Nina zniknęła – z wyjazdu, na który udała się ze swoim chłopakiem Simonem, wrócił tylko on. Nikt nic nie wie, a wyjaśnienia chłopaka są bardzo niespójne. Rodzice Niny pragną odzyskać córkę, a rodzice Simona chcą chronić syna za wszelką cenę. Co tak naprawdę wydarzyło się podczas tego wyjazdu i jak daleko posuną się rodziny w walce o swoje dzieci?


Piękni, młodzi i zakochani w sobie po uszy. Nina i Simon to para jak z obrazka. Ale tylko do czasu, gdy wyjeżdżają na weekend do domu letniskowego jego rodziców, skąd wraca tylko on.

Co się stało z Niną?

Nikt tego nie wie. Wyjaśnienia chłopaka są mocno niespójne. Zrozpaczeni rodzice Niny domagają się odpowiedzi, tymczasem rodzice Simona postanawiają go zaciekle bronić. Zatrudniają drogich prawników i agencję piarowską. Bardzo szybko rozkręca się brutalna, pełna jadu kampania medialna.

Jak daleko posunie się rodzina Simona by go chronić?

Wkrótce fakty giną w wirze wzajemnych oskarżeń. Jedni opowiadają się po stronie Simona, inni po stronie Niny, a historia zatacza coraz szersze kręgi. Oliwy do ognia dolewają domorośli śledczy i twórcy teorii spiskowych. Małe miasteczko staje się centrum zainteresowania mediów.

Jak daleko posunie się rodzina Niny, by dociec prawdy?

Bliscy Niny maja nikłe szanse w starciu z bogatą i wpływową rodziną Simona, jeśli będą grać zgodnie z zasadami. Ale czy będą?

Dervla McTiernan
Co się stało z Niną?
Przekład: Dawid Świonder
Wydawnictwo HarperCollins Polska
Premiera: 12 marca 2025
 
 

PROLOG

Nazywam się Nina Fraser. Prawdopodobnie wiecie, kim jestem. Może widzieliście moje zdjęcie w internecie albo słyszeliście gdzieś o mnie. A jeśli tak, to pewnie już mnie osądziliście. To znaczy, nie publicznie, bo nieładnie jest obwiniać ofiarę, ale w zaciszu własnych myśli. Uważacie pewnie, że byłam głupia i słaba. Albo jedno i drugie. Myślicie, że gdybym tylko się postawiła lub po prostu odeszła, wszystko byłoby okej. Nie zamierzam się z wami spierać ani wyprowadzać was z błędu. Chcę tylko powiedzieć jedno: pozornie klarowna sytuacja może okazać się przytłaczająco mętna, gdy sami jej doświadczymy. Poza tym czasem to właśnie kiedy „po prostu odchodzimy”, sprowadzamy na siebie kłopoty.
Jak już powiedziałam, jestem Nina. Mam dwadzieścia lat, siostrę Grace i dwoje rodziców. Pasjonuję się wspinaczką. Ale to już wiecie, jeśli czytaliście o mnie w sieci. To może teraz opowiem o czymś, czego nie wiecie. Moje palce są pokryte odciskami, mam też bliznę na kolanie i łokciu – obie po upadkach. Uwielbiam się wspinać. Gdy jestem na ścianie, myślę tylko o tym, jak wcisnąć palce w następną szczelinę i w jaki sposób oprzeć stopy, aby przesunąć się w górę. Nigdy nie myślę o tym, co znajduje się poniżej. A kiedy docieram na szczyt, siadam, oddycham i spoglądam na dolinę. Patrzę na pokonaną trasę i zastanawiam się, jak mogłabym przejść ją lepiej.
Zapewne wiecie też, że mam chłopaka. Nazywa się Simon Jordan. Poznaliśmy się w przedszkolu jeszcze jako pięcioletnie dzieci. Potem w szkole zaprzyjaźniliśmy się, a w wieku szesnastu lat zakochaliśmy się w sobie. Bardzo mi zależy, aby uświadomić wam, jak dobrze się między nami układało. Nie to, że Simon był idealny, bo nikt nie jest. Jeśli jednak istnieje coś takiego jak idealny pierwszy chłopak dla nieśmiałej dziewczyny poszukującej swojego ja, to on wpisał się w tę rolę znakomicie. Śmiał się z moich żartów. Zawsze interesował się tym, co miałam do powiedzenia, nawet gdy towarzyszyli mu akurat kumple. Nigdy ze mną nie pogrywał i nigdy nie zachowywał się tak, jakby chciał zasugerować, że jakaś inna dziewczyna jest lepsza ode mnie. Przy nim czułam się ładna, a dla szesnastolatki to bardzo ważne – aż za bardzo… Po raz pierwszy przespaliśmy się ze sobą w jego osiemnaste urodziny. Byliśmy niezdarni i trochę bolało, ale jednocześnie dobrze się bawiłam. Było pięknie. Już wtedy całą sobą wiedziałam, że nigdy nie pokocham nikogo tak, jak pokochałam jego. Potem jednak coś zaczęło się psuć, a ja coraz częściej wracałam myślami do tego, jak było wcześniej. Oglądałam nasze stare zdjęcia i spędzałam czas ze znajomymi, którzy znali nas od samego początku. Chciałam wierzyć, że nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego. Że to była prawda.
