Wstrząsający thriller kryminalny autora bestsellerów “Zwierz”, “Łowca” i “Dom”. Autor nie chce nas szokować, ale nie zamierza też dbać o nasze samopoczucie. Pokazuje jedną z twarzy przemocy domowej w Polsce.


Wrocław, lato 2018 roku. W śmietniku w centrum miasta znaleziono zwłoki noworodka. Śledztwo prowadzi wydział zabójstw komendy wojewódzkiej.

Policjanci sprawdzają różne tropy i ustalają przyczyny śmierci – z tak przerażającą zbrodnią nie mieli dotychczas do czynienia.

Czy to matka podjęła decyzję o zabiciu własnego dziecka?

Czy strach usprawiedliwia zbrodnię?

Jak daleko może posunąć się zdesperowana kobieta?

***

“Decyzja” wali czytelnika obuchem prosto w głowę. Autor nie chce nas szokować, ale nie zamierza też dbać o nasze samopoczucie. Pokazuje jedną z twarzy przemocy domowej w Polsce. A przy tym, Piotrowi Kościelnemu nie można odmówić empatii i tego, że ma serducho po właściwej stronie. Dużym plusem tej powieści jest też jej autentyzm i dobrze opisana praca policji.
Wojciech Chmielarz

Mocno. Brudno. Na ostatnim oddechu. Ostrzegam! Po tej lekturze trudno zapomnieć, że to dzieje się w Twoim mieście, na osiedlu, za rogiem, w mieszkaniu obok… Twoja Decyzja.
Daniel Dyk – podcast Sceny zbrodni

Justyna mogłaby być klientką Niebieskiej Linii. Choć chcę wierzyć, że gdyby nią była – decyzja okazałaby się inna. Ale wtedy nie trzymalibyście w rękach książki Piotra Kościelnego, która łapie za gardło i nie puszcza do ostatniej strony.
Renata Durda – Niebieska Linia IPZ

Piotr Kościelny
Decyzja
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 28 września 2022
 
 


1

WRO­CŁAW, 10 LIPCA 2018 R.

Adam Gór­ski odpa­lił papie­rosa i spoj­rzał na swój wózek, w któ­rym znaj­do­wały się dwa worki z pusz­kami alu­mi­nio­wymi.
Od trzech lat dora­biał sobie do renty, zbie­ra­jąc złom. Miał stwier­dzone orze­cze­nie o nie­peł­no­spraw­no­ści i nie mógł pra­co­wać, zresztą – tak po praw­dzie – to nie bar­dzo chciał. Miesz­kał z matką i jakoś sobie we dwójkę radzili. Fakt, było ciężko, ledwo wią­zali koniec z koń­cem, ale pomimo tego nie zszedł na złą drogę. Nie chciał wró­cić za kraty, wystar­czy, że w mło­do­ści spę­dził tam dwa lata. Ni­gdy się nie oże­nił. Żadna go nie chciała. Był niski, łysie­jący i na doda­tek powłó­czył lewą nogą. Marny kan­dy­dat do żeniaczki. Cho­ciaż chciał kogoś poznać. Kie­dyś nawet się zasta­na­wiał, czy nie zało­żyć konta na por­talu rand­ko­wym, ale osta­tecz­nie się nie zde­cy­do­wał. Teraz każda patrzy tylko na wygląd i zasob­ność port­fela. Kobiet, dla któ­rych liczy się wnę­trze, to ze świecą szu­kać. A on chciał kochać i być kochany.
Rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię i spoj­rzał na swoje paznok­cie. Dawno ich nie obci­nał. Nie pamię­tał też, kiedy ostatni raz je czy­ścił. Pod żół­tym od niko­tyny łukiem wid­niał brud.
– Dobra, pora wra­cać do roboty – powie­dział do sie­bie.
Nabrał powie­trza w płuca, się­gnął do dużego kon­te­nera i wycią­gnął pierw­szy worek. Już przez folię zauwa­żył kilka puszek po piwie. W tej oko­licy było parę aka­de­mi­ków, a w nich nie­je­den ama­tor bursz­ty­no­wego nek­taru. Nawet kilka kilo­gra­mów alu­mi­nium można było uzbie­rać. Oczy­wi­ście kon­ku­ren­tów do kon­te­ne­rów z odpa­dami miał wielu, jed­nak sta­rali się nie wcho­dzić sobie w drogę.
Wsu­nął rękę do worka, wycią­gnął dwie puszki i rzu­cił na chod­nik. Zaraz je zgnie­cie, aby wię­cej się zmie­ściło na wózku. Się­gnął ponow­nie do środka i poczuł coś dziw­nego. Na dłoni miał jakąś maź.
Szybko wyjął rękę. Cała była umo­ru­sana w kale. W powie­trze uniósł się cha­rak­te­ry­styczny smród. Dopiero teraz zoba­czył w głębi worka rzad­kie psie odchody zawi­nięte w gazetki rekla­mowe.
– Kurwa mać! – zaklął.
Wtedy zauwa­żył leżący w kon­te­ne­rze kawa­łek bia­łego mate­riału. Wyglą­dało to na skra­wek prze­ście­ra­dła. Chciał zetrzeć kał z ręki, uniósł mate­riał i zamarł.
Pod nim w worku na śmieci leżało ciało nowo­rodka.
– Kurwa… – szep­nął Gór­ski. – Ja pier­dolę…
Sły­szał o zwło­kach odkry­wa­nych w kubłach na śmieci, ale ni­gdy oso­bi­ście z czymś takim się nie spo­tkał. Nie miał poję­cia, co robić. Zapo­mniał nawet o odcho­dach na swo­jej ręce. Po pro­stu stał i patrzył na zwłoki.
Kusiło go, aby uciec, ale prze­cież poli­cja i tak go znaj­dzie.
Czy­stą ręką wycią­gnął z kie­szeni tele­fon i wybrał numer alar­mowy.
Wie­dział, że teraz zaczną się pro­blemy.

