Najwybitniejsza powieść science fiction wszech czasów. Zachwycali się nią Stanisław Lem, Doris Lessing, Arthur C. Clarke, Brian Aldiss, Virginia Woolf czy Jorge Luis Borges. Przeklinał ją C.S. Lewis.
Narrator, przytłoczony widmem wojny i upadkiem moralnym ludzkości, wychodzi nocą na pobliskie wzgórze, gdzie spogląda w gwiaździste niebo.
Tak rozpoczyna oszałamiającą podróż przez czas i przestrzeń, podczas której poznaje niezliczone cywilizacje – Drugich Ludzi i Symbiotyków, Szkarłupników i Nautiloidów, Arachnoidów i Ichtioidów – ich dzieje i upadki. Wraz z grupą podobnych do siebie bytów wyrusza na poszukiwanie Twórcy Gwiazd, budowniczego Kosmosu, by poznać odpowiedź na pytanie, czy za powstaniem Wszechświata kryje się miłość, nienawiść czy obojętność.
„Twórca Gwiazd”, napisany w 1937 roku, to zarówno przenikliwy traktat filozoficzny, jak i wybuch nieokiełznanej wyobraźni jednego z najznamienitszych pisarzy XX wieku, który dzięki nowemu przekładowi Macieja Świerkockiego odzyskuje odpowiedni blask.
U zarania science fiction była wielką przygodą myśli. Z czasem zwyciężyła w niej amerykańska tradycja gatunkowa i dzisiaj innej SF właściwie nie znamy. Lecz to ojcowie europejskiej SF z początku XX wieku, jak Olaf Stapledon, pokazali ambicje i potencjał fantastyki, do których potem chyba tylko Lem się zbliżył.
„Twórcę gwiazd” czyta się jak Silmarillion fantastyki naukowej. Jak Heglowską filozofię dziejów – lecz dziejów nie człowieka, a wszystkich możliwych gatunków we wszechświecie i wszystkich możliwych wszechświatów. Z intelektualnym rozmachem Stapledona równa się tylko głębia jego wrażliwości – nadzwyczaj silne przekonanie o przezwyciężającym największe podziały i różnice braterstwie ducha łączącym wszystkie istoty czujące.
Jacek Dukaj
Twórca Gwiazd
Przekład i posłowie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Officyna
Premiera: 26 września 2024
Rozdział pierwszy
Ziemia
1. Punkt wyjścia
Pewnego razu rozgoryczony wyszedłem wieczorem z domu, aby wspiąć się na wzgórze. Brnąłem wśród ciemnych wrzosów, w dole ciągnął się szereg podmiejskich latarni. Okna z zaciągniętymi zasłonami przypominały zamknięte, zwrócone do wewnątrz oczy, które chcą oglądać życie snów. Nad ciemną płaszczyzną morza pulsowała latarnia morska. W górze – mrok.
Wypatrzyłem z wierzchołka nasz dom, wysepkę położoną pośród burzliwych i cierpkich strumieni świata. To właśnie na niej przez piętnaście lat my dwoje, ludzie skrajnie różniący się charakterologicznie, jak gdyby coraz bardziej wrastaliśmy w skomplikowanej symbiozie jedno w drugie, szukając w sobie nawzajem wsparcia i pożywki. To właśnie na tej wysepce snuliśmy plany na przyszłość, a także odliczaliśmy dziwne zdarzenia i przykrości mijającego dnia. To tutaj rosła sterta listów, na które dopiero należało odpowiedzieć, a także sterta skarpetek do zacerowania. Tu urodziły się nasze dzieci, nagle powstałe nowe istoty ludzkie. Tam, pod tym dachem, nasze dwa istnienia, chociaż czasami ze sobą skonfliktowane, szczęśliwie przez cały czas stanowiły mimo wszystko jedność, składając się na jeden większy i bardziej świadomy byt niż dwa osobne żywoty, które moglibyśmy pędzić niezależnie od siebie.
