Opowieść o Paryżu i francuskiej prowincji, o słynnych perfumeriach i lokalnej piekarni, o Francuzkach znanych na całym świecie i anonimowych mieszkańcach spotkanych przez autorkę, kiedy mieszkała nad Sekwaną.


Cathy Yandell zabiera nas w fascynującą podróż po współczesnej Francji. Przybliża historię i kulturę, dzieli się swoimi doświadczeniami oraz zdradza (sekretny) przepis na joie de vivre – francuską radość życia.

• Z czego śmieją się Francuzi?
• Na czym polega fenomen paryskich quartier?
• Dlaczego francuski kodeks pracy zakazuje jedzenia przy biurku?

Bagietki i croissanty, berety i parasolki, szyk i swoboda – to tylko część wyobrażeń, które pojawiają się, gdy mowa o Francji. Z kolei Paryż jest postrzegany jako miasto zakochanych czy stolica mody. Mieszkańcy kraju nad Sekwaną słyną ze swojej kuchni, wytrawnych win i aromatycznych serów, ale złośliwie są nazywani żabojadami.

Otaczają się piękną sztuką, ale nie stronią od przyjemności cielesnych. Uwielbiają spędzać czas w towarzystwie, ale często okazują się wyjątkowymi indywidualistami. Są mistrzami kompromisu, ale też przekonani o wyższości francuskiego nad innymi językami.

***

• Cathy Yandell uchyla drzwi do francuskiej kultury, tłumacząc jej zawiłości i tajemnicze zakamarki. Pozwala się w niej rozkochać, zachęcając jednocześnie do dalszych, samodzielnych poszukiwań.
– Kara Becker, dziennikarka kultury i mody

• Na okładce tej książki powinno być napisane: „Uwaga! Lektura grozi chęcią rzucenia wszystkiego i wyjazdem do Paryża”. To wyznanie miłości do Francji i zaproszenie do świata – pełnego smaków, aromatów, kultury, inspiracji i radości życia. Skorzystajcie, nie pożałujecie!
– Diana Chmiel

• Bardziej lubię książki niż ludziFrancuska radość życia wybornie smakuje, pachnie perfumami z Grasse, brzmi jak Édith Piaf, a kształtem przypomina krągłą flaszkę dobrego wytrawnego wina. Warto poznać ją bliżej!
– Julia Wollner, magazyn śródziemnomorski „Lente”

Cathy Yandell
Francja. Radość życia
Przekład: Dorota Malina
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 13 marca 2024
 
 


OD TŁU­MACZKI

Ca­thy Yan­dell to spe­cja­listka od li­te­ra­tury fran­cu­skiej i dłu­go­let­nia miesz­kanka Pa­ryża, która Fran­cję zna bar­dzo do­brze. W swo­jej książce em­pa­tycz­nie przyj­muje jed­nak punkt wi­dze­nia czy­tel­nika ame­ry­kań­skiego, dla któ­rego Fran­cja jest fa­scy­nu­jącą, ale od­le­głą kra­iną tra­dy­cji i hi­sto­rii, gdzie kręte uliczki no­szą na­zwy po­staci hi­sto­rycz­nych, wszę­dzie jest nie­da­leko i wszystko jest małe. Tłu­ma­czy więc ro­da­kom, kim był Aste­riks, co to jest Wer­sal i czym zaj­mo­wał się Eu­gène Io­ne­sco. Ze względu na bli­skość geo­gra­ficzną i długą hi­sto­rię kon­tak­tów pol­sko-fran­cu­skich pol­skiemu czy­tel­ni­kowi pewne wy­ja­śnie­nia mogą się wy­dać zbędne. Jak każde dzieło li­te­rac­kie, i ta książka jest jed­nak za­pi­sem pew­nego punktu wi­dze­nia, który, jako tłu­maczka, sta­ra­łam się od­two­rzyć. Zwłasz­cza że wła­śnie dzięki temu od­da­le­niu jest fa­scy­nu­jąco świeży i ory­gi­nalny.

