Świat oparty na nauce i technologii, z pozoru wolny od wszelkich zagrożeń i niebezpieczeństw. Okazuje się jednak, że to iluzja. Prawdę znają tylko nieliczni, wykluczeni z technokratycznego społeczeństwa…


W XXII wieku Ziemia korzysta z niewyczerpanego, darmowego źródła energii, które pozostaje tajemnicą dla naukowców – wymiany materii z wszechświatem równoległym, zainicjowanej przez istoty pozaziemskie…

Okazuje się jednak, że to wcale nie jest bezpieczne.

Słońce może się zmienić w supernową, co oczywiście zniszczy Ziemię. Prawdę znają tylko nieliczni – naukowiec potępiany przez społeczność, zbuntowany obcy z umierającej planety, urodzona na Księżycu kobieta, która wyczuwa zbliżającą się zagładę Słońca.

Czy ktoś potraktuje poważnie ostrzeżenia takich outsiderów? Czy uda się zapobiec katastrofie?

***

Powieść wyróżniona nagrodami Nebula i Hugo.

Najlepsze dzieło Asimova.
– The Encyclopedia of Science Fiction

Isaac Asimov (1920– 1992) to bodaj najwybitniejszy, najpłodniejszy i najpoczytniejszy autor science fiction wszech czasów, siedmiokrotny zdobywca prestiżowej nagrody Hugo. Zasłynął głównie epokowym cyklem „Fundacja”, sagą o Imperium Galaktycznym, które – choć wydaje się wieczne – chyli się ku upadkowi. Dom Wydawniczy REBIS opublikował siedmiotomowy cykl „Fundacja” Asimova oraz trzy uzupełniające go tomy autorstwa Gregory’ego Benforda, Grega Beara i Davida Brina, a ponadto cykl „Roboty”, zbiór opowiadań Złoto i magia i tom esejów Magia i złoto.

Isaac Asimov
Równi bogom
Przekład: Krzysztof Bednarek
seria Wehikuł czasu
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera w tym wydaniu: 7 marca 2023
 
 


I
Z GŁUPOTĄ…

6

 
Nic z tego! – rzu­cił Lamont. – Niczego nie osią­gną­łem.
Lamont wyglą­dał ponuro; miał głę­boko osa­dzone oczy i wydatną, odro­binę nie­sy­me­tryczną dolną szczękę. To zna­czy nawet w naj­bar­dziej pomyśl­nych chwi­lach wyglą­dał ponuro, a teraz sytu­acja była nie­we­soła. Prze­pro­wa­dził drugą ofi­cjalną roz­mowę z Hal­la­mem i oka­zała się ona jesz­cze więk­szą porażką niż ta pierw­sza.1
– Nie dra­ma­ty­zuj – powie­dział spo­koj­nie Myron Bro­now­ski. – Nie spo­dzie­wa­łeś się suk­cesu. Sam mi to mówi­łeś.
Bro­now­ski pod­rzu­cał orzeszki ziemne i łapał je gru­bymi war­gami. Za każ­dym razem mu się uda­wało. Był nie­zbyt wysoki, nie­zbyt szczu­pły.
– Tak czy owak, to nic przy­jem­nego. Ale masz rację, to bez zna­cze­nia. Mogę i zamie­rzam zdzia­łać inne rze­czy, a poza tym jestem zależny od cie­bie. Gdy­byś tylko zdo­łał odkryć…
– Nie kończ, Pete. Już to wszystko sły­sza­łem. Wystar­czy, że roz­szy­fruję spo­sób myśle­nia inte­li­gen­cji innej niż ludzka.
– Wyż­szej niż ludzka. Te istoty z para-Wszech­świata sta­rają się prze­ma­wiać tak, żeby­śmy je zro­zu­mieli.
– Być może – Bro­now­ski wes­tchnął – ale sta­rają się to robić za pośred­nic­twem mojej inte­li­gen­cji, która, jak cza­sami sądzę, prze­kra­cza ludzką, ale tylko w nie­wiel­kim stop­niu. Cza­sami nie mogę spać, tylko leżę i zasta­na­wiam się, czy różne inte­li­gen­cje w ogóle są w sta­nie komu­ni­ko­wać się ze sobą nawza­jem. W szcze­gól­nie złe dni nie wiem, czy wyra­że­nie „różne inte­li­gen­cje” ma jaki­kol­wiek sens.
– Ma! – krzyk­nął Lamont, a jego scho­wane w kie­sze­niach far­tu­cha labo­ra­to­ryj­nego dło­nie wyraź­nie zaci­snęły się w pię­ści. – Różne inte­li­gen­cje to Hal­lam i ja. Boha­ter głup­ców, dok­tor Fre­de­rick Hal­lam, i ja. Jeste­śmy róż­nymi inte­li­gen­cjami, ponie­waż kiedy do niego mówię, Hal­lam niczego nie rozu­mie. Jego twarz idioty czer­wie­nieje coraz bar­dziej, oczy wycho­dzą mu z orbit, a uszy prze­stają sły­szeć. Powie­dział­bym, że jego umysł prze­staje funk­cjo­no­wać, ale nie mam dowodu na to, że w ogóle funk­cjo­nuje, a bez tego nie może prze­stać.
– Cóż za słowa pod adre­sem Ojca Pompy Elek­tro­no­wej – mruk­nął Bro­now­ski.
– Zga­dza się. Domnie­ma­nego Ojca Pompy Elek­tro­no­wej. To były, że tak powiem, naro­dziny z nie­pra­wego łoża. Wkład Hal­lama w sam wyna­la­zek był zni­komy. Wiem o tym!
– Ja też wiem. Czę­sto mi o tym mówi­łeś.
Bro­now­ski pod­rzu­cił i zła­pał kolejny orze­szek.

Uwaga autora: Opo­wieść roz­po­czyna się od roz­działu 6. To nie jest pomyłka. Mam w tym pewien zamysł. Czy­taj zatem z przy­jem­no­ścią.

