich w kon­tek­ście sprzy­ja­ją­cym ujaw­nie­niu się ich norm pro­fe­sjo­nal­nych jako za­wod­ni­ków, a uci­sza­ją­cym ich na­ro­dowe zwy­czaje jako Ko­re­ań­czy­ków. Na tym eta­pie dru­żyna po­trze­bo­wała na­sta­wie­nia po­ma­ga­ją­cego w na­uce nie­zna­nej tak­tyki wy­ma­ga­nej w grze na świa­to­wym po­zio­mie.
W tej książce za­mie­rzam uka­zać ukrytą dy­na­mikę ko­dów kul­tu­ro­wych, którą po­słu­gują się Hid­dink i inni in­no­wa­to­rzy. Opra­co­wa­łem na­rzę­dzia po­zwa­la­jące ro­zu­mieć i wy­ko­rzy­sty­wać tę dy­na­mikę pod­czas lat na­ucza­nia na czo­ło­wych uczel­niach biz­ne­so­wych (wy­kła­da­łem przez de­kadę w Gra­du­ate School of Bu­si­ness Uni­wer­sy­tetu Stan­forda w Do­li­nie Krze­mo­wej, przez ko­lejną w Bu­si­ness School Uni­wer­sy­tetu Co­lum­bii w No­wym Jorku i przez krót­sze okresy w naj­waż­niej­szych in­sty­tu­cjach w Lon­dy­nie, Pa­ryżu, Bar­ce­lo­nie, Hong­kongu, Sin­ga­pu­rze i in­nych miej­scach). Po­nadto pra­co­wa­łem jako kon­sul­tant w fir­mach in­for­ma­tycz­nych, glo­bal­nych ban­kach, kon­cer­nach me­dial­nych i in­nych przed­się­bior­stwach, po­ma­ga­jąc w zmia­nie ich kul­tur or­ga­ni­za­cyj­nych, zwięk­sza­niu róż­no­rod­no­ści i roz­woju umie­jęt­no­ści mię­dzy­kul­tu­ro­wych. Współ­pra­co­wa­łem ze szta­bami woj­sko­wymi[24] nad opra­co­wa­niem lep­szych mo­deli wy­zwań kul­tu­ro­wych zwią­za­nych z in­te­rak­cją z so­jusz­ni­kami i wro­gami, z De­par­ta­men­tem Stanu i ob­cymi mi­ni­ster­stwami nad ro­zu­mie­niem dy­na­miki róż­no­rod­no­ści, a także z in­sty­tu­cjami wy­wia­dow­czymi nad wy­kry­wa­niem uprze­dzeń kul­tu­ro­wych u ha­ke­rów[25]. Mam też na kon­cie współ­pracę z eks­per­tami zdro­wia pu­blicz­nego i or­ga­ni­za­cjami po­za­rzą­do­wymi nad spo­so­bami zmiany norm kul­tu­ro­wych zwią­za­nych ze zdro­wiem i płcią w kra­jach roz­wi­ja­ją­cych się[26]. By­łem do­radcą kam­pa­nii po­li­tycz­nych w spra­wach kul­tu­ro­wych aspek­tów po­li­tyki i ko­mu­ni­ka­cji, w tym kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej Ba­racka Obamy, Hil­lary Clin­ton i Joe Bi­dena[27]. Nie twier­dzę, że wy­stę­pu­jąc w tych ro­lach, do­ko­ny­wa­łem cu­dów na miarę Hid­dinka, ale na pewno mam duże do­świad­cze­nie w prak­tycz­nym sto­so­wa­niu tych idei.
Mimo wy­sił­ków ma­ją­cych na celu prze­ka­za­nie wie­dzy prak­ty­kom dy­na­mika kul­tu­rowa wciąż po­zo­staje nie­zro­zu­miana w sze­ro­kich krę­gach. Choć wiel­kie kor­po­ra­cje po­tra­fią już czy­nić z niej uży­tek, na­leży pa­mię­tać, że na­rzę­dzia te mogą oka­zać się rów­nie sku­teczne w szko­łach, re­stau­ra­cjach, biu­rach pro­jek­to­wych i wielu in­nych miej­scach pracy, gdzie ka­pi­tał kul­tu­rowy od­grywa ważną rolę. W dzi­siej­szych cza­sach róż­nice kul­tu­rowe by­wają przy­czyną po­dzia­łów nie­mal wszę­dzie – ale mogą także zo­stać wy­ko­rzy­stane do pod­nie­sie­nia wy­daj­no­ści i wspar­cia in­no­wa­cji. Wy­niki ba­dań na­uko­wych czę­sto można zna­leźć je­dy­nie w fa­cho­wych, do­stęp­nych dla nie­licz­nych cza­so­pi­smach. Oto przy­czyna po­wsta­nia tej książki. Sta­ra­łem się wy­strze­gać tech­nicz­nego żar­gonu i prze­ka­zy­wać prak­tyczną wie­dzę za po­śred­nic­twem opo­wie­ści o no­wa­to­rach kul­tu­ro­wych ta­kich jak tre­ner Guus Hid­dink.

 
Na po­czątku fazy pu­cha­ro­wej mi­strzostw świata 2002 roku Ko­rea Po­łu­dniowa zre­mi­so­wała w prze­pi­so­wym cza­sie z fa­wo­ry­tem – re­pre­zen­ta­cją Włoch. Włosi szybko ob­jęli pro­wa­dze­nie, a po­tem ich zna­ko­mici obrońcy po­wstrzy­my­wali za­cięte ataki Ko­re­ań­czy­ków. Try­buny ki­bi­ców Czer­wo­nych, o wy­ma­lo­wa­nych twa­rzach i ma­cha­ją­cych fla­gami, za­chę­cały swoją dru­żynę okrzy­kami i bi­ciem w bębny: „Dae-Han-Min-Guk”, bum-bum, bum-bum-bum! Dal­sza gra w let­nim wil­got­nym po­wie­trzu ujaw­niła fi­zyczną prze­wagę Ko­re­ań­czy­ków i pod sam ko­niec dru­giej po­łowy dwu­dzie­sto­trzy­letni Seol Ki-hy­eon dzięki nie­by­wa­łemu re­flek­sowi zdo­łał skie­ro­wać piłkę do siatki, do­pro­wa­dza­jąc do do­grywki. Hid­dink nie­ustan­nie krzy­czał: „Na­gła śmierć!”, aby zmo­bi­li­zo­wać od­ru­chy obronne i żą­dzę krwi u swo­ich za­wod­ni­ków. Tym­cza­sem Włosi za­częli tra­cić siły i po­peł­niali faule. W końcu, w sto sie­dem­na­stej mi­nu­cie me­czu, na­past­nik Ahn w nie­spo­dzie­wa­nym przy­pły­wie ener­gii wy­sko­czył wy­żej niż obrońca Pa­olo Mal­dini, po­sy­ła­jąc piłkę głową do bramki obok bez­rad­nego bram­ka­rza[28].