Po liceum Simon wyjechał na studia na Northwestern, a ja zostałam w Waitsfield i poszłam na Uniwersytet Vermontu. Nie uważaliśmy, by rozłąka mogła stanowić dla nas przeszkodę. Byliśmy zgraną parą. I pierwszy rok rzeczywiście minął bez problemów. Często się widywaliśmy, on przyjeżdżał, codziennie gadaliśmy na FaceTimie – nawet dwa lub trzy razy w ciągu dnia. Pisaliśmy też mejle. Moja przyjaciółka Allie twierdziła jednak, że nic z tego nie będzie. Jej zdaniem Simon był zbyt przystojny, a do tego miał dzianych rodziców. Na pewno otaczały go setki dziewczyn znacznie bardziej wyrafinowanych, doświadczonych i ekscytujących niż taka szara myszka z sąsiedztwa jak ja. Allie potrafi zachować się jak suka. Nie chciałam, żeby Simon mnie rzucił, ale ponieważ zawsze przygotowuję się na najgorsze, z ogromnym trudem nastawiałam się psychicznie na nieuniknione. Przykładałam się do nauki, próbowałam nawiązywać nowe znajomości, wspinałam się niemal co weekend – i czekałam, aż wiszący nad moją głową topór wreszcie spadnie.
Tymczasem Simon, zamiast mnie rzucić, wydawał się coraz bardziej zaangażowany. Teraz nie dzwonił już dwa czy trzy razy dziennie, ale cztery lub pięć. Czasem chciał, żebym „nosiła go w kieszeni”, to znaczy, żebym podczas połączenia przez FaceTime’a wyciszyła telefon i zabierała go ze sobą na wykłady lub kładła obok na biurku, gdy się uczę. Przyjeżdżał co drugi weekend i proponował, że zapłaci, abym mogła przylatywać do niego do Illinois. Ale nie mogłam. Bo w weekendy musiałam pomagać mamie w prowadzeniu zajazdu. A poza tym nie umiałabym brać od niego pieniędzy i wydawać ich jak własnych. Dziwnie bym się z tym czuła. On jednak tego nie rozumiał. Złościł się i miał żal.
Patrząc wstecz, widzę teraz, że to właśnie wtedy nasz związek zaczął się zmieniać. Po tym, jak odmówiłam latania do Illinois, Simon stał się inny. Traktował mnie z wyższością, jakby on był idealnym chłopakiem, a ja złą dziewczyną, na której nie można polegać. I chociaż oblekał to w żarty, wyraźnie wyczuwałam, że przemawiają przez niego zranione uczucia. Robiłam więc wszystko, aby zapewnić go, że mi na nim zależy. To mu jednak nie wystarczało. Był coraz ostrzejszy w stosunku do mnie, zarówno w łóżku, jak i poza nim. Łapał mnie za ramiona lub biodra tak mocno, że zostawały na nich siniaki w kształcie dłoni. Kilka razy nawet mnie ugryzł. Bardzo bolało, ale nie zaprotestowałam. To pewnie zabrzmi niedorzecznie, ale bałam się go zawstydzić. Myślałam, całkowicie błędnie, że to go kręci, a ponieważ między nami było coraz dziwniej, obawiałam się, że jeśli powiem, jak bardzo nie cierpię tego gryzienia, zranię go jeszcze bardziej. Wmawiałam więc sobie, że to tylko taki etap spowodowany niepewnością – że przecież dobrze znam Simona i gdy tylko zdołam go przekonać, jak bardzo go kocham, wszystko będzie jak dawniej. Byłam głupia, nie widząc, co się święci. Zupełnie jak żaba w rondelku pełnym wody, który stawia się na ogniu i powoli podgrzewa, aż zrobi się za późno, by mogła uciec.
Na drugim roku Simon przyjechał do domu na przerwę październikową. Chciał, żebyśmy wybrali się wraz z innymi na Hawaje, ale musiałam zostać, aby pomóc mamie w pracy. W związku z tym on również został. I był z tego powodu naprawdę wściekły. Starałam się jakoś go udobruchać, ale nic nie działało. Aż ostatecznie zgodziłam się urwać z pracy i wyjechać z nim na cały tydzień. Kiedy zadzwoniłam powiedzieć o tym mamie, była naturalnie zła i rozczarowana. Jednakże ulga, jaką poczułam, widząc, jak Simon wraca do dawnego siebie, z nawiązką wynagrodziła mi poczucie winy. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo się nami stresowałam.
Rodzice Simona kupili niedawno nowy dom niedaleko Stowe. Na stusześćdziesięciohektarowej działce mieściło się dodatkowo niewielkie jeziorko, nieoznakowane szlaki górskie i trasy wspinaczkowe. Chciał, żebyśmy udali się tam tylko we dwoje, aby popracować nad naszym związkiem. Więc pojechaliśmy. Spacerowaliśmy, wspinaliśmy się, rozmawialiśmy. Ale nic nie zmieniało się na lepsze. Miałam wrażenie, jakbyśmy przez cały czas tylko udawali, że jesteśmy blisko. Chciałam powiedzieć mu o siniakach i bólu, ale gdy tylko się do tego zabierałam, ściskało mi się gardło. W piątek Simon nalegał, byśmy znowu się powspinali. Moje ciało sprzeciwiało się. Miałam obolałe palce i czułam pieczenie w prawym barku. Potrzebowałam co najmniej dnia odpoczynku, a mimo to się zgodziłam.
– Wejdźmy na tę grań, którą widzieliśmy w środę – zaproponował Simon. Jedliśmy właśnie śniadanie. Wyciągnął rękę i założył mi włosy za ucho, a potem położył dłoń na moim karku. Była ciepła, sucha i delikatna. Z jakiegoś powodu zachciało mi się płakać.
– Jasne – odparłam. – Wyglądała ciekawie.