Wszystko to niewątpliwie było dobre, a przecież pojawiały się gorycz i przykrości. Nie tylko takie, które atakowały nas ze świata zewnętrznego – niektóre miały źródło w naszym własnym zaczarowanym kręgu. Na wzgórze nie wygnało mnie więc jedynie delirium świata, lecz także przerażenie daremnością naszego istnienia – naszą nierealnością.
Pędziliśmy wciąż od jednego małego, ale pilnego zajęcia do drugiego, rezultaty naszych wysiłków okazywały się jednak znikome. Czy to możliwe, że wyrobiliśmy sobie błędne mniemanie co do całej naszej egzystencji? Czyżbyśmy, by tak powiedzieć, żyli w oparciu o błędne przesłanki? A zwłaszcza czy nasz związek, ów z pozoru solidny punkt podparcia, umożliwiający nam działanie w świecie, nie był w ostatecznym rozrachunku niczym innym, jak tylko niewielkim kręgiem zadowolonej z siebie i wrośniętej w nasze serca swojskości, bezskutecznie wirującym na powierzchni olbrzymiego strumienia i nie posiadającym w swej istocie jakiejkolwiek ontologicznej głębi ani znaczenia? Czyżbyśmy mimo wszystko sami się oszukali? Czy za tymi jak gdyby zatopionymi w rozmyślaniach oknami my też, jak wielu innych ludzi, rzeczywiście żyjemy tylko snem? W chorym świecie chorują nawet ludzie krzepcy – a my dwoje, ledwo się trzymający głównie dzięki wspomnieniom, rzadko zaś z jasnym zrozumieniem rzeczy i stanowczo wytyczonym celem, byliśmy przecież wytworami chorego świata.
A jednak nasze życie nie okazało się tylko czystą i jałową fantazją. Czyż nie zostało utkane z autentycznych włókienek rzeczywistości, które zbieraliśmy wchodząc i wychodząc przez drzwi naszego domu, w owej wymianie handlowej, jaką prowadziliśmy z przedmieściami, miastem, odleglejszymi metropoliami i najdalszymi zakątkami Ziemi? I czyż wspólnymi siłami nie tkaliśmy z nich autentycznego obrazu naszej natury? Czy nasze życie nie sączyło się co dzień w postaci mniej lub bardziej wytrzymałych nici aktywnego istnienia i nie wplatało w coraz większą sieć, w złożoną i wiecznie rozrastającą się tkaninę ludzkości?
Zastanawiałem się nad „nami” z cichym zainteresowaniem i czymś w rodzaju lęku, ale przecież pełnego rozbawienia. Jak mógłbym opisać nasz związek choćby na swoje potrzeby, nie deprecjonując go albo nie uwłaczając mu krzykliwą dekoracją sentymentalizmu? Bo przecież delikatna równowaga zależności i niezależności – czyli nasza krytycznie chłodna i podstępnie drwiąca, lecz pełna miłości wzajemna relacja – bez wątpienia stanowiła mikrokosmos autentycznej wspólnoty, a w swej prostocie była pomimo wszystko prawdziwym, żywym przykładem tego wzniosłego celu, którego szuka świat.
Cały świat? A może Wszechświat?1 Mrok, który mnie podsłuchał, odsłonił jakąś gwiazdę. Pojedynczą drżącą strzałę światła, wystrzeloną nie wiedzieć ile tysięcy lat temu, która moje neurony ugodziła iluminacją, serce natomiast strachem. Albowiem jakie znaczenie w takim Wszechświecie jak ten może mieć nasza szczęśliwa, krucha i efemeryczna wspólnota?
W tej chwili odczułem też jednak przemożne pragnienie oddania czci… Nie, na pewno nie tej gwieździe, zwyczajnemu rozpalonemu piecowi, fałszywie uświęconemu chociażby przez dzielącą nas odległość, lecz czemuś innemu – temu, co dla mojego serca oznaczał przerażający kontrast pomiędzy tą gwiazdą i nami. Co jednak się za nim kryło? Spozierający poza gwiazdę intelekt nie widział na niebie żadnego Twórcy Gwiazd, lecz wyłącznie ciemność; nie widział Miłości ani nawet Mocy, lecz jedynie Nicość. A mimo to moje serce coś chwaliło.
