Przyszłość, która dzieje się teraz. Literacka wersja świata z “Black mirror”. Powieść roku wg: New York Timesa, Guardiana, Entertainment Weekly, Vanity Fair, Vogue’a. W książce „Domek z piernika” laureatka Pulitzera przygląda się rzeczywistości, u progu której stoimy jako ludzkość.


Nigdy nie ufaj domkowi z piernika…

Bix, półbóg technologii, chciał odzyskać wspomnienia z pewnego dnia swojej młodości. Stworzył aplikację, która podbiła świat. Dzięki programowi Poznaj swoją podświadomość użytkownicy mogli uzyskać nieograniczony dostęp do wspomnień innych. Musieli jedynie wgrać swoją pamięć – i robili to chętnie, niczym dzieci wchodzące do domku Baby Jagi.

Bo zbiorowość jest jak grawitacja: prawie nikt nie potrafi jej się oprzeć – aż w końcu poddajemy się jej całkowicie. A potem już nie ma odwrotu…

***

• U Jennifer Egan zaszedł już proces, który w naszym świecie zwiastuje dopiero Neuralink Elona Muska: upowszechnienie bezpośredniego transferu przeżyć. Streamowanie doświadczeń zmysłowych i pamięci wprost z umysłu do umysłu. Dosłowne przeżywanie cudzych żyć. Egan skupia się na obyczajowych, lifestyle’owych i kulturowych konsekwencjach tej zmiany, poruszając się swobodnie między przyszłością i przeszłością, bawiąc się konwencjami, stylami i punktami widzenia. Narastająca nostalgia pochodzi tu tyleż z wiedzy o dalszych losach bohaterów, co ze świadomości, że nawet najbardziej fantastyczne partie Domku z piernika prezentują się nam jako powieść historyczna o czasach, gdy literatura nadal miała rację bytu, a ludzie sami przeżywali swoje życia.
Jacek Dukaj

• Ta powieść jest jak labirynt, w którym napotykamy kolejne historie dotyczące naszej przyszłości. Egan pokazuje nam świat, w którym prywatność już nie istnieje, została sprzedana, i gdzie wszyscy nawzajem mogą siebie szpiegować. Jednak ten świat nie jest potworny – przeciwnie, możliwe nawet, że jest bardzo komfortowy, tylko ludzie są w nim używani do konkretnych celów. I nawet nie wiedzą do jakich. Egan nie daje nam łatwych odpowiedzi, tylko pyta o konsekwencje i odpowiedzialność za technologie, które tworzymy. Czy możemy jeszcze zawrócić z tej drogi? To powieść, która pobudza do myślenia – i która ma wzbudzić nasz opór.
Justyna Sobolewska

• Jennifer Egan po mistrzowsku pokazuje, w jaki sposób AI i media społecznościowe zmieniają nasze postrzeganie prywatności i wolności. […] jestem pod wrażeniem sposobu, w jaki Egan wykorzystuje swoje doświadczenia i obserwacje, by stworzyć portret naszej współczesności. Ta powieść skłania do szukania różnicy między człowiekiem a jego cyfrowym alter ego oraz każe zastanowić się nad tym, jak świat nowych technologii definiuje nasze człowieczeństwo.
Aleksandra Przegalińska

• Wielogłosowa podróż przez Amerykę, w której panuje złowroga technologia.
Margaret Atwood

• Tak jakby Egan skompresowała na pendrivie wielką XIX-wieczną powieść.
„The New York Times”

***

Jennifer Egan (ur. 1962) jest laureatką Nagrody Pulitzera i jedną z najciekawszych współczesnych amerykańskich pisarek. Studiowała literaturę angielską na Uniwersytecie Pensylwanii, po czym wyjechała do Anglii, by studiować w Cambridge. W tym czasie była związana ze Steve’em Jobsem. Pracuje jako dziennikarka dla „New York Times’a” oraz regularnie publikuje w czasopismach „New Yorker” i „Harper’s Magazine”. Od 2018 roku jest prezeską PEN America. Oprócz Nagrody Pulitzera otrzymała The National Book Critics Circle Award oraz Los Angeles Times Book Prize (za powieść „Zanim dopadnie nas czas”). Nakładem wydawnictwa Znak Literanova ukazała się jej powieść • „Manhattan Beach”. • „Domek z piernika” został bestsellerem dziennika „New York Times”, a za jedną z najlepszych książek roku uznały go „Vanity Fair”, „Time”, „Guardian”, „Self”, „Vogue”, „The New Yorker”, „Vulture”, Oprah Daily, NPR i BBC. Jest także jedną z ulubionych lektur prezydenta Baracka Obamy. Trwają prace nad telewizyjnymi adaptacjami „Domku z piernika” i „Zanim dopadnie nas czas” w reżyserii Olivii Wilde.

Jennifer Egan
Domek z piernika
Przekład: Anna Gralak
Wydawnictwo Znak Literanova
Premiera: 11 marca 2024
 
 