Zjedliśmy, ubraliśmy się i wyruszyliśmy. Grań znajdowała się niedaleko. Simon przez całą drogę mnie zagadywał, a ja uśmiechałam się, odpowiadałam i chwytałam go za rękę, gdy mi ją podawał. A jednocześnie nieustannie powstrzymywałam łzy. Okropnie się z tym czułam, więc próbowałam zebrać się w sobie. Rozchmurzyłam się, gdy dotarliśmy na miejsce. Zapowiadała się naprawdę świetna wspinaczka: jakieś dwadzieścia pięć metrów granitowej skały z wygodnymi punktami podparcia na początku drogi. Pogoda też dopisywała. Było chłodno, ale słonecznie i niemal bezwietrznie. Położyłam plecak na ziemi i zaczęłam wyciągać sprzęt.
– To był świetny pomysł – stwierdziłam. – Cieszę się, że tu jesteśmy.
– Lepsze to niż mycie kibli po raz enty w ciągu dnia – skwitował, dając mi lekkiego kuksańca, od którego się zachwiałam.
– Mało powiedziane – przyznałam. Podniósł mnie, łapiąc za tyłek i przyciągnął ku sobie. Pocałował mnie, a ja jego. Zdziwiłam się, jak dobrze smakował ten pocałunek. Simon puścił mnie, po czym obydwoje przygotowaliśmy się i zaczęliśmy wspinaczkę. Nie myślałam o nas, wchodząc na ścianę. Wyciszyłam umysł i skupiłam się na odnajdywaniu kolejnych szczelin oraz wypustek. Poczułam się znowu sobą. Poczułam siłę.
Gdy dotarliśmy na szczyt, usiedliśmy, aby napawać się widokiem.
– W porządku? – spytał Simon.
– Jasne. Tak. Trochę się zmęczyłam. I zgłodniałam. – Zajrzałam do plecaka w poszukiwaniu kanapek, które rano przygotowałam. Z sałatką z kurczaka, jego ulubione. Rozpakował jedną, ugryzł parę razy, po czym oddał mi z grymasem niezadowolenia.
– Chyba jakiś nieświeży ten kurczak, mała. Masz czekoladę?
Miałam czekoladę. W milczeniu podałam mu tabliczkę. Zjadł. Kurczak nie był nieświeży. Wczoraj go ugotowałam i zrobiłam sałatkę ze świeżych produktów. Poczułam złość. I narastającą chęć, żeby mu powiedzieć „spieprzaj”. Nie odezwałam się jednak, tylko dalej jadłam kanapkę.
– Nie jedz tego – powiedział. – Wyrzuć ją.
– Jest dobra.
Zmierzył mnie wzrokiem.
– Okej, ale jak zaczniesz w nocy rzygać, to nie wołaj mnie, żebym przytrzymał cię za włosy.
Wzruszyłam ramionami. On natomiast zesztywniał i odwrócił się ode mnie. Co było sugestią, abym spakowała kanapkę, przeprosiła go i pocałowała, dziękując, że tak się o mnie troszczy. Ale nie zrobiłam tego. „Spieprzaj” wciąż dźwięczało mi w myślach. I to coraz głośniej.
– Serio, kurczak jest smaczny. Mmm. – Myślałam, że się wścieknie. Może nawet tego chciałam. Wstał.
– Muszę się odlać. – Oddalił się kawałek i stanął przy drzewie. Dokończyłam kanapkę i spakowałam ponownie plecak. Simon zaczął przygotowywać się do powrotu.
– Zejdźmy symultanicznie – rzucił z błyskiem w oczach. Wyzwanie. Wspinaczka symultaniczna polega na tym, że dwaj wspinacze używają jednej liny zaczepionej o główny punkt asekuracyjny, polegając wzajemnie na ciężarze swoich ciał. Robi się tak, gdy chce się zejść szybko, ale jeśli ktoś z dwójki rozkojarzy się lub straci równowagę, może się to źle skończyć. Nas jednak czas nie gonił. Mieliśmy na zejście całe popołudnie. Mogłam mu to powiedzieć, ale widząc wyzwanie w jego oczach, nie chciałam protestować.
– W porządku. – Obwiązałam się liną, a następnie zawiązałam stoper, aby upewnić się, że mój koniec liny nie wyśliźnie się z uprzęży, co byłoby najgorszym scenariuszem w tym typie wspinaczki. Gdyby tak się stało, lina prześliznęłaby się również przez punkt asekuracyjny, powodując upadek Simona. Spojrzałam, jak się przygotowuje.
– Zawiązałeś stoper? – zapytałam.
– Oczywiście – odpowiedział łagodnie i pokazał mi węzeł.
Zaczęliśmy zejście. Nie było to przyjemne. Simon szedł nierównym, nieprzewidywalnym rytmem, który siłą rzeczy udzielił się również mnie. Robił to specjalnie. Zacisnęłam zęby. Postanowiłam nie udawać już, że między nami jest w porządku. Gdy zejdziemy, wszystko mu wygarnę. Droga na dół trwała dość krótko, może pół godziny łącznie z czasem na odczepianie sprzętu. Simon skończył pierwszy, a mnie pozostało jeszcze siedem i pół metra. Odpychałam się nogami, lądowałam, a następnie odbijałam się lekko od ściany, pozwalając, by lina sunęła przez uchwyt w uprzęży. Odepchnęłam się jeszcze raz, lina ponownie zaczęła się przesuwać i wtedy to się stało. Całkowicie straciła naprężenie. Zrobiła się luźna. Nie miałam już się czego trzymać. Spadałam.
Utrata oparcia w linie to najgorsze uczucie dla wspinacza. Dotychczas zdarzyło mi się to tylko raz, w centrum wspinaczkowym w Bostonie, kiedy zepsuł się automat asekuracyjno-zjazdowy. Ale to było w pomieszczeniu, a ja znajdowałam się niecałe dwa metry nad posadzką wyłożoną matami piankowymi. Teraz było inaczej. Po prostu… spadłam. Nie było występów ani gałęzi drzew, których mogłabym się uchwycić. Nic tylko powietrze. Spadłam z wysokości około trzech metrów. Niby nie wysoko, ale jednak.