Sta­dion eks­plo­do­wał ra­do­ścią. Ki­bice ma­chali wy­cią­gnię­tymi pię­ściami, co było ge­stem, któ­rym Hid­dink świę­to­wał gole. Zwy­cię­stwo od­biło się do­no­śnym echem w ca­łym kraju – cał­kiem do­słow­nie: „Kiedy Ahn zdo­był bramkę na wagę zwy­cię­stwa, po­czu­łem, że cała ka­mie­nica drży od wi­wa­tów”, po­wie­dział dzien­ni­ka­rzom pe­wien eme­ryt z Seulu[29]. Sza­cuje się, że cztery mi­liony ce­le­bran­tów przy­bra­nych w ga­dżety re­pre­zen­ta­cji wy­le­gło na ulice, po­pi­ja­jąc soju i skan­du­jąc „Dae-Han-Min-Guk”, pod­czas gdy unie­ru­cho­mione tak­sówki trą­biły (pi-pi, pi-pi-pi!). Ki­bice wie­szali na bal­ko­nach trans­pa­renty z na­pi­sem „Hid­dink na pre­zy­denta!”. W skle­pach wy­ku­py­wano pla­katy i fi­gurki przed­sta­wia­jące znie­na­wi­dzo­nego jesz­cze nie­dawno za­gra­nicz­nego tre­nera. Wy­co­faną re­klamę Sam­sunga pusz­czano co go­dzinę.
Mecz ćwierć­fi­na­łowy z nie­po­ko­naną Hisz­pa­nią znów oka­zał się dresz­czow­cem. Sta­dion Kwang­dzu uto­nął w czer­wieni. Ko­re­ań­scy ki­bice kla­skali, ale także za­ła­my­wali ręce, gdy Hisz­pa­nie dwa razy umie­ścili piłkę w siatce (choć osta­tecz­nie gole nie zo­stały uznane przez sę­dziego). Wy­nik był bez­bram­kowy przez dzie­więć­dzie­siąt mi­nut, a po­tem roz­po­częła się do­grywka. W końcu pod­czas rzu­tów kar­nych ko­re­ań­ski spo­kój znów za­trium­fo­wał. Gdy do­świad­czony Hong zdo­był zwy­cię­ską bramkę, spoj­rzał na czter­dzie­ści ty­sięcy ki­bi­ców, któ­rzy stali i cie­szyli się jak sza­leni. Nie wie­dząc, jak się za­cho­wać, dru­żyna za­częła się kła­niać ni­czym ak­to­rzy po za­koń­cze­niu spek­ta­klu, raz w jedną stronę sta­dionu, raz w inną, raz ku jed­nej bramce, raz ku dru­giej. Wrzask tłumu prze­szedł w dwu­sy­la­bowy okrzyk – „Hee-dink, Hee-dink, Hee-dink!” – i tre­ner w końcu wy­szedł na śro­dek bo­iska. Za­wod­nicy unie­śli go i za­częli nim pod­rzu­cać. Roz­bły­sły ty­siące lamp. Na­stęp­nego dnia ob­raz ten zna­lazł się na pierw­szych stro­nach wszyst­kich ga­zet. Dzięki od­mie­nio­nej tak­tyce i tra­dy­cji ko­re­ań­ska dru­żyna zo­stała pierw­szą azja­tycką re­pre­zen­ta­cją, która do­szła do pół­fi­nału!
Wy­graną żyli nie tylko ki­bice pił­kar­scy – była to wy­jąt­kowa chwila dla ca­łego na­rodu. W każ­dym mie­ście i wio­sce spon­ta­nicz­nie zbie­rały się tłumy, aby świę­to­wać wy­da­rze­nie, które po­strze­gano jako osta­teczne uwol­nie­nie od ma­ra­zmu po­zo­sta­łego po kry­zy­sie go­spo­dar­czym. Dzien­ni­ka­rze na­zwali zwy­cię­stwo pił­kar­skie „naj­wspa­nial­szą chwilą od czasu za­koń­cze­nia ja­poń­skiego ko­lo­nial­nego pa­no­wa­nia”. Pre­zy­dent Kim po­szedł jesz­cze da­lej i okre­ślił je jako „naj­wspa­nial­szy dzień od Tan­guna[30]” (le­gen­dar­nego króla, który dał po­czą­tek pań­stwu ko­re­ań­skiemu po­nad cztery ty­siące lat temu)[31].
Osta­tecz­nie Czer­woni za­koń­czyli przy­godę z mi­strzo­stwami świata po­rażką w pół­fi­nale z Niem­cami, ale re­ak­cja łań­cu­chowa prze­kro­czyła punkt kry­tyczny i nie dało się już jej za­trzy­mać. Od­mie­niona dru­żyna po­da­wana była przez prasę jako wzór dla szkół, firm i ad­mi­ni­stra­cji[32]. Ahn, gwiazda o fa­li­stych wło­sach, który po­ślu­bił miss Ko­rei, stał się ikoną, pod­czas gdy tre­ner Hid­dink osią­gnął jesz­cze wyż­szy sta­tus. Sta­wiano mu po­mniki, a Sta­dion Kwang­dzu zo­stał prze­mia­no­wany na „Sta­dion Gu­usa Hid­dinka”. Dzien­ni­ka­rze po­rów­ny­wali go do Hen­dricka Ha­mela, sie­dem­na­sto­wiecz­nego ho­len­der­skiego że­gla­rza, który za­po­znał Ko­reę z Za­cho­dem. Rząd zde­cy­do­wał o umiesz­cze­niu jego wi­ze­runku na ko­re­ań­skim znaczku pocz­to­wym, a na­stęp­nie (aby przy­znać Hid­din­kowi ho­no­rowe oby­wa­tel­stwo) od­stą­pił od tra­dy­cyj­nego ogra­ni­cze­nia et­nicz­nego: było to „prze­zwy­cię­że­nie na­cjo­na­li­zmu krwi”[33]. Sym­bo­licz­nie i do­słow­nie Ko­rea Po­łu­dniowa otwo­rzyła się na świat. Był to klu­czowy krok w stronę pew­nej sie­bie, ko­smo­po­li­tycz­nej Ko­rei Po­łu­dnio­wej, jaką znamy dzi­siaj – eks­por­tera kul­tury, któ­rego opery my­dlane za­chwy­cają te­le­wi­dzów na Bli­skim Wscho­dzie, któ­rego ze­społy K-popu kró­lują na li­stach prze­bo­jów i któ­rego filmy zdo­by­wają Oscary[34].