Urok podobieństwa

1

– Mam taką wielką ochotę – zaczął Bix, gdy stojąc obok łóżka, rozciągał ramiona i kręgosłup, co było jego wieczornym rytuałem przed pójściem spać – żeby po prostu porozmawiać.
Lizzie popatrzyła na niego uważnie sponad ciemnych loków Gregory’ego, ich najmłodszego syna, który ssał jej pierś.
– Słucham cię – szepnęła.
– To takie… – Bix wziął głęboki oddech. – Sam nie wiem. Trudne.
Lizzie usiadła, a Bix zauważył, że bardzo ją zaniepokoił.
– Mama! Nie sięgam – zaczął grymasić Gregory, kiedy go od siebie odsunęła. Niedawno skończył trzy lata.
– Trzeba odstawić małego od piersi – mruknął Bix.
– Nie – zaprotestował ostro Gregory, spoglądając na niego z wyrzutem. – Nie chcę.
Lizzie uległa szarpnięciom syna i położyła się z powrotem. Bix zastanawiał się, czy ostatnie z ich czworga dzieci nie przedłuży przypadkiem, przy współudziale jego żony, swojego niemowlęctwa aż do dorosłości. Wyciągnął się obok nich i z obawą spojrzał Lizzie w oczy.
– Co się stało, kochanie? – szepnęła.
– Nic – skłamał, ponieważ problem był zbyt wszechogarniający, zbyt niedookreślony, by można go było wyjaśnić. Szybko dorzucił trochę prawdy: – Ciągle myślę o Siódmej Wschodniej. O tamtych rozmowach.
– Znowu – powiedziała cicho.
– Znowu.
– Ale dlaczego?
Bix nie wiedział dlaczego – zwłaszcza że na Siódmej Wschodniej słuchał tylko od niechcenia, gdy Lizzie i jej przyjaciele pokrzykiwali do siebie nawzajem zza cumulusa marihuanowego dymu niczym zdezorientowani turyści w mglistej dolinie: „Czym miłość różni się od pożądania?”, „Czy zło istnieje?”. Kiedy Lizzie się do niego wprowadziła, był w połowie studiów doktoranckich, a takie rozmowy odbył już w liceum i podczas dwóch pierwszych lat na Pennie. Teraz zatęsknił za czymś, co czuł, słuchając mimochodem Lizzie i jej przyjaciół ze swojego miejsca przed komputerem SPARCstation połączonym przez modem z przeglądarką Viola WWW – za ukrytą, ekstatyczną świadomością, że świat, którego definiowanie tak bardzo zajmowało tamtych studentów w 1992 roku, wkrótce przestanie istnieć.
Gregory jadł z apetytem. Lizzie przysypiała.
– Moglibyśmy? – naciskał Bix. – Moglibyśmy porozmawiać tak jak wtedy?
– Teraz?
Wyglądała na wykończoną. Dziecko wysysało z niej siły na jego oczach! Bix wiedział, że Lizzie wstanie o szóstej, żeby zająć się potomstwem, podczas gdy on będzie medytował, a potem zacznie dzwonić do Azji. Poczuł, jak ogarnia go rozpacz. Z kim mógłby porozmawiać tak zwyczajnie, otwarcie, po studencku, jak ludzie gadają ze sobą w college’u? Każdy z pracowników Mandali próbowałby mu się jakoś przypodobać. Każdy spoza Mandali doszukiwałby się w tym jakiegoś zamysłu, być może testu – najprawdopodobniej testu – za który w nagrodę mógłby zostać zatrudniony w Mandali! Jego rodzice, siostry? Kochał ich, ale nigdy nie rozmawiał z nimi w taki sposób.
Gdy Lizzie i Gregory zasnęli na dobre, zaniósł syna do jego łóżeczka. Następnie postanowił się ubrać i wyjść z domu. Minęła już jedenasta. Samotne spacerowanie ulicami Nowego Jorku o dowolnej porze, a tym bardziej po zmroku, było sprzeczne z zasadami bezpieczeństwa ustanowionymi przez jego zarząd, zrezygnował więc z ponownego włożenia charakterystycznego, pozbawionego podszewki garnituru w stylu zoot (inspirowanego zespołami ska, które uwielbiał w liceum) oraz z małej skórzanej fedory, którą nadal nosił dla złagodzenia dziwnego poczucia obnażenia, jakiego doświadczył po obcięciu dredów, gdy przed piętnastoma laty opuścił Uniwersytet Nowojorski. Wykopał z szafy wojskową kurtkę moro oraz parę zdartych z wierzchu traperów, ale znalazłszy się na dworze z gołą głową, od razu poczuł na łysawej już czaszce zimny powiew i raptownie się zatrzymał. Właśnie miał pomachać do kamery, żeby ochroniarze wpuścili go z powrotem, by mógł pójść po czapkę, gdy na rogu Siódmej Alei zauważył uliczny stragan. Ruszył do niego Dwudziestą Pierwszą, po czym przeglądając się w małym okrągłym lusterku przymocowanym z boku, przymierzył czarną wełnianą czapkę. Wyglądał w niej zupełnie zwyczajnie, nawet dla samego siebie. Sprzedawca przyjął od niego pięciodolarowy banknot jak od pierwszej lepszej osoby i ta transakcja przepełniła serce Bixa łobuzerską radością. Zawsze się obawiał, że ktoś go rozpozna. Anonimowość wydawała mu się czymś nowym.
Był już początek października i w lekkich powiewach wiatru wyczuwało się ostrze zimna. Bix szedł Siódmą Aleją, zamierzając zawrócić po kilku przecznicach. Spodobało mu się jednak to chodzenie w ciemności. Cofnęło go do lat spędzonych na Siódmej Wschodniej: do sporadycznych nocy na samym początku, gdy rodzice Lizzie przyjeżdżali z San Antonio. Byli przekonani, że córka dzieli mieszkanie ze swoją przyjaciółką Sashą, także studentką drugiego roku Uniwersytetu Nowojorskiego, i kiedy na początku semestru zimowego pojawili się, żeby zobaczyć ich wspólne lokum, uczestnicząca w mistyfikacji sprytna Sasha robiła w łazience pranie. Lizzie wychowała się w świecie nieświadomym istnienia czarnych, chyba że byli to czarni służący albo czarni noszący kije golfowe w country clubie, do którego należeli jej rodzice. Tak bardzo bała się ich prawdopodobnego przerażenia na wieść o tym, że córka mieszka z czarnym chłopakiem, że podczas ich pierwszych wizyt w mieście zawsze wyganiała Bixa z łóżka, chociaż oni nocowali w hotelu gdzieś w śródmieściu! Nie miało to znaczenia, po prostu by wiedzieli. Bix spacerował zatem, czasami wstępował do laboratorium inżynierii pod pozorem nocnej pracy i tam padał. Te spacery zapisały się w jego ciele: uporczywa konieczność podążania przed siebie mimo doświadczanego poczucia krzywdy i wyczerpania. Na myśl o tym, że się na to godził, robiło mu się niedobrze – choć uważał, że w jakimś kosmicznym bilansie stało się to uzasadnieniem dla obecnego układu, w którym zarządzanie każdą sferą ich życia rodzinnego spoczywało na barkach Lizzy, by on mógł pracować i podróżować do woli. Masę dobrych rzeczy, które mu się od tamtej pory przydarzyły, można by uznać za rekompensatę za tamte spacery. A jednak dlaczego? Czy seks naprawdę był taki udany? (No cóż, tak). Czy Bix miał tak niską samoocenę, że bez słowa protestu ulegał magicznemu myśleniu swojej białej dziewczyny? Czy podobało mu się bycie jej zakazanym owocem?
Nic z tych rzeczy. Tym, co podsycało uległość Bixa i jego wytrzymałość, był dreszcz, jaki wywoływała w nim jego Wizja, płonąca z hipnotyczną wyrazistością w tamte noce tułaczej banicji. W 1992 roku Lizzie i jej przyjaciele mieli mgliste pojęcie o tym, czym jest internet, lecz Bix czuł wibracje niewidzialnej sieci powiązań rozprzestrzeniającej się w znajomym świecie niczym pajęczyna pęknięć na przedniej szybie samochodu. Życie takie, jakie znali, niebawem miało zostać zburzone i zmiecione, a wtedy ich wszystkich czekało wzniesienie się do nowej sfery metafizycznej. W wyobrażeniach Bixa przypominało to obrazy przedstawiające sąd ostateczny, których reprodukcje kiedyś kolekcjonował, tyle że nie obejmowało piekła. Przeciwnie: wierzył, że bezcieleśni czarni zostaną ocaleni od nienawiści, która tłamsiła ich i ograniczała w świecie fizycznym. W końcu będą mogli się przemieszczać i zrzeszać wedle swojej woli, nie czując presji ze strony takich ludzi jak rodzice Lizzie: pozbawionych twarzy Teksańczyków, którzy byli przeciwni Bixowi, choć nie wiedzieli o jego istnieniu. Termin „media społecznościowe” służący opisaniu działalności Mandali miał zostać ukuty dopiero za niecałą dekadę, ale Bix wyobraził go sobie dużo wcześniej, zanim powołał go do życia.
Dzięki Bogu zachował te utopijne fantazje dla siebie – z perspektywy 2010 roku wyglądały komicznie naiwnie. Podstawowa struktura Wizji – zarówno globalna, jak i prywatna – okazała się jednak słuszna. W 1996 roku rodzice Lizzie uczestniczyli (z drętwymi minami) w ich ślubie w parku Tompkinsa, lecz nie mniej drętwe miny mieli rodzice Bixa, dla których porządne zaślubiny powinny uwzględniać występy magika, żonglerów ani szybkiej gry na skrzypcach. Gdy na świat zaczęły przychodzić dzieci, wszyscy odetchnęli. Odkąd w ubiegłym roku umarł ojciec Lizzie, jej matka nabrała zwyczaju dzwonienia do Bixa późnym wieczorem, kiedy Lizzie już spała, żeby porozmawiać o rodzinie: czy Richard, ich najstarsze dziecko, nie chciałby się uczyć jeździć konno? Czy dziewczynkom spodobałby się musical na Broadwayu? Podczas spotkań twarzą w twarz teksańskie zaciąganie teściowej działało Bixowi na nerwy, lecz nie mógł zaprzeczyć przypływowi zadowolenia, jakie wywoływał w nim nocą ten sam głos oderwany od ciała. Każde słowo, które wymieniali w eterze, przypominało mu, że miał rację.
Rozmowy na Siódmej Wschodniej zakończyły się pewnego ranka. Po nocnej imprezie dwaj bliscy przyjaciele Lizzie poszli pływać w East River i jeden z nich utonął, porwany przez prąd. Ponieważ jej rodzice akurat byli wtedy w mieście, Bix przypadkiem znalazł się w pobliżu miejsca tragedii. W środku nocy natknął się na Roba i Drew w East Village, gdzie wrzucił z nimi ecstasy, a o wschodzie słońca ruszyli wszyscy razem estakadą, kierując się ku rzece. Kawałek dalej, gdy Bix poszedł już do domu, nagle zachciało im się pływać. Choć składając zeznania, odtworzył każdy szczegół tamtego poranka, teraz słabo go sobie przypominał. Minęło siedemnaście lat. Ledwie pamiętał, jak tamci dwaj wyglądali.
Skręcił w lewo na Broadway i doszedł aż do Sto Dziesiątej – była to jego pierwsza taka przechadzka, odkąd ponad dziesięć lat temu stał się sławny. Nigdy nie spędzał dużo czasu w okolicach Columbii. Spodobało mu się coś w tych pnących się w górę ulicach i okazałych przedwojennych budynkach mieszkalnych. Spoglądając na oświetlone okna jednego z nich, pomyślał, że wręcz słyszy moc kipiących za nimi pomysłów.
W drodze do metra (znowu pierwszy raz od dziesięciu lat) przystanął obok słupa latarni upstrzonego ogłoszeniami o zaginionych zwierzętach i używanych meblach. Jego wzrok zatrzymał się na drukowanym plakacie z zaproszeniem do kampusu na wykład antropolożki Mirandy Kline. Bix doskonale znał Mirandę Kline, a ona doskonale znała jego. Rok po stworzeniu Mandali natknął się na jej książkę Wzorce podobieństwa i zawarte w niej pomysły wystrzeliły w jego głowie niczym atrament z mątwy, a potem uczyniły go bardzo bogatym. To, że MK (jak czule nazywano Kline w jego świecie) potępiła zastosowanie, jakie Bix i jemu podobni znaleźli dla jej teorii, tylko spotęgowało jego fascynację tą kobietą.
Do plakatu przypięto zszywkami napisaną ręcznie ulotkę: „Porozmawiajmy! Wielkie pytania z różnych dziedzin zadawane prostym językiem”. Po wykładzie Kline za trzy tygodnie zaplanowano spotkanie. Bix poczuł, że jego serce w obliczu tego zbiegu okoliczności przyspiesza. Zrobił zdjęcie plakatu, a potem, dla zabawy, oderwał jeden z papierowych pasków u dołu ulotki i wsunął go do kieszeni, zadziwiony tym, że nawet w nowym świecie, który pomógł stworzyć, ludzie wciąż przyczepiają kartki do słupów latarni.