* * *

Komi­sarz Woj­ciech „Kosa” Kosow­ski zapar­ko­wał za radio­wo­zem. Kilka minut temu dostał infor­ma­cję o zna­le­zie­niu zwłok nowo­rodka w kon­te­ne­rze na odpady.
Wysiadł ze służ­bo­wej kijanki i zało­żył latek­sowe ręka­wiczki. Mun­du­rowi zdą­żyli już roz­wi­nąć taśmę obok pojem­nika. Było led­wie po pią­tej rano, ale w pobliżu zaczęli się gro­ma­dzić pierwsi gapie, głów­nie mło­dzież wra­ca­jąca z pubów.
Kosow­ski prze­szedł pod taśmą i sta­nął obok Jacka Bier­nac­kiego. Szef tech­ni­ków zabez­pie­czał wła­śnie ślady na kon­te­ne­rze.
– Co my tu mamy?
– Tam­ten menel zna­lazł ciało. – Bier­nacki wska­zał głową na sto­ją­cego kil­ka­na­ście metrów dalej męż­czy­znę. – Powie­dział, że szu­kał puszek po piwie. Pod­niósł jakiś worek i zoba­czył mar­twego nowo­rodka.
Kosa zaj­rzał do pojem­nika. W roze­rwa­nym worku na śmieci zoba­czył sine ciałko nowo naro­dzo­nej dziew­czynki. Nie miała wię­cej niż kil­ka­na­ście godzin. Pod zwło­kami leżała pępo­wina i łoży­sko. Wzdry­gnął się na ten widok. Krzywda zwie­rząt i dzieci zawsze dzia­łała na niego jak płachta na byka. Mógł znieść, że jeden zbir leje lub zabija dru­giego. Mógł nawet zro­zu­mieć zwy­rod­nialca znę­ca­ją­cego się nad żoną lub rodzi­cami. Nie potra­fił jed­nak pojąć, co kie­ruje psy­cho­lami katu­ją­cymi bez­bronne dzieci i tor­tu­ru­ją­cymi zwie­rzęta. Miał swój wła­sny kodeks, w któ­rym pedo­fila, oszu­sta okra­da­ją­cego sta­rusz­ków i zwy­rod­nialca znę­ca­ją­cego się nad zwie­rzętami trak­to­wał ina­czej niż pozo­sta­łych prze­stęp­ców. Gdy taki tra­fiał w jego ręce, nie mógł liczyć na żadną taryfę ulgową.
Kosow­ski miał już z tego powodu kilka spraw dys­cy­pli­nar­nych, lecz jak dotąd wszyst­kie umo­rzono. Być może bro­niły go wyniki pro­wa­dzo­nych przez niego docho­dzeń. Szczy­cił się wysoką wykry­wal­no­ścią i wie­dział, że ma ciche przy­zwo­le­nie naczel­nika do dzia­łań nie zawsze zgod­nych z pro­ce­du­rami. Zresztą, sam naczel­nik jesz­cze jakiś czas temu był takim samym gliną jak on. Razem robili w zabój­cach od lat. Przez jakiś czas two­rzyli zgrany tan­dem, można by nawet powie­dzieć, że się przy­jaź­nili.
Oczy­wi­ście czasy się zmie­niły i dziś już nie można było kato­wać zatrzy­ma­nych, ale lekki wycisk bywał nie­zbędny. Nie­kiedy Kosa tęsk­nił za latami, gdy roz­po­czy­nał służbę w psiarni. Było to w dzie­więć­dzie­sią­tym siód­mym roku. Poszedł do poli­cji pomimo obiek­cji rodzi­ców. Ostrze­gali go, że to nie­bez­pieczna praca, że kra­jem rzą­dzi mafia i może zgi­nąć, ale on nie brał sobie tego do serca. Już w liceum zde­cy­do­wał, że chce łapać ban­dy­tów. Gdy skoń­czył szkołę ofi­cer­ską, tra­fił do pre­wen­cju­szy1. Łaził w patrolu po uli­cach i legi­ty­mo­wał ludzi. Poli­cjan­tów w tam­tych cza­sach nie było zbyt wielu i nikt nie patrzył, że ofi­cer szli­fuje chod­niki. W pre­wen­cji spę­dził pół roku, a potem wresz­cie prze­nie­śli go do wydziału kry­mi­nal­nego. Ktoś sobie przy­po­mniał, że w Szczyt­nie Woj­tek był jed­nym z naj­lep­szych gli­nia­rzy na roku i wyka­zy­wał się nie­by­wa­łym umy­słem ana­li­tycz­nym. Kosa tra­fił pod skrzy­dła komi­sa­rza Mar­cina Dęb­skiego i od razu zoba­czył, jak wygląda praw­dziwa robota psa.
Dęb­ski zaczy­nał w mili­cji w osiem­dzie­sią­tym trze­cim. Był jed­nym z naj­lep­szych śled­czych łapią­cych naj­groź­niej­szych prze­stęp­ców na tere­nie Dol­nego Ślą­ska. Mógł poszczy­cić się wykry­wal­no­ścią na pozio­mie dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent. Obaj z Kosow­skim dosko­nale się uzu­peł­niali. Kosa wniósł do tej współ­pracy swój dar ana­li­tycz­nego myśle­nia i odro­binę szczę­ścia. Dęb­ski miał doświad­cze­nie, poli­cyj­nego nosa i silne pię­ści, któ­rymi potra­fił wycią­gać z ludzi infor­ma­cje. Woj­tek wiele razy odwra­cał głowę, aby nie widzieć, jak part­ner używa prze­mocy wobec zatrzy­ma­nych. Oczy­wi­ście Dęb­ski nie zawsze bił, ale już sam widok ogrom­nych łap poli­cjanta czę­sto spra­wiał, że wielu recy­dy­wi­stów szło na współ­pracę.
Dziś coś takiego byłoby nie do pomy­śle­nia. Zaraz na komen­dzie poja­wi­łyby się tłumy dzien­ni­ka­rzy, obrońcy praw czło­wieka uci­śnio­nego… czy tam zatrzy­ma­nego. Zresztą nie tylko prze­moc prze­szła do lamusa. Kosow­ski pamię­tał jesz­cze czasy, kiedy na komen­dzie można było pić wódkę. Po służ­bie czę­sto sia­dali w kilku i zaczy­nali imprezę. Musieli zmyć z sie­bie brud, który oble­pił ich w robo­cie. Nikt, kto nie miał do czy­nie­nia z tym fachem, nie zro­zu­mie, że na trzeźwo pew­nych rze­czy po pro­stu się nie ogar­nie. Zło potrafi zatruć nie tylko umysł, ale i duszę. A poli­cjant to prze­cież też tylko czło­wiek.
Widzieli ofiary naj­okrut­niej­szych zbrodni, musieli patrzeć na ludz­kie tra­ge­die. W ich noz­drza wdzie­rał się zapach roz­kła­da­ją­cych się zwłok. To wszystko wypala piętno. To, że czło­wiek się napije, w oce­nie Kosy nie było niczym złym. Ot, sku­teczny spo­sób na odre­ago­wa­nie. Jed­nak góra stwier­dziła ina­czej. Wpro­wa­dzono ISO i teraz już nikt w poli­cji nie miał prawa przyjść na bani lub pić na tere­nie komendy.
Po tym, co zoba­czył dzi­siaj, Kosow­ski poczuł, że przy­da­łoby mu się kilka głęb­szych.