Z niecierpliwością odpędziłem od siebie te głupie myśli i zwróciłem się od niepoznawalnego do tego, co znajome i konkretne. Odsuwając na bok cześć religijną, a także strach, przykrości i urazy, postanowiłem zbadać chłodniejszym okiem zdumiewających „nas”, ten zaskakująco imponujący punkt odniesienia, który w naszym mniemaniu pozostaje czymś fundamentalnym dla Wszechświata, chociaż w obliczu gwiazd wydaje się taki błahy.
Oglądani nawet bez porównania z pomniejszającym nas kosmicznym tłem byliśmy przecież zjawiskiem całkowicie pozbawionym znaczenia, być może absurdalnym. Zupełnie zwyczajni, banalni i normalni ludzie. Po prostu małżeństwo starające się żyć razem wbrew wszystkiemu bez zbędnego wysiłku. Instytucja małżeństwa stała się jednak w naszych czasach podejrzana. A nasze małżeństwo i jego trywialny, romantyczny początek, wydawały się podejrzane podwójnie.
Poznaliśmy się, kiedy moja żona była jeszcze dzieckiem. Spotkały się nasze spojrzenia. Patrzyła na mnie przez chwilę z milczącą uwagą, a nawet, jak sobie romantycznie wyobrażałem, z niejasnym, lecz głębokim uznaniem. Z kolei ja ujrzałem w jej oczach (a przynajmniej tak sobie wmawiałem w gorączce młodzieńczości) swoje przeznaczenie. Tak! Nasz związek wydawał mi się predestynowany! Teraz jednak, z perspektywy czasu, mam go za kompletnie przypadkowy! Jest oczywiście prawdą, że jako małżeństwo z długoletnim stażem pasowaliśmy do siebie całkiem dobrze, niczym dwa rosnące obok siebie drzewa, splecione w górze nawet w jeden pień, a więc przeszkadzające sobie, ale i podtrzymujące się nawzajem. W tym momencie na zimno zakwalifikowałem swoją żonę jako pożyteczny, chociaż często przyprawiający mnie o gniew dodatek do mojego osobistego życia. Generalnie rzecz biorąc, byliśmy jednak dla siebie rozsądnymi towarzyszami. Zostawialiśmy sobie margines wolności i dlatego potrafiliśmy znosić swoją bliskość.
Tak wyglądał nasz związek, a przedstawiony w tym świetle nie sprawiał wrażenia czynnika istotnego dla zrozumienia Wszechświata. W głębi duszy wiedziałem jednak, że właśnie jest istotny. Nawet zimne gwiazdy, niezmierzony Kosmos2 i cały jego absurdalny ogrom nie mogły mnie przekonać, że ten cenny małżeński atom wspólnoty, choć obarczony niedoskonałością i z konieczności szybko przemijający, naprawdę jest nieważny.
Czy jednak ów niedający się opisać związek rzeczywiście ma znaczenie wykraczające poza samego siebie? Czy dowodzi na przykład, że podstawową skłonnością natury ludzkiej jest raczej miłość niż nienawiść i strach? Czy jest świadectwem tego, że wszyscy ludzie, mężczyźni i kobiety, są w głębi duszy zdolni, by nawet wbrew okolicznościom zewnętrznym podtrzymywać istnienie ogólnoświatowej wspólnoty, opartej na miłości? I co więcej, czy będąc wytworem Kosmosu związek ten dowodził, że miłość jest w jakimś sensie jednym z podstawowych składników Wszechświata? A czy z powodu inherentnej wspaniałości, jaką w nim wyczuwaliśmy, dostarcza gwarancji, że jego wątli zwolennicy, my dwoje, zostaliśmy w pewnym sensie obdarzeni życiem wiecznym? Czy, mówiąc wprost, dowodzi, że miłość to Bóg, który czeka na nas w raju?