Wylądowałam na plecach między sporymi kamieniami. Kilkadziesiąt centymetrów w lewo lub w prawo, a złamałabym kręgosłup. Mocno uderzyłam głową o ziemię. Kask zamortyzował uderzenie, ale i tak straciłam na minutę przytomność. Gdy się ocknęłam, w ogóle nie czułam swojego ciała. Musiałam być w szoku. Nagle zalała mnie fala bólu tak intensywnego, że zebrało mi się na wymioty. Nie byłam w stanie przekręcić się na bok. Moje ciało przestało być posłuszne. Byłam pewna, że się udławię, ale wtedy dopadł do mnie Simon.
– Boże, Nina! Jezu…
Obrócił mnie, przez cały czas podtrzymując mi ręką kark. Zwróciłam kanapkę, po czym Simon ułożył mnie z powrotem na plecach i powiódł dłońmi od ramion po nogach aż do stóp.
– Wszystko w porządku? Złamałaś coś?
Próbowałam ocenić swój stan, ale bolało mnie wszystko. Czy coś złamałam? Może kilka żeber. Paliły jak ogień. Spróbowałam poruszyć nogami i zacisnąć pięści – udało się.
– To chyba nic poważnego.
– Nie ruszaj się – napomniał mnie. – Nawet nie myśl o wstawaniu. Boże. Co ty sobie myślałaś? Dlaczego puściłaś? Sądziłaś, że jesteś już na dole?
Przecież nie puściłam. Prawda…?
– Mogę przekręcić cię znowu? Sprawdzę ci plecy, czy nie spadłaś na nic twardego.
Zgodziłam się i Simon mnie obrócił. Dotykał mnie bardzo delikatnie, ale za każdym razem jego dotyk wywoływał mocny ból.
– Jezu, tył kasku masz całkiem rozbity. Dobrze, że go miałaś.
Zaczęłam płakać, choć było to raczej łkanie niż zawodzenie. Byłam zbyt obolała, by wyć z bólu. Simon ponownie ułożył mnie na plecach, a następnie zdjął mi buty i kask. Wydawał kolejno polecenia: poruszaj palcami u stóp, u dłoni, dotknij nosa, wiedź wzrokiem za palcem. Był pewny siebie, jakby dokładnie wiedział, co robić, a ja stosowałam się do jego nakazów. Wreszcie usiadł obok.
– Chyba nic ci nie będzie. Miałaś szczęście. Wystraszyłaś mnie jak diabli. – Poprosił, żebym usiadła, co też zrobiłam. Spakował moje buty wspinaczkowe, po czym założył mi trapery i mocno je zasznurował. Pomógł mi się podnieść i powiedział, żebym spróbowała stanąć o własnych siłach. Wszystko mnie bolało i cała drżałam, ale się udało. Wziął nasze plecaki, ujął moją dłoń i zaczęliśmy oddalać się od grani. Chyba wciąż byłam w szoku. Ból żeber i głowy mocno dawał mi się we znaki, ale trzymałam się Simona i kulejąc, szłam przy akompaniamencie jego pocieszających słów. Był w zupełnie innym nastroju. Zrobił się… wesoły. W domu zaniósł mnie na górę, pomógł się rozebrać, a potem położył do łóżka. Następnie przyniósł mi tabletki przeciwbólowe i ucałował w czoło, mówiąc, żebym odpoczęła, ale nazajutrz trzeba będzie pójść do lekarza.
– Dziękuję – powiedziałam. – Bardzo cię przepraszam.
– Najważniejsze, że nic poważnego ci nie jest. – Nachylił się i ucałował mnie, po czym wyszedł z pokoju. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Bo kiedy się nachylał, dostrzegłam w jego oczach nie tyle niepokój, ile… przyjemność? Jakby iskierkę radości. A może triumfu? Trudno powiedzieć.
Rozmasowałam czoło lewą dłonią. Bo prawą obejmowałam zbolałe żebra. Co się tam stało? Nie puściłam liny. Na pewno nie. Czyżby zawiódł punkt asekuracyjny? To możliwe, ale przecież widziałam luźno zwisającą linę wciąż zaczepioną o niego, gdy leżałam na ziemi… A więc to nie punkt asekuracyjny. Jedynym alternatywnym wyjaśnieniem było to, że po zejściu Simon puścił swój koniec liny. Najpierw musiałby rozplątać stoper. Nie zrobiłby czegoś takiego przez pomyłkę. Czyli co, zrobił to celowo? Chciał, żebym spadła? Powtarzałam sobie, że to niedorzeczne. Że chyba zwariowałam. Oczywiście, że Simon tak nie zrobił. Nigdy by się na coś takiego nie odważył, nie miałby powodu. A jednak te myśli powracały natrętnie. I w pewnym momencie nabrałam pewności – on to zrobił.
Wstałam i powlokłam się do łazienki. Zdjęłam koszulkę, by obejrzeć się w lustrze. Miałam pełno śladów, starych i nowych. Siniaki na ramionach. Ślad po ugryzieniu na lewej piersi. Zsunęłam spodnie. Siniec na lewym biodrze robił się żółty. Odwróciłam się, żeby spojrzeć na plecy. Całe czarne i fioletowe. I trochę krwi ze świeżego rozcięcia na łopatce, którego nawet nie poczułam.