* * *

Sła­wo­mir Gry­żak pił piwo na ławce.
To, co zro­bił kil­ka­dzie­siąt minut temu, było konieczne. Wpraw­dzie miał inne plany co do tego dzie­ciaka, ale Justyna wszystko popsuła. Miał już kupca na tę małą, mogli na niej nie­źle zaro­bić. To pozwo­li­łoby im cho­ciaż przez jakiś czas nie mar­twić się o kasę.
Był wście­kły na Justynę. Jesz­cze zaczęła mu się sta­wiać. Gdyby nie nóż w jej ręce, poka­załby jej, na co go stać. Zasta­na­wiał się, czy w ostat­nich dniach zbyt­nio jej nie fol­go­wał. Może dla­tego się bun­to­wała?
Kiedy wczo­raj przy­szedł do domu, widok leżą­cego na pod­ło­dze mar­twego dzie­ciaka kom­plet­nie go zasko­czył. Nie wie­dział, co ma robić. Pierw­sze, o czym pomy­ślał, to to, że wła­śnie stra­cił dwa­dzie­ścia tysięcy. Kupiec był poważny – i poważna była zapłata. Sporo się natru­dził, aby zna­leźć klienta na nowo­rodka.
Justyna jed­nak zro­biła coś strasz­nego. Zabiła tę małą, pozba­wia­jąc go kasy. Tego nie mógł jej wyba­czyć. Zasta­na­wiał się, czy nie wró­cić do domu. Mógł ją zlać tak, że zapa­mię­ta­łaby go na całe życie. Mógł w końcu trza­snąć Julię. Ta smar­kula też zasłu­gi­wała na karę. Była coraz bar­dziej podobna do matki, w dodatku ostat­nio zaczy­nała mu się sta­wiać. Nie mógł pozwo­lić, aby tak go trak­to­wały.
Wie­dział, że jak raz im popu­ści, nie uda mu się odro­bić tego, co stra­cił. Wiele razy widział, jak Justyna na niego patrzy. Draż­niło go to i nie­jed­no­krot­nie musiał jej przy­ło­żyć. Uwa­żał, że jak kobieta raz na jakiś czas nie dosta­nie, to nie zatrybi, nie wróci na pra­wi­dłowe tory. Lubił pro­sto­wać Justynę. Lubił jej poka­zać, kto w domu rzą­dzi. Jego ojciec też poka­zy­wał – matce i jemu. Sła­wek do dziś pamię­tał, jak dosta­wał pasem. Dziś jed­nak uważa, że taki spo­sób wycho­wa­nia jest dobry. Musi być kij i musi być mar­chewka.
Sam był bity i jakoś wyszedł na ludzi.
Wstał z ławki. Pod­jął już decy­zję.
Rzu­cił w krzaki puszkę po piwie i ruszył w stronę miesz­ka­nia.

* * *

Kosow­ski patrzył, jak tech­nik ostroż­nie wyj­muje drobne ciałko z worka na śmieci i kła­dzie je na nie­bie­skiej płach­cie. Od natręt­nych gapiów osła­niał ich para­wan. Kilku poli­cjan­tów dodat­kowo pil­no­wało miej­sca, gdzie pra­co­wali.
Nie chcieli, aby ktoś postronny widział zwłoki. Kosa zauwa­żył, że kilka osób miało w dło­niach tele­fony komór­kowe, pew­nie chciały nagrać coś eks­tra; coś, co póź­niej kli­ka­łoby się w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Wku­rzało go to. Gdyby mógł, poza­bie­rałby cie­kaw­skim smart­fony i roz­wa­lił o chod­nik.
Przy­po­mniało mu się, jak kie­dyś jechał z Anną na waka­cje. Kil­ka­set metrów przed nimi doszło do wypadku samo­cho­do­wego. Wszy­scy sta­nęli. On natych­miast wysko­czył zza kółka, żeby pomóc poszko­do­wa­nym. Już po chwili pró­bo­wał wycią­gnąć ran­nego kie­rowcę z jed­nego z roz­bi­tych aut. Dookoła zebrał się spory tłum gapiów. Każdy – nawet kil­ku­let­nie dzieci – miał w dłoni tele­fon i nagry­wał to, co się działo, jakby byli na jakimś pie­przo­nym pla­nie fil­mo­wym! Nikt mu nie pomógł.
Otrzą­snął się ze wspo­mnień i odpa­lił papie­rosa.
– Myślisz, że dziecko uro­dziło się mar­twe? – spy­tał Bier­nac­kiego.
– Nie wiem. Sek­cja pokaże. Wydaje mi się, że przez jakiś czas po naro­dzi­nach żyło, ale nie dam głowy.
– Co za skur­wiel to zro­bił…
– Raczej kurwa. W mojej oce­nie to matka zabiła. Nie wiem tylko, dla­czego. Wiesz, jak jest. Bieda, trudna sytu­acja, wpadka. Powo­dów może być wiele. Uro­dziła i zabiła. Może była w szoku popo­ro­do­wym.
– Nie zmie­nia to faktu, że mogła zosta­wić dzie­ciaka w szpi­talu, oddać do adop­cji. Nie musiała od razu zabi­jać.
– W szpi­talu nie mogła zosta­wić, bo rodziła w domu. Nie wiemy, dla­czego nie zadzwo­niła po pogo­to­wie. – Bier­nacki wzru­szył ramio­nami. – Może nie chciała pro­ble­mów?
– A może była tu nie­le­gal­nie? Może jest Ukra­inką i nie ma pozwo­le­nia na pobyt? Albo Romką? Albo przy­je­chała z Kau­kazu i jest w Pol­sce nie­le­gal­nie? – Kosa zacią­gnął się papie­ro­sem.
– Dziecko wygląda na nasze. Ukra­ina wcho­dzi w grę, ale Kau­kaz wyklu­czam. Nie ma żad­nych widocz­nych cech świad­czą­cych o tym, że matka jest z tam­tych rejo­nów – odparł szef tech­ni­ków.
We Wro­cła­wiu, w ostat­nich latach, dra­stycz­nie wzro­sła liczba przy­by­szów z kra­jów daw­nego Związku Radziec­kiego. Ukra­iń­ców w mie­ście było już ponad sto tysięcy i wciąż napły­wali nowi. Przy­jeż­dżali się uczyć albo za pracą. Każdy z nich chciał popra­wić swój los. Kosow­ski wie­dział, że wraz z nimi przy­była też spora grupa prze­stęp­ców. Coraz czę­ściej dawali się poli­cji we znaki. Jeśli matka zna­le­zio­nej w śmie­ciach dziew­czynki jest Ukra­inką, a do tego nie ma pozwo­le­nia na pobyt w Pol­sce, będą mieli utrud­nione zada­nie. Mogło jej już nie być w mie­ście, a nawet w kraju.
Nie chciał dłu­żej patrzeć na zwłoki. Rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię i zdep­tał. Po chwili jed­nak pod­niósł go i zaniósł do sto­ją­cego kil­ka­na­ście kro­ków dalej kosza. Nie chciał, aby jego papie­ros tra­fił do ana­lizy. Ktoś mógłby nie­opatrz­nie zabez­pie­czyć go jako dowód i zro­bi­łoby się nie­po­trzebne zamie­sza­nie.