Nie! Nasza swojska, przyjazna, irytująca, skłaniająca do śmiechu i nieupiększona, chociaż niezwykle cenna wspólnota duchowa nie dowodziła żadnej z tych rzeczy. Nie była gwarancją niczego poza własną niedoskonałą słusznością. Nie była niczym więcej niż niesłychanie maleńkim, radosnym ucieleśnieniem jednej z wielu potencjalnych możliwości istnienia. Przypomniałem sobie roje ślepych gwiazd, burzę nienawiści, strachu i cierpień, składających się na ludzki świat, jak również nasze własne, i to wcale nierzadkie, nieporozumienia. A także to, że już bardzo niedługo znikniemy niczym zmarszczka, którą na powierzchni stojącej wody tworzy na chwilę wiatr.
Raz jeszcze odczułem nadzwyczajny kontrast pomiędzy gwiazdami i człowiekiem. Nieobliczalny potencjał Kosmosu w zagadkowy sposób uprawomocniał istnienie krótkiej iskry naszej wspólnoty oraz krótkiego, niepewnego dzieła ludzkości – one zaś z kolei ożywiały Wszechświat.
Usiadłem pośród wrzosów. Mrok nad moją głową cofał się już teraz na całego. W jego głębi wyskakiwała z ukrycia oswobodzona populacja nieba, jedna gwiazda za drugą.
Cieniste wzgórza albo bezkształtne morze, którego obecności mogłem się tylko domyślać, rozciągały się dokoła ze wszystkich stron poza zasięgiem wzroku. Sokoli lot mojej wyobraźni podążał jednak ich śladem, tam gdzie się zakrzywiały ku dołowi, poniżej horyzontu. Uświadomiłem sobie, że stoję na maleńkim, okrągłym ziarnku skały i metalu powleczonym błonką wody i powietrza i wirującym wokół własnej osi w blasku słońca i w ciemności. Na skórce tego ziarenka żyły chmary ludzi, ich kolejne pokolenia, w znoju i ślepocie, niekiedy się radując, a czasem dostępując nawet duchowej jasności. Lecz cała ich historia wraz z wędrówkami ludów, imperiami, filozofiami, dumnymi dyscyplinami naukowymi, rewolucjami społecznymi i bezustannie zwiększającym się pragnieniem wspólnoty była zaledwie mgnieniem w jednym dniu życia gwiazd.
Ach, gdyby dało się dowiedzieć, czy pośród tych świecących jasno zastępów znajdują się inne podobne ziarenka ze skały i metalu zamieszkane przez jakieś obdarzone duchem stworzenia – i czy nieporadne ludzkie poszukiwania mądrości i miłości to tylko pojedyncze i nieistotne drgnienie, czy raczej część powszechnych dążeń poznawczych w Kosmosie!
2. Ziemia wśród gwiazd
Mrok nade mną zniknął. Jak okiem sięgnąć niebo zmieniło się w jeden nieprzerwany kobierzec gwiazd. Patrzyły na mnie – w ogóle nie mrugając – dwie planety, a co bardziej natrętne konstelacje potwierdzały swoją indywidualną tożsamość. Czworokąt ramion oraz stóp Oriona, jego pas i miecz, Wielki Wóz, zygzak Kasjopei oraz pozostające ze sobą w bliskiej zażyłości Plejady – wszystkie te gwiazdozbiory wyraziście odcinały się na tle ciemności. Droga Mleczna3, mglista świetlna obręcz, kładła się łukiem na niebie.
To, czego nie mogło dosięgnąć nieuzbrojone oko, uzupełniła wyobraźnia. Popatrzywszy w dół, odniosłem wrażenie, że przenikam spojrzeniem przezroczystą roślinność, wrzosy, litą skałę, pogrzebane w ziemi cmentarzyska wymarłych gatunków zwierząt i roślin, a potem potoki roztopionego bazaltu i wreszcie dostrzegam żelazne jądro Ziemi. Spojrzałem jeszcze głębiej, znów wydawało mi się, że patrzę niżej, przebijam wzrokiem warstwy geologiczne na południowej półkuli, jej morza i lądy, korzenie drzew kauczukowych, chodzących do góry nogami mieszkańców Antypodów, błękitną, przeciętą słońcem markizę ich dnia i sięgam jeszcze dalej, w wieczną noc, gdzie bytują wspólnie Słońce i gwiazdy. Tam bowiem, tak daleko poniżej Ziemi, że aż zakręciło mi się w głowie, znajdowały się dolne konstelacje, skryte niczym ryby w głębinach jeziora. Obie kopuły niebieskie zespoliły się w zaludnioną gwiazdami jedną pustą kulę, czarną nawet w pobliżu oślepiającego Słońca. Księżyc w pierwszej kwadrze wyglądał niczym łukowaty, fosforyzujący drucik, a obręcz Drogi Mlecznej krążyła w środku Wszechświata.