Ubrałam się i wróciłam do łóżka. Długo siedziałam, wpatrując się w palce stóp. Myślałam, że muszę podjąć decyzję, ale w końcu uświadomiłam sobie, że podjęłam ją już dawno. Pozostało tylko zdecydować, jak to zrobić. Głęboko w sobie odnalazłam owo „spieprzaj” i zaczęłam je karmić. Chciałam czuć gniew. Od miesięcy, od pół roku nadskakiwałam mu, próbując go zadowolić i robiąc wszystko, żeby tylko go nie urazić. Chciał, żebym się bała – i miałam tego dość. Zaczęłam się ubierać. Włożyłam dżinsy, buty i sweter. Związałam włosy. Wyjęłam ubrania z szafy, zabrałam swoje kosmetyki z łazienki. Spakowałam się. A potem zeszłam na dół oznajmić Simonowi, że z nami koniec i nie chcę go już więcej widzieć.

1
Leanne

Niedzielnym popołudniem poszłam do stodoły, gdzie zastałam Andy’ego. Nie powinien pracować w niedzielę. Ustaliliśmy, że przynajmniej jeden dzień w tygodniu zarezerwujemy dla rodziny. Ponieważ jednak sama niezbyt sumiennie przestrzegałam tego postanowienia, nie mogłam mieć do niego o to pretensji. Już z podwórka usłyszałam warkot piły łańcuchowej. Stodoła ma dwa wejścia. Podwójne drzwi z tyłu, którymi Andy wprowadza do środka swoją minikoparkę i wywrotkę dla ochrony przed pogodą, oraz mniejsze drzwi boczne, wmontowane przez niego kilka lat temu. Podeszłam do tych drugich i je otworzyłam. Andy ciął właśnie pniak na polana. Miał na uszach ochraniacze i stał do mnie tyłem. Postanowiłam zaczekać, zamiast klepać go w ramię, gdy trzymał włączoną piłę. Usiadłam sobie na taborecie i syciłam się zapachem świeżo ciętego drewna, który wprost uwielbiam.
Pięć lat temu wystąpiłam do władz stanowych o dofinansowanie na remont stodoły. Głównie ze względu na dach, ściany i podłogę w kiepskim stanie, bo sam szkielet budowli wykonano z trwałego czerwonego dębu. Dzięki tym pieniądzom Andy wymienił dach i ściany, a także położył ceglaną posadzkę. Kocham tę stodołę. Kocham fakt, że jest otwarta aż do krokwi oraz to, jak wpada do niej światło przez małe okienka. Kocham wypełniające ją zapachy oleju i ciętego drewna, porządek, z jakim wszystko jest w niej ułożone i zorganizowane – od worków z nawozem i torfem aż po palety z kamieniami ogrodowymi i podkłady kolejowe w kącie.
Andy wyłączył wreszcie piłę. Zsunął ochraniacze z uszu i zaczął układać polana.
– Pomóc ci? – spytałam. Przestraszył się, aż podskoczył lekko. – Nina wciąż się nie odezwała – oznajmiłam. Komórkę trzymałam w dłoni. Spojrzałam na ekran z nadzieją, że może dostałam powiadomienie. – Rano dzwoniłam do niej dwukrotnie. Za każdym razem włączała się poczta głosowa. Napisałam więc esemesa. I nic…
Andy odłożył ochraniacze wraz z piłą na stół warsztatowy. Zerknął na zegarek, zdjął rękawice robocze i stanął oparty o ścianę naprzeciwko mnie.
– Hm, Lee, pewnie jest wkurzona. I może w ten sposób ci się odpłaca.
Miał na myśli to, że w zeszłym tygodniu Nina dzwoniła do mnie trzy razy, ale ja byłam na nią tak obrażona, że nie odebrałam ani nie oddzwoniłam.
– Serio?
Pokręcił głową.
– Andy, no weź. Wiesz, że przegięła.
– Nie twierdzę, że nie.
– Ale mówisz to tak, jakbyś myślał inaczej.
Uśmiechnął się. To był jeden z tych powolnych uśmiechów, od których robiło mi się cieplej w środku. Zbliżył się do mnie, ujął za rękę i podniósł z taboretu.
– Miała wrócić wczoraj – dodałam. – Mówiła, że będzie najpóźniej przed dziewiątą rano.
– Zajęcia zaczyna dopiero we wtorek. Pewnie wróci jutro.
Andy miał silniejszy akcent niż ja. Wciąż spłaszczał niektóre samogłoski i połykał głoskę „t”, jak to mają w zwyczaju mieszkańcy Vermontu. „Until” brzmiało w jego ustach jak „un-ill”. Za młodu mówiłam tak samo, ale po ponad roku na studiach w Bostonie zatraciłam ten akcent jak coś wstydliwego i do tej pory nie potrafiłam nauczyć się go z powrotem. Lubię akcent Andy’ego, bo odzwierciedla jego mocny charakter – nigdy nie zmieniłby się tylko po to, by kogoś zadowolić.
– Mam pojechać po Grace? – spytał.
Kompletnie zapomniałam, że miałam ją odebrać. To nasza młodsza córka. Piętnastolatka z obsesją na punkcie koni. Po ośmiu latach nieustannego nagabywania i błagania ulegliśmy i kupiliśmy jej ponad siedmioletniego konia rasy quarter horse imieniem Charlie. Wymyśliliśmy też, że zorganizujemy mu stajnię w kącie stodoły i wytniemy parę drzew, aby zrobić wybieg. Do tego czasu Charlie będzie mieszkał w stajni u Molly, przyjaciółki Grace. W związku z tym Grace spędzała tam teraz każdą wolną chwilę, a my widywaliśmy ją tylko wtedy, gdy ją zawoziliśmy lub przywoziliśmy.
– Zapominałam – przyznałam. Andy otoczył mój kark swoją ciepłą dłonią. Jego dotyk był pocieszający. Kciukiem pogładził tył mojej głowy.