UN PRE­MIER MOT (PIERW­SZE SŁOWO)

– Wina, ma­de­mo­iselle? – za­py­tał kel­ner, zbli­ża­jąc bu­telkę do pu­stego kie­liszka przy moim ta­le­rzu.
Pod­szedł do dłu­giego stołu w ja­dalni trze­ciej klasy z wi­nem w ręce i prze­wie­szoną przez ra­mię śnież­no­białą ście­reczką, którą wy­cie­rał ro­nione na roz­ko­ły­sa­nym statku kro­ple. Jesz­cze ni­gdy nie pi­łam wina. Wy­cho­wali mnie pro­te­stanccy abs­ty­nenci, więc mocno się te­raz wa­ha­łam.
Wszystko działo się kil­ka­dzie­siąt lat temu – przy­je­cha­łam z No­wego Mek­syku do No­wego Jorku, skąd ra­zem z grupą roz­czo­chra­nych ame­ry­kań­skich stu­den­tów wy­pły­nę­łam do Eu­ropy. Po­dró­żo­wa­li­śmy w naj­niż­szej kla­sie trans­atlan­tyku SS France, który od­by­wał jedną ze swo­ich ostat­nich po­dróży. Sta­teczny i ele­gancki kie­row­nik pro­gramu stu­diów za­gra­nicz­nych, nie­jaki pan Hol­mes, był Ame­ry­ka­ni­nem, ale od kilku lat miesz­kał w Pa­ryżu. Miał po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i prze­wyż­szał nas wszyst­kich, do­słow­nie i w prze­no­śni. Wy­da­wało mi się, że w kwe­stiach do­ty­czą­cych Fran­cji jest alfą i omegą, więc pró­bo­wa­łam so­bie wy­obra­zić, że mam jego ciało i umysł – za­zdro­ści­łam mu oby­cia w ję­zyku i w kul­tu­rze. Poza tym wi­dok z góry mu­siał być fan­ta­styczny! Po­wie­dział nam, że wino oczy­wi­ście nie jest obo­wiąz­kowe, ale wy­ja­śnił, że Fran­cuzi szczycą się swoim wi­niar­stwem i od­ma­wia­jąc trunku, od­rzu­camy ważny ele­ment fran­cu­skiej kul­tury. Do­dał, że to samo ty­czy się se­rów – Fran­cja ma ich trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć, po jed­nym na każdy dzień roku. Ser lu­bi­łam, ale co z wi­nem? Nie­zła za­gwozdka.
Czemu wy­bra­łam się w po­dróż z po­nad ty­sią­cem nie­zna­jo­mych mi lu­dzi? Za­częły na­cho­dzić mnie wąt­pli­wo­ści. Do­ra­sta­jąc w No­wym Mek­syku, sły­sza­łam wo­kół sie­bie hisz­pań­ski, na­waho, hopi i zuni. Uwiel­bia­łam uczyć się od zna­jo­mych wy­ra­żeń w ob­cych ję­zy­kach. A jed­nak ni­gdy nie ze­tknę­łam się z fran­cu­skim. Gdy mia­łam pięć lat, mama na­uczyła mnie za­me­ry­ka­ni­zo­wa­nej wer­sji pio­senki Frère Ja­cques – re­fren „Son­nez les ma­ti­nes” (Dzwoń­cie na go­dzinki, czyli po­ranną mo­dli­twę) w na­szym wy­ko­na­niu za­mie­nił się w „Summa lumma tina”. Kie­dyś za­trzy­mała się u nas bel­gij­ska śpie­waczka z mię­dzy­na­ro­do­wego chóru i upew­niw­szy się, że znam Frère Ja­cques, za­pro­po­no­wała wspólny wy­stęp. En­tu­zja­stycz­nie się zgo­dzi­łam, ale jak tylko za­częła śpie­wać, szczęka mi opa­dła. Roz­po­zna­łam wy­łącz­nie me­lo­dię, bo jej słowa były zu­peł­nie inne – i w do­datku prze­piękne. By­łam urze­czona. Wiele lat póź­niej na ogrom­nym trans­atlan­tyku przy­po­mnia­łam so­bie, że tak, całe przed­się­wzię­cie jest prze­ra­ża­jące, ale to je­dyny spo­sób, żeby za­nu­rzyć się we fran­cu­skim.
Kiedy sie­dzia­łam przy stole, a kel­ner trzy­mał bu­telkę nad moim kie­lisz­kiem, przed oczami po­ja­wiła mi się wcze­śniej wi­dziana scena: po wyj­ściu z na­szych spar­tań­skich ka­jut na po­kład zo­ba­czy­łam grupki ele­gancko odzia­nych lu­dzi; roz­ma­wiali po fran­cu­sku, po­pi­jali espresso i śmiali się, po­grą­żeni w dys­ku­sji, jakby czas się za­trzy­mał. Ow­szem, mie­li­śmy go mnó­stwo, ale jak można ga­wę­dzić aż tak długo? Za­sta­na­wia­łam się nad tym pod­czas ape­ri­tifu (drin­ków i prze­ką­sek przed ko­la­cją). Dla fran­cu­skich pa­sa­że­rów statku istotą rejsu wy­da­wało się czer­pa­nie przy­jem­no­ści ze wspól­nej po­dróży, pod­czas gdy Ame­ry­ka­nie w więk­szo­ści od­li­czali dni dzie­lące ich od za­wi­nię­cia do portu. In­try­go­wały mnie fran­cu­ska swo­boda i bez­tro­ska. Po­my­śla­łam, że może coś tra­cimy.
Szybko roz­strzy­gnę­łam winny dy­le­mat i pod­no­sząc wzrok na kel­nera, po­wie­dzia­łam:
– Oui, s’il vous plaît.
Nie mia­łam po­ję­cia, że tą pierw­szą lampką wina na statku roz­po­czy­nam nie­koń­czącą się po­dróż – po kra­inie wina, ale też sze­rzej, po ca­łej kul­tu­rze fran­cu­skiej. Tego dnia otwar­łam się na nowy świat.