Me­tody tre­nin­gowe Hid­dinka, które po­cząt­kowo miały słu­żyć przy­go­to­wa­niu jed­nej dru­żyny do tur­nieju, zna­la­zły szer­sze za­sto­so­wa­nie. Nowe wzorce spo­łeczne prze­nio­sły się z bo­iska pił­kar­skiego na try­buny, z try­bun na ulice, a stam­tąd do in­sty­tu­cji edu­ka­cyj­nych, firm i ad­mi­ni­stra­cji.
Świad­czy to za­równo o po­tę­dze, jak i o nie­bez­pie­czeń­stwach zmiany kul­tu­ro­wej. Kul­tura nie tylko daje się kształ­to­wać; bywa nie­sta­bilna, a cza­sem na­wet chwiejna. Hid­din­kowi ni­gdy nie przy­szłoby do głowy, że zo­sta­nie sym­bo­licz­nym pa­tro­nem ko­re­ań­skiego ko­smo­po­li­ty­zmu, ale tak się stało w ciągu paru mie­sięcy po za­koń­cze­niu mi­strzostw. Ze względu na spo­sób, w jaki wzorce kul­tu­rowe są prze­ka­zy­wane i utrwa­lane, mogą nie­kiedy roz­prze­strze­niać się la­wi­nowo, ni­czym prze­wra­ca­jące się kostki do­mina. Dla­tego lu­dzie za­mie­rza­jący wpro­wa­dzać zmiany mu­szą ro­zu­mieć nie tylko, jak to ro­bić, lecz także wie­dzieć, że zmiany mogą za­cząć żyć wła­snym ży­ciem – na do­bre i na złe. Aby wy­ko­rzy­stać do na­szych ce­lów te szer­sze od­dzia­ły­wa­nia, mu­simy za­sta­no­wić się głę­biej nad tym, czym jest kul­tura i jaki ma na nas wpływ. Jak w ogóle do­szło do tego, że lu­dzi łą­czy tego ro­dzaju więź?

 
Ary­sto­te­les na­zwał czło­wieka „zwie­rzę­ciem spo­łecz­nym”. Ale nie je­ste­śmy prze­cież je­dy­nym zwie­rzę­ciem spo­łecz­nym. Wilki żyją w wa­ta­hach. Pin­gwiny two­rzą sku­pi­ska, gdy chcą się ogrzać. Zgu­bione sło­nie wo­łają do sie­bie.
Lu­dzie nie są na­wet naj­bar­dziej spo­łecz­nymi zwie­rzę­tami. Mrówki, psz­czoły i ter­mity zo­sta­wiają nas da­leko w tyle we­dług wielu miar uspo­łecz­nie­nia. Nie­prze­li­czone rze­sze osob­ni­ków żyją ra­zem w do­sko­na­łej har­mo­nii, wspól­nie trosz­cząc się o po­tom­stwo. Mimo że ko­lo­nie owa­dzie sta­no­wią godne po­dziwu miej­sca uspo­łecz­nie­nia, nie od­zwier­cie­dlają na­szego ro­dzaju ży­cia spo­łecz­nego. Psz­czoły za­wsze bu­dują sze­ścio­boczne ule, mrówki ma­sze­rują jedna za drugą, a ter­mity cho­dzą zyg­za­kiem[35]. Wzorce te po­wra­cają nie­zmien­nie, po­nie­waż zo­stały ści­śle za­pro­gra­mo­wane ge­ne­tycz­nie i są wy­zwa­lane przez fe­ro­mony. Lu­dzie mają wię­cej swo­body i są mniej ści­śle za­pro­gra­mo­wani ge­ne­tycz­nie, a za­tem na­sze wzorce spo­łeczne mogą być bar­dziej róż­no­rodne i dy­na­miczne. Każda grupa ma nieco od­mienne tańce, a ta cho­re­ogra­fia zmie­nia się z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Wciąż my­ślimy i dzia­łamy w spo­sób zgodny z tym, jak my­ślą i dzia­łają ota­cza­jące nas osoby, ale po­śred­ni­czą w tym wzorce, które w więk­szym stop­niu kształ­tuje wy­cho­wa­nie, nie zaś wy­łącz­nie na­tura.
Nasz naj­bliż­szy ewo­lu­cyjny krewny, szym­pans, cie­szy się po­dobną swo­bodą za­cho­wań. Szym­pansy mogą wy­brać, czy chcą współ­pra­co­wać, czy ry­wa­li­zo­wać z są­sia­dem. Aby współ­praca była trwała, szym­pans musi na­wią­zać więź z każ­dym osob­ni­kiem w gru­pie przez wza­jemne iska­nie się, co zaj­muje wiele czasu[36]. Ta po­trzeba bez­po­śred­niej przy­jaźni ogra­ni­cza wiel­kość kręgu współ­pracy. Kiedy stado szym­pan­sów roz­ra­sta się po­wy­żej pięć­dzie­się­ciu osob­ni­ków, współ­praca za­ła­muje się i do­cho­dzi do walk frak­cyj­nych. Umiesz­cze­nie setki nie­spo­krew­nio­nych szym­pan­sów na wy­spie skoń­czy­łoby się krwawą jatką. Nie do wy­obra­że­nia jest szym­pansi Man­hat­tan, w któ­rym mi­liony ob­cych mi­jają się każ­dego dnia.