2

Trzy tygodnie później znalazł się na siódmym piętrze jednego z tych majestatycznych poszarzałych gmachów w pobliżu Uniwersytetu Columbia – może nawet tego samego, który wcześniej podziwiał z dołu. Mieszkanie było przyjemnie podobne do tego z jego wyobraźni: zniszczony parkiet, przybrudzone białe gzymsy, oprawione w ramki ryciny powieszone na ścianach oraz nad drzwiami, a także powtykane między rzędy książek i małe rzeźby (właściciele mieszkania byli profesorami historii sztuki).
Oprócz gospodarzy i jeszcze jednej pary wszystkich ośmioro uczestników grupy Porozmawiajmy było dla siebie obcymi ludźmi. Bix postanowił zrezygnować z wykładu Mirandy Kline (o ile w ogóle zdołałby załatwić sobie wejściówkę). Jej niechęć do jego osoby sprawiła, że obecność na nim wydawała mu się niestosowna. Nawet w przebraniu. Przebrał się za Waltera Wade’a, magistranta inżynierii elektrycznej – czyli za samego Bixa sprzed siedemnastu lat. Miał czelność po tak długim czasie pozować na studenta, ponieważ był przekonany, że w wieku czterdziestu jeden lat wygląda o wiele młodziej niż większość białych. Pomylił się jednak, zakładając, że pozostali członkowie grupy dyskusyjnej będą biali: Portia, historyczka sztuki i gospodyni spotkania, okazała się Azjatką; pojawiła się także latynoska profesor zoologii pochodząca z Brazylii. Rebecca Amari, najmłodsza ze wszystkich, doktorantka socjo­logii (jedyna studiująca oprócz „Waltera Wade’a”), była etnicznie niejednoznaczna i, jak przypuszczał, czarna – pojawiła się między nimi iskierka porozumienia. Poza tym Rebecca była rozbrajająco ładna, co podkreślały, zamiast przysłaniać, jej okulary w stylu Dicka Tracy’ego.
Na szczęście Bix uciekł się do innego sposobu zatajania tożsamości. Kupił przez internet chustę z wystającymi spod niej z tyłu dredami. Była horrendalnie droga, ale dredy wyglądały jak prawdziwe i sprawiały też takie wrażenie w dotyku, a ich ciężar między łopatkami przypominał dotknięcie ducha. Bix doświadczał tego ciężaru przez wiele lat i z przyjemnością poczuł go znowu.
Gdy wszyscy usadowili się na kanapach i krzesłach oraz się przedstawili, Bix nie zdołał powstrzymać ciekawości.
– I jak było na wykładzie Mirandy Kline?
– Zaskakująco zabawnie – odpowiedział Ted Hollander, historyk i mąż Portii. Chyba dobiegał sześćdziesiątki, wydawał się o jedno pokolenie starszy od żony. Ich maleńka córka właśnie wtargnęła do salonu, ścigana przez nianię studentkę. – Myślałem, że będzie ponura, a była wręcz dowcipna.
– Robi się ponura przez tych, którzy kradną jej pomysły – stwierdziła Fern, dziekanka Wydziału Studiów Kobiecych, która sama sprawiała wrażenie ponurej.
– Ludzie wykorzystują jej pomysły w sposób sprzeczny z jej zamierzeniami – orzekł Ted. – Ale wątpię, żeby nawet ona nazywała to kradzieżą.
– Nazywa to „perwersją”, prawda? – wtrąciła nieśmiało Rebecca.
– Mnie zaskoczyła jej uroda – wyznała Tessa, młoda wykładowczyni specjalizująca się w tematyce tańca, której mąż Cyril (matematyk) także uczestniczył w spotkaniu. – Mimo jej sześćdziesięciu lat.
– E­-hmm – chrząknął dobrodusznie Ted. – Sześćdziesiąt lat to nie aż tak dużo.
– Czy jej wygląd ma tu jakieś znaczenie? – zwróciła się Fern do Tessy wyzywającym tonem.
Cyril, który we wszystkim brał stronę Tessy, żachnął się na to pytanie.
– Miranda Kine powiedziałaby, że tak – odparł. – Ponad połowa Cech Podobieństwa wymienionych w jej książce ma coś wspólnego z wyglądem.
– Wzorce podobieństwa prawdopodobnie wyjaśniłyby reakcję każdego z nas na Mirandę Kline – zauważyła Tessa.
Mimo potakujących pomruków Bix był pewny, że poza nim (a on nie zamierzał się do tego przyznać) tylko Cyril i Tessa przeczytali dzieło Kline, cienką monografię pełną algorytmów obrazujących zjawiska zaufania i wpływów wśród członków pewnego brazylijskiego plemienia. Często nazywano je Genomem Skłonności.
– To smutne – powiedziała Portia. – Kline jest bardziej znana z tego, że jej koncepcję zaadaptowały firmy z branży mediów społecznościowych, niż z samej koncepcji.
– Gdyby jej nie zaadaptowały, na jej wykład nie przyszłoby pięćset osób – odrzekł Eamon, historyk kultury z uniwersytetu w Edynburgu, piszący książkę o recepcji produktów. W jego pociągłej kamiennej twarzy Bix dostrzegł cień podejrzanej ekscytacji, co skojarzyło mu się z obrazem zwyczajnego domu skrywającego w swoich murach laboratorium metamfetaminy.
– Może walka o pierwotną intencję swojej pracy to jej sposób na zachowanie łączności z nią… albo na zachowanie własności – zasugerowała Kacia, pochodząca z Brazylii profesorka zoologii.
– Może wymyśliłaby już jakieś nowe teorie, gdyby nie była tak zajęta walką o stare – odparował Eamon.
– Ile przełomowych teorii może wyprodukować jedna osoba w ciągu swojego życia? – spytał Cyril.
– Właśnie – mruknął Bix i poczuł łaskotanie znajomego strachu.
– Zwłaszcza jeśli późno zaczęła – dodała Fern.
– Albo jeśli urodziła dzieci – wtrąciła Portia, rzucając lękliwe spojrzenie na kolorową kuchenkę córki stojącą w kącie salonu.
– To dlatego Miranda Kline zaczęła późno – powiedziała Fern. – Urodziła dwie córki, jedną po drugiej, a mąż odszedł od niej, jak były jeszcze w pieluchach. Kline to jego nazwisko, nie jej. Był jakimś producentem muzycznym.
– Nieźle popieprzone. – W ramach swojego kamuflażu Bix zmusił się do przekleństwa. Słynął z tego, że nie przeklina. Jego matka, nauczycielka gramatyki w szóstych klasach, miała nudną monotonię i infantylną treść przekleństw w tak miażdżącej pogardzie, że zdołała je pozbawić ich transgresyjnej mocy. Później Bix napawał się wyjątkowym statusem, jaki nieprzeklinanie zapewniło mu wśród innych liderów techniki, słynących z niechlubnych wulgarnych wybuchów złości.
– Tak czy inaczej, jej mąż już nie żyje – dodała Fern. – Do diabła z nim.
– Ooch, jest wśród nas retrybutywistka – odezwał się Eamon, sugestywnie poruszając brwiami. Mimo uzgodnienia, że będą używali „prostego języka”, pracownicy naukowi mieli beznadziejną skłonność do akademizowania. Bix wyobraził sobie rozmowy łóżkowe Cyrila i Tessy przed snem, zawierające takie słowa jak „dezyderat” i „czysto hipotetycznie”.