*

Fran­cuzi mają na to słowo: déba­rquer. Ozna­cza ono za­ra­zem „zejść z po­kładu”, „wy­siąść” i „urwać się z cho­inki” czy „spaść z ko­smosu”. Kiedy pierw­szy raz do­tar­łam do Pa­ryża, te dwa zna­cze­nia zlały się dla mnie w jedno.
Po przy­by­ciu do Hawru, po­dróży roz­kle­ko­ta­nym au­to­bu­sem i ko­lej­nym „zej­ściu z po­kładu” w za­tło­czo­nej sto­licy zda­łam so­bie sprawę, że nie­za­leż­nie od tego, co przy­nie­sie ten rok, cze­kają mnie wiel­kie zmiany. Szy­kowne pa­nie i ele­ganccy pa­no­wie, któ­rzy mi­jali mnie na chod­ni­kach, spra­wiali wra­że­nie chłod­nych i zdy­stan­so­wa­nych. Roz­glą­da­łam się oszo­ło­miona. Ile lat mo­gły mieć te im­po­nu­jące gma­chy?
Jak czło­wiek, który pa­trząc w roz­gwież­dżone niebo, na­gle uświa­da­mia so­bie, że jest le­d­wie pył­kiem we wszech­świe­cie, na pa­ry­skim tro­tu­arze do­tkli­wie po­czu­łam wła­sną mi­zer­ność. Z per­spek­tywy czasu wcale mnie to nie dziwi: by­łam chudą, prysz­czatą na­sto­latką. Na do­miar złego moja mi­niówka, która w Sta­nach była wtedy ostat­nim krzy­kiem mody, przy dłuż­szych, fa­lu­ją­cych su­kien­kach ele­ganc­kich pa­ry­ża­nek wy­glą­dała jak skra­wek źle do­pa­so­wa­nego ma­te­riału. Krótka spód­nica przy­cią­gała tylko uwagę do mo­ich pa­ty­ko­wa­tych nóg i cięż­kich ame­ry­kań­skich bu­tów. Moje dłu­gie, pro­ste włosy były zu­peł­nie po­zba­wione fran­cu­skiego sznytu, a ile­kroć za­kła­da­łam sza­lik, ten albo nie­ustan­nie mi spa­dał, albo wy­glą­dał tak, jak­bym chciała się nim udu­sić. In­nymi słowy, w ni­czym nie przy­po­mi­na­łam pa­ry­ża­nek. Ewi­dent­nie cze­kało mnie mnó­stwo pracy.
Nie chcia­łam się upo­dab­niać do Fran­cu­zek, chcia­łam stać się jedną z nich, a to było nie lada wy­zwa­nie.
W ra­mach pro­gramu wy­miany za­kwa­te­ro­wano mnie u pań­stwa Ha­me­lów, star­szego mał­żeń­stwa – okna ich miesz­ka­nia wy­cho­dziły na Pole Mar­sowe i wieżę Eif­fla. Dla dziew­czyny z ma­łego mia­steczka to było jak ma­gia: co rano otwie­rać okien­nice (też sta­no­wiły dla mnie no­wość) i pa­trzeć, jak słońce oświe­tla kul­tową wieżę i szpa­lery drzew. Wkrótce mia­łam się jed­nak do­wie­dzieć, że wy­jąw­szy hordy tu­ry­stów, które się tam­tędy prze­ta­czały, w oko­licy prak­tycz­nie nic się nie działo – było spo­koj­nie i nudno. Na szczę­ście na­sze za­ję­cia od­by­wały się w Dziel­nicy Ła­ciń­skiej, która ki­piała ży­ciem.