* * *

Już na klatce Sła­wek zaci­skał pię­ści. Całą drogę wyobra­żał sobie, jak zła­pie Justynę za kudły i rzuci nią o ścianę. Pra­gnął, żeby się go bała. Chciał widzieć w jej oczach prze­ra­że­nie. Na pewno będzie krzy­czała, ale nie przej­mo­wał się tym.
Musiał ją uka­rać. To przez nią stra­cił forsę za tego bękarta. W dodatku teraz będzie musiał się tłu­ma­czyć.
Sporo zachodu kosz­to­wało go skon­tak­to­wa­nie się z tym face­tem. Musiał długo prze­ko­ny­wać Kajtka, że taki kon­takt jest mu potrzebny. Kum­pel z podwórka począt­kowo krzywo na to wszystko patrzył, ale w końcu dał Sław­kowi namiar na jed­nego gościa, z któ­rym kie­dyś sie­dział w wię­zie­niu. Powie­dział, że tam­ten ma różne kon­takty i może uda się zała­twić kogoś, kto będzie chciał kupić dzie­ciaka.
Z kolegą Kajtka, Kazi­kiem, umó­wił się nad brze­giem Odry, koło Lec­lerca. Roz­ma­wiali przez kwa­drans. Tam­ten z każdą chwilą robił coraz więk­sze oczy. Począt­kowo zaczął coś gadać, że Sła­wek jest pie­prz­nięty, w końcu jed­nak stwier­dził, że chyba wie, kto mógłby być zain­te­re­so­wany taką trans­ak­cją.
Po kilku dniach zadzwo­nił i powie­dział, że jest kupiec.
Sła­wek był szczę­śliwy. Już zaczął liczyć pie­nią­dze, które miał dostać za bękarta. Pla­no­wał nawet, jakie auto sobie kupi. Miał prawo jazdy, ale nie jeź­dził już dobrych kilka lat, bo nie było go stać na samo­chód. Teraz wszystko miało się zmie­nić.
Po kilku dniach Kazik zadzwo­nił i powie­dział, że klient będzie cze­kał na Sławka jutro w połu­dnie w McDo­nal­dzie przy Marino.
Męż­czy­zna się spóź­nił. Nie wzbu­dzał zaufa­nia. Był niski, pulchny i rudy. Oczka miał małe, jakieś takie roz­bie­gane. Ale miał kasę, a na tym Sław­kowi naj­bar­dziej zale­żało. Przed­sta­wił się jako Roman. Popro­sił Sławka, żeby poszli na pobli­ski postój tak­só­wek. Gdy wsie­dli do pierw­szej taryfy z brzegu, Roman kazał kie­rowcy jechać do Magno­lii. Całą drogę oglą­dał się za sie­bie, jakby spraw­dzał, czy nikt ich nie śle­dzi.
W Magno­lii zapro­wa­dził Sławka pro­sto do restau­ra­cji KFC. Tam zamó­wił sobie posi­łek i zaczął jeść. Ich roz­mowa była dziwna. Gry­żak odniósł wra­że­nie, że męż­czy­zna ostroż­nie dobiera słowa, jakby spo­dzie­wał się poli­cyj­nej pro­wo­ka­cji.
W końcu udali się do toa­lety. W środku naj­pierw spraw­dził, czy nikt nie sie­dzi w kabi­nach, a następ­nie kazał Sław­kowi pod­nieść koszulkę i wyjąć wszystko z kie­szeni. Spraw­nie go prze­szu­kał, po czym powie­dział, że teraz mogą spo­koj­nie poga­dać.
Szybko doszli do poro­zu­mie­nia. Usta­lili odpo­wied­nią kwotę. Sła­wek wpraw­dzie chciał wię­cej, ale Roman stwier­dził, że dzieci pota­niały i może dać maks dwa­dzie­ścia tysięcy. Dobili targu.
A teraz Justyna wszystko zepsuła.
Sie­działa na kana­pie przed tele­wi­zo­rem. Nada­wali aku­rat wia­do­mo­ści dla rol­ni­ków. Julia spała obok matki, przy­kryta kocem.
– Teraz ina­czej sobie poga­damy – powie­dział Sła­wek, rusza­jąc w ich stronę.
Justyna odwró­ciła głowę. Miała wzrok zwie­rzę­cia zago­nio­nego w pułapkę.
Zatrzy­mał się w pół kroku, gdy zoba­czył, że w dłoni ści­ska nóż. Ręce na­dal miała całe w zaschnię­tej krwi. Była zdolna do wszyst­kiego.
– Pozby­łem się pro­blemu – powie­dział.
Justyna nie ode­zwała się ani sło­wem.