Owładnięty dziwnymi zawrotami głowy szukałem pokrzepienia w połyskujących okienkach naszego domu. Wciąż były na swoim miejscu, podobnie jak wzgórza i przedmieścia, lecz światło gwiazd przebijało wszystko na wylot. Wyglądało to tak, jak gdyby każdy ziemski obiekt i artefakt zrobiony był ze szkła albo z jakiegoś jeszcze bardziej przezroczystego i eterycznego, krystalicznego tworzywa. Zegar na wieży kościelnej słabo wybił północ. Pierwsze, jakby oddalające się uderzenie, zabrzmiało niewyraźnie.
Moja wyobraźnia została pobudzona na nowo i wprowadzona w dziwny stan percepcyjny. Przenosząc wzrok z gwiazdy na gwiazdę, postrzegałem niebo już nie jako sufit i podłogę usiane klejnotami, lecz jako dalszą otchłań rozciągającą się poza bliższą otchłanią, pobłyskującą słońcami. I chociaż na ogół wielkie i znajome światła niebios znajdowały się na pierwszym planie, były bowiem naszymi najbliższymi sąsiadami, to dało się zauważyć, że niektóre jasne gwiazdy są bardzo odległe od Ziemi i potężne, a niektóre niewyraźne światła widać wyłącznie dlatego, że znajdują się blisko. W pół drogi do nieboskłonu ze wszystkich stron mieniło się mnóstwo wielkich skupisk i strumieni gwiazd, lecz nawet one zdawały się teraz bliskie, Droga Mleczna wycofała się bowiem na nieporównywalnie dalszą odległość – a przez prześwity w jej bliższych Ziemi fragmentach jedna za drugą otwierały się przede mną kolejne pejzaże mgławic świetlnych i dalekie perspektywy na populacje gwiazd.
Wszechświat, w którym umieścił mnie los, wcale nie wyglądał jak usiana gwiazdami komora, lecz przypominał raczej wir potoków gwiazd. Nie! Był czymś więcej. Wpatrując się między gwiazdami w odległą ciemność, ujrzałem także – jako maleńkie cętki i punkciki świetlne – inne podobne wiry, inne galaktyki porozrzucane tu i ówdzie w próżni, jedną otchłań za drugą, tak daleko w przestrzeni, że nawet wzrok wyobraźni nie był w stanie znaleźć granic tej kosmicznej, wszechogarniającej galaktyki galaktyk. Kosmos jawił mi się teraz jako próżnia, w której unosiły się z rzadka płatki śniegu, a każdy z nich stanowił osobny wszechświat.
Wpatrując się w najbardziej niewyraźne i najodleglejsze grupy gwiazd w roju wszechświatów, zdało mi się, że dzięki hiperteleskopowej wyobraźni widzę je teraz jako populację słońc. W pobliżu jednego z nich znajdowała się planeta, po której ciemnej stronie wznosiło się wzgórze, na jego szczycie zaś siedziałem ja – astronomowie zapewniają nas bowiem, że w owej niezmierzonej skończoności, którą zwiemy Kosmosem, świetlne linie proste nie biegną w nieskończoność, lecz tylko do swoich źródeł. Po chwili zdałem sobie także sprawę, że gdyby moja wizja uzależniona była od światła fizycznego, nie światła wyobraźni, promienie biegnące ku mnie „dookoła” Kosmosu ukazałyby nie mnie, lecz wszystkie wydarzenia, które zaszły na długo przed powstaniem Ziemi, a może nawet Słońca.