Ha­me­lo­wie byli pełni re­zerwy i ma­ło­mówni. Z moją współ­lo­ka­torką Diane i ze mną roz­ma­wiali tylko przy ko­la­cji. W ciągu dnia by­ły­śmy na uczelni, ale wcze­snym ran­kiem ma­dame Ha­mel przy­no­siła nam do po­koju śnia­da­nie na ta­cach: su­charki, dżem mo­re­lowy (za­wsze mo­re­lowy) i her­batę. W tym sa­mym cza­sie reszta Pa­ryża ra­czyła się świe­żymi ba­giet­kami i po­pi­jała café au lait – ale wtedy jesz­cze o tym nie wie­dzia­łam. Ani o tym, że w in­nych pa­ry­skich do­mach na ko­la­cję nie ser­wo­wano szorst­kich, gąb­cza­stych ozo­rów cie­lę­cych. Mimo wszystko cie­szy­łam się, że miesz­kam u mi­łej fran­cu­skiej ro­dziny, z roz­ko­szą za­nu­rza­łam się we fran­cusz­czyź­nie i eks­cy­to­wa­łam po­by­tem w Pa­ryżu. Moi ro­dzice ni­gdy nie wy­je­chali poza Ame­rykę Pół­nocną, więc tym bar­dziej zda­wa­łam so­bie sprawę ze swo­jego szczę­ścia.
Oj­ciec Diane był dy­rek­to­rem słyn­nego (nie­ist­nie­ją­cego już) im­pe­rium za­ba­wek. Kiedy ra­zem z żoną przy­le­cieli od­wie­dzić córkę, wy­ka­zali się szczo­dro­ścią i mnie też za­pro­sili na ko­la­cję do Ma­xim’sa, w tym cza­sie naj­słyn­niej­szej i naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nej pa­ry­skiej re­stau­ra­cji. Diane i jej mama miały na so­bie fu­tra. Kiedy od­da­wa­ły­śmy okry­cia szat­nia­rzowi, za­uwa­ży­łam, że w ca­łej szatni tylko mój płaszcz – nudna be­żowa je­sionka z pla­sti­ko­wymi gu­zi­kami – nie jest fu­trzany (po­wsta­jący w Ame­ryce ruch PETA do Fran­cji jesz­cze nie do­tarł).
Po ko­la­cji zło­żo­nej z escar­gots (śli­ma­ków!), bo­euf bo­ur­gu­ignon (wo­ło­winy po bur­gundzku) i île flot­tante („pły­wa­ją­cej wy­spy”, czyli bezy za­nu­rzo­nej w so­sie wa­ni­lio­wym) po­szli­śmy do słyn­nego ka­ba­retu Lido obej­rzeć tan­cerki kan­kana, które pa­ra­do­wały po sce­nie to­pless i z pa­wimi pió­rami. Wy­cho­wana w cno­cie skrom­no­ści – fi­nan­so­wej i mo­ral­nej – na­gle zna­la­złam się w in­nym świe­cie, nie­zro­zu­mia­łym, ale in­try­gu­ją­cym. Mimo za­sko­cze­nia coś w tej kul­tu­rze bar­dzo mnie po­cią­gało. Ale nie był to blask, bro­kat ani blichtr, ra­czej ce­le­bro­wa­nie ży­cia co­dzien­nego.
Je­dyny te­le­fon (sta­cjo­narny), z któ­rego mo­głam ko­rzy­stać, znaj­do­wał się u Ha­me­lów, ale to sta­wiało przede mną ko­lejne wy­zwa­nie. Choć w Sta­nach in­sty­tu­cja te­le­fo­nistki ode­szła już do la­musa, we Fran­cji na­dal trzy­mała się mocno i w ra­zie ja­kich­kol­wiek pro­ble­mów z po­łą­cze­niem po­mocna pani (bo nie­odmien­nie były to pa­nie) włą­czała się, py­ta­jąc, w czym może po­móc. Przed każ­dym te­le­fo­nem długo wpa­try­wa­łam się w apa­rat, zbie­ra­jąc się na od­wagę i re­cy­tu­jąc nu­mer