Rebecca pochwyciła jego spojrzenie i Bix się uśmiechnął – doznanie równie oszałamiające, jakby zdjął koszulę. Przed rokiem, na imprezie z okazji swoich czterdziestych urodzin, dostał w prezencie lśniącą broszurę zatytułowaną Bixominy, która przedstawiała, ze zdjęciami, cały system znaczeń przypisywanych ledwie zauważalnym ruchom jego oczu, rąk i ciała. Gdy jeszcze był jedynym czarnym doktorantem w laboratorium inżynierii Uniwersytetu Nowojorskiego, śmiał się głośno z żartów innych ludzi i próbował sam ich rozśmieszać, co wywoływało w nim poczucie pustki i przygnębienia. Po obronie doktoratu skończył ze śmianiem się w pracy, potem skończył z uśmiechaniem się i zamiast tego pielęgnował wizerunek człowieka hiperuważnego i zaabsorbowanego. Słuchał, patrzył, lecz prawie wcale nie reagował w widoczny sposób. Ta surowa dyscyplina pogłębiła jego skupienie, wynosząc je do poziomu, który – z perspektywy czasu nie miał co do tego wątpliwości – pomógł mu przechytrzyć i zmylić sprzymierzone siły trwające w gotowości, żeby go wchłonąć, wykorzystać, wymanewrować i zastąpić białymi mężczyznami, których wszyscy się spodziewali. I oczywiście tacy się pojawili – z góry i z dołu, ze środka i ze wszystkich stron. Czasami byli przyjaciółmi, czasami im ufał. Ale nigdy za bardzo. Przewidział każdą kampanię mającą mu umniejszyć albo wysadzić go ze stołka, na długo zanim się wykluła, a kiedy już powstała, miał na nią gotową odpowiedź. Nie zdołali go wyprzedzić. Ostatecznie część z nich zatrudnił, zaprzęgając ich podstępną energię, by pchnąć do przodu własne dzieło.
Nawet rodzony ojciec Bixa podchodził do jego kariery nieufnie. Jako były pracownik firmy, noszący srebrny zegarek podarowany mu w chwili przejścia na emeryturę z kierowniczego stanowiska w przedsiębiorstwie z branży ogrzewania i chłodnictwa pod Filadelfią, bronił decyzji burmistrza Goode’a o zbombardowaniu domu „nierobów” z MOVE, którzy w 1985 roku „postawili go w sytuacji bez wyjścia” (tak brzmiały jego słowa). Bix miał szesnaście lat i kłótnie z ojcem o to bombardowanie, wskutek którego uleg­ły zniszczeniu dwa bloki, stworzyły między nimi przepaść, która nigdy się do końca nie zasklepiła. Nawet teraz czuł powiew jego dezaprobaty – ponieważ za bardzo się wychylił albo został celebrytą (a zatem celem), bądź też dlatego, że nie wyciągnął nauki z ojcowskich wykładów (wygłaszanych ochoczo aż po dziś dzień zza steru małej łódki motorowej, w której ojciec wędkował u wybrzeża Florydy). Ich refren – w uszach Bixa – brzmiał: „Mierz nisko, bo inaczej oberwiesz”.
– Zastanawiam się – zaczęła nieśmiało Rebecca – czy to, co spotkało teorię Mirandy Kline, czyni z niej postać tragiczną. To znaczy w sensie starogreckim.
– Interesujące – powiedziała Tessa.
– Na pewno mamy tu gdzieś Poetykę – odezwała się Portia, a Bix patrzył ze zdumieniem, jak Ted wstaje z krzesła, by poszukać papierowego egzemplarza. Chyba żaden z tych naukowców nie miał czegoś takiego jak choćby BlackBerry, a tym bardziej iPhone’a – w 2010 roku! Czuł się tak, jakby infiltrował podziemie luddystów! Sam też się podniósł, niby po to, by pomóc Tedowi w poszukiwaniach, lecz tak naprawdę potrzebował pretekstu, żeby rozejrzeć się po mieszkaniu. Wzdłuż każdej ściany ciągnęły się wbudowane regały, nawet w korytarzu, a on chodził wśród nich spokojnym krokiem, przyglądając się grzbietom wielkich albumów o sztuce i starym pożółkłym książkom w miękkiej oprawie. Tu i ówdzie stały na półkach wypłowiałe zdjęcia w ramkach: mali chłopcy uśmiechający się przed nieforemnym domem na tle stosów zgrabionych liści, zasp albo bujnej letniej zieleni. Chłopcy z kijami bejsbolowymi, z piłkami futbolowymi. Kim mogli być? Odpowiedź przyniosło zdjęcie ukazujące znacznie młodszego Teda Hollandera podnoszącego jednego z synów, by mógł zatknąć gwiazdę na czubku choinki. Profesor miał zatem poprzednie życie – na przedmieściach albo może na wsi, gdzie przed nastaniem fotografii cyfrowej wychowywał dzieci. Czy Portia była jego studentką? Dzieliła ich sugestywna różnica wieku. Ale dlaczego od razu zakładać, że Ted porzucił swoje dawne życie? Może to ono go porzuciło?
Czy można zacząć od nowa bez porzucenia wszystkiego?
Pytanie wzmogło strach, który Bix poczuł przed kilkoma minutami, wycofał się więc do łazienki, żeby stawić mu czoła. Nad wybrzuszoną porcelanową umywalką wisiało pokryte plamami stare lustro, usiadł zatem na klapie sedesu, żeby w nie nie patrzeć. Zamknął oczy i skupił się na oddychaniu. Jego pierwsza Wizja – ta świetlista sfera wzajemnych połączeń, którą wymyślił w latach Siódmej Wschodniej – przeobraziła się w biznes o nazwie Mandala: w jego wdrażanie, rozwijanie, dopieszczanie, spieniężanie, sprzedawanie, podtrzymywanie, ulepszanie, odświeżanie, upowszechnianie, normalizowanie i globalizowanie. Wkrótce wszystkie te zadania miały zostać wykonane. A potem? Od dawna był świadomy wyrazistej granicy na półmetku pejzażu swojego umysłu, za którą czekała następna wizja. Ilekroć jednak próbował zajrzeć za tę granicę, jego umysł spowijała biel. Początkowo podchodził do owej jasnej przestrzeni z zaciekawieniem: czy były to góry lodowe? Wizja związana z klimatem? Czysta kurtyna wizji teatralnej albo pusty ekran wizji kinowej? Powoli nabrał jednak poczucia, że biel nie jest treścią, lecz jej brakiem. Była niczym. Bix nie miał żadnej wizji poza tą, którą już prawie wyczerpał.
Dotarło to do niego z całą dobitnością w niedzielny poranek kilka miesięcy po czterdziestych urodzinach, gdy wylegiwał się w łóżku z Lizzie i dziećmi. Nagła groza sprawiła, że popędził do łazienki i ukradkiem zwymiotował. Brak nowej wizji zakłócał jego poczucie wszystkiego, czego dotąd dokonał. Jaką to miało wartość, skoro prowadziło do niczego – skoro w wieku czterdziestu lat został zredukowany do kupowania albo podkradania reszty swoich pomysłów? Ta myśl męczyła go i nie dawała mu spokoju. Czy przeszarżował? Nim minął rok od tamtego okropnego poranka, spowił go cień Antywizji, niekiedy ledwie wyczuwalny, lecz zawsze obecny, bez względu na to, czy Bix odprowadzał dzieci do szkoły, czy jadł kolację w Białym Domu, co zdarzyło mu się cztery razy w ciągu półtora roku, odkąd nastali Barack i Michelle. Mógł przemawiać do wielotysięcznej publiczności albo być w łóżku z Lizzie i pomagać jej w osiągnięciu ulotnego orgazmu, gdy ta złowieszcza pustka nagle zaczynała brzęczeć mu w uszach, zwiastując próżnię, która dręczyła go i przerażała. Niejednokrotnie wyobrażał sobie, jak ściska kurczowo Lizzie i skamle: „Pomóż mi. Jestem skończony”. Ale Bix Bouton nie mógł czegoś takiego powiedzieć, nikomu. Przede wszystkim musiał zachowywać pozory, dalej wypełniać obowiązki męża, ojca, szefa, ikony techniki, posłusznego syna, ważnego uczestnika wydarzeń politycznych i niezmordowanie czułego partnera seksualnego. Człowiek marzący o powrocie na uniwersytet w nadziei, że sprowokuje świeże objawienie, które nada kształt reszcie jego życia, musiałby się stać innym człowiekiem.