* * *

Kosow­ski pod­szedł do męż­czy­zny, który zna­lazł zwłoki dziecka.
– Jak pan się nazywa?
– Adam Gór­ski – odpo­wie­dział zło­miarz. Był wyraź­nie prze­stra­szony. Cią­gle czuj­nie roz­glą­dał się dookoła.
– To pan zna­lazł ciało?
Męż­czy­zna kiw­nął głową.
– Panie, ja pierw­szy raz coś takiego widzia­łem… Sły­szało się w tele­wi­zo­rze o czymś takim, ale na żywo to pierw­szy raz!
– Pan stale tutaj… – Kosa się zawa­hał. Nie wie­dział, jak nazwać to, czym zaj­muje się ten facet. – Pan stale tutaj działa? – dokoń­czył, wska­zu­jąc na wózek z pusz­kami.
– Tak. Cza­sem cho­dzę też w oko­licę kli­nik, ale tam to mało puszek. Tutaj stu­denci są, to i łupy spore. Wie pan, jak oni piją?
– Domy­ślam się.
– No, ale teraz waka­cje, stu­den­tów tylu nie ma, ale i tak nie mogę narze­kać.
– Rozu­miem.
Kosow­ski spoj­rzał na pra­cu­ją­cego kawa­łek dalej Bier­nac­kiego. Szef tech­ni­ków zbie­rał nie­do­pałki papie­ro­sów leżące w pobliżu kon­te­nera na odpady. Każdy nie­do­pa­łek będzie musiał zostać pod­dany bada­niom. Trzeba wydzie­lić DNA, odci­ski pal­ców wrzu­cić do sys­temu AFIS. Cze­kała ich masa pracy.
– A czy widział pan kogoś, kto by się dziw­nie zacho­wy­wał? Może ktoś stąd ucie­kał, jak pan szedł?
– Nie – zło­miarz pokrę­cił głową – nikogo tu nie było.
Wtedy Kosa zoba­czył, jak za jed­nym z radio­wo­zów par­kuje poli­cyjna skoda. Z auta wysie­dli sier­żant Karo­lina Michal­ska i aspi­rant Krzysz­tof Figas. Zakła­da­jąc ręka­wiczki, ruszyli w jego stronę.
– Będzie musiał pan poje­chać na komendę – zwró­cił się do zło­mia­rza. – Tam ofi­cjal­nie zosta­nie pan prze­słu­chany.
– Ale po co? Prze­cież ja już wszystko powie­dzia­łem – zdzi­wił się Adam Gór­ski.
– Musimy spi­sać pro­to­kół prze­słu­cha­nia. Nie­stety pro­ce­dur nie prze­sko­czymy.
Kosow­ski wska­zał innemu mun­du­ro­wemu, by zajął się świad­kiem, sam zaś pod­szedł do nowo przy­by­łych kole­gów.
– Cześć. Szybko przy­je­cha­li­ście. Dzięki.
Michal­ska się uśmiech­nęła.
– Nie ma za co. Jesz­cze Cie­siel­ski doje­dzie. Co tu mamy?
– Zwłoki nowo­rodka, dziew­czynka. Uro­dziła się kilka, może kil­ka­na­ście godzin wcze­śniej. Ktoś praw­do­po­dob­nie ją udu­sił, ale to wykaże sek­cja.
– Ciało zna­lazł jakiś zło­miarz? – zapy­tał Figas. – Tak nam dyżurny prze­ka­zał.
– Tak. Wysła­łem go do fabryki. Pojadę za nim i go prze­słu­cham.
– A ty przy­pad­kiem nie jesteś już po robo­cie? – zauwa­żyła Michal­ska.
– Jestem, ale muszę zdać służbę. Przy oka­zji mogę się nim zająć. – Kosow­ski chciał być obecny przy prze­słu­cha­niu. Nie wie­dział dla­czego, ale czuł, że powi­nien oso­bi­ście wyko­nać czyn­no­ści zwią­zane ze świad­kiem. – Poszu­kaj­cie kamer. W tej oko­licy jest pełno skle­pów. Może sprawca gdzieś się zatrzy­mał i jakieś oko go zare­je­stro­wało.
– Nie musisz nas uczyć roboty – powie­działa Michal­ska.
– Wiem. – Kosow­ski uśmiech­nął się do niej.
Karo­lina Michal­ska była człon­kiem wydziału zabójstw od ponad roku i jak dotąd osią­gała dosko­nałe wyniki. Oprócz zwy­kłych cech przy­dat­nych w poli­cyj­nej robo­cie miała kobiecą intu­icję. Kosa był zasko­czony tym, jak wiele jej prze­czuć się spraw­dzało.
Kie­dyś wydział pro­wa­dził sprawę zna­le­zio­nej na tere­nie ogród­ków dział­ko­wych zamor­do­wa­nej kobiety. Ciało było zma­sa­kro­wane, nie dało się roz­po­znać rysów twa­rzy. Sprawca zgwał­cił ofiarę za pomocą drew­nia­nego palika. Wszy­scy uwa­żali, że w oko­licy gra­suje jakiś psy­chol. Wszystko wska­zy­wało na to, że mają do czy­nie­nia ze zwy­rod­nial­cem. Michal­ska jed­nak uwa­żała, że w zabój­stwo zamie­szany jest mąż denatki. Nie potra­fiła tego uza­sad­nić, po pro­stu miała prze­czu­cie. I cho­ciaż facet miał alibi, uparła się, żeby go spraw­dzić.
Tylko Kosow­ski ją wtedy poparł. Uwa­żał, że cze­goś takiego jak prze­czu­cie nie można lek­ce­wa­żyć. W końcu góra przy­chy­liła się do jej suge­stii i śledz­two zaczęto pro­wa­dzić dwu­to­rowo. Z jed­nej strony szu­kali nie­bez­piecz­nego psy­cho­paty – spraw­dzali szpi­tale psy­chia­tryczne i zakłady karne. Wyko­nali naprawdę grubą robotę ope­ra­cyjną. Jed­nak bez suk­ce­sów. Z dru­giej strony zało­żyli „tech­nikę” mężowi denatki. W jego miesz­ka­niu zamon­to­wano pod­słuch, a pod samo­chód pod­ło­żono loka­li­za­tor GPS.
Alibi męż­czy­zny teo­re­tycz­nie było nie do pod­wa­że­nia. W chwili, kiedy zamor­do­wano jego żonę, on sam sie­dział w izbie wytrzeź­wień. Miał na to nie tylko świad­ków, ale też został uwiecz­niony na tam­tej­szym moni­to­ringu. Zezna­wał, że z żoną żyli w zgo­dzie, że nie mieli żad­nych poważ­niej­szych pro­ble­mów. Sąsie­dzi także twier­dzili, że nie mogą powie­dzieć złego słowa na temat tej rodziny. Po pro­stu krysz­ta­łowe mał­żeń­stwo.
Przez dwa tygo­dnie mąż ofiary był obser­wo­wany. Dopiero po upły­wie tego czasu poja­wiła się pierw­sza rysa, świad­cząca o tym, że jed­nak nie wszystko było takie ide­alne. Pod­czas roz­mowy tele­fo­nicz­nej z bra­tem facet wspo­mniał, że „teraz wresz­cie ode­tchnie”. Mówił, że w końcu będzie mógł robić to, co sam chce, a nie to, co każe mu żona.
To wzbu­dziło czuj­ność poli­cjan­tów. Posta­no­wili poroz­ma­wiać ze szwa­grem zamor­do­wa­nej. Męż­czy­znę prze­wie­ziono do komendy i wzięto w obroty. Tro­chę go postra­szyli odpo­wie­dzial­no­ścią karną za pomoc w zabój­stwie. Zagrali va banque. Opła­cało się. Już pod­czas pierw­szego prze­słu­cha­nia zeznał, że mał­żeń­stwu jego brata daleko było do ide­ału. Pomię­dzy mał­żon­kami czę­sto docho­dziło do scy­sji i nie­po­ro­zu­mień. Brat się skar­żył, że żona nie pozwa­lała mu utrzy­my­wać kon­tak­tów z kole­gami z woj­ska. Ponoć naj­bar­dziej się cze­piała, gdy wycho­dził na spo­tka­nia z nie­ja­kim Sko­blem. Zagro­ziła nawet roz­wo­dem, jeśli nie zerwie z nim kon­tak­tów.
Funk­cjo­na­riu­sze szybko usta­lili, kim jest Sko­bel. Zatrzy­mali go w domu. Już w dro­dze do komendy przy­znał się do zabój­stwa. Mówił, że zro­bił to dla kum­pla i że teraz żałuje. Opo­wie­dział ze szcze­gó­łami, jak mąż denatki namó­wił go do tej zbrodni. Podobno spe­cjal­nie się spił i dał zamknąć na wytrzeź­wiałce, żeby mieć alibi. Sko­bel miał zamor­do­wać jego żonę i upo­zo­ro­wać to na dzieło jakie­goś psy­cho­paty.
Mąż począt­kowo wszyst­kiego się wypie­rał. Twier­dził, że kum­pel go wra­bia, że ma coś z głową. Jed­nak po sied­miu godzi­nach prze­słu­cha­nia w końcu pękł i przy­znał się do zle­ce­nia zabój­stwa żony.
Tam­ten suk­ces poli­cja odno­to­wała wła­śnie dzięki intu­icji Michal­skiej.
Teraz Kosow­ski spoj­rzał na kole­żankę.
– Lecę do fabryki – powie­dział. – Wie­cie, co robić.
Michal­ska unio­sła kciuk do góry. Kosow­ski wie­dział, że dobrze wyko­nają swoją robotę.
– I wezwij­cie psiar­czyka – dodał. – Może pies nas dokądś zapro­wa­dzi.
– Pew­nie na naj­bliż­szy przy­sta­nek – skwi­to­wał Figas.