na głos, na wy­pa­dek gdyby ktoś mnie o niego za­py­tał. We fran­cu­skim wszyst­kie liczby po­wy­żej osiem­dzie­się­ciu są udręką. Przy­kła­dowo dzie­więć­dzie­siąt sie­dem to qu­atre-vingt-dix-sept (cztery dwu­dziestki, dzie­sięć, sie­dem), więc ktoś kiep­ski z aryt­me­tyki na­prawdę ma pe­cha. Poza tym mar­twił mnie mój ak­cent: co je­śli te­le­fo­nistka się zo­rien­tuje, że je­stem Ame­ry­kanką? (Oczy­wi­ście, że się zo­rien­tuje, kogo ja chcę oszu­kać?) Na szczę­ście mimo pa­niki pod­czas spo­ra­dycz­nych in­ter­wen­cji te­le­fo­nistki zdo­ła­łam wy­du­kać nu­mer w miarę szybko i uda­wało się na­wią­zać po­łą­cze­nie. Stop­niowo przy­zwy­cza­iłam się do tego her­me­tycz­nego sys­temu, a te­le­fon oka­zał się klu­czem do no­wych przy­jaźni.
Do­ro­słe dzieci i wnuki Ha­me­lów cza­sem przy­cho­dziły z wi­zytą do sło­necz­nego miesz­ka­nia przy ave­nue de la Bo­ur­don­nais, co znacz­nie oży­wiało at­mos­ferę. Dzięki czte­ro­let­niemu Hen­riemu, kę­dzie­rza­wemu wnucz­kowi go­spo­da­rzy, zro­zu­mia­łam, czemu po fran­cu­sku krę­cony to bo­uclé (za­wi­nięty, spięty) – jego główkę po­kry­wały małe, okrą­głe pę­telki trzę­sące się przy pod­ska­ki­wa­niu, a pod­ska­ki­wał czę­sto.
Kiedy za­czę­łam z nim roz­ma­wiać, ogar­nęła mnie za­zdrość. Czte­ro­letni brzdąc bez naj­mniej­szego wy­siłku po­słu­gi­wał się piękną fran­cusz­czy­zną, pod­czas gdy moja – po czte­rech la­tach su­mien­nej na­uki – była godna po­ża­ło­wa­nia. Gdzie tu spra­wie­dli­wość? Henri zwi­jał „r” w ide­alne ru­lo­niki, a jego in­to­na­cja była mo­de­lowa. Z cza­sem wchło­nę­łam ję­zyk na tyle, żeby móc pod­jąć roz­mowę z każ­dym i na do­wolny te­mat. Mimo to na­dal, po wielu la­tach prób i ćwi­czeń, ani moja wy­mowa, ani in­to­na­cja nie do­rów­nują ma­estrii czte­ro­latka.
Jak mogę wto­pić się w tłum?
Uzna­łam, że po­winny mi w tym po­móc botki z la­kie­ro­wa­nej skóry, bo w ta­kim obu­wiu pa­ra­do­wało po bo­ule­vard Sa­int Mi­chel dzie­więć na dzie­sięć stu­den­tek. Po kilku mie­sią­cach dra­stycz­nego ogra­ni­cza­nia wy­dat­ków z uciu­ła­nymi mo­ne­tami i du­szą na ra­mie­niu we­szłam do sklepu obuw­ni­czego Sa­la­man­der w Dziel­nicy Ła­ciń­skiej. Dzięki niemu za­mie­rza­łam wzbić się na szczyt swo­jej fran­cu­sko­ści; moja nowa pa­ry­ska ko­le­żanka Eve nie­ustan­nie roz­pły­wała się nad tymi bot­kami. Zde­cy­do­wa­łam się na mo­del w naj­mod­niej­szym ko­lo­rze se­zonu – in­ten­sywny bur­gund pra­wie do ni­czego mi nie pa­so­wał, no ale co z tego? Będę wy­glą­dać jak Fran­cuzka.