Wrócił do salonu, gdzie zastał Cyrila i Tessę pochylonych nad jakimś tomem w stanie zmysłowej ekscytacji, jakby to było pudełko lodów.
– Znaleźliście – powiedział, na co Tessa z uśmiechem uniosła egzemplarz dzieła Artystotelesa pochodzący z tej samej kolekcji Wielkich Dzieł, którą jego rodzice nabyli razem ze swoją bezcenną Encyclopædia Britannica. Jako dziecko Bix niejednokrotnie w nabożnym skupieniu szukał w Britannice informacji, a potem cytował ją w szkolnych wypracowaniach na temat kanibali, cykuty czy Plutona, i czytał opisy zwierząt wyłącznie dla przyjemności. Przed czterema laty, gdy rodzice przeprowadzili się do skromnego mieszkania na Florydzie – odrzuciwszy jego pomoc, dzięki której mogliby kupić sobie większe: z powodu dumy (ojciec) i skromności (matka) – Bix zapakował te tomy do pudła i wystawił je na chodnik przed domem swojego dzieciństwa w zachodniej Filadelfii. W nowym świecie, który pomógł stworzyć, nikt nigdy nie musiał otwierać papierowej encyklopedii.
– Z tego, co zrozumiałam z lektury Arystotelesa – zaczęła Tessa – ale zaznaczam, że specjalizuję się w tańcu, a tutaj jest z milion stron napisanych naukowym językiem… Miranda Kline nie jest postacią tragiczną. By naprawdę nią była, ludzie, którzy przywłaszczyli sobie jej teorię, musieliby być z nią jakoś powiązani. To uwypukliłoby zdradę i tragiczną ironię.
– A poza tym czy ona nie sprzedała tej teorii? Albo algorytmów? – spytała Kacia.
– To jest chyba owiane tajemnicą – wtrąciła Portia. – Ktoś je sprzedał, ale nie Kline.
– To przecież była jej własność intelektualna – zauważyła Fern. – Jak ktokolwiek inny mógłby ją sprzedać?
Jako jeden z nabywców owych algorytmów Bix poruszył się niespokojnie, świadomy swojej przyprawiającej o niestrawność dwulicowości. Ulżyło mu, gdy odezwał się Ted.
– Nasuwa się jeszcze inne pytanie: algorytmy Mirandy Kline pomagały firmom z branży mediów społecznościowych przewidywać potencjał zaufania do nich oraz ich wpływ, i te firmy zbiły na tym majątek. Czy to koniecznie coś złego?
Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
– Nie mówię, że to nie jest złe – zaznaczył Ted. – Ale nie bierzmy tego za oczywistość, tylko przyjrzyjmy się temu. Jeśli spojrzeć na bejsbol, da się przeanalizować każdą akcję: prędkość i rodzaj rzutów, kto zdobywa bazę i jak. Gra jest dynamiczną interakcją istot ludzkich, ale używając liczb i symboli, można ją też opisać ilościowo komuś, kto umie je odczytać.
– Jesteś kimś takim? – spytał z niedowierzaniem Cyril.
– On jest kimś takim – potwierdziła Portia ze śmiechem, oplatając męża ramieniem.
– Moi trzej synowie grali w Małej Lidze – wyjaśnił Ted. – Nazwijcie to syndromem sztokholmskim.
– Trzej? – spytał Bix. – Myślałem, że było ich dwóch. Tylu jest na zdjęciach.
– Przekleństwo środkowego syna – wyjaśnił Ted. – Wszyscy zapominają o biednym Amesie. W każdym razie chodzi mi o to, że ujęcie ilościowe per se nie psuje bejsbolu. Przeciwnie, pogłębia jego zrozumienie. Dlaczego zatem czujemy taką niechęć do tego, by określano ilościowo nas samych?
Dzięki pobieżnym poszukiwaniom w internecie Bix wiedział, że Ted Hollander odniósł sukces naukowy w 1998 roku, w tym samym, w którym on stworzył Mandalę. Teraz, w połowie kariery, wydał dzieło zatytułowane Van Gogh. Malarz dźwięku, gdzie wykazał korelacje między rodzajami pociągnięć pędzlem malarza a bliskością hałaśliwych stworzeń, takich jak cykady, pszczoły, świerszcze i dzięcioły, których mikroskopijne ślady odkryto w samej farbie.
– Ted i ja nie zgadzamy się w tej kwestii – zaznaczyła Portia. – Ja uważam, że jeśli celem ilościowego ujmowania istot ludzkich jest czerpanie zysku z ich działań, to jest to odczłowieczające… wręcz orwellowskie.
– Przecież nauka ma charakter kwantyfikacyjny – powiedziała Kacia. – Dzięki temu jesteśmy w stanie rozwikływać tajemnice i dokonywać odkryć. A każdemu nowemu krokowi zawsze towarzyszy obawa, że możemy „przekroczyć granicę”. Dawniej nazywano to obrazoburstwem, ale teraz jest czymś bardziej nieokreślonym i sprowadza się do wiedzenia za dużo. Na przykład w moim laboratorium zaczęliśmy eksternalizować świadomość zwierząt…
– Przepraszam. – Bix wszedł jej w słowo, myśląc, że się przesłyszał. – Co robicie?
– Możemy rejestrować i przekazywać percepcję zwierząt – wyjaśniła Kacia. – Dzięki czujnikom mózgowym. Mogę na przykład uchwycić fragment świadomości kota, a potem odtworzyć ten fragment na zestawie słuchawkowym, zupełnie jakbym sama była kotem. Ostatecznie to pomoże nam się dowiedzieć, jak u różnych zwierząt przebiega proces postrzegania i co pamiętają… W gruncie rzeczy jak myślą.
Bix poczuł gwałtowne mrowienie i nastawił uszu.
– To wciąż bardzo prymitywna technika – zaznaczyła Kacia. – Ale już pojawiły się kontrowersje: czy włamując się do umysłu innej czującej istoty, przekraczamy granicę? Czy otwieramy puszkę Pandory?
– Wracamy do problemu wolnej woli – rzekł Eamon. – Czy skoro Bóg jest wszechmogący, my jesteśmy jego marionetkami? A jeśli jesteśmy marionetkami, to lepiej o tym wiedzieć czy nie?
– Do diabła z Bogiem – powiedziała Fern. – Mnie niepokoi internet.
– Czyli wszystkowidzący, wszystkowiedzący byt, który może przewidywać i kontrolować twoje zachowanie, nawet gdy ci się wydaje, że sama dokonujesz wyboru? – spytał Eamon, spoglądając szelmowsko na Rebeccę. Flirtował z nią przez cały wieczór.
– Ojej! – zawołała Tessa, łapiąc Cyrila za rękę. – Robi się ciekawie.