* * *

Justyna Gry­żak sie­działa przed tele­wi­zo­rem, głasz­cząc po wło­sach śpiącą córkę.
Zostały cał­kiem same.
Kilka godzin wcze­śniej pozbyła się swo­jego dru­giego dziecka. Zabiła maleńką Hanię. Musiała to zro­bić. Nie mogła pozwo­lić, aby Sła­wek sprze­dał ją jakie­muś zbo­czeń­cowi. Widziała tego męż­czy­znę, któ­rego przy­pro­wa­dził jakiś czas temu. Facet oglą­dał ją, jakby była towa­rem na targu. Patrzył na jej brzuch z nie­ukry­wa­nym pożą­da­niem. Justyna poczuła do niego obrzy­dze­nie. Tacy ludzie nie powinni cho­dzić po ziemi. Podob­nie jak jej mąż.
Gar­dziła sobą. Zro­biła coś naprawdę złego i wie­działa, że spo­tka ją za to kara.
To Sławka powinna zabić, a nie swoją nie­winną córeczkę. Wtedy jed­nak nie myślała trzeźwo. Matki w szoku popo­ro­do­wym cza­sem zabi­jają swoje nowo naro­dzone dzieci, ona jed­nak dzia­łała z pre­me­dy­ta­cją. Chciała zabić Hanię, potem Julię, a na koniec popeł­ni­łaby samo­bój­stwo. Nie star­czyło jej jed­nak odwagi.
Zabi­cie nowo­rodka ją prze­ro­sło. Nie potra­fiła skrzyw­dzić dru­giej córki.
Spoj­rzała na swoje zakrwa­wione dło­nie. Wie­działa, że to krew z jej dróg rod­nych. Powinna się umyć. Nie chciała stra­szyć Julii. Mała i tak już wystar­cza­jąco się bała. Widziała wszystko. Widziała, jak Sła­wek pakuje drob­niut­kie ciało Hani do worka na śmieci i wynosi z domu.
Justyna miała zabrać Julię do swo­ich rodzi­ców. Była gotowa do nich poje­chać, ale jesz­cze zanim mąż wyszedł, zmie­niła zda­nie. Co mia­łaby im powie­dzieć?
Jak przez mgłę widziała, że Sła­wek wró­cił do domu. Wie­działa, że pozbył się ciała. Coś do niej mówił, ale nie miała poję­cia, co. Czuła, że kolejny raz chce ją skrzyw­dzić. Gdy wzięła do ręki leżący w pobliżu nóż, w oczach męża dostrze­gła strach. Miała takie same oczy przez te wszyst­kie lata, kiedy musiała zno­sić jego ataki. Była ofiarą prze­mocy domo­wej, która nie potra­fiła uwol­nić się od swo­jego kata.

* * *

WRO­CŁAW, 3 STYCZ­NIA 2017 R.