Lu­dzie także współ­pra­cują ze sobą na pod­sta­wie po­kre­wień­stwa i przy­jaźni, ale w na­szym wy­padku dzia­łają jesz­cze po­tęż­niej­sze ro­dzaje kleju spo­łecz­nego, któ­rych inne ga­tunki nie znają. We wcze­snej epoce ka­mie­nia za­czę­li­śmy roz­wi­jać wy­spe­cja­li­zo­wane sys­temy mó­zgowe, które uła­twiają dzie­le­nie się wie­dzą w ob­rę­bie grupy. Je­śli ktoś wy­na­lazł me­todę strą­ca­nia z drzewa orze­chów ko­ko­so­wych, wkrótce cała grupa przy­swa­jała tę umie­jęt­ność. Dzięki wy­ko­ny­wa­niu tego wspól­nego skryptu moż­liwa sta­wała się lep­sza ko­or­dy­na­cja dzia­łań. W ten spo­sób grupy za­miesz­ku­jące różne ni­sze eko­lo­giczne roz­wi­jały od­mienne za­soby wspól­nej wie­dzy: od­mienne kul­tury. Człon­ko­wie każ­dej grupy le­piej ro­zu­mieli się ze sobą; na­wet je­śli cho­dziło o coś in­nego niż orze­chy ko­ko­sowe, wspólna pod­stawa umie­jęt­no­ści zwią­za­nych ze strą­ca­niem orze­chów ko­ko­so­wych po­ma­gała w na­by­wa­niu in­nej waż­nej dla prze­trwa­nia wie­dzy. Przy­na­leż­ność do grupy co­raz wy­raź­niej za­zna­czała się w za­cho­wa­niu, jej człon­ko­wie sta­wali się bar­dziej po­dobni do sie­bie, prze­wi­dy­walni i sym­pa­tyczni. Nasi przod­ko­wie za­częli sil­niej iden­ty­fi­ko­wać się z „my”, co ozna­czało po­sze­rze­nie toż­sa­mo­ści, poza bli­skie po­kre­wień­stwo i bez­po­śred­nią przy­jaźń – na szer­szą grupę. W tych ob­szer­niej­szych kla­nach za­częli pod­kre­ślać swoją przy­na­leż­ność za po­mocą od­róż­nia­ją­cego się stylu ubie­ra­nia się i przy­stra­ja­nia. Jed­no­cze­śnie ludzki mózg roz­wi­jał się da­lej i mógł prze­ka­zy­wać w tych szer­szych gru­pach nowe formy wie­dzy, ta­kie jak re­pu­ta­cja, co jesz­cze zwięk­szało na­sze przy­sto­so­wa­nie się jako zwie­rząt spo­łecz­nych. Z cza­sem in­te­rak­cje, wy­ko­rzy­stu­jące nowe formy prze­kazu wie­dzy, ta­kie jak ob­rzędy, utrwa­liły się w ra­mach kla­nów, two­rząc roz­le­głe sieci wy­miany part­ne­rów sek­su­al­nych, za­so­bów i in­for­ma­cji[37]. Lu­dzie za­częli od­czu­wać so­li­dar­ność z tymi wiel­kimi wspól­no­tami (ty­sią­cami in­nych lu­dzi ży­ją­cymi w ma­łych gru­pach za­gnież­dżo­nych w więk­szych gru­pach) spa­ja­nymi kle­jem wspól­nej wie­dzy kul­tu­ro­wej. Ta forma or­ga­ni­za­cji spo­łecz­nej nie jest ulem ani sta­dem, lecz ple­mie­niem.
Prze­trwa­nie dzięki dzie­le­niu się wie­dzą w tych so­li­da­ry­stycz­nych, za­gnież­dżo­nych gru­pach jest ży­ciem ple­mien­nym. Z ca­łym sza­cun­kiem dla Ary­sto­te­lesa – na­leży po­wie­dzieć, że okre­śle­nie lu­dzi jako „zwie­rząt spo­łecz­nych” jest my­lące. Bar­dziej wła­ściwe bę­dzie na­zwa­nie nas „zwie­rzę­tami ple­mien­nymi”.
Słowo „ple­mię” [ang. tribe] ob­cią­żone jest jed­nak hi­sto­rycz­nym ba­ga­żem. Wy­wo­dzi się od ła­ciń­skiego wy­razu tri­bus, od­no­szą­cego się do kul­tu­ro­wych i re­gio­nal­nych grup, które two­rzyły sta­ro­żytny Rzym. Do ję­zyka an­giel­skiego (i in­nych ję­zy­ków) tra­fiło ono za po­śred­nic­twem prze­kła­dów bi­blij­nych dwu­na­stu ple­mion Izra­ela. W cza­sach Szek­spira od­no­siło się do na­rodu ży­dow­skiego[38], kla­nów ger­mań­skich i spo­łe­czeństw No­wego Świata. Do­piero w epoce eks­pan­sji ko­lo­nial­nej słowo „ple­mię” przy­brało ne­ga­tywne ko­no­ta­cje i za­częło być ko­ja­rzone z pry­mi­tyw­no­ścią. Eu­ro­pej­scy po­dróż­nicy mieli in­te­res w tym, aby ka­te­go­ry­zo­wać spo­ty­kane ludy tu­byl­cze jako znaj­du­jące się na niż­szych eta­pach roz­woju spo­łecz­nego – „dzi­kie” lub „bar­ba­rzyń­skie” ple­miona w prze­ci­wień­stwie do spo­łe­czeństw cy­wi­li­zo­wa­nych[39]. Nie­na­dą­ża­jące za po­cho­dem dzie­jów, mu­siały zo­stać pod­dane cy­wi­li­za­cyj­nemu wpły­wowi eu­ro­pej­skich ar­mii, mi­sjo­na­rzy i szkół[40]. Ka­te­go­rie te miały cha­rak­ter po­li­tyczny, a nie na­ukowy[41].
W miarę roz­woju an­tro­po­lo­gii jako na­uki od­rzu­ciła ona kon­cep­cję eta­pów ewo­lu­cyj­nych, a po­ję­cie ple­mie­nia za­częło być uży­wane w bar­dzo sze­ro­kim sen­sie. Wkła­dano wiele wy­siłku w wy­ja­śnie­nie tego po­ję­cia w ka­te­go­riach po­kre­wień­stwa, wła­dzy czy cią­gło­ści – ale bez jed­no­znacz­nego po­stępu. Ba­da­nia nad co­raz więk­szą liczbą lu­dów tu­byl­czych ujaw­niły wy­jątki od wszyst­kich za­sad struk­tu­ral­nych: ple­miona bez wo­dza, ple­miona, któ­rych człon­ko­wie po­cho­dzą prze­waż­nie z in­nych grup, ple­miona, które zmie­niły ję­zyk, re­li­gię lub hi­sto­rię swego po­cho­dze­nia. Świa­dec­twa et­no­gra­ficzne tak bar­dzo od­bie­gały od kla­sycz­nego ob­razu ple­mion ze stan­dar­do­wymi struk­tu­rami przy­wódz­twa, po­kre­wień­stwa i tra­dy­cji, że wielu an­tro­po­lo­gów po­rzu­ciło po­ję­cie ple­mie­nia, do­cho­dząc do wnio­sku, że nie jest ono ni­czym wię­cej niż ko­lo­nia­li­stycz­nym mi­ra­żem. Nie­któ­rzy od­rzu­cili na­wet teo­rię kul­tury jako wy­znacz­nika za­cho­wań, wy­ja­śnia­jąc na przy­kład fe­no­men in­dyj­skich świę­tych krów w ka­te­go­riach wa­run­ków gle­bo­wych, a nie hin­du­istycz­nych po­dań[42].