3

Bix wyszedł z mieszkania Teda i Portii rozpalony nadzieją. W niektórych momentach dyskusji czuł w sobie jakieś poruszenie, rodzenie się myśli, która od dawna wydawała się znajoma. Zjechał na dół windą z Eamonem, Cyrilem i Tessą, podczas gdy inni zostali jeszcze, by obejrzeć gipsowe płaskorzeźby kupione przed dekadą przez Teda podczas wycieczki do Neapolu. Przed budynkiem Bix stał przez chwilę razem z resztą, gawędząc o tym i owym. Nie wiedział, jak się od nich odłączyć, aby nie wypadło to niegrzecznie. Nie bardzo też chciał, by się dowiedzieli, że zmierza do śródmieścia. Magistrant z Columbii miałby mieszkać w śródmieściu?
Okazało się, że Eamon idzie w kierunku zachodnim, a Cyril i Tessa jadą pociągiem do Inwood, ponieważ nie stać ich na mieszkanie w pobliżu Columbii, a jako młodsi pracownicy naukowi nie mogli dostać mieszkania służbowego od uczelni. Bix pomyślał z poczuciem winy o swoim pięciokondygnacyjnym mieszkaniu w kamienicy. Para wspomniała, że nie ma dzieci, a druciana oprawka okularów Cyrila była z jednej strony spięta spinaczem biurowym. Wyraźnie jednak między obojgiem pozytywnie iskrzyło. Najwidoczniej wystarczały im idee.
Pokrzepiony myślą, że jako Walter Wade może pójść wszędzie, Bix ruszył zamaszystym krokiem w stronę Central Parku, lecz rysujące się na tle bladego nieba półnagie drzewa zniechęciły go, zanim dotarł do wejścia. Żałował, że nie pada śnieg. Uwielbiał śnieżne noce w Nowym Jorku. Marzył o tym, żeby położyć się obok Lizzie oraz któregoś z gromadki dzieci przygnanego nocnym koszmarem albo głodem do ich oceanicznego łóżka. Minęła jedenasta. Zawrócił w kierunku Broadwayu i wsiadł do metra linii 1, a gdy przy Dziewięćdziesiątej Szóstej zauważył ekspres, przesiadł się, mając nadzieję, że wyprzedzi nim osobowy. Wydobył z plecaka Waltera kolejny element kamuflażu: egzemplarz Ulissesa, który czytał na studiach magisterskich z zamiarem zbadania literackich głębin. Tym, co konkretnie przyszło mu z tej lektury, było zdobycie Lizzie, u której (za sprawą jakiegoś rachunku różniczkowo­-całkowego, z pewnością łatwego do wyjaśnienia dla Mirandy Kline) kombinacja Jamesa Joyce’a i sięgających do pasa dredów wywołała nieodparte pożądanie. Jeśli chodzi o Bixa, w rachunku wzięła udział para brązowych kozaczków z lakierowanej skóry kończących się powyżej kolan Lizzie. Zachował Ulissesa jako romantyczny artefakt, chociaż sfatygowany wygląd książki wynikał raczej z upływu czasu niż z lektury. Otworzył ją na przypadkowej stronie.
„– Eureka! – zawołał Buck Mulligan. – Eureka! ”3
Czytając, Bix poczuł na sobie czyjś wzrok. Tak dobrze znał to doznanie z codziennego życia, że zareagował z opóźnieniem, ale w końcu uniósł głowę. Po przeciwnej stronie wagonu siedziała Rebecca Amari i go obserwowała. Uśmiechnął się do niej i podniósł rękę. Zrobiła to samo, na co odetchnął z ulgą, dochodząc do wniosku, że chyba nie ma nic złego w siedzeniu osobno w przyjaznym wzajemnym uznaniu swojej obecności. A może jest? Może niewerbalne pozdrowienie na dystans po kilku godzinach ożywionej dyskusji w jednej grupie jest antyspołeczne? Bix tak rzadko musiał się borykać z kwestiami zwyczajnej towarzyskiej etykiety, że zapomniał jej zasady. „W razie wątpliwości zachowuj się uprzejmie”. Zbyt głęboko przyswoił sobie to zalecenie swojej pedantycznie uprzejmej matki, żeby móc się go oduczyć. Z ociąganiem odłożył więc Ulissesa i podszedł do Rebekki, by usiąść na pustym miejscu obok niej. Natychmiast wydało mu się to niestosowne – dotykali się od kolana po ramię! A może totalny kontakt cielesny jest normą wśród ludzi jeżdżących metrem? Krew napłynęła mu do twarzy z taką siłą, że zakręciło mu się w głowie. Zbeształ się w myślach: gdy zwykłe interakcje społeczne stają się przyczynkiem do zawału serca, coś jest nie tak. Sława go zmiękczyła.
– Mieszkasz w śródmieściu? – zdołał spytać.
– Umówiłam się z przyjaciółmi – odpowiedziała. – A ty?
– Ja też.
W tej chwili Bix zauważył, jak jego stacja – przy Dwudziestej Trzeciej – przemyka za szybą. Zapomniał, że jedzie ekspresem. Zastanawiał się, czy Rebecca wysiądzie na następnej, przy Czternastej, i skieruje się ku dzielnicy znanej jako MALANDA, co było skrótem od Mandalaland. Rok po jedenastym września Bix otworzył tam swój nowy kampus, który w ciągu ośmiu lat tak się rozrósł, obejmując budynki fabryczne, magazyny i całe rzędy szeregówek, że w końcu ludzie zaczęli żartować, że kiedy odkręca się krany poniżej Dwudziestej Zachodniej, płynie z nich mandalowa woda. Gdy pociąg zbliżał się do Czternastej, Bix zastanawiał się, czy nie wysiąść na stacji i po prostu nie pójść do domu piechotą, ale przejście w przebraniu przez własny kampus wydawało się absurdalnie prowokujące. Właśnie wjeżdżała zwykła kolejka do śródmieścia. Bix postanowił, że przejedzie nią jeszcze jeden przystanek, a potem wróci jadącą w przeciwną stronę.
– Wysiadasz tu? – spytała Rebecca, gdy obydwoje wstali.
– Tylko przesiadam.
– Aha… ja też.
Stali w jadącym na południe pociągu linii 1. Bix poczuł lekkie ukłucie podejrzliwości. Czy to możliwe, że Rebecca wie, kim on jest, i go śledzi? Wydawała się jednak zrelaksowana, a nie oszołomiona spotkaniem z gwiazdą, toteż w końcu jego sceptycyzm ustąpił miejsca przyjemności towarzyszącej podróżowaniu metrem obok ładnej dziewczyny. Nagle naszedł go kaprys: mógłby wysiąść w śródmieściu i pójść pieszo do dawnego mieszkania przy Siódmej Wschodniej! Pierwszy raz od grubo ponad dekady mógłby spojrzeć na okna swoje i Lizzie.
Szykując się do wyjścia przy Christopher Street, Bix zauważył, że Rebecca też wykonuje ruchy sugerujące zamiar opuszczenia wagonu. I rzeczywiście wysiadła razem z nim.
– Ciekawe, czy idziemy w to samo miejsce – powiedziała ze śmiechem, gdy szli po schodach.
– Mało prawdopodobne – odrzekł Bix.
Gdy jednak ona także skręciła na wschód w Czwartą Zachodnią, ponownie dopadła go podejrzliwość.