Naj­więk­szy pro­blem po­le­gał na tym, że nie po­tra­fi­łam po­dać swo­jego roz­miaru w nu­me­ra­cji eu­ro­pej­skiej. Gdy­bym na­prawdę była Fran­cuzką, w wieku dzie­więt­na­stu lat na pewno bym go znała! Na szczę­ście ktoś mi po­wie­dział, że w przy­padku ubrań 36 to od­po­wied­nik S, a w sys­te­mie me­trycz­nym roz­miar buta czę­sto od­po­wiada roz­mia­rowi odzieży. Z dumą wma­sze­ro­wa­łam więc do sklepu. Za­py­tana o po­in­ture pew­nie od­par­łam: „Trente-six”. Za­dzia­łało – wła­śnie mia­łam do­ko­nać swo­jego pierw­szego fran­cu­skiego za­kupu! Przy­mie­rzy­łam botki i prze­szłam się po dy­wa­nie.
– El­les sont jo­lies, non? (Ładne, prawda?) – stwier­dziła eks­pe­dientka.
– Tak, bar­dzo ładne – od­par­łam nieco mniej pew­nie.
Pal­cami u nóg do­ty­ka­łam czubka bu­tów, ale to nie po­winno być pro­ble­mem. Prze­cież skóra się chyba roz­ciąga? Bły­ska­wicz­nie wy­su­pła­łam uskła­dane franki, a po­tem wy­bie­głam ze sklepu i dumna z sie­bie za­czę­łam pa­ra­do­wać po Sa­int Ger­main z torbą Sa­la­man­der w dłoni, tak żeby wszy­scy ją wi­dzieli. Wresz­cie wy­glą­da­łam jak Fran­cuzka.
Na­stęp­nego ranka wło­ży­łam ubra­nia, które naj­mniej kon­tra­sto­wały z bur­gun­dem – wy­bie­ra­jąc naj­mniej­sze zło (le mo­ins pire, naj­mniej naj­gor­sze, jak żar­to­bli­wie ma­wiają Fran­cuzi) – a na ko­niec wzu­łam botki. Po kilku pię­trach scho­dów, krót­kim spa­ce­rze do me­tra i ko­lej­nych scho­dach mu­sia­łam spoj­rzeć praw­dzie w oczy: moje palce nie „do­ty­kały” czubka bu­tów, one na­pie­rały na nie jak ata­ku­jący rug­bi­ści po gwizdku. Nie mo­głam jed­nak wró­cić do miesz­ka­nia, bo spóź­ni­ła­bym się na za­ję­cia.
Z przy­kro­ścią wy­znaję, że Fran­cuzką by­łam tylko przez je­den bo­le­sny dzień. A tak na mar­gi­ne­sie, póź­niej do­wie­dzia­łam się, że Sa­la­man­der jest firmą nie­miecką.
Pod­ję­łam jed­nak jesz­cze jedną próbę upodob­nie­nia się do Fran­cuzki – na­prawdę chcia­łam być cool. Pew­nego dnia na ulicz­nym stra­ga­nie za­uwa­ży­łam brą­zowy fil­cowy ka­pe­lusz z ron­dem i uzna­łam, że świet­nie się nada. Nie był na tyle ele­gancki, żeby kwa­li­fi­ko­wać się jako fe­dora, ale de­spe­racko sta­rał się do niej upodob­nić – co w grun­cie rze­czy przy­po­mi­nało mnie samą: coś nie do końca, ale pra­wie. W ka­pe­lu­szu dum­nie ma­sze­ro­wa­łam po Pa­ryżu – w oko­li­cach Sor­bony, po Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim i nad Se­kwaną. Szłam pew­nym kro­kiem i sta­wa­łam się in­nym czło­wie­kiem. Za­czyna się nowe ży­cie, my­śla­łam.