Czu­łam obrzy­dze­nie.
Patrzy­łam na leżące na wer­salce zwłoki. Oczy­wi­ście nie był mar­twy, ale tak wyglą­dał. Kolejny raz Sła­wek schlał się do nie­przy­tom­no­ści. Pił codzien­nie, ale do takiego stanu dopro­wa­dzał się góra dwa, trzy razy w tygo­dniu.
Myśl o roz­wo­dzie wra­cała do mnie jak bume­rang, ale cią­gle się waha­łam. Mia­łam na uwa­dze dobro Julii. Nie chcia­łam, aby dziecko wycho­wy­wało się w roz­bi­tej rodzi­nie. Bałam się też, że Sła­wek spełni swoje groźby i zabije naszą córkę. Ja mogłam znieść wiele – i w sumie zno­si­łam. Ale małej – jak dotąd – ni­gdy nie tknął.
Sie­dzia­łam na krze­śle i zasta­na­wia­łam się, co mnie pod­ku­siło, żeby za niego wyjść. W cza­sie kawa­ler­skim, gdy jesz­cze do mnie zacho­dził, był miły, sym­pa­tyczny, potra­fił mnie uro­bić. Zapra­szał na randki, do kina lub na spa­cer do parku. Wyda­wał mi się szar­mancki i dobrze wycho­wany. To wszystko oka­zało się jed­nak tylko grą pozo­rów.
Zmie­nił się dwa mie­siące po ślu­bie. Wtedy pierw­szy raz pod­niósł na mnie rękę. Ude­rze­nie nie było silne, ale cał­ko­wi­cie mnie zasko­czyło. Patrzy­łam na niego i nie dowie­rza­łam, że to zro­bił. Poli­czek piekł, a ja czu­łam, że wła­śnie zaczęło się coś złego. W domu rodzin­nym nikt mnie nie bił. Matka nie uzna­wała prze­mocy, a ojciec uwa­żał, że bicie nie roz­wią­zuje pro­ble­mów, a jedy­nie je two­rzy.
Tam­tego dnia byłam bli­ska zakoń­cze­nia tego mał­żeń­stwa.
Nie­stety, wkrótce oka­zało się, że zaszłam w ciążę. Stwier­dzi­łam, że wycho­wam to dziecko sama, bo nie pozwolę się tak trak­to­wać. Zde­cy­do­wa­łam się na wypro­wadzkę. Poje­cha­łam do rodzi­ców i… prze­ży­łam szok.
Zarówno matka, jak i ojciec byli wycho­wani tra­dy­cyj­nie. Nie uzna­wali roz­wo­dów. „Ślubny jaki jest, taki jest”– mówiła matka i prze­ko­ny­wała, że powin­nam dać Sław­kowi szansę, że może się zmieni. Ojciec uwa­żał, że dziecko musi mieć pełną rodzinę.
Nie mia­łam u nich wspar­cia.
Oczy­wi­ście Sła­wek o mnie wal­czył. Przy­je­chał z kwia­tami i bom­bo­nierką. Prze­pra­szał, obie­cy­wał poprawę. Wie­dzia­łam też, że mój ojciec poważ­nie z nim roz­ma­wiał, choć żaden z nich nie zdra­dził mi, o czym.
Ugię­łam się i wró­ci­łam do domu. Już po kilku tygo­dniach oka­zało się to naj­więk­szym błę­dem w moim życiu.
Sła­wek zaczął się nade mną znę­cać psy­chicz­nie. Odse­pa­ro­wał mnie od kole­ża­nek. Zaczął roz­pusz­czać plotki na mój temat. Potra­fił prze­czy­tać moją roz­mowę z jedną z przy­ja­ció­łek, w któ­rej obga­dy­wa­ły­śmy inną, a potem donieść o wszyst­kim tej trze­ciej. W nocy, gdy spa­łam, wysy­łał z mojej komórki obraź­liwe wia­do­mo­ści do moich zna­jo­mych, pisał, że nie życzy sobie wię­cej kon­taktu. Skłó­cił mnie dosłow­nie z każ­dym.
Wszy­scy myśleli, że to ja pisa­łam. Sła­wek zaczął gadać dookoła, że mam jakieś pro­blemy z psy­chiką, że zaczę­łam się leczyć. Zna­jomi odsu­nęli się ode mnie i nikt już nie chciał utrzy­my­wać z nami kon­taktu. Zosta­łam sama ze Sław­kiem i naszym nie­na­ro­dzo­nym dziec­kiem.
Wtedy jesz­cze uwa­ża­łam, że jest szansa, żeby to wszystko ura­to­wać.
Przez pierw­sze dni po naro­dzi­nach Julii Sła­wek zacho­wy­wał się jak doj­rzały męż­czy­zna. Przy­go­to­wał pokoik dla małej, naku­po­wał zaba­wek. Mia­łam nadzieję, że teraz, kiedy mamy dziecko, wszystko jakoś się poukłada. Sie­lanka jed­nak nie trwała długo.
Miesz­ka­nie, które wynaj­mo­wa­li­śmy, miało zostać sprze­dane. Wła­ści­ciel dał nam dwa mie­siące na wypro­wadzkę. Sła­wek się wściekł, a złość wyła­do­wał na mnie. Pobił mnie bar­dziej dotkli­wie niż dotych­czas. Chcia­łam wezwać poli­cję, ale zapo­wie­dział, że jak to zro­bię, to zabije Julię. Prze­stra­szy­łam się. Nie mogłam stra­cić córeczki.
Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się na Klecz­kow­ską. Oka­zało się, że Sła­wek odzie­dzi­czył miesz­ka­nie po babci. Wcze­śniej twier­dził, że nie utrzy­my­wał z nią kon­taktu, tym bar­dziej byli­śmy zasko­czeni tym, że star­sza pani coś nam zosta­wiła. Rodzi­ców Sławka ni­gdy nie pozna­łam. Mówił, że matka roz­wio­dła się z ojcem i wycho­wy­wała go samot­nie. Ojciec, gdy Sła­wek miał pięć lat, wyje­chał do pracy za gra­nicę i zerwał wszel­kie rela­cje z rodziną. Jaka była prawda, ni­gdy się nie dowie­dzia­łam.
W nowym miej­scu Sła­wek wpadł w szem­rane towa­rzy­stwo. Coraz czę­ściej wra­cał pijany. Zda­rzały mu się kil­ku­dniowe ciągi. Przez alko­hol stra­cił pracę i wylą­do­wał na zasiłku. Teraz już całe dnie prze­sia­dy­wał z nowymi zna­jo­mymi. Cały dom był na mojej gło­wie, w dodatku z pie­niędzmi było kru­cho. Zasiłki i pięć­set plus ledwo wystar­czały na skromne życie.
Przez ostat­nie dwa lata Sła­wek zmie­nił się nie do pozna­nia. Bił mnie, gdy tylko nacho­dziła go ochota. Coraz czę­ściej nie wra­cał na noc albo spra­szał do nas kum­pli. Oczy­wi­ście wtedy uda­wał dobrego męża i ojca, jed­nak gdy tylko wycho­dzili, zaczy­nał się awan­tu­ro­wać.
Te trzy lata od ślubu były dla mnie praw­dzi­wym kosz­ma­rem.
Wsta­łam i poszłam do kuchni. Julka sie­działa na pod­ło­dze i bawiła się kloc­kami. Poczu­łam, że do oczu napły­wają mi łzy.

* * *

WRO­CŁAW, 10 LIPCA 2018 R.

Kosow­ski wszedł do wydziału zabójstw i ski­nął głową zebra­nym. Oprócz aspi­ranta Mariu­sza Jan­kow­skiego, który miał peł­nić nocny dyżur, i dwójki poli­cjan­tów prze­by­wa­ją­cych aktu­al­nie na miej­scu odna­le­zie­nia zwłok nowo­rodka, byli tu wszy­scy.
Wydział skła­dał się z sze­ściu osób i naczel­nika Mazur­kie­wi­cza. Oprócz Kosy, Jan­kow­skiego, Michal­skiej i Figasa pra­co­wali tu jesz­cze komi­sarz Piotr Tom­czyk i sier­żant Robert Cie­siel­ski. Ten ostatni miał wła­śnie wyjeż­dżać w teren, gdy do pokoju wszedł Kosow­ski. Z reguły w parze z Michal­ską robił wła­śnie Robert. Dzi­siaj wyjąt­kowo zastą­pił go Figas. Pierw­szy poja­wił się w wydziale, więc Mazu­rek, jak nazy­wali naczel­nika, wysłał go razem z Karo­liną na miej­sce zna­le­zie­nia zwłok. Kosow­ski naj­czę­ściej pra­co­wał sam, ale jeśli potrze­bo­wał kogoś jako part­nera, brał Jan­kow­skiego. Wza­jem­nie się uzu­peł­niali i dobrze im się ze sobą współpra­co­wało.
Kosa usiadł przy swoim biurku i zaczął pisać raport. Chciał go skoń­czyć przed roz­mową z Gór­skim.
– Jak służba? – spy­tał go Mazur­kie­wicz.
– Spo­koj­nie, z wyjąt­kiem tego nowo­rodka. Skoń­czę raport i pójdę prze­słu­chać zło­mia­rza, który zna­lazł ciało.
– Zostaw to komuś innemu. Ty już jedź do domu – powie­dział naczel­nik.
– Kiedy jakoś nie mogę. Czuję, że powi­nie­nem się tym zająć.
– Jak chcesz. – Naczel­nik wzru­szył ramio­nami. – Dobra, oprócz tego dzie­ciaka mamy kilka zale­głych spraw. Coś w nich ruszyło?
Komi­sarz Tom­czyk otwo­rzył swój notat­nik.
– Zabój­stwo na meli­nie na Trau­gutta roz­wią­zane. Mamy nakaz zatrzy­ma­nia nie­ja­kiego Toma­sza Frąc­ko­wiaka, ksywa „Fra­nek”. Lokalsi mają się tym zająć, gdy tylko pojawi się na cha­cie. Oprócz tego jest jesz­cze sprawa zabój­stwa skle­pi­karki z Leśnicy i bez­dom­nego w Ole­śnicy.
– Jakieś nowe tropy?
Tom­czyk pokrę­cił głową.
– Nic. Trzeba będzie jesz­cze tro­chę porzeź­bić, ale do ogar­nię­cia.
– Czyli teraz naj­waż­niej­szy jest ten dzie­ciak – rzu­cił Mazur­kie­wicz. – Kosa, popro­wa­dzisz tę sprawę. Jak chcesz, zaj­mij się prze­słu­cha­niem świadka. Ale potem jedź do domu i tro­chę się kim­nij. Nie chcę, żebyś łaził po fabryce jak jakieś zom­bie.
– Zała­twione – odparł Kosow­ski. Sam miał świa­do­mość, że musi być w pełni sił.
– Reszta dalej rzeźbi w sta­ro­ciach, a w razie potrzeby wyko­nuje pole­ce­nia Kosy – zarzą­dził naczel­nik. – Może­cie wra­cać do roboty. Ja idę do sta­rego.
Gdy wyszedł z wydziału, do Kosow­skiego pod­szedł Tom­czyk.
– Jak chcesz, mogę razem z tobą prze­słu­chać tego świadka.
– Dam sobie sam radę, ale dzięki za pro­po­zy­cję.
Woj­tek był zasko­czony tą ini­cja­tywą. Rzadko ze sobą współ­pra­co­wali, pry­wat­nie też nie utrzy­my­wali rela­cji. Zresztą Tom­czyk z nikim się nie kum­plo­wał, a z naczel­ni­kiem był wręcz w otwar­tym kon­flik­cie.
Ta pro­po­zy­cja pomocy była co naj­mniej dziwna.