W tej chwili jednak, raz jeszcze oddalając od siebie myśl o tych ogromach, ponownie zacząłem szukać zasłoniętych okien naszego domu, który – pomimo że przenikało go światło gwiazd – był dla mnie realniejszy niż wszystkie galaktyki razem wzięte. Nasz dom zniknął jednak wraz z całą podmiejską dzielnicą, ze wzgórzami i morzem. Zniknęła nawet ziemia, na której siedziałem, a daleko w dole zobaczyłem niematerialny mrok. I ja sam poczułem się jak gdyby bezcielesny, nie widziałem bowiem i nie mogłem dotknąć własnego ciała, a kiedy chciałem poruszyć ręką albo nogą, nic udawało mi się. Miałem wrażenie, że pozbawiono mnie kończyn. Dobrze mi znane wewnętrzne wrażenia cielesne, a także ból głowy, który dokuczał mi od samego rana, ustąpiły miejsca dziwnej lekkości i uniesieniu.
W pełni zdawszy sobie sprawę z zaszłej we mnie przemiany, zacząłem się zastanawiać, czy nie umarłem i nie wkraczam właśnie w jakiś zupełnie nieoczekiwany nowy wymiar istnienia. Taka trywialna ewentualność początkowo wprawiła mnie w rozdrażnienie, a potem z nagłym przestrachem zrozumiałem, że jeśli faktycznie nie żyję, to nigdy już nie powrócę do swojego bezcennego, konkretnego atomu wspólnoty małżeńskiej. Zaskoczyła mnie gwałtowność rozpaczy, jaką natychmiast poczułem na tę myśl, szybko jednak zdołałem się pocieszyć, tłumacząc sobie, że ostatecznie chyba nie umarłem, lecz tylko popadłem w coś w rodzaju transu, z którego w każdej chwili mogę się obudzić, postanowiłem zatem nie martwić się bez potrzeby tą tajemniczą przemianą i z dociekliwością uczonego obserwować wszystko, co się ze mną dzieje.
Zauważyłem, że ciemność, która zajęła miejsce gruntu pod moimi stopami, kurczy się i kondensuje. Nie przebijałem jej już wzrokiem, więc nie widziałem wiszących niżej gwiazd. Po chwili Ziemia w dole zaczęła przypominać blat wielkiego okrągłego stołu – szeroki dysk ciemności otoczony gwiazdami. Najwyraźniej oddalałem się od ojczystej planety z niewiarygodną prędkością. Słońce, wcześniej widoczne w mojej wyobraźni na dolnym niebie, raz jeszcze zostało fizycznie zaćmione przez Ziemię. Choć teraz znajdowałem się już na pewno setki mil nad naszą planetą, nie przeszkadzał mi brak tlenu ani ciśnienia atmosferycznego, doznawałem tylko coraz bardziej narastającego uniesienia i jakby rozkosznego musowania myśli. Zachwycała mnie nadzwyczajna jasność gwiazd – albowiem czy to wskutek braku osłony atmosfery, czy wskutek mojej wyczulonej wrażliwości, a może nawet z obu tych powodów – niebo przybrało nieznany mi wcześniej wygląd. Gwiazdy niechybnie rozpaliły się do swoich największych wartości. Niebiosa płonęły, a największe światła przypominały przednie reflektory odległego samochodu. Nie zalewana już ciemnością Droga Mleczna stała się kolistą, ziarnistą rzeką blasku.
Po chwili na wschodnim krańcu Ziemi, znajdującej się daleko pode mną, pojawiła się słaba kreska jasności, która w czasie mojego dalszego lotu rozgrzewała się gdzieniegdzie na pomarańczowo i czerwono. Najwyraźniej przemieszczałem się nie tylko w górę, lecz i na wschód, skręcając w stronę dnia. Zaraz potem ukazało się Słońce, pożerające jasnością olbrzymi rogalik świtu. Lecz gdy pędziłem dalej, Słońce i Ziemia zdawały się oddalać od siebie, a nitka brzasku zgrubiała, przeistaczając się w mglistą smugę światła słonecznego. Smuga ta powiększała się niczym wyraźnie przybywający Księżyc i w końcu oświetliła pół planety. Pomiędzy terytoriami nocy i dnia ciągnął się pas ciepło zabarwionego cienia, szeroki niczym subkontynent i wyznaczający sferę świtu. Lecąc wciąż wyżej oraz dalej na wschód, widziałem, jak lądy skręcają na zachód razem z dniem, aż wzniosłem się ponad Pacyfik i stojące już w zenicie Słońce.