Pod ko­niec XX wieku nie­po­wstrzy­mana fala zmian kul­tu­ro­wych po­ło­żyła kres teo­riom ple­mion jako sztyw­nych struk­tur, ale wy­wo­łała także wzrost za­in­te­re­so­wa­nia ewo­lu­cją kul­tu­rową. Po­wstało wiele pa­sjo­nu­ją­cych teo­rii i pro­jek­tów ba­daw­czych, które pro­po­no­wały nowe wy­ja­śnie­nia tego, jak do­szło do wy­two­rze­nia się ży­cia ple­mien­nego u na­szych przod­ków z epoki ka­mien­nej i jak prze­bie­gał jego dal­szy roz­wój[43]. Od za­ra­nia na­szego ga­tunku ewo­lu­cja kul­tu­rowa i ewo­lu­cja ge­ne­tyczna ści­śle się spla­tały i w dal­szym ciągu od­dzia­łują wza­jem­nie na sie­bie. Gdy pierwsi lu­dzie na pod­sta­wie do­świad­cze­nia zdo­by­wali co­raz wię­cej ad­ap­ta­cyj­nej wie­dzy („jedz czer­wone ja­gody, nie zie­lone”), mu­ta­cje wy­po­sa­ża­jące czło­wieka w sys­temy mó­zgowe umoż­li­wia­jące na­ukę spo­łeczną i na­śla­dow­nic­two sta­wały się ad­ap­ta­cyjne[44]. W na­stęp­stwie tych psy­cho­lo­gicz­nych ad­ap­ta­cji za­sób wspól­nej wie­dzy po­sia­dany przez wspól­noty ludz­kie wzbo­ga­cał się, a ta ewo­lu­cja kul­tu­rowa ro­dziła po­tem pre­sję se­lek­cyjną sprzy­ja­jącą dal­szym ad­ap­ta­cjom ge­ne­tycz­nym. I tak to po­stę­po­wało. Ten cykl bo­gat­szych kul­tur i le­piej wy­po­sa­żo­nych mó­zgów two­rzył nowe ga­tunki ludz­kie w ciągu epoki ka­mien­nej – a każdy in­te­li­gent­niej­szy, o bo­gat­szej kul­tu­rze i bar­dziej skłonny do współ­pracy niż po­przedni. Ta wzno­sząca się spi­rala ko­ewo­lu­cji sta­nowi nie mniej, ni wię­cej, tylko nową nar­ra­cję o po­cho­dze­niu na­szego ga­tunku, w któ­rej ple­miona i psy­cho­lo­gia ple­mienna zaj­mują cen­tralne miej­sce[45].
Nowe zro­zu­mie­nie ewo­lu­cji kul­tu­ro­wej po­zwala także rzu­cić świa­tło na to, w jak zło­żony spo­sób kul­tury zmie­niają się na prze­strzeni po­ko­leń[46]. Co prawda teo­rie opi­su­jące te pro­cesy ewo­lu­cji kul­tu­ro­wej są wy­ra­żone za po­mocą zło­żo­nych mo­deli ma­te­ma­tycz­nych, ale jedną z na­czel­nych za­sad jest to, że trans­mi­sja kul­tu­rowa opiera się na pro­ce­sach ucze­nia się. Kul­tura ewo­lu­uje, gdy pewne ele­menty są do­da­wane do ist­nie­ją­cej wie­dzy, a inne po­mi­jane, w miarę jak nowe po­ko­le­nie urzą­dza na swoją mo­dłę spo­łecz­ność. Do­kładne ba­da­nia wy­ka­zały, że spo­łeczne ucze­nie się pod­lega okre­ślo­nym ten­den­cjom. Skłon­ność do do­sto­so­wa­nia się do reszty ozna­cza, że zwy­czaje roz­po­wszech­nione będą prze­ka­zy­wane da­lej czę­ściej niż zwy­czaje rzad­kie. Ten­den­cja do ule­ga­nia pre­sti­żowi spra­wia, że zwy­czaje ko­ja­rzone z po­wo­dze­niem i wy­so­kim sta­tu­sem mają więk­szą szansę na utrwa­le­nie. Ame­ry­kań­ski an­tro­po­log Law­rence Ro­sen twier­dzi, że być może naj­le­piej cha­rak­te­ry­zuje ple­miona to, w jaki spo­sób ewo­lu­ują – ple­miona de­fi­niują le­piej nie „ich formy struk­tu­ralne, lecz me­cha­ni­zmy umoż­li­wia­jące im ad­ap­ta­cję”[47].
Mo­głoby się wy­da­wać, że inne cha­rak­te­ry­styczne ce­chy spo­łecz­nego ucze­nia się, ta­kie jak skłon­ność do pod­trzy­my­wa­nia za­ko­rze­nio­nych tra­dy­cji, ha­mują zmiany kul­tu­rowe. Otóż pra­gnie­nie cią­gło­ści może stać się na­rzę­dziem zmiany re­ak­cyj­nej, gdy zo­sta­nie wy­ko­rzy­stane przez ru­chy po­li­tyczne, które mi­to­lo­gi­zują po­myśl­niej­sze okresy hi­sto­ryczne. Nie­któ­rzy ba­da­cze wolą po­słu­gi­wać się uku­tym przez teo­re­tyka me­diów Mar­shalla McLu­hana ter­mi­nem „po­nowne sple­mien­nie­nie” (re­try­ba­li­za­cja)[48]. Aby zro­zu­mieć pa­ra­doksy zmiany kul­tu­ro­wej, mo­żemy od­wo­łać się do uprze­dzeń ucze­nia się tkwią­cych w na­szej psy­cho­lo­gii ple­mien­nej.
W książce tej ana­li­zuję wy­jąt­kowy ludzki ta­lent do dzie­le­nia się z in­nymi, wy­róż­nia­jąc trzy war­stwy „in­stynk­tów ple­mien­nych”[49]. Po­wstały one w epoce ka­mien­nej, ale wciąż dzi­siaj roz­po­zna­jemy te sys­temy ewo­lu­cyjne w na­szych umy­słach i ser­cach. Na­sze ukrad­kowe spoj­rze­nia na ko­le­gów z klasy, współ­pra­cow­ni­ków i są­sia­dów są wy­ra­zem in­stynktu grupy, po­dob­nie jak nasz od­ruch do­pa­so­wy­wa­nia się do ich spo­so­bów my­śle­nia i za­cho­wa­nia w co­dzien­nych ży­ciu. Na­sza skie­ro­wana w górę fa­scy­na­cja ce­le­bry­tami, sze­fami firm, gwiaz­dami sportu i in­nymi przed­sta­wi­cie­lami elity wy­nika z in­stynktu bo­ha­tera, tak jak na­sze pra­gnie­nie okry­cia się sławą i do­ko­na­nia cze­goś war­to­ścio­wego dla in­nych. Na­sza spo­glą­da­jąca wstecz no­stal­gia sta­nowi wy­raz in­stynktu przod­ków, po­dob­nie jak otu­cha, jaką znaj­du­jemy w tra­dy­cjach, oraz po­czu­cie, że po­win­ni­śmy je pod­trzy­my­wać[50]. Te in­stynkty są jak trzy po­staci, które żyją w każ­dym: kon­for­mi­sta, który po­szu­kuje uzna­nia i zro­zu­mie­nia; do­bro­czyńca, który ma­rzy o zdo­by­ciu sza­cunku i przy­słu­że­niu się wspól­nemu do­bru; oraz tra­dy­cjo­na­li­sta, który czci cią­głość. Każdy z tych sys­te­mów ma swoje ułom­no­ści, ale – jak zo­ba­czymy – w ogól­nym roz­ra­chunku wszyst­kie skła­niają lu­dzi do za­cho­wań ad­ap­ta­cyj­nych.