1

Wyda­rzyło się to trzy­dzie­ści lat wcze­śniej. Fre­de­rick Hal­lam był radio­che­mi­kiem, świeżo upie­czo­nym dok­to­rem, i jesz­cze nic nie wska­zy­wało na to, że rzuci świat na kolana.
Świat zaczął drżeć w posa­dach, kiedy na biurku Hal­lama zna­la­zła się zaku­rzona butelka na odczyn­niki z napi­sem „wol­fram”. Butelka nie była wła­sno­ścią Hal­lama; ni­gdy wcze­śniej jej nie uży­wał. Odzie­dzi­czył ją po jakimś byłym loka­to­rze jego gabi­netu, który w nie­okre­ślo­nych cza­sach i z dawno zapo­mnia­nego powodu zażą­dał wol­framu. W tej chwili zawar­tość butelki nie była już nawet wol­framem. Małe, nie­re­gu­larne kuleczki cze­goś, czego grubą wierzch­nią war­stwę sta­no­wił tle­nek, szare i przy­ku­rzone. Bez­u­ży­teczna rzecz.
Pew­nego dnia Hal­lam wszedł do labo­ra­to­rium (dokład­nie było to 3 paź­dzier­nika 2070 roku), przy­stą­pił do pracy i krótko przed dzie­siątą rano ją prze­rwał. Popa­trzył uważ­nie na butelkę i ją pod­niósł. Była tak samo zaku­rzona jak zawsze, naklejka była tak samo spło­wiała, a jed­nak Fre­de­rick zawo­łał:
– Cho­lera jasna; kto, do dia­bła, przy tym gme­rał?
Przy­naj­mniej taką wer­sję zda­rzeń opo­wia­dał Deni­son, który usły­szał krzyk Hal­lama i który jedno poko­le­nie póź­niej zre­la­cjo­no­wał sytu­ację Lamon­towi. Ofi­cjalna histo­ria odkry­cia, poda­wana w książ­kach, pomija użyte przez Hal­lama słow­nic­two. Wywo­łuje raczej wra­że­nie, że oto bystry che­mik zdał sobie sprawę z zaj­ścia prze­miany i natych­miast wycią­gnął daleko idące wnio­ski.
Tak nie było. Hal­lam nie miał zasto­so­wa­nia dla wol­framu; nie przed­sta­wiał on dla niego żad­nej war­to­ści i żadne mani­pu­la­cje przy nim także nie mia­łyby dla Hal­lama zna­cze­nia. Jed­nakże, podob­nie jak wielu ludzi, nie zno­sił, kiedy kto­kol­wiek rusza coś na jego biurku, i podej­rze­wał innych o to, że są skłonni ocho­czo to robić z czy­stej zło­śli­wo­ści.
W tam­tym cza­sie nikt się nie przy­znał, że coś wie o butelce z wol­fra­mem. Ben­ja­min Allan Deni­son usły­szał okrzyk Hal­lama, ponie­waż ich gabi­nety mie­ściły się naprze­ciwko sie­bie i obaj pozo­sta­wili sze­roko otwarte drzwi. Pod­niósł wzrok i napo­tkał oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie Fre­de­ricka.
Nie­spe­cjal­nie lubił Hal­lama (wła­ści­wie nikt za nim nie prze­pa­dał) a minio­nej nocy źle spał. Tak się zło­żyło, Deni­son przy­zna­wał to póź­niej, że nawet się ucie­szył, iż zna­lazł się ktoś, na kim może się wyła­do­wać. Hal­lam ide­al­nie nada­wał się do tego.
Kiedy Hal­lam pod­niósł butelkę, omal nie przy­kła­da­jąc jej do oczu Deni­sona, ten cof­nął się z nie­sma­kiem i spy­tał:
– I po cóż, u dia­ska, miał­bym inte­re­so­wać się twoim wol­fra­mem? Ja czy kto­kol­wiek inny. Przyj­rzyj się dobrze: widać, że od dwu­dzie­stu lat nikt nie otwie­rał tej butelki, a gdy­byś nie poło­żył na niej swo­ich brud­nych łap, byłoby także widać, że nikt jej nie doty­kał.
Hal­lam poczer­wie­niał ze zło­ści.
– Słu­chaj, czło­wieku, ktoś pod­mie­nił zawar­tość! – wypa­lił. – To nie ten wol­fram.
– A skąd ty możesz to wie­dzieć? – spy­tał Ben­ja­min, uda­jąc, że wącha butelkę.
Histo­rię two­rzą wła­śnie takie rze­czy – drobne zło­śli­wo­ści i bez­ce­lowe gniewne uwagi.
Słowa Deni­sona byłyby dotkliwe w każ­dym przy­padku. Obaj byli rów­nie mło­dymi naukow­cami, ale jego osią­gnię­cia robiły o wiele więk­sze wra­że­nie i to on był naj­bar­dziej inte­li­gent­nym mło­dym czło­wie­kiem w wydziale. Hal­lam zda­wał sobie z tego sprawę, a co gor­sza, wie­dział o tym sam Deni­son i wcale się z tym nie krył. To wła­śnie owo: „A skąd ty możesz to wie­dzieć?”, z wyraź­nym naci­skiem na „ty”, wypo­wie­dziane przez Deni­sona zmo­ty­wo­wało Hal­lama do wszyst­kich dal­szych dzia­łań. Gdyby nie usły­szał tego zda­nia, ni­gdy nie stałby się naj­więk­szym i naj­bar­dziej sza­no­wa­nym naukow­cem w histo­rii. Tak dokład­nie powie­dział póź­niej Deni­son w roz­mo­wie z Lamon­tem.
Według ofi­cjal­nej wer­sji owego pamięt­nego poranka Hal­lam przy­szedł do pracy, zauwa­żył, że w butelce nie ma już zaku­rzo­nych, utle­nio­nych kule­czek ani nawet kurzu na wewnętrz­nej powierzchni szkła, tylko czy­sty, poły­sku­jący metal. Oczy­wi­ście zba­dał, co się stało…
Odłóżmy jed­nak wer­sję ofi­cjalną. Wszystko było zasługą Deni­sona. Gdyby ogra­ni­czył się do pro­stego zaprze­cze­nia czy wzru­sze­nia ramion, być może Hal­lam wypy­tałby innych ludzi, a póź­niej zmę­czony nie­wy­ja­śnioną sytu­acją odsta­wiłby butelkę na bok, przez co przy­szłość ludz­ko­ści sta­łaby się tra­giczna, czy to stop­niowo, czy też nagle (w zależ­no­ści od tego, jak bar­dzo opóź­ni­łoby się osta­teczne odkry­cie zja­wi­ska). W każ­dym razie to nie Hal­lam nagło­śniłby całą sprawę, roz­pę­tu­jąc dal­szy bieg wyda­rzeń.
Lecz usły­szaw­szy dru­zgo­cące: „A skąd ty możesz to wie­dzieć?”, Hal­lam mógł jedy­nie odpa­ro­wać:
– Udo­wod­nię ci, że wiem.
A potem robił wszystko, żeby rze­czy­wi­ście to udo­wod­nić. Abso­lut­nym prio­ry­te­tem Hal­lama stała się ana­liza metalu ze sta­rej butelki na odczyn­niki, a głów­nym celem wyeli­mi­no­wa­nie wyrazu wyż­szo­ści z ozdo­bio­nej wąskim nosem twa­rzy Deni­sona i szy­der­czego uśmieszku wiecz­nie przy­kle­jo­nego do jego bla­dych ust.
Deni­son na zawsze zapa­mię­tał tamtą chwilę, ponie­waż to jego uwaga dopro­wa­dziła do tego, że Hal­lam dostał Nagrodę Nobla, a o nim samym świat zapo­mniał.
Nie wie­dział wów­czas (a nawet gdyby wie­dział, zupeł­nie by się tym nie przej­mo­wał), że Hal­lama cecho­wał nie­wia­ry­godny upór prze­cięt­niaka, który z powodu lęku potrze­buje bro­nić wła­snej dumy, i że ów upór okaże się więk­szy niż wro­dzona bły­sko­tli­wość Deni­sona.
Hal­lam natych­miast przy­stą­pił bez­po­śred­nio do rze­czy. Zaniósł butelkę z meta­lem do labo­ra­to­rium spek­tro­me­trii mas. Było to natu­ralne posu­nię­cie radio­che­mika. Znał tech­ni­ków z tego labo­ra­to­rium, współ­pra­co­wał z nimi wcze­śniej i miał siłę prze­ko­ny­wa­nia. Tak wielką, że zle­cone przez niego bada­nie wyko­nano wcze­śniej niż te, które wyda­wały się wów­czas daleko waż­niej­sze.
– Cóż, to nie wol­fram – oznaj­mił póź­niej tech­nik z labo­ra­to­rium.
Pełne, pozba­wione zwy­kle uśmie­chu obli­cze Hal­lama przy­brało wyraz zado­wo­le­nia.