– Nie przejmuj się tym. Niczym się nie przejmuj. Ninie nic nie jest. Simon dałby nam znać, gdyby coś się stało.
Zdjął kurtkę z haczyka w ścianie. Wyszłam za nim ze stodoły, po czym minęliśmy podwórko i weszliśmy do kuchni. Nasz pies Rufus leżał, drzemiąc na posłaniu przy piecyku. Spojrzał na nas błagalnie, gdy przekroczyliśmy próg. Miał prawie dziesięć lat i nie był już tak sprawny jak kiedyś, ale wciąż uwielbiał spacery.
– Andy?
– Hm?
– Uważasz, że byłam dla niej za ostra? W sensie ogólnie. Za dużo od niej wymagam?
Namyślał się przez chwilę.
– Może trochę. To dobra dziewczyna. Zasługuje na to, żeby się nieco rozerwać.
– No dobrze, ale zostawiła mnie na lodzie. Wiedziała, że nie znajdę nikogo na zastępstwo. I kiedy ona bawiła się z chłopakiem, ja musiałam tyrać za nas dwie.
– Też prawda.
– Andy… – Odwrócił się, by na mnie spojrzeć. – To co myślisz?
– Że Nina przesadziła, zostawiając cię samą, i że czasami faktycznie bywasz dla niej za ostra. – Pocałował mnie w usta, wziął klucze i wyszedł.
Zaparzyłam sobie kawę i poszłam do salonu. Ogień w kominku przygasł, więc dołożyłam drewna, a potem usiadłam na kanapie z Rufusem skulonym u moich stóp. Otworzyłam Instagrama i weszłam na profil Niny. Nie wrzucała nic nowego od czwartku. Ostatnie zdjęcie przedstawiało patrzącego w obiektyw, siedzącego na gałęzi dzięcioła z czerwonym brzuszkiem. Wcześniej opublikowała fotkę ze sobą i Simonem, jak oboje w sprzęcie wspinaczkowym siedzą na szczycie ściany, mając za sobą zielony las. Obejmują się i uśmiechają od ucha do ucha.
Odłożyłam telefon i włączyłam pilotem telewizor. Znalazłam sezon „Miłość jest ślepa”, którego jeszcze nie widziałam. Puściłam pierwszy odcinek i zamyśliłam się podczas czołówki. Wtem ponownie chwyciłam telefon, otworzyłam Instagrama Niny i polubiłam jej dwa ostatnie zdjęcia. Proszę. Zobaczy to i będzie wiedzieć, że nadal chcę się z nią przyjaźnić. A potem sama zadzwoni. Na szczęście Nina nie ma w zwyczaju żywić urazy. Do tego umie ciężko pracować. Dlatego też to, że olała pracę, było zupełnie nie w jej stylu.
Dręczyła mnie pewna myśl. Nina miała dwa latka, gdy kupiłam zajazd. Jedynym powodem, dla którego było mnie wtedy na niego stać, była wielka dziura w dachu. I niedziałająca hydraulika. Poza tym poprzedni lokator gromadził w nim śmieci, w związku z czym agencja nieruchomości opiekująca się tym ohydnym według niej budynkiem postanowiła sprzedać go pierwszemu lepszemu kupcowi. Którym okazałam się ja.
Już w wieku dwóch lat Nina była twardą dziewczynką. Doprowadzenie tego miejsca do porządku zajęło mi kilka miesięcy ciężkiej harówy – szorowania, malowania i dekorowania. Nie miałam pieniędzy ani na żłobek, ani nikogo bliskiego, kto mógłby mi pomóc, więc Nina towarzyszyła mi codziennie przez cały ten czas. Żeby się nie nudziła, dawałam jej małe zadania, do których podchodziła z wielką powagą. Ubrana w ogrodniczki, z chustką na głowie, zasuwała z miotełką lub szorowała kamienne schodki przed wejściem. Zawsze promieniała dumą, że mi pomaga. A kiedy kończyła, prostowała się z rączkami na biodrach i oceniała swoje dzieło, udając dorosłą. I od tamtej pory nie straciła nic z tego podejścia. Grace z kolei nie cierpiała pracy w zajeździe. Robiła wszystko, co mogła, aby tylko wymigać się od najmniejszych nawet zadań. W odróżnieniu od niej Nina wręcz rwała się do roboty.
Andy miał rację, chyba za mocno na nią naciskałam. W końcu była już na drugim roku. Może potrzebowała więcej czasu na naukę. Może trzeba by coś zmienić, na przykład zatrudnić kogoś, aby ją odciążyć. Niekoniecznie na cały etat, bo parę godzin dziennie by wystarczyło. Będę musiała z nią o tym porozmawiać.
Ale dopiero po tym, jak przeprosi.
Zanim Andy i Grace wrócili, zapadłam w drzemkę. Dawniej, jeśli długo się nie widziałyśmy, Grace od razu podbiegała mnie przytulić. W ostatnich dwóch latach jakoś z tym skończyła. Rozumiałam, że ten nowy dystans między nami stanowi część jej dorastania, więc szanowałam to, ale czasami bardzo mi brakowało tych uścisków. Wstałam z kanapy i podeszłam do niej. Pocałowałam ją w głowę. Pachniała potem i końmi.
– Dobrze się bawiłaś?
– Najlepiej. – Odsunęła się. – Zaraz chyba padnę ze zmęczenia. W dodatku umieram z głodu. Co jest na kolację?
– Resztki. – Zgodnie z moim przewidywaniem zareagowała jękiem rozczarowania. Ruszyłam za nią do kuchni. W lodówce było pełno jedzenia, ale jeśli sama jej czegoś nie przygotuję, zje najwyżej płatki śniadaniowe i paczkę chipsów. Nie zdążyłam jednak wyjść z salonu, gdyż stojący w przejściu Andy zatrzymał mnie dłonią.