Naj­więk­szym cu­dem wy­daje się jed­nak to, co te trzy sys­temy są w sta­nie do­ko­nać ra­zem. W ciągu ostat­nich stu ty­sięcy lat, gdy wy­kształ­ciły się już wszyst­kie trzy in­stynkty ple­mienne, nasi przod­ko­wie prze­ży­wali okres roz­kwitu i ich za­cho­wa­nie na­brało jed­no­znacz­nie ludz­kich cech. Na­gle – z per­spek­tywy ewo­lu­cji było to mgnie­nie oka – ich na­rzę­dzia, oręż, umie­jęt­no­ści tech­niczne i ry­tu­ały stały się znacz­nie bar­dziej wy­ra­fi­no­wane. Po mi­lio­nach lat nie­wia­ry­god­nie po­wol­nej zmiany zło­żo­ność kul­tu­rowa za­częła ro­snąć wy­kład­ni­czo. Z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie za­częły gro­ma­dzić się za­soby wspól­nej wie­dzy we wspól­no­tach ludz­kich, do­sto­so­wu­jąc się do lo­kal­nych wa­run­ków śro­do­wi­sko­wych. To ucze­nie się na po­zio­mie ple­mie­nia (w prze­ci­wień­stwie do wy­jąt­ko­wego in­te­lektu jed­no­stek) sta­nowi klucz do za­gadki przy­sto­so­wa­nia się na­szego ga­tunku do naj­bar­dziej róż­no­rod­nych wa­run­ków kli­ma­tycz­nych i te­re­no­wych. Czło­wiek stał się na Ziemi do­mi­nu­ją­cym ga­tun­kiem, któ­remu za­gra­żać może tylko jego wła­sny suk­ces.
W Ple­mien­nych za­mie­rzam przy­wró­cić zna­cze­nie słowa „ple­mienny” w sen­sie ży­cia w gru­pie spo­jo­nej wspól­nym dzie­dzic­twem. W ten spo­sób ludz­kość prze­kro­czyła cia­sne opłotki ży­cia ro­dzin­nego i ro­do­wego, aby osią­gać wię­cej w ob­rę­bie kla­nów. I także w ten spo­sób od­wa­żyła się póź­niej po­dej­mo­wać wy­mianę i współ­pracę z ob­cymi w szer­szej sieci zwa­nej „ple­mie­niem”. W tych za­gnież­dżo­nych gru­pach nasi przod­ko­wie prze­żyli pierw­sze nie­zwy­kłe i wzbo­ga­ca­jące do­świad­cze­nie łącz­no­ści z całą roz­ma­ito­ścią jed­no­stek i my­śli, do­świad­cze­nie, które trwa do dziś i które na­zy­wamy „spo­łe­czeń­stwem”. Był to me­cha­nizm umoż­li­wia­jący zmianę i zróż­ni­co­wa­nie gru­powe. Wy­ka­zu­jąc, że ży­cie ple­mienne sta­nowi pier­wotne źró­dło zmiany i po­stępu, pra­gnę roz­pra­wić się raz na za­wsze z po­ku­tu­ją­cym sko­ja­rze­niem ple­mie­nia ze sta­gna­cją oraz pry­mi­tyw­no­ścią. Dzięki ży­ciu ple­mien­nemu sta­li­śmy się w pełni ludźmi.
Wła­śnie wtedy, gdy wy­raz „ple­mię” prak­tycz­nie znik­nął w an­tro­po­lo­gii, za­czął się upo­wszech­niać w ję­zyku po­pu­lar­nym. Przy­swo­iły go so­bie wspól­noty wy­zna­niowe (np. „ple­mię ży­dow­skie”, „ple­mię ami­szów”) oraz spo­łecz­no­ści rdzenne („ple­mię Na­waho”, „ple­mię Zu­lu­sów”)[51]. Firmy sto­sują ten wy­raz na okre­śle­nie swo­ich „bez­wa­run­ko­wych użyt­kow­ni­ków” („ple­mię Maca”) i od­da­nych pra­cow­ni­ków („ple­mię Zap­pos”)[52]. Po­li­to­lo­go­wie opi­sują nim stron­nic­twa po­li­tyczne[53]. Spe­cja­li­ści od mar­ke­tingu wi­dzą nowe ple­miona w spo­łecz­no­ściach kon­su­menc­kich (np. gra­czach, dzia­ła­czach na rzecz ochrony śro­do­wi­ska, en­tu­zja­stach spor­tów eks­tre­mal­nych)[54]. Wy­raz ten przy­padł do gu­stu śro­do­wi­skom za­wo­do­wym, a także wspól­no­tom po­łą­czo­nym po­dob­nymi za­in­te­re­so­wa­niami[55] – fa­nom ze­spo­łów roc­ko­wych, sur­fe­rom, swin­ger­som, ro­we­rzy­stom i tak da­lej[56]. To samo można po­wie­dzieć o związ­kach ab­sol­wen­tów, ki­bi­cach, or­kie­strach dę­tych, gru­pach neo­po­gań­skich. Rze­czow­nik „ple­mię” le­piej niż ja­ki­kol­wiek inny od­daje po­czu­cie sensu i celu, ja­kie lu­dzie od­naj­dują w spo­łecz­no­ściach ze­spo­lo­nych wspólną ide­olo­gią, wie­dzą lub es­te­tyką. Wy­ko­rzy­stuję to po­ję­cie, dą­żąc do uchwy­ce­nia ogól­nych za­sad, które rzą­dzą wszyst­kimi tymi wspól­no­tami – od kla­nów two­rzą­cych ma­lo­wi­dła na­skalne przez książ­kowe kluby dys­ku­syjne i firmy in­for­ma­tyczne po współ­cze­sne pań­stwa na­ro­dowe.