– I bar­dzo dobrze. Powiemy to temu geniu­szowi Deni­so­nowi. Niech pan napi­sze spra­woz­da­nie i…
– Chwi­leczkę, dok­to­rze Hal­lam. Wiem, że to nie wol­fram, ale nie wiem, co to jest.
– Jak to nie wie pan?
– Wyniki bada­nia są dzi­waczne. – Tech­nik zasta­no­wił się chwilę. – To zna­czy, nie mogą być pra­wi­dłowe. Uzy­ska­łem nie­moż­liwy sto­su­nek ładunku do masy.
– W którą stronę „nie­moż­liwy”?
– Zbyt wysoki. To naprawdę nie­moż­liwe.
– Skoro tak – rzekł Hal­lam i, nie­za­leż­nie od motywu, jakim się kie­ro­wał, następne słowa umie­ściły go na dro­dze do Nagrody Nobla, można nawet utrzy­my­wać, że zasłu­żo­nej Nagrody Nobla – pro­szę okre­ślić czę­sto­tli­wość pro­mie­nio­wa­nia tej sub­stan­cji, a także ładu­nek. Niech pan nie ogra­ni­cza się do sie­dze­nia i mówie­nia, że coś jest nie­moż­liwe.
Kilka dni póź­niej zakło­po­tany tech­nik przy­szedł do gabi­netu Hal­lama.
Hal­lam, nie­czuły czło­wiek, zigno­ro­wał jego nie­pewną minę i rzekł:
– Czy okre­ślił pan… – Sam spoj­rzał z zakło­po­ta­niem na Deni­sona sie­dzą­cego przy biurku w swoim gabi­ne­cie i zamknął drzwi. – Czy okre­ślił pan ładu­nek jądra?
– Tak, ale wynik jest błędny.
– Trudno, Tracy. Pro­szę zmie­rzyć go jesz­cze raz.
– Powta­rza­łem bada­nie kil­ka­na­ście razy. Otrzy­muję błędny wynik.
– Skoro doko­nał pan pomiaru, wynik jest praw­dziwy. Pro­szę nie zaprze­czać fak­tom.
– Muszę, panie dok­to­rze – powie­dział Tracy, dra­piąc się za uchem. – Jeśli brać te wyniki poważ­nie, przy­niósł mi pan w butelce plu­ton-186.
– Plu­ton-186? Plu­ton-186?
– Ładu­nek wynosi +94, a masa – 186.
– Ale to nie­moż­liwe. Nie ma takiego izo­topu. Nie może być.
– Wła­śnie to panu mówię. Jed­nak takie są wyniki pomia­rów.
– Mówi pan o jądrze, w któ­rym bra­kuje ponad 50 neu­tro­nów. Nie można otrzy­mać plu­tonu-186. Nie da się ści­snąć 94 pro­to­nów w jed­nym jądrze razem z jedy­nie 92 neu­tro­nami i ocze­ki­wać, że będzie się to trzy­mało w kupie choćby przez jedną kwa­dry­lio­nową sekundy.
– Dokład­nie to usi­łuję panu powie­dzieć, panie dok­to­rze – zgo­dził się cier­pli­wie Tracy.
Hal­lam zaczął myśleć. Prze­cież z butelki znikł wol­fram, a jeden ze sta­bil­nych izo­to­pów wol­framu to wol­fram-186. Jądro atomu wol­framu-186 składa się z 74 pro­to­nów i 112 neu­tro­nów. Czy zatem coś spo­wo­do­wało, że 20 neu­tro­nów zmie­niło się w 20 pro­to­nów? To bez wąt­pie­nia nie­moż­liwe.
– Czy są jakie­kol­wiek oznaki pro­mie­nio­twór­czo­ści? – zapy­tał Hal­lam, pró­bu­jąc szu­kać drogi roz­wią­za­nia całej zagadki.
– Zada­łem już sobie to pyta­nie – odparł tech­nik. – To abso­lut­nie sta­bilny izo­top.
– W takim razie nie może to być plu­ton-186.
– Prze­cież mówię, panie dok­to­rze.
– Dobra, niech mi pan to odda – powie­dział z rezy­gna­cją Hal­lam.
Zna­la­zł­szy się sam na sam z butelką, usiadł i wpa­try­wał się w nią w osłu­pie­niu. Naj­bliż­szym w miarę sta­bil­nym izo­to­pem plu­tonu jest plu­ton-240, gdzie do tego, aby 94 pro­tony w odro­binę zbli­żony do sta­bil­no­ści spo­sób trzy­mały się razem, potrzeba 146 neu­tro­nów.
I co ma teraz zro­bić? Wyniki pomia­rów były dla Hal­lama nie­po­jęte; poża­ło­wał, że roz­po­czął bata­lię o zawar­tość butelki. W końcu obo­wiązki w pracy już wzy­wały, a zagad­kowa sub­stan­cja nie miała z nimi nic wspól­nego. Pew­nie Tracy zro­bił jakiś głupi błąd albo spek­tro­metr się zepsuł, a może…
No i co z tego? Trzeba o wszyst­kim zapo­mnieć!
Tyle że Hal­lam nie może tak zro­bić. Prę­dzej czy póź­niej wpad­nie Deni­son i z tym iry­tu­ją­cym uśmiesz­kiem spyta o wol­fram. I co mu Hal­lam powie? Czy może mu powie­dzieć: „To nie wol­fram, tak jak mówi­łem”?
Deni­son z pew­no­ścią odpo­wie na to: „Och, a więc co to jest?”. Hal­lam nie wyobra­żał sobie niczego, co mogłoby go skło­nić do wysta­wie­nia się na drwiny, jakie wywo­ła­łaby jego odpo­wiedź, że ma w butelce plu­ton-186. Musi odkryć, co to takiego, i to sam. Na pewno nie może nikomu w tej spra­wie zaufać.
Jakieś dwa tygo­dnie póź­niej wpadł do labo­ra­to­rium Tracy’ego w sta­nie, który naj­cel­niej można by nazwać praw­dziwą furią.
– Hej, czy nie mówił mi pan, że ta sub­stan­cja nie jest radio­ak­tywna?
– Jaka sub­stan­cja? – spy­tał machi­nal­nie Tracy, zanim przy­po­mniał sobie, o co cho­dzi.
– Ta, którą nazwał pan plu­to­nem-186.
– No tak. Cóż, wtedy była sta­bilna.
– Mniej wię­cej tak samo jak pań­skie zdro­wie psy­chiczne. Jeśli pań­skim zda­niem to coś nie jest radio­ak­tywne, powi­nien pan zostać hydrau­li­kiem.
– Dobrze, panie dok­to­rze – odpo­wie­dział Tracy. – Pro­szę mi to podać, zoba­czymy. – Po chwili zawo­łał: – Nie rozu­miem! Pro­mie­niuje. Słabo, ale pro­mie­niuje. Nie poj­muję, jak mogłem to prze­oczyć.
– No i do jakiego stop­nia mogę wie­rzyć w te pań­skie bzdury, że mam do czy­nie­nia z plu­to­nem-186?
Dla Hal­lama sprawa stała się paląca. Sytu­acja draż­niła go tak, że uwa­żał ją za oso­bi­stą znie­wagę. Kto­kol­wiek pod­mie­nił butelki czy też zawar­tość butelki musiał albo dopu­ścić się tego samego po raz drugi, albo stwo­rzyć nowy metal zapro­jek­to­wany spe­cjal­nie tak, aby zro­bić z niego idiotę. W każ­dym z powyż­szych przy­pad­ków Hal­lam był gotów poru­szyć niebo i zie­mię, żeby tylko roz­wi­kłać zagadkę. Jeśli oczy­wi­ście zdoła to zro­bić.
Był naprawdę uparty i nie­ustę­pliwy, więc nie­ła­two było go zbyć. Poszedł pro­sto do G.C. Kan­tro­wit­scha, zna­ko­mi­tego naukowca, który od następ­nego roku prze­cho­dził na eme­ry­turę. Trudno było prze­ko­nać Kan­tro­wit­scha do udzie­le­nia pomocy, ale kiedy w końcu się Hal­la­mowi udało, sprawy poto­czyły się bar­dzo szybko.
Dwa dni póź­niej Kan­tro­witsch wpadł do gabi­netu Hal­lama nie­zwy­kle pod­eks­cy­to­wany.
– Czy doty­kał pan ten sub­stan­cji rękami? – spy­tał.
– Pra­wie nie – odpo­wie­dział Hal­lam.
– Niech pan tego nie robi. Jeśli jesz­cze zostało panu tro­chę, pro­szę tego nie doty­kać. Emi­tuje pozy­tony.
– Naprawdę?
– W dodatku ni­gdy nie obser­wo­wa­łem pozy­to­nów o tak wyso­kiej ener­gii… Poza tym prze­ka­zane mi przez pana wyniki pomia­rów radio­ak­tyw­no­ści są za niskie.
– Za niskie?
– Zde­cy­do­wa­nie. Naj­bar­dziej zaś nie­po­koi mnie to, że powta­rzam pomiary i za każ­dym razem pro­mie­niuje ona odro­binę sil­niej niż przy poprzed­nim pomia­rze.