– Masz chwilkę?
Mówił poważnym tonem.
– Jasne. – Krzyknęłam do Grace: – Tylko żadnych płatków, dobrze? W lodówce masz lazanię, odgrzej sobie.
W odpowiedzi mała machnęła ręką. Wyciągnęła telefon i puściła muzykę przez głośnik. Dua Lipa. „Levitating”.
Andy zaciągnął mnie do salonu i zamknął za nami drzwi.
– Co jest? – spytałam.
– W drodze po Grace pojechałem zatankować. Gadałem z Patrickiem.
Patrick to pracownik stacji benzynowej, straszny gaduła. Uważał za swój obowiązek wiedzieć wszystko o wszystkich mieszkających w okolicy, od Waitsfield do Warren, i dzielić się tą wiedzą z każdym.
– Powiedział, że Simon wrócił ze Stowe w piątek wieczór. Czyli jest w domu od dwóch dni. I, jak mówił Patrick, wrócił sam.
– Simon wrócił do domu sam. Co to oznacza?
Andy pokręcił głową.
– Jak myślisz? Pojechała gdzieś? Ze znajomymi? – Moja złość, która zdążyła już ostygnąć, zapłonęła na nowo. Andy schylił się po mój telefon leżący na stoliku, a następnie mi go podał.
– Zadzwoń do niej – powiedział.
– Dzwoniłam już dwa razy. I wysłałam esemesa.
– Spróbuj jeszcze raz.
Wybrałam numer, ale znowu odezwała się poczta głosowa. Przysunęłam komórkę do ucha Andy’ego, by usłyszał radosny głos Niny proszący o nagranie wiadomości, po czym przyłożyłam ją z powrotem do swojego.
– Nina, zadzwoń do mnie – rzuciłam ostro. Zastanawiałam się, czy nie powiedzieć czegoś więcej, ale przychodziły mi do głowy same gniewne myśli. Andy opierał się o ścianę z rękami założonymi na piersi. Patrzył na mnie z powagą. Przerwałam połączenie.
– No i? – zapytałam.
– Nie podoba mi się to.
– Mnie też nie. To jakieś żarty? Dokąd teraz pojechała? Do Nowego Jorku na zakupy? A może do Paryża…
– Leanne…
– Co?
– Może powinniśmy pojechać do Jordanów – zaproponował. – Sprawdzimy tylko, czy wszystko z nią w porządku.
Ton jego głosu nieco mnie ukoił. Mówił spokojnie, miarowo i z sensem. Bo taki właśnie był Andy. Ale w jego słowach dało się usłyszeć coś jeszcze, coś dla niego nietypowego – nutkę niepokoju.
– Nie sądzisz, że to byłaby przesada?
Wzruszył ramionami.
– Może tak, może nie. To tylko dziesięć minut jazdy.
– Mogłabym zadzwonić do niej. Znaczy się do Jamie. – Choć wolałabym tego nie robić. Jamie Jordan nie przepadała za mną i lubiła dawać mi to do zrozumienia. Nie obchodziło mnie, co inni o mnie myślą. Nie byłam zbyt towarzyska. Miałam swój dom, rodzinę i biznes – nie potrzebowałam nic więcej. Jamie natomiast potrafiła doskonale wyprowadzać innych z równowagi, na co nie byłam dostatecznie odporna. Mimo wszystko wybrałam jej numer. Odezwała się poczta głosowa.
– Jamie, cześć, tu… yyy… Leanne Fraser. Dzwonię do ciebie, bo nie mamy kontaktu z Niną. – Zaśmiałam się nerwowo, jakbym próbowała się jej przypodobać, za co natychmiast skarciłam się w duchu. – Chciałam zapytać, czy jest może z wami albo czy rozmawiałaś z Simonem. Na pewno nic jej nie jest, ale gdybyś czegoś się dowiedziała, oddzwoń, proszę. Będę spokojniejsza. Dzięki, odwdzięczę się! – Zakończyłam monolog pogodnym tonem, jakbyśmy były najlepszymi kumpelami. Spojrzałam na Andy’ego.
– Jedźmy tam – powiedział.
Zostawiliśmy Grace w domu, Andy usiadł za kierownicą i ruszyliśmy. Po drodze prawie nie rozmawialiśmy. Z początku nie martwiłam się za bardzo o Ninę, ale wyczuwalny niepokój męża dość szybko udzielił się również mnie. Zaczęłam nerwowo wiercić się na siedzeniu. Dom Jordanów stał przy Sharpshooter Road. Ojciec Simona, Rory, prowadził firmę produkującą precyzyjne oprzyrządowanie dla spółek farmaceutycznych i technologicznych. W rozkręceniu biznesu pomógł mu ojciec, który sam prowadził podobną niewielką firmę. Potem Rory skończył studia inżynierskie i wrócił do domu z głową pełną pomysłów. Doskonałych, jak się okazało w momencie, gdy rozpoczął produkcję tych zaawansowanych maszyn.
Obecnie wartość jego firmy szacowano na prawie sześćdziesiąt milionów dolarów, jeśli wierzyć plotkom. Stykałam się z Rorym wielokrotnie przez lata, głównie przy okazji wydarzeń związanych ze szkołą naszych dzieciaków, ale jakoś nigdy się z nim nie zakolegowałam. Był bystry, a jednocześnie oschły. I bywał też chełpliwy. Ich dom to właściwie rezydencja czterokrotnie większa od naszego zajazdu. Stał daleko od drogi, osłonięty murem i bramą z kutego żelaza. W tej części Vermontu, gdzie większość osób dalej nie zamyka drzwi na klucz i nie obawia się zostawiać kluczyków w samochodzie, takie coś stanowi fanaberię.