 
Każdy Ame­ry­ka­nin, który po­sta­wił stopę we Fran­cji – prze­sia­dał się tu, przy­je­chał z ob­jaz­dową wy­cieczką czy miesz­kał wiele lat – ma swoją hi­sto­rię. Miał ją He­min­gway, miały też Ger­trude Stein i Emily, bo­ha­terka se­rialu Emily w Pa­ryżu z lat 20. XXI wieku. Ow­szem, wszyst­kie opo­wie­ści w mniej­szym lub więk­szym stop­niu kar­mią się ste­reo­ty­pami, ale w każ­dym ko­mu­nale jest ziarno prawdy. Choć nar­ra­cje te są ewi­dent­nie ob­cią­żone ame­ry­kań­skim ba­ga­żem kul­tu­ro­wym, mo­żemy się z nich cze­goś na­uczyć, śmie­jemy się z gaf ro­da­ków, na nowo prze­ży­wamy wła­sne i po­rów­nu­jemy swoje in­ter­pre­ta­cje kul­tury fran­cu­skiej z tym, jak po­strze­gają ją inni.
Książka, którą wła­śnie czy­tasz, ra­do­śnie wpi­suje się w tę tra­dy­cję. Moja opo­wieść nie bę­dzie jed­nak hi­sto­rią roku spę­dzo­nego we Fran­cji uwień­czoną szczę­śli­wym mał­żeń­stwem z Fran­cu­zem czy Fran­cuzką. Za­mie­rzam zdać re­la­cję z od­kry­wa­nia – pier­wot­nego i po­now­nego, bo przez ko­lejne de­kady wiele razy wra­ca­łam do Fran­cji – joie de vi­vre, czyli ra­do­ści ży­cia. Miesz­ka­łam we Fran­cji jako stu­dentka, a po­tem jako matka i na­uczy­cielka fran­cu­skiej li­te­ra­tury i kul­tury, okre­sowo kie­ro­wa­łam też pro­gra­mem ame­ry­kań­skich stu­diów za gra­nicą. Ry­zy­ku­jąc, że ujaw­nię – jak pi­sze fran­cu­ski kry­tyk li­te­racki – swoją nul­lité, nu­dité (głu­potę, na­gość), po­sta­ram się wy­ty­czyć kilka ście­żek przez kul­turę, pa­mięć, hi­sto­rię i li­te­ra­turę, żeby choć tro­chę ukon­kret­nić abs­trak­cyjne po­ję­cie fran­cu­skiej sztuki do­brego ży­cia.
Joie de vi­vre. Wy­ra­że­nie przy­wo­łuje na myśl ba­gietki, be­rety, bi­cy­kle i bordo, per­fumy i pa­ra­solki, sery i kra­cia­ste ser­wety, szyk i swo­bodę – in­nymi słowy, ste­reo­ty­pową kwin­te­sen­cję Fran­cji. Choć mi­gawki te nie­wąt­pli­wie sta­no­wią część więk­szego ob­razu, są to tylko po­wierz­chowne prze­jawy głęb­szych zja­wisk kul­tu­ro­wych. Po­ję­cie joie de vi­vre musi być fun­da­men­tal­nie fran­cu­skie, skoro inne ję­zyki je so­bie po­ży­czają – w an­giel­skim brak do­słow­nego tłu­ma­cze­nia i w słow­niku Mer­riam-We­bster fi­gu­ruje zwrot po fran­cu­sku.
Jaka jest jego ety­mo­lo­gia? W pierw­szym fran­cu­sko-an­giel­skim słow­niku z 1611 roku po­ja­wia się kilka wy­ra­żeń zwią­za­nych z ra­do­ścią: joye de pa­pil­lon (mo­tyla ra­dość) de­fi­nio­wana jako „chwi­lowe szczę­ście” i fille de joye (córa ra­do­ści), czyli „ko­bieta do­star­cza­jąca przy­jem­no­ści”. Brak jed­nak od­po­wied­nika joie de vi­vre. Pierw­sze od­no­to­wane wy­stą­pie­nie tego wy­ra­że­nia po­cho­dzi z po­łowy XVII wieku. Po­tem zo­staje użyte w Szkole uczuć Flau­berta z XIX wieku, ale upo­wszech­nia się do­piero dzięki Zoli, który wła­śnie tak iro­nicz­nie za­ty­tu­ło­wał je­den z to­mów mo­nu­men­tal­nego cy­klu po­wie­ści[1] z lat 80. XIX wieku (je­śli szu­kasz lek­kiej lek­tury, się­gnij ra­czej po coś in­nego). Dziś joie de vi­vre ko­ja­rzy się przede wszyst­kim z wy­bor­nym wi­nem, wy­kwintną kuch­nią i luk­su­sową modą, czyli przy­wi­le­jami wyż­szej klasy śred­niej. Tyle że we Fran­cji przy­jem­ność jest de­mo­kra­tyczna – chwile ra­do­ści w ży­ciu co­dzien­nym po­tra­fią znaj­do­wać lu­dzie na wszyst­kich szcze­blach dra­biny spo­łecz­nej.
Skąd to się bie­rze? I jak my (nie-Fran­cuzi) mo­żemy zro­zu­mieć to nie­uchwytne po­ję­cie?

 
Wesprzyj nas