6
(ciąg dalszy)

Bronow­ski zna­lazł w prze­stron­nej kie­szeni mary­narki jabłko i wgryzł się w nie.
– Dobra, widzia­łeś się z Hal­la­mem i tak jak się spo­dzie­wa­łeś, wyrzu­cił cię za drzwi. Co zro­bisz teraz?
– Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem. Ale cokol­wiek to będzie, zrzuci go z pie­de­stału i Hal­lam wylą­duje na tyłku. Wiesz, do tej pory widzia­łem go tylko raz, przed laty, kiedy tu przy­je­cha­łem. Wtedy uwa­ża­łem go za wiel­kiego czło­wieka. Wielki czło­wiek jest naj­więk­szym zbó­jem w histo­rii nauki. Napi­sał wła­sną wer­sję histo­rii Pompy, wiesz, stwo­rzył tę histo­rię tutaj. – Lamont postu­kał się w skroń. – Wie­rzy we wła­sne fan­ta­zje i wal­czy o nie z chorą wście­kło­ścią. To karzeł, który ma tylko jeden talent, umie­jęt­ność prze­ko­ny­wa­nia innych, że jest olbrzy­mem.
Lamont uniósł wzrok na sze­ro­kie, łagodne obli­cze roz­ba­wio­nego teraz Bro­now­skiego i par­sk­nął śmie­chem.
– Cóż, nic dobrego z tego nie wynik­nie, zresztą już ci mówi­łem.
– Wie­lo­krot­nie – zgo­dził się Bro­now­ski.
– Przy­tła­cza mnie jed­nak świa­do­mość, że cały świat spo­czywa w moich…