Andy nacisnął guzik interkomu przed bramą i ta po chwili się otworzyła. Powoli podtoczyliśmy się do domu. To nowoczesny budynek, niski i rozległy, o drewniano-betonowej elewacji, otoczony minimalistycznym ogrodem. Od przodu przypominał fortecę. Dostępu do niego broniły potężne drzwi wejściowe z twardego drewna dopełnione wąskimi oknami przypominającymi strzelnice w starym zamczysku. Byłam w środku tylko raz, na imprezie, którą Jordanowie zorganizowali synowi z okazji ukończenia liceum. Pamiętałam, że wrażenie ociężałej fortecy szybko mijało po przekroczeniu progu.
Tuż za drzwiami mieściły się przypominające tarasy przestrzenie prowadzące w głąb rezydencji. Sufit w głównych pomieszczeniach wisiał wysoko, co dodawało im lekkości i przestronności. Z kolei wychodzące na tył posesji, wysokie na niemalże całą ścianę okna zapewniały niesamowity widok na górę Camel’s Hump. Choć wielu zamożnych ludzi budowało w tej części stanu swoje drugie domy, niewiele z nich mogło się równać przepychem z posiadłością Jordanów.
Gdy się zatrzymaliśmy, przed domem nie było innych samochodów. To jednak o niczym nie świadczyło, bo mieli garaż na sześć aut. Podeszliśmy do drzwi, ja pierwsza, Andy za mną. Zadzwoniłam. Usłyszeliśmy kroki i zobaczyliśmy cień po drugiej stronie wąskiego okna. Drzwi otworzyła Jamie. Była boso, w niebieskich dżinsach i jasnej bluzce rozpiętej pod szyją, przez co dało się zauważyć jej delikatną opaleniznę i złoty łańcuszek z okrągłym medalionem. Prezentowała się, jak zawsze, bardzo ładnie. Miała figurę, jaką inne kobiety po czterdziestce mogą uzyskać tylko dzięki niezachwianej dyscyplinie – bardzo szczupłą i idealnie wyrzeźbioną. Paznokcie u jej stóp jaśniały neonową żółcią, a całości dopełniały idealna fryzura i makijaż. Wyglądała, jakby dopiero co zeszła z planu „Selling Sunset”. I spojrzała na mnie, jak gdyby widziała mnie pierwszy raz w życiu. Nagle poczułam, że chyba niepotrzebnie panikujemy.
– Przepraszam za kłopot, Jamie. Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy ci w kolacji.
Uniosła jedną perfekcyjnie ukształtowaną brew, założyła ręce na piersi i milczała. Nawet jak na nią było to niegrzeczne.
– Szukamy Niny – oznajmiłam bez ceregieli. – Jest tutaj?
– Dlaczego miałaby tu być?
– Powiedziała, że wrócą z Simonem w sobotę. Czyli powinni być wczoraj. Tymczasem jeszcze się nie odezwała. Dzwoniłam do niej, ale… – urwałam. – Słuchaj, Patrick ze stacji benzynowej mówił, że Simon już wrócił. To prawda? Jest w domu?
Jamie westchnęła z irytacją.
– Zerwali ze sobą. Nie ma jej tu.
Szczęka mi opadła. Zatkało mnie.
– Skoro nie jest z Simonem, to gdzie jest? – wtrącił się Andy.
– Nie wiem. Pewnie ze swoim nowym chłopakiem. Jesteśmy w trakcie kolacji, więc do widzenia.
Zanim zdążyliśmy zareagować, Jamie Jordan zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.
Spojrzałam na Andy’ego. Czułam, jak czerwienię się ze złości.
– Z innym chłopakiem?
Andy pokręcił głową. Ponownie zadzwoniłam do drzwi. Długo i mocno. Po minucie otworzył je Rory Jordan. Sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Przystojny pomimo skrzywionego po złamaniu nosa. Nie wyglądał na zirytowanego, raczej jakby nam współczuł.
– Cześć – przywitał się i podał rękę Andy’emu. Ten dopiero po sekundzie odwzajemnił gest. – Jamie mówi, że martwicie się o córkę?
– Miała wrócić wczoraj – wyjaśniłam. – Dzwoniliśmy do niej, ale…
– Przykro mi to słyszeć – przerwał mi, kręcąc głową. – Chcielibyśmy pomóc, ale jak powiedziała Jamie, dzieciaki się rozstały. W tak młodym wieku to normalne, choć, szczerze mówiąc, Simon jest przybity. To chyba nie wyszło od niego, rozumiecie? Ale od piątku nie rozmawiał z Niną. Zerwali, więc przyjechał do domu. To wszystko, co wiemy.
Przemawiał z taką pewnością, że aż zrobiło mi się głupio. Byłam okropną matką. Nina zerwała z Simonem, a ja nic o tym nie wiedziałam. Nie zadzwoniła do mnie. Czy to ona z nim zerwała? Ale przecież go kochała. Ciągle o nim gadała. Ułożyła sobie pod niego całe życie. Coś mi tu nie grało.
– Ale to niepodobne do Niny, żeby nie dzwonić do matki – oznajmił Andy. – Jesteś pewien, że Simon nie wie, gdzie ona jest?
– Niestety – odparł stanowczo Rory. Czekał niecierpliwie, żebyśmy już sobie poszli.
– Dziękujemy – powiedziałam mechanicznie. – Spróbujemy się do niej dodzwonić.
– Przekażcie jej od nas najlepsze życzenia – rzucił Rory, po czym zamknął drzwi.

 
Wesprzyj nas