Ziemia wyglądała niczym wielka jasna kula, setki razy większa niż Księżyc w pełni, a widoczna w jej centralnym punkcie oślepiająca plama światła okazała się odbiciem Słońca w oceanie. Wokół naszej planety rozciągała się lśniąca mgiełka nieokreślonej grubości, stopniowo zanikająca w dookolnej czerni przestrzeni kosmicznej. Większą część półkuli północnej, nachylonej nieco w moją stronę, pokrywał śnieg i chmury. Widziałem część linii brzegowej Japonii i Chin – ich niewyraźne brązy i zielenie wcinały się w niewyraźne błękity i szarości oceanu. Bliżej równika, gdzie powietrze było czystsze, ocean miał ciemną barwę. Niewielki kłąb jasnej chmury stanowił zapewne zwieńczenie huraganu. Filipiny i Nowa Gwinea rozciągały się dokładnie jak na mapie, Australia z kolei znikała w mglistej, południowej części globu.
Rozpościerający się przede mną widok budził dziwne wzruszenie. Niepokój przesłoniły zadziwienie i podziw, ponieważ uroda naszej planety po prostu mnie zaskoczyła. Ziemia przypominała gigantyczną perłę osadzoną w usianej gwiazdami hebanowej oprawie. Opalizowała, była jak opal. Nie, o wiele piękniejsza niż jakikolwiek kamień szlachetny. Jej wzorzyste ubarwienie okazało się subtelniejsze i bardziej eteryczne. Odznaczała się delikatnością i jasnością, złożonością i harmonijną budową żywego organizmu. To dziwne, że z tak wielkiego oddalenia mocno jak nigdy przedtem wyczuwałem ważną obecność Ziemi jako żywego stworzenia, chociaż pogrążonego w transie i tylko niewyraźnie pragnącego się zbudzić.
Zauważyłem, że żadna z dostrzegalnych właściwości tego żywego, kosmicznego klejnotu nie zdradza obecności człowieka. A przecież rozciągały się przede mną, w tej chwili niewidoczne, niektóre z najgęściej zaludnionych części świata. Leżały pode mną gigantyczne okręgi przemysłowe zaczerniające powietrze gęstym dymem – lecz całe owo pulsujące życie i wszystkie kluczowe z punktu widzenia człowieka działania nie pozostawiły żadnego śladu na obliczu planety. Z tej wysokości Ziemia wydawała się wyglądać tak, jak przed początkiem antropogenezy. Żaden anioł, który by nas odwiedził, czy pochodzący z innej planety badacz, nie zdołałby odgadnąć, że na tym urokliwym globie roi się od szkodników – od pragnących zapanować nad światem, torturujących się nawzajem bestii stojących dopiero u progu ewolucji mającej ich zmienić w anioły.
Przypisy
1 Wszechświat pisany w polskim przekładzie wielką literą oznacza nasz Kosmos; pisany małą odnosi się do wszystkich innych potencjalnych i „realnych” kosmosów lub galaktyk w powieści; zob. też Słowniczek na końcu książki (wszystkie przypisy tłumacza).
2 Kosmos pisany wielką literą oznacza nasz, to znaczy znany dzisiaj ludzkości Wszechświat; pisany z małej litery odnosi się do innych wyobrażonych w powieści kosmosów, przeszłych, przyszłych lub współistniejących w czasie z naszym.
3 Potoczna nazwa naszej Galaktyki zapisywanej w przekładzie wielką literą; galaktyka pisana literą małą oznacza dowolną inną galaktykę poza Drogą Mleczną, w naszym lub innym kosmosie.