2

 
Kiedy Hal­lam po raz pierw­szy pod­niósł butelkę i zoba­czył, że wol­fram się zmie­nił, Peter Lamont miał dwa lata. Gdy skoń­czył dwa­dzie­ścia pięć lat, obro­nił dok­to­rat i został zatrud­niony rów­no­cze­śnie w Pierw­szej Sta­cji Pomp oraz na wydziale fizyki uni­wer­sy­tetu.
Dla tak mło­dego czło­wieka były to poważne osią­gnię­cia. Pierw­sza Sta­cja Pomp nie wyglą­dała tak nowo­cze­śnie jak te now­sze, ale to od niej wszystko się zaczęło – łań­cuch sta­cji opa­su­jący kulę ziem­ską. Pra­co­wały, mimo że od chwili opra­co­wa­nia całej tech­no­lo­gii minęło zale­d­wie parę­dzie­siąt lat. Żaden z wiel­kich wyna­laz­ków nie roz­po­wszech­nił się rów­nie szybko w skali glo­bal­nej. Lecz to nic dziw­nego. Pompa Elek­tro­nowa ozna­czała dar­mowe, nie­wy­czer­palne i nie­spra­wia­jące żad­nych pro­ble­mów źró­dło ener­gii. To tak, jakby cały świat odwie­dził nagle Święty Miko­łaj albo odna­le­ziono lampę Ala­dyna.
U progu kariery zawo­do­wej Lamont zamie­rzał roz­wią­zy­wać zagad­nie­nia teo­re­tyczne o naj­wyż­szym stop­niu abs­trak­cji. Szybko zafa­scy­no­wała go jed­nak zadzi­wia­jąca histo­ria powsta­nia Pompy Elek­tro­no­wej. Do tej pory nie spi­sała jej w cało­ści osoba, która rze­czy­wi­ście rozu­miała teo­rię dzia­ła­nia Pompy (w takim stop­niu, w jakim w ogóle można było ją zro­zu­mieć) i która potra­fi­łaby wytłu­ma­czyć tak trudną tema­tykę sze­ro­kim rze­szom spo­łe­czeń­stwa. Pew­nie, sam Hal­lam napi­sał sze­reg arty­ku­łów dla środ­ków maso­wego prze­kazu, lecz nie sta­no­wiły one spój­nej, prze­my­śla­nej histo­rii. Lamont obrał sobie za cel napi­sa­nie wła­śnie takiego dzieła.
Zaczął od szcze­gó­ło­wego zapo­zna­nia się z arty­ku­łami Hal­lama i innymi opu­bli­ko­wa­nymi wspo­min­kami, czyli, można by rzec, ofi­cjal­nymi doku­men­tami. Na ich pod­sta­wie doszedł do momentu, w któ­rym Hal­lam wypo­wie­dział zda­nie, które wstrzą­snęło świa­tem – do Wiel­kiego Wglądu, jak to czę­sto nazy­wano (zawsze uży­wa­jąc wiel­kich liter).
Oczy­wi­ście póź­niej, kiedy Lamont doznał roz­cza­ro­wa­nia, zba­dał sprawę głę­biej i w jego gło­wie zro­dziło się pyta­nie, czy naj­słyn­niej­sza uwaga Hal­lama rze­czy­wi­ście została wypo­wie­dziana przez niego. Hal­lam roz­po­czął jej roz­po­wszech­nia­nie od słyn­nego semi­na­rium nauko­wego, po któ­rym na dobre roz­po­częto prace nad Pompą Elek­tro­nową. Oka­zało się jed­nak, że pozna­nie szcze­gó­łów na temat owego semi­na­rium było ogrom­nie trudne, a dotar­cie do nagrań dźwię­ko­wych prak­tycz­nie nie­moż­liwe.
Lamont zaczął w końcu podej­rze­wać, że nie­mal cał­ko­wity brak rela­cji ze słyn­nego semi­na­rium nie był cał­kiem przy­pad­kowy. W bły­sko­tliwy spo­sób zesta­wił ze sobą kilka fak­tów i wyda­wało się, że to może John F.X. McFar­land wypo­wie­dział stwier­dze­nie podobne do tego, któ­rego autor­stwo przy­pi­sy­wano Hal­la­mowi – i że zro­bił to przed Hal­la­mem.
Lamont wybrał się do McFar­landa, któ­rego nazwi­sko w ogóle nie wystę­po­wało w ofi­cjal­nych rela­cjach z wyda­rzeń. McFar­land zaj­mo­wał się wła­śnie bada­niem gór­nych warstw atmos­fery, a szcze­gól­nie zja­wisk zwią­za­nych z wia­trem sło­necz­nym. Nie była to awan­gar­dowa dzie­dzina, ale upra­wia­nie jej przy­no­siło okre­ślone korzy­ści. Poza tym badała także efekty funk­cjo­no­wa­nia Pompy Elek­tro­no­wej. McFar­land zdo­łał unik­nąć odej­ścia w zapo­mnie­nie, w prze­ci­wień­stwie do Deni­sona.
John McFar­land oka­zał Lamon­towi grzecz­ność i oznaj­mił, że jest gotów roz­ma­wiać na każdy temat z wyjąt­kiem prze­biegu słyn­nego semi­na­rium. Twier­dził, że go nie pamięta.
Lamont nie ustą­pił i zacy­to­wał zebrane przez sie­bie dowody.
McFar­land wyjął fajkę, nabił ją, przyj­rzał się sta­ran­nie jej zawar­to­ści, po czym powie­dział w oso­bli­wym sku­pie­niu:
– Posta­no­wi­łem nie pamię­tać, ponie­waż to nie ma zna­cze­nia, naprawdę nie ma. Wyobraźmy sobie, że utrzy­my­wał­bym, że to ja coś powie­dzia­łem. Nikt by mi nie uwie­rzył. Wyszedł­bym na idiotę i do tego mega­lo­mana.
– A Hal­lam posta­rałby się, żeby prze­szedł pan na eme­ry­turę?
– Tego nie mówię. Jed­nak sądzę, że zło­że­nie tego rodzaju oświad­cze­nia nie przy­nio­słoby mi nic dobrego. Poza tym cóż to za róż­nica?
– To kwe­stia prawdy histo­rycz­nej! – powie­dział Lamont.