Szcze­gól­nie w cza­sach wiel­kich prze­ło­mów po­li­tycz­nych nie po­win­ni­śmy lek­ce­wa­żyć na­szej głę­boko ludz­kiej zdol­no­ści two­rze­nia więzi w ra­mach wspól­not. Nie po­win­ni­śmy także ule­gać złu­dze­niu, że chuda strawa ra­cjo­na­li­zmu i uni­wer­sa­li­zmu wy­star­czy do tego, aby zmo­bi­li­zo­wać lu­dzi do osią­gnię­cia po­żą­da­nych ce­lów. Guus Hid­dink nie do­pro­wa­dził swo­jej dru­żyny do suk­cesu, ape­lu­jąc do glo­bal­nej kre­atyw­no­ści i mo­ral­no­ści. Do­ko­nał tego, wy­ko­rzy­stu­jąc mo­ty­wa­cję ple­mienną – pra­gnie­nie wspól­noty, ma­rze­nie o bo­ha­ter­stwie i tę­sk­notę do cią­gło­ści tra­dy­cji. Okre­sowe skie­ro­wa­nie uwagi za­wod­ni­ków na ich toż­sa­mość dru­ży­nową lub za­wo­dową nie unie­waż­niło ich toż­sa­mo­ści et­nicz­nych i na­ro­do­wych; ra­czej je osta­tecz­nie wzmoc­niło. Przy­wódcy, któ­rzy po­tra­fią wy­ko­rzy­stać im­pulsy ple­mienne, mają szansę do­pro­wa­dzić ze­spół do suk­cesu, co w sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach może mieć zba­wienny wpływ na cały na­ród. In­nymi słowy, nie po­win­ni­śmy zwal­czać ple­mien­no­ści (try­ba­li­zmu) – po­win­ni­śmy na­uczyć się nią kie­ro­wać.
Pi­szę jako ktoś, kto kie­dyś my­ślał o ple­mien­no­ści zu­peł­nie ina­czej. Daw­niej uwa­ża­łem, że in­stynkt grupy ma ujemny wpływ na ludz­kie sprawy. Zo­sta­łem wy­cho­wany (być może czy­tel­nicy rów­nież) w śro­do­wi­sku, które nade wszystko ce­niło ra­cjo­nal­ność, kre­atyw­ność i mo­ral­ność jako wy­jąt­kowe ludz­kie cnoty, a kon­for­mizm, dą­że­nie do wy­so­kiego sta­tusu i tra­dy­cjo­na­lizm uzna­wało za błędy. Dzie­się­cio­le­cia ba­dań nad za­cho­wa­niem prze­ko­nały mnie jed­nak, że mój wcze­śniej­szy świa­to­po­gląd hu­ma­ni­styczny był na­iwny lub przy­naj­mniej nie­pełny. Na­sze in­stynkty ple­mienne nie są uster­kami sys­temu, które prze­szka­dzają w roz­woju za­sad­ni­czo ro­zum­nego ga­tunku. Są one wy­róż­nia­ją­cymi ce­chami ludz­ko­ści, które umoż­li­wiły jej ewo­lu­cyjny suk­ces – i w dal­szym ciągu na­pę­dzają na­sze naj­więk­sze osią­gnię­cia. Nie po­win­ni­śmy wi­dzieć w nich ludz­kich sła­bo­ści, które nas ha­mują, ale siły przy­rody od­po­wie­dzialne za two­rze­nie ludz­kiej kul­tury.
W książce tej po­znamy ko­lejno trzy pod­sta­wowe in­stynkty ple­mienne i przyj­rzymy się we­wnętrz­nym me­cha­ni­zmom, po­zwa­la­ją­cym im funk­cjo­no­wać. Nie jest wielką no­wo­ścią, że lu­dzie mają skłon­ność do na­śla­do­wa­nia in­nych człon­ków grupy, po­dzi­wia­nia bo­ha­te­rów i za­cho­wy­wa­nia tra­dy­cji. Zdu­mie­wać może jed­nak to, jak po­tężne i wszech­obecne są te znane in­stynkty. Pod­trzy­mują kul­tury o bar­dzo róż­nych cha­rak­te­rach – re­li­gijne, re­gio­nalne, pro­fe­sjo­nalne i tak da­lej. In­stynkty te ujaw­niają ukryte dźwi­gnie, za któ­rych po­mocą można za­rzą­dzać ludźmi, do­da­wać im in­spi­ra­cji i od­wagi. Po­nadto po­sta­ramy się zde­mi­sty­fi­ko­wać pa­ra­doksy zmiany, wy­ja­śnia­jąc, dla­czego wiele am­bit­nych pro­jek­tów koń­czy się nie­po­wo­dze­niem, pod­czas gdy inne ru­chy na­bie­rają roz­pędu i się roz­prze­strze­niają, prze­ra­sta­jąc naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia ich po­my­sło­daw­ców.
Książka składa się z kilku czę­ści. W czę­ści I, za­ty­tu­ło­wa­nej Wy­zwa­la­cze ple­mienne, przyj­rzymy się temu, jak każdy z in­stynk­tów roz­wi­nął się u na­szych przod­ków, wy­po­sa­ża­jąc ich tym sa­mym w nowe umie­jęt­no­ści spo­łeczne. Po­nie­waż kody kul­tu­rowe nie mogą dzia­łać jed­no­cze­śnie, ak­ty­wują je „wy­zwa­la­cze”. Kody grupy, bo­ha­tera i przod­ków są wy­zwa­lane za­równo przez wska­zówki sy­tu­acyjne, jak i przez na­sze we­wnętrzne po­trzeby. Są to klu­cze, które prze­krę­cał Hid­dink pod­czas ze­brań i obo­zów tre­nin­go­wych, aby ak­ty­wo­wać lub dez­ak­ty­wo­wać toż­sa­mo­ści ple­mienne. Zo­ba­czymy, w jaki spo­sób po­staci tak od­mienne, jak Jo­anna d’Arc, Mar­tin Lu­ther King i Lee Kuan Yew, sto­so­wały wy­zwa­la­cze do mo­bi­li­za­cji grup w ob­li­czu epo­ko­wych wy­zwań. Cza­sami wy­zwa­la­cze po­ja­wiają się na­tu­ral­nie w celu uwol­nie­nia sił kul­tu­ro­wych nie­zbęd­nych do spro­sta­nia wy­zwa­niu – jak wtedy, gdy ze­spół eme­ry­to­wa­nych in­ży­nie­rów, znany jako „Fu­ku­shima 50”, od­wo­łał się do kodu sa­mu­raj­skiego, aby oca­lić elek­trow­nię ją­drową sto­jącą na kra­wę­dzi ka­ta­strofy.