– Twoi przyjaciele studiują na Uniwersytecie Nowojorskim? – spytał.
– Niektórzy.
– Jesteś nieufna.
– Taką mam naturę.
– Paranoidalną?
– Ostrożną.
Cieszył się, że hałas miasta wypełnia ciszę. Rebecca, idąc, patrzyła prosto przed siebie, dzięki czemu Bix mógł zerkać na nią z boku i podziwiać delikatną symetrię jej twarzy, jej piegowate policzki przywodzące na myśl parę skrzydeł motyla. Może to ta uroda skłaniała ją do ostrożności. Może okulary w stylu Dicka Tracy’ego miały maskować jej piękno.
Odwróciła się i przyłapała go, jak się na nią gapił.
– Dziwne – powiedziała. – Jesteś bardzo podobny do Bixa. Moglibyście być braćmi.
– Obaj jesteśmy czarni – odparł z uśmiechem, cytując frazę, którą przygotował sobie wcześniej z myślą o białym rozmówcy.
Rebecca się roześmiała.
– Moja mama jest czarna – dodała. – W połowie czarna, w połowie Indonezyjka. Tata jest w połowie Szwedem, w połowie syryjskim Żydem. Zostałam wychowana w tradycji żydowskiej.
– Nie należy ci się jakaś nagroda za coś takiego? W kategorii kombinacji rasowych.
– W zasadzie tak. Każdy myśli, że jestem taka jak on.
Bix wpatrywał się w nią.
– Masz Urok Podobieństwa – szepnął zadziwiony. Ten termin pochodził z Wzorców podobieństwa. Według Mirandy Kline Urok Podobieństwa to potężny atut gwarantujący jego nielicznym posiadaczom godny pozazdroszczenia zaufany status Uniwersalnego Sojusznika.
– Zaraz, zaraz – rzuciła Rebecca. – Przecież nawet nie byłeś na jej wykładzie.
– Ale… czytałem książkę.
Zaczekali, aż zmienią się światła na Bowery, a do następnej przecznicy dotarli w milczeniu. Na rogu Drugiej Alei Rebecca nagle się do niego odwróciła.
– Trzy lata temu, kiedy byłam na ostatnim roku Smith College – powiedziała jakby w pośpiechu – funkcjonariusze Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego przesłuchali wszystkich najlepszych studentów „rasy mieszanej”. Zwłaszcza tych, którzy studiowali języki obce.
– Rany.
– Byli bardzo natarczywi – dodała. – Odmowa nie wchodziła w grę.
– Wyobrażam sobie. Z Urokiem Podobieństwa mogłabyś pracować wszędzie.
Gdy zbliżali się do Pierwszej Alei, Bix zaczął sobie przypominać ulubione miejsca w tej okolicy: Benny’s Burritos, Polonię z jej fantastycznymi zupami, kiosk obok parku Tompkinsa mający w ofercie mleczne koktajle z syropem czekoladowym. Zastanawiał się, które z tych lokali wciąż działają. Dotarłszy do Pierwszej Alei, przystanął, by się pożegnać i skręcić w lewo – ale Rebecca też zmierzała na północ. Jego podejrzliwość wzrosła i nie mógł jej dłużej ignorować. Przyspieszył kroku i patrząc na długą, szarą aleję, zastanawiał się, jak powinien się skonfrontować z tą dziewczyną.
Rebecca odwróciła się szybko i spojrzała mu prosto w twarz.
– Przysięgnij, że dla nich nie pracujesz – rzuciła.
Poczuł się niemile zaskoczony.
– Ja? To jakiś absurd. Dla kogo miałbym pracować? – Doskwierała mu jednak świadomość, że jest w przebraniu.
Rebecca przystanęła. Byli już prawie na rogu Szóstej Ulicy. Wpatrując się w niego, powiedziała:
– Możesz przysiąc, że naprawdę jesteś Walterem Jakimśtam, magistrantem inżynierii elektrycznej na Columbii?
Gapił się na nią, serce zamarło mu w piersi.
– Cholera – bąknęła.
Odbiła w Szóstą Wschodnią, ale Bix ją dogonił. Musiał to naprawić.
– Słuchaj – zaczął ściszonym głosem – masz rację. Jestem… tym, na kogo wyglądam.
– Bixem Boutonem? – zawołała oburzona. – Nie wciskaj mi kitu! Kurwa, przecież masz dredy. – Przyspieszyła kroku, jakby próbowała od niego uciec, ale nie biegła.
– To naprawdę ja – przekonywał ją łagodnie, lecz wygłaszając taką deklarację podczas czegoś, co mogło wyglądać na pościg za piękną nieznajomą w East Village, po północy, nagle zwątpił w siebie. Czy naprawdę jest Bixem Boutonem? Czy kiedykolwiek nim był?
– To ja podsunęłam ci ten pomysł – powiedziała Rebecca. – Pamiętasz?
– Zauważyłaś podobieństwo.
– No ładnie. – Uśmiechała się, ale Bix wyczuwał jej strach. Ta sytuacja oznaczała kłopoty. Na szczęście Rebecca zwolniła kroku i przyjrzała mu się w ostrym świetle ulicznych latarni. Jakimś cudem dotarli prawie do Alei C. – Nawet nie jesteś do niego aż tak bardzo podobny – podsumowała. – Masz inną twarz.
– To dlatego, że się uśmiecham, a on tego nie robi.
– Mówisz o nim w trzeciej osobie.
– O kurwa.
Roześmiała się pogardliwie.
– Bix nie przeklina, każdy o tym wie.
– Jasna cholera! – wykrzyknął, lecz po chwili wróciły do niego jego własne podejrzenia. – Zaczekaj chwilę – poprosił i coś w jego tonie sprawiło, że Rebecca się zatrzymała, żeby posłuchać. – Właściwie to ty wzięłaś się nie wiadomo skąd. Wygląda na to, że śledziłaś mnie przez całą drogę od Teda i Portii. Skąd mam wiedzieć, że nie przyjęłaś propozycji Departamentu Bezpieczeństwa?
Parsknęła z oburzeniem.
– Masz psychozę – powiedziała, ale w jej zaprzeczeniu usłyszał drżenie niepokoju odzwierciedlające jego własne obawy. – Napisałam pracę magisterską o Nelli Larsen – dodała. – Zadaj mi jakiekolwiek pytanie z nią związane.
– Nigdy o niej nie słyszałem.
Zmierzyli się nawzajem nieufnym spojrzeniem. Bix wystraszył się w sposób, który przypomniał mu paskudny odlot po grzybach przed laty, gdy jako nastolatek po koncercie Uptones on i jego przyjaciele tak się wystraszyli, że na chwilę się rozbiegli. Wziął trzy głębokie oddechy, od których zawsze zaczynał swoje ćwiczenia z uważności, i poczuł, jak świat wokół niego się uspokaja. Kimkolwiek poza tym była Rebecca, przede wszystkim jest dziewczyną. A on jest od niej starszy o piętnaście lat. Co najmniej.
– Słuchaj – zwrócił się do niej, zachowując stosowną odległość. – Wątpię, żeby ktokolwiek z nas był niebezpiecznym człowiekiem.
Przełknęła ślinę i spojrzała na niego.
– Zgadzam się.
– Przyjmuję, że jesteś Rebeccą Amari, doktorantką socjologii na Uniwersytecie Columbia.
– A ja przyjmuję, że jesteś Walterem Jakimśtam, magistrantem inżynierii elektrycznej na Uniwersytecie Columbia.
– W porządku – odparł. – Osiągnęliśmy porozumienie.