– Och, bzdura. Prawda histo­ryczna jest taka, że Hal­lam ani przez chwilę nie dawał za wygraną. Skła­niał wszyst­kich do pod­ję­cia badań nad dziwną sub­stan­cją, czy tego chcieli, czy nie. Gdyby nie on, ta próbka wol­framu eks­plo­do­wa­łaby w końcu, zabi­ja­jąc nie wiem ilu ludzi. Być może ni­gdy nie byłoby dru­giej, podob­nej próbki, a zatem ni­gdy nie mie­li­by­śmy Pompy. Hal­lam zasłu­guje na sławę jej odkrywcy, nawet jeśli na nią nie zasłu­guje – a jeśli to, co teraz powie­dzia­łem, nie ma sensu, nic na to nie pora­dzę, bo histo­ria nie ma sensu.
Wyja­śnie­nia te nie zado­wo­liły Lamonta, ale musiały mu wystar­czyć, ponie­waż McFar­land nie chciał mówić nic wię­cej.
Prawda histo­ryczna!
Nie­bu­dzącą wąt­pli­wo­ści czę­ścią prawdy histo­rycz­nej było to, że z powodu pro­mie­nio­wa­nia joni­zu­ją­cego emi­to­wa­nego przez „wol­fram Hal­lama” (jak zaczęto to zwy­cza­jowo nazy­wać) próbka wzbu­dziła zain­te­re­so­wa­nie wszyst­kich. Nie miało zna­cze­nia, czy ów metal był wol­framem, czy też czymś innym, ani to, czy ktoś go pod­mie­nił, czy nie. Ani nawet to, czy był to izo­top, który nie miał prawa ist­nieć, czy coś zupeł­nie innego. Wszyst­kie te pyta­nia bla­dły wobec faktu ist­nie­nia cze­goś – cokol­wiek to było – co emi­to­wało coraz sil­niej­sze pro­mie­nio­wa­nie w warun­kach, które wyklu­czały zacho­dze­nie jakie­go­kol­wiek typu roz­padu pro­mie­nio­twór­czego, pole­ga­ją­cego na jakiej­kol­wiek licz­bie zna­nych pod­ów­czas eta­pów.
– Lepiej to roz­proszmy – mruk­nął po chwili Kan­tro­witsch. – Jeśli będziemy trzy­mać tę sub­stan­cję w spo­rych kawał­kach, wypa­ruje albo eks­plo­duje i skazi pół mia­sta.
Sprosz­ko­wano więc zawar­tość butelki i roz­pro­szono sub­stan­cję, począt­kowo mie­sza­jąc ją ze zwy­kłym wol­fra­mem. Póź­niej, kiedy z kolei wol­fram zaczął pro­mie­nio­wać, zmie­szano go z gra­fi­tem, któ­rego prze­krój czynny jest mniej­szy.
Nie­całe dwa mie­siące po tym, kiedy Hal­lam zwró­cił uwagę na zmianę zawar­to­ści butelki, Kan­tro­witsch napi­sał arty­kuł do „Nuc­lear Reviews”, doda­jąc nazwi­sko Hal­lama jako współ­au­tora. W arty­kule obwie­ścił ist­nie­nie plu­tonu-186. W ten spo­sób potwier­dził opi­nię wyra­żoną przez Tracy’ego, ale nazwi­sko tego ostat­niego nie zostało wymie­nione ani wtedy, ani ni­gdy póź­niej. Od tego momentu wol­fram Hal­lama zaczął robić zawrotną karierę, a Deni­son zaczął doświad­czać zda­rzeń, któ­rych fina­łem był koniec jego kariery.
Ist­nie­nie plu­tonu-186 było wystar­cza­jąco nie­po­ko­ją­cym fak­tem. Lecz znacz­nie gor­sze było to, że na początku ów metal był sta­bilny, a póź­niej z nie­wy­ja­śnio­nych powo­dów coraz sil­niej pro­mie­nio­wał.
Zwo­łano semi­na­rium, pod­czas któ­rego naukowcy mieli zająć się poszu­ki­wa­niem roz­wią­zań pro­blemu. Obrady pro­wa­dził Kan­tro­witsch, co jest godne odno­to­wa­nia ze wzglę­dów histo­rycz­nych, ponie­waż wtedy po raz ostatni w histo­rii Pompy Elek­tro­no­wej odbyło się ważne spo­tka­nie na jej temat pod prze­wod­nic­twem kogoś innego niż Hal­lam. W rze­czy samej pięć mie­sięcy póź­niej Kan­tro­witsch zmarł i w ten spo­sób zni­kła jedyna postać, któ­rej pre­stiż mógł przy­ćmie­wać sławę Hal­lama.
Semi­na­rium miało wyjąt­kowo bez­owocny prze­bieg do momentu, w któ­rym Hal­lam obwie­ścił zebra­nym uzy­ska­nie Wiel­kiego Wglądu. Jed­nak w wer­sji wyda­rzeń zre­kon­stru­owa­nej przez Lamonta praw­dziwy prze­łom nastą­pił pod­czas prze­rwy obia­do­wej. To wtedy McFar­land, któ­remu w ofi­cjal­nych zapi­sach nie przy­pi­suje się żad­nej wypo­wie­dzi, choć jego nazwi­sko wid­nieje na liście uczest­ni­ków semi­na­rium, rzekł:
– Wie pan co, musimy tro­chę popu­ścić wodze fan­ta­zji. Przy­pu­śćmy…
McFar­land mówił do Dide­ricka van Kle­mensa, który zre­la­cjo­no­wał tę roz­mowę w tele­gra­ficz­nym skró­cie we wła­snych notat­kach. Na długo przed tym, nim Lamont odkrył ten fakt, Van Kle­mens umarł. Choć jego notatki prze­ko­nały Lamonta, stwier­dził on, że nie będą sta­no­wiły dowodu praw­dzi­wo­ści jego wer­sji histo­rii, jeśli nie uzy­ska innego jej potwier­dze­nia. Co wię­cej, nie było spo­sobu udo­wod­nie­nia, że Hal­lam pod­słu­chał roz­mowę. Lamont byłby gotów posta­wić for­tunę na to, że Hal­lam znaj­do­wał się na tyle bli­sko, że sły­szał wypo­wiedź McFar­landa. Jed­nak nawet tak silne prze­ko­na­nie nie wystar­czało za dowód.
A gdyby tak Lamon­towi udało się udo­wod­nić całą sprawę? Nie­skry­wana pycha Hal­lama osła­błaby zapewne, ale jego pozy­cja i tak pozo­sta­łaby raczej nie­za­gro­żona. Dowo­dzono by, że dla McFar­landa jego wła­sna wypo­wiedź była tylko fan­ta­zją. To Hal­lam zaak­cep­to­wał ją jako poważną hipo­tezę. Wszak to on sta­nął naprze­ciw wszyst­kich i ofi­cjal­nie ją posta­wił, ryzy­ku­jąc drwiny. McFar­lan­dowi z pew­no­ścią nawet nie przy­szłoby do głowy, żeby popusz­cze­nie przez niego „wodzy fan­ta­zji” miało zostać ofi­cjal­nie odno­to­wane.