W czę­ści II, no­szą­cej ty­tuł Sy­gnały ple­mienne, trzy war­stwy kul­tury – kody grupy, bo­ha­tera i przod­ków – oka­zują się nie tylko po­datne na zmianę, ale też wręcz pla­styczne. Hid­dink prze­kształ­cił tra­dy­cje Czer­wo­nych, zmie­nia­jąc utrwa­lone na­wyki, i zmo­dy­fi­ko­wał po­czu­cie tra­dy­cji za­wod­ni­ków ro­syj­skich, in­for­mu­jąc ich o mo­skiew­skiej dru­ży­nie z daw­nych cza­sów. Są to przy­kłady tego, jak kody kul­tu­rowe można prze­obra­żać – cza­sem wie­lo­krot­nie – dzięki sy­gna­łom in­for­ma­cyj­nym. Nie­uświa­do­mione od­dzia­ły­wa­nie sy­gna­łów ple­mien­nych po­zwala wy­ja­śnić wiele ra­dy­kal­nych i ta­jem­ni­czych zmian, ta­kich jak roz­bro­je­nie przez Bra­zy­lij­czy­ków bomby de­mo­gra­ficz­nej bez po­li­tyki pla­no­wa­nia ro­dziny, wy­dźwi­gnię­cie Mi­cro­so­ftu na szczyt prze­my­słu in­for­ma­tycz­nego przez ci­chego Sa­tyę Na­dellę lub prze­pro­wa­dze­nie na­rodu po­łu­dnio­wo­afry­kań­skiego przez zbio­rową traumę ku de­mo­kra­tycz­nej przy­szło­ści.
Część III, Ple­mienne echa, roz­wija dwie po­przed­nie czę­ści, po­ka­zu­jąc, jak zmiana kul­tu­rowa po­sze­rza swój za­kres. Pierw­szy roz­dział opo­wiada o tym, jak mo­dele za­rzą­dza­nia zmianą wy­ko­rzy­stują ideę re­ak­cji łań­cu­cho­wej. „Ruch od­dolny” jest se­kwen­cją zmian za­czy­na­jącą się od na­wy­ków zwy­czaj­nych lu­dzi i się­ga­jącą zbio­ro­wych ide­ałów oraz in­sty­tu­cji pu­blicz­nych. „Te­ra­pia szo­kowa” ozna­cza po­stęp w prze­ciw­nym kie­runku. Psy­cho­lo­gia ple­mienna ujaw­nia, w jaki spo­sób każdy mo­del two­rzy im­puls do zmiany i wa­runki, do któ­rych każda stra­te­gia jest naj­le­piej do­pa­so­wana. Zro­zu­miemy, dla­czego stra­te­gia ru­chu od­dol­nego spraw­dziła się w przy­padku mał­żeństw jed­no­pł­cio­wych, ale nie w przy­padku Oku­puj Wall Street. Poj­miemy także, dla­czego stra­te­gia te­ra­pii szo­ko­wej po­mo­gła Mary Barra wy­zwo­lić zmiany w Ge­ne­ral Mo­tors, ale skoń­czyła się źle dla El­len Pao w Red­di­cie.
W ostat­nim roz­dziale roz­wa­żamy nie­po­żą­dane re­ak­cje łań­cu­chowe, które za­cho­dzą w eska­lu­ją­cych kon­flik­tach gru­po­wych na­szej współ­cze­sno­ści – po­li­tycz­nych, ra­so­wych i re­li­gij­nych. W ostat­nich la­tach ko­men­ta­to­rzy po­li­tyczni mają zwy­czaj wi­nić za te trudne pro­blemy tok­syczną ple­mien­ność, po­nie­waż nie­na­wiść ple­mienna do in­nych grup mia­łaby przy­bie­rać na sile i roz­szar­py­wać nasz świat[57]. Choć te­mat nie­uchron­nego kon­fliktu i wro­go­ści „my” – „oni” wy­daje się po­cią­ga­jący, w rze­czy­wi­sto­ści nie można go po­go­dzić ze świa­dec­twami ewo­lu­cyj­nymi i psy­cho­lo­gicz­nymi[58]. Więk­szą na­dzieję na zro­zu­mie­nie eska­lu­ją­cych kon­flik­tów i roli, jaką od­grywa w nich na­sza psy­cho­lo­gia, daje przyj­rze­nie się cha­rak­te­ry­stycz­nym spo­so­bom dzia­ła­nia trzech zna­nych in­stynk­tów ple­mien­nych, które w pew­nych wa­run­kach mogą wy­mknąć się spod kon­troli, po­wo­du­jąc pro­blemy. Na szczę­ście dzięki zro­zu­mie­niu wy­zwa­la­czy i wska­zó­wek mo­żemy po­dej­mo­wać in­ter­wen­cje, które ha­mują ten pro­ces. Psy­cho­lo­gia ple­mienna jest przy­czyną pro­ble­mów w sy­tu­acjach ostrych kon­flik­tów, ale może rów­nież nieść roz­wią­za­nia. Zo­ba­czymy, jak nie­które grupy oby­wa­tel­skie za­ko­pują prze­paść, która wy­ro­sła mię­dzy zwo­len­ni­kami de­mo­kra­tów a re­pu­bli­ka­nów, jak bo­ha­te­ro­wie w ro­dzaju dy­ry­genta Gu­stavo Du­da­mela na­pra­wiają dzie­dzic­two wy­klu­cze­nia i jak in­ter­wen­cje, które przy­po­mi­nają chrze­ści­ja­nom i mu­zuł­ma­nom o to­le­ran­cji gło­szo­nej przez ich święte księgi, mogą zneu­tra­li­zo­wać ich obronne re­ak­cje wo­bec za­gro­żeń, po­wstrzy­mu­jąc eska­la­cję prze­mocy na tle re­li­gij­nym.
W epoce ry­wa­li­za­cji et­nicz­nej, pan­de­mii i kry­zysu kli­ma­tycz­nego na­sza ludzka zdol­ność po­dej­mo­wa­nia wspól­nych dzia­łań ma szcze­gólne zna­cze­nie. Mu­simy uwol­nić się od ma­ni­chej­skiej ob­se­sji gło­szą­cej, że na­sze naj­więk­sze bło­go­sła­wień­stwo ewo­lu­cyjne nie­sie ze sobą nie­unik­nione prze­kleń­stwo. In­stynkty ple­mienne sta­no­wią na­sze naj­lep­sze na­rzę­dzie współ­pracy gru­po­wej – nie po­win­ni­śmy ich się oba­wiać, lecz na­uczyć się je wy­ko­rzy­sty­wać. Dają nam one na­dzieję na oca­le­nie przed nami sa­mymi. Ta książka trak­tuje w grun­cie rze­czy o tym, jak się zmie­niamy – wspól­nie.

 
Wesprzyj nas