4

Okazało się, że Rebecca minęła miejsce, do którego zmierzała, czyli bar przy Alei B. Gdy więc osiągnęli to kruche porozumienie, zawróciła w jego stronę. Bix nie skorzystał z zaproszenia, żeby się przyłączyć. Musiał się zastanowić nad tą niezręczną sytuacją i oszacować straty. Czy mógł się jeszcze pokazać w grupie dyskusyjnej? Czy Rebecca się tam pokaże?
Minął o kilka przecznic mieszkanie przy Siódmej Wschodniej i znalazł się blisko estakady na Szóstej Ulicy prowadzącej do parku East River. Wszedł po schodach i przeciąwszy ulicę Franklina Delano Roosevelta, zastał park odmieniony: były w nim topiary i malowniczy mostek, ludzie wciąż jeszcze uprawiali jogging, nawet o tej porze.
Podszedł do barierki i pochylił się nad rzeką, patrząc, jak na jej powierzchni migoczą kolorowe światła miasta. Jego dawne nocne spacery często kończyły się w tym miejscu, promienie słońca ślizgały się po oleistej rzece i wpadały do jego oczu. Po co ktokolwiek miałby w niej pływać? To pytanie uświadomiło mu, że stoi w miejscu, w którym stał z Robem i Drew tamtego ranka, kiedy Rob utonął. „Dzień dobry, panowie” – przypomniał sobie nagle, jak do nich powiedział, obejmując każdego ramieniem. Wróciło do niego mgliste wspomnienie Roba: dobrze zbudowanego, wysportowanego białego chłopaka z cwaniaczkowatym uśmiechem i o smutnym, nieuchwytnym spojrzeniu. Gdzie wcześniej podziewało się to wspomnienie? I gdzie podziewała się cała reszta: głos Roba, głos Drew oraz wszystko, co powiedzieli i zrobili w tamten ostatni poranek w życiu Roba? Czy żegnając się z nimi, Bix nie zauważył jakiejś wskazówki zapowiadającej to, co się stanie? Tajemnica jego własnej nieświadomości kojarzyła mu się z niewidocznym wielorybem czającym się pod maleńkim pływakiem. Jeśli nie mógł zbadać, przywołać ani obejrzeć swojej przeszłości, tak naprawdę nie należała ona do niego. Przepadła.
Wyprostował się, jakby ktoś go zawołał. W jego umyśle coś drgnęło. Powiódł wzrokiem po rzece. Dwie białe kobiety biegnące w jego stronę odbiły w bok, gdy się odwrócił. A może mu się tylko wydawało? Odtworzył w myślach tamtą chwilę – stara, niepokojąca zagadka, która mąciła każdą nową myśl próbującą się uformować. Nagle poczuł wyczerpanie, jakby szedł od wielu dni – jakby oddalił się od własnego życia za bardzo, by móc do niego wrócić.
Skorzystał z szybkiego wybierania, żeby zadzwonić do Lizzie, chciał bowiem zniwelować dzielący ich dystans, rozłączył się jednak, zanim rozległ się sygnał. Pewnie już spała, prawdopodobnie z Gregorym przy piersi, a telefon ładował się gdzieś poza jej zasięgiem. Zerwałaby się wystraszona. I jak właściwie by się wytłumaczył ze swojego dziwacznego miejsca pobytu o tej porze?
Odezwać się do rodziców? Pomyśleliby, że ktoś umarł.
Zadzwonił do teściowej. Prawie nigdy do niej nie dzwonił i wątpił, czy odbierze. W zasadzie nie chciał, żeby to zrobiła.
– Beresford – powiedziała.
– Joan.
Ona do wszystkich innych mówiła „kochanie”, a oni nazywali ją „Joanie”. Ale Bix i jego teściowa zwracali się do siebie po imieniu.
– Wszystko w porządku u Lizzie i dzieci? – spytała lakonicznie nosowym głosem.
– A, tak. Wszystko gra.
Nastąpiła chwila ciszy.
– A u ciebie?
– U mnie… też.
– Nie okłamuj kłamczuchy – powiedziała, a Bix usłyszał, jak na tle warkotu kosiarek jego teściowa przypala papierosa. Widocznie w San Antonio kosiło się trawniki nocą. – Co cię gryzie? – spytała, wydmuchując dym.
– Nic wielkiego – odrzekł. – Po prostu się zastanawiam… co powinno się teraz wydarzyć.
– Jak my wszyscy.
– Ja powinienem wiedzieć – odparł. – To moja praca.
– Dużo od siebie wymagasz.
Wpatrywał się w kolory roztapiające się na rzece. Gdy Joan głęboko się zaciągnęła, usłyszał trzask palącego się tytoniu.
– Wyczuwam zmartwienie – rzekła, wciąż paląc. – To cisza wypełniona zmartwieniem.
– Boję się, że nie potrafię tego ponownie zrobić.
Bix po raz pierwszy wypowiedział te słowa, albo tego rodzaju słowa, na głos. W ciszy, która po nich zapadła, wzdrygnął się na myśl o swoim wyznaniu.
– Zawracanie dupy – rzuciła Joan, a on niemal poczuł, jak gorący dym papierosowy uderza go w policzek. – Potrafisz i to zrobisz. Założę się, że jesteś o wiele bliżej, niż sądzisz.
Jej słowa, wypowiedziane zwyczajnym tonem, wywołały falę niewytłumaczalnej ulgi. Może dlatego, że zwróciła się do niego po imieniu, które rzadko słyszał, albo dlatego, że ona w ogóle nie miała w zwyczaju motywować innych. A może każdy, kto powiedziałby w tej chwili: „Potrafisz i to zrobisz”, sprawiłby, że wydałoby mu się to prawdą.
– Beresford, dam ci pewną radę – kontynuowała Joan. – Ta rada bierze się z miłości w moim sercu. Gotowy?
Zamknął oczy i poczuł wiatr na powiekach. Maleńkie fale chlupotały obok gzymsu pod jego stopami. Czuł zapach oceanu: ptaki, sól, ryby, wszystko to mieszało się osobliwie ze świszczącym oddechem Joan.
– Gotowy – powiedział.
– Idź spać. I ucałuj tę moją zwariowaną córkę.
Tak zrobił.

3 J. Joyce, Ulisses, przeł. M. Słomczyński, Kraków 2007, s. 239.

 
Wesprzyj nas