Lamont miałby kontr­ar­gu­menty: McFar­land był w owym cza­sie zna­nym fizy­kiem jądro­wym i ryzy­ko­wał utratą repu­ta­cji, a Hal­lam – mło­dym radio­che­mi­kiem, który mógł opo­wia­dać na temat fizyki jądro­wej, co tylko chciał, i ujść z tym na sucho jako nie­spe­cja­li­sta.
W każ­dym razie według ofi­cjal­nej wer­sji histo­rii Hal­lam powie­dział:
– Pano­wie, do niczego nie możemy dojść. Chciał­bym zatem posta­wić hipo­tezę; nie dla­tego, żeby była z całą pew­no­ścią sen­sowna, ale dla­tego że to mniej­szy non­sens niż wszystko, co do tej pory sły­sza­łem na tej sali… Mamy do czy­nie­nia z plu­to­nem-186, sub­stan­cją, która w ogóle nie może ist­nieć, a już tym bar­dziej nie może być nawet przez chwilę sta­bilna, jeśli tylko natu­ralne prawa rzą­dzące Wszech­świa­tem mają jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Skoro wspo­mniana sub­stan­cja nie­wąt­pli­wie ist­nieje i począt­kowo była sta­bilna, to musiała ona, przy­naj­mniej na początku, ist­nieć w miej­scu czy cza­sie albo w warun­kach, w któ­rych prawa rzą­dzące Wszech­świa­tem były inne, niż są. Ujmu­jąc to wprost, badana przez nas sub­stan­cja nie powstała w naszym, ale w innym, alter­na­tyw­nym Wszech­świe­cie… rów­no­le­głym Wszech­świe­cie. Mniej­sza o nazwę. Zna­la­zł­szy się tutaj – nie udaję, że wiem, w jaki spo­sób się prze­do­stała – pozo­sta­wała sta­bilna. Sta­wiam hipo­tezę, że to dla­tego, że przy­nio­sła ze sobą prawa natury z wła­snego Wszech­świata. To, że powoli stała się radio­ak­tywna i z cza­sem pro­mie­niuje coraz sil­niej, może zna­czyć, że prawa naszego Wszech­świata stop­niowo zaczęły do niej prze­sią­kać, jeśli rozu­mieją pano­wie, o co mi cho­dzi. Zwra­cam uwagę, że w tym samym cza­sie, w któ­rym poja­wił się plu­ton-186, zni­kła próbka wol­framu, zło­żona z kilku sta­bil­nych izo­to­pów, w tym wol­framu-186. Mogła przejść do wspo­mnia­nego rów­no­le­głego Wszech­świata. W końcu logiczne jest przy­pusz­cze­nie, że zaj­ście wymiany mas jest łatwiej­sze niż prze­pływ tylko w jedną stronę. Być może w para­lel­nym Wszech­świe­cie wol­fram-186 jest podob­nego rodzaju ano­ma­lią jak plu­ton-186 w naszym. Być może począt­kowo zacho­wuje sta­bil­ność, a póź­niej stop­niowo zaczyna coraz sil­niej pro­mie­nio­wać. Wresz­cie nie­wy­klu­czone, że może tam słu­żyć za źró­dło ener­gii, tak samo jak plu­ton-186 u nas.
Słu­cha­cze musieli w zdu­mie­niu nad­sta­wiać uszu, gdyż nie odno­to­wano, aby kto­kol­wiek prze­ry­wał Hal­la­mowi, przy­naj­mniej do tego ostat­niego zda­nia. Po nim Hal­lam naj­wy­raź­niej zro­bił pauzę, żeby zła­pać oddech i być może zasta­no­wić się nad wła­sną zuchwa­ło­ścią.
Ktoś ze słu­cha­czy (praw­do­po­dob­nie Anto­ine-Jerome Lapin, choć nie podano tego w jasny spo­sób) zapy­tał, czy dok­tor Hal­lam suge­ruje, że jakaś inte­li­gentna istota z para-Wszech­świata spe­cjal­nie doko­nała zamiany sub­stan­cji w celu pozy­ska­nia źró­dła ener­gii. Ter­min „para-Wszech­świat”, skrót okre­śle­nia „para­lelny Wszech­świat”, wszedł do języka, użyty po raz pierw­szy w tym pyta­niu.
Po chwili mil­cze­nia Hal­lam, ośmie­lony jak ni­gdy, oznaj­mił – i wła­śnie to uznano za sedno Wiel­kiego Wglądu:
– Rze­czy­wi­ście tak uwa­żam i sądzę, że nie da się wyko­rzy­sty­wać wspo­mnia­nego źró­dła ener­gii, jeśli Wszech­świat i para-Wszech­świat nie będą współ­pra­co­wać; każdy będzie sta­no­wił jak gdyby połowę pompy, tło­czą­cej ener­gię od nich do nas i od nas do nich, dzięki wyko­rzy­sta­niu róż­nic w natu­ral­nych pra­wach rzą­dzą­cych oby­dwoma Wszech­światami.
Tym samym Hal­lam zaak­cep­to­wał poję­cie „para-Wszech­świat”, wpro­wa­dza­jąc je do wła­snej ter­mi­no­lo­gii. Co wię­cej, po raz pierw­szy użył w odnie­sie­niu do całej sprawy słowa „pompa” (odtąd zawsze pisa­nego wielką literą).
Z ofi­cjal­nych rela­cji z semi­na­rium można odnieść wra­że­nie, że posta­wiona przez Hal­lama hipo­teza natych­miast wywo­łała burz­liwą dys­ku­sję. Tak nie było. Ci, któ­rzy w ogóle zechcieli wypo­wie­dzieć się na jej temat, ogra­ni­czyli się do opi­nii, że to zabawna spe­ku­la­cja. Co godne odno­to­wa­nia, Kan­tro­witsch w ogóle się nie ode­zwał. Miało to klu­czowe zna­cze­nie dla roz­woju dal­szej kariery Hal­lama.
Hal­lam nie do końca był w sta­nie samo­dziel­nie opra­co­wać teo­re­tyczne i prak­tyczne wnio­ski pły­nące z jego wła­snej suge­stii. Potrzebny był do tego zespół naukow­ców i taki też stop­niowo powstał. Mimo to nikt z jego człon­ków otwar­cie się nie przy­zna­wał, że opo­wiada się za pro­po­zy­cją Hal­lama. Zro­bili to dopiero potem, kiedy było już za późno. Kiedy już odnie­siono suk­ces, opi­nia publiczna uwa­żała, że wszel­kie zasługi należą się wyłącz­nie Hal­lamowi. Świat był prze­ko­nany, że to sam Hal­lam naj­pierw odkrył tajem­ni­czą sub­stan­cję, póź­niej doszedł do Wiel­kiego Wglądu i ogło­sił go światu, zatem stał się Ojcem Pompy Elek­tro­no­wej.
I tak w naj­roz­ma­it­szych labo­ra­to­riach powy­kła­dano kuleczki wol­framu jako coś w rodzaju przy­nęty. Co dzie­siąta próbka zmie­niła się podob­nie jak ta pierw­sza, przez co powstały nowe zasoby plu­tonu-186. Pozo­sta­wiano także próbki innych pier­wiast­ków, lecz bez rezul­tatu… Nie­za­leż­nie od tego, gdzie poja­wił się plu­ton-186 i kto prze­wo­ził go do sie­dziby orga­ni­za­cji badaw­czej pra­cu­ją­cej nad całą sprawą, opi­nia publiczna sły­szała o nowej por­cji „wol­framu Hal­lama”.
Co wię­cej, to Hal­la­mowi udało się naj­sku­tecz­niej zapre­zen­to­wać sze­ro­kim rze­szom spo­łe­czeń­stwa nie­które aspekty teo­rii. Ku wła­snemu zdu­mie­niu (co póź­niej przy­znał) oka­zał się zdol­nym pisa­rzem i bar­dzo spodo­bało mu się popu­la­ry­zo­wa­nie wie­dzy nauko­wej. Suk­ces rzą­dzi się swo­imi pra­wami i ludzie chcieli sły­szeć o postę­pach całego przed­się­wzię­cia jedy­nie od Hal­lama.
W słyn­nym arty­kule, który uka­zał się w „North Ame­ri­can Sun­day Tele-Times Weekly”, Hal­lam napi­sał:
„Nie jeste­śmy w sta­nie stwier­dzić, jak bar­dzo prawa rzą­dzące para-Wszech­świa­tem róż­nią się od tych, które obo­wią­zują w naszym Wszech­świe­cie, jed­nakże możemy z dużą dozą pew­no­ści przy­pu­ścić, iż oddzia­ły­wa­nie silne, naj­po­tęż­niej­sze znane oddzia­ły­wa­nie w naszym Wszech­świe­cie, jest jesz­cze sil­niej­sze w para-Wszech­świe­cie; być może nawet sto razy. Wynika z tego, że pro­tony łatwiej trzy­mają się razem, prze­zwy­cię­ża­jąc siły wza­jem­nych oddzia­ły­wań elek­tro­sta­tycz­nych, w związku z czym jądro atomu potrze­buje mniej neu­tro­nów, aby zacho­wać sta­bil­ność.
Plu­ton-186, który w tym dru­gim Wszech­świe­cie jest sta­bilny, zawiera o wiele za dużo pro­to­nów, czy też o wiele za mało neu­tro­nów, aby pozo­sta­wał sta­bilny u nas, gdzie oddzia­ły­wa­nia silne są słab­sze. W naszym Wszech­świe­cie plu­ton-186 zaczyna pro­mie­nio­wać, emi­tu­jąc pozy­tony oraz ener­gię. Z każ­dym wyemi­to­wa­nym pozy­to­nem jeden pro­ton w obrę­bie jądra jed­nego z ato­mów zmie­nia się w neu­tron. W końcu po dwa­dzie­ścia pro­to­nów na każde jądro ato­mowe zmie­nia się w neu­trony, czyli tym samym plu­ton-186 zmie­nia się w wol­fram-186, który zgod­nie z pra­wami naszego Wszech­świata jest sta­bilny. Pod­czas owego pro­cesu zostaje wyeli­mi­no­wa­nych po dwa­dzie­ścia pozy­to­nów na każde jądro ato­mowe. Te pozy­tony napo­ty­kają elek­trony i łączą się z nimi, wspól­nie ani­hi­lu­jąc i wyzwa­la­jąc przy tym kolejne ilo­ści ener­gii. Wynika z tego, że na każde przy­słane do nas jądro ato­mowe plu­tonu-186 nasz Wszech­świat osta­tecz­nie traci dwa­dzie­ścia elek­tro­nów.
Rów­no­cze­śnie do para-Wszech­świata prze­sy­łany jest wol­fram-186, który tam staje się nie­sta­bilny z nie­jako prze­ciw­nego powodu: według praw rzą­dzą­cych para-Wszech­świa­tem wol­fram-186 ma zbyt wiele neu­tro­nów, czy też innymi słowy za mało pro­to­nów. Jądra ato­mów wol­framu-186 zaczy­nają emi­to­wać tam elek­trony oraz ener­gię, przy czym z wraz z emi­sją każ­dego elek­tronu jeden neu­tron zamie­nia się w pro­ton. Wresz­cie wol­fram-186 staje się plu­to­nem-186. Zatem przej­ście każ­dego jądra wol­framu-186 do para-Wszech­świata koń­czy się doda­niem mu dwu­dzie­stu elek­tro­nów.
Ów cykl plu­to­nowo-wol­fra­mowy, zwią­zany z wymianą mate­rii pomię­dzy dwoma Wszech­świa­tami, może trwać w nie­skoń­czo­ność, przy czym ener­gia uwal­nia się zarówno we Wszech­świe­cie, jak w para-Wszech­świe­cie. Po zakoń­cze­niu każ­dego cyklu na każde prze­nie­sione jądro ato­mowe nastę­puje trans­fer dwu­dzie­stu elek­tro­nów z naszego Wszech­świata do tego dru­giego. Oby­dwie strony mogą pozy­ski­wać ener­gię z owej Mię­dzyw­szech­świa­to­wej Pompy Elek­tro­no­wej”.
Zamiana teo­rii Hal­lama na rze­czy­wi­stość i stwo­rze­nie dzia­ła­ją­cej Pompy Elek­tro­no­wej jako źró­dła ener­gii zajęły bar­dzo nie­wiele czasu. Wyda­rze­nia bie­gły z osza­ła­mia­jącą szyb­ko­ścią, a każdy kolejny suk­ces zwięk­szał pre­stiż Hal­lama.

 
Wesprzyj nas