* * *

Karo­lina Michal­ska stała pod skle­pem spo­żyw­czym znaj­du­ją­cym się w pobliżu miej­sca odna­le­zie­nia zwłok nowo­rodka i patrzyła na wiszącą nad drzwiami kamerę. Ona i Cie­siel­ski dostali ten rewir, kilku innych mun­du­ro­wych pozo­stałe ulice.
Gdyby któ­raś z kamer uchwy­ciła moment porzu­ce­nia ciała, usta­le­nie toż­sa­mo­ści dzie­cio­bójcy nie byłoby już takie trudne. Pies tro­piący dopro­wa­dził do naj­bliż­szego przy­stanku. Nie­stety w pobliżu nie było żad­nej kamery.
– Wcho­dzimy tutaj. – Michal­ska pchnęła drzwi i weszli do środka.
Przy ladzie stały dwie kobiety. Karo­lina sły­szała, że komen­tują sprawę zna­le­zio­nego w kon­te­ne­rze nowo­rodka.
– Dzień dobry, sier­żant Michal­ska, Komenda Woje­wódzka Poli­cji – powie­działa, wycią­ga­jąc legi­ty­ma­cję.
– Dzień dobry – odparła eks­pe­dientka.
– Ta kamera nad wej­ściem działa?
– Tak.
– A czy mogli­by­śmy zoba­czyć nagra­nia? – spy­tał Cie­siel­ski.
– Myślę, że tak, ale to musiałby szef dać… Ja nie mam poję­cia, jak to obsłu­gi­wać.
– A szef jest? – chciała wie­dzieć poli­cjantka.
– Ma być za kwa­drans. Poje­chał do hur­towni.
– A może panie nam powie­dzą, czy w oko­licy nie było ostat­nio jakiejś cię­żar­nej kobiety? – spy­tał Robert.
– Panie, daj pan spo­kój. – Skle­powa mach­nęła ręką. – Jak­bym ja się dowie­działa, co za suka coś takiego zro­biła, to od razu bym do was zadzwo­niła. Tacy ludzie nie powinni żyć! Jak można wła­sne dziecko zabić?
– Cóż, nie­któ­rzy jed­nak to robią. A naszym zada­niem jest usta­lić, kto i z jakiego powodu.
– Nie koja­rzę żad­nej w ciąży, a ty, Basiu? – Eks­pe­dientka spoj­rzała na swoją zna­jomą.
Ta zasta­na­wiała się przez chwilę.
– A ta młoda od Jura­sków? – rzu­ciła w końcu. – No ta, co mieszka zaraz koło gale­rii?
Skle­powa poki­wała głową.
– Tak. Ta od Jura­sków ostat­nio z brzu­chem cho­dzi. Ma chyba już ostatni mie­siąc.
– A koja­rzy pani adres?
– Dokład­nie to nie, ale może szef będzie wie­dział. On chyba zna się z ojcem tej mło­dej ze szkoły. Do klasy w pod­sta­wówce cho­dzili razem czy coś.
– A co może pani o tej dziew­czy­nie powie­dzieć?
– A co można o takiej powie­dzieć? – prych­nęła kobieta. – Lata­wica i tyle. Pięt­na­ście lat miała, a już papie­rosy popa­lała. Sia­dała przed skle­pem na murku i zacho­wy­wała się jak jakaś lafi­rynda. Pluła na chod­nik, pestki sło­necz­nika dłu­bała. Wul­garne dziew­czy­ni­sko i tyle.
– A to jesz­cze nic! – wyrwała się jej zna­joma. – Ja kie­dyś widzia­łam, jak w bra­mie się obści­ski­wała z jakimś chło­pa­kiem. Kieckę miała zadartą, że wszystko było widać. Maj­tek nie miała, a on jej grze­bał palu­chami tam w środku. Nie wiem, ile miała wtedy lat, może czter­na­ście. Ona to już od dawna źle się pro­wa­dziła.
– No to też. – Sprze­daw­czyni poki­wała głową. – Kie­dyś pod skle­pem jakiś łobuz powie­dział, żeby mu obcią­gnęła w bra­mie. Widzia­łam, że poszli do tej bramy, ale co się tam działo, to ja już nie wiem.
– I ona jest w ciąży, tak? – spy­tała Michal­ska.
– No jakiś ją zbrzu­cha­cił! Myśli­cie, że to ona zabiła tego dzie­ciaka?
– Nie możemy mówić o naszych podej­rze­niach – zastrzegł Cie­siel­ski.
– Ona byłaby do tego zdolna! Aresz­tuj­cie ją i wycią­gnij­cie z niej całą prawdę. Ktoś, kto zabija wła­sne dziecko, nie jest wart nawet tego, aby na niego splu­nąć!
– Zaraz zadzwo­nię do męża i powiem mu, że to chyba Jura­skowa… – dopo­wie­działa kole­żanka skle­po­wej.
– Niech pani ni­gdzie nie dzwoni. Może się oka­zać, że to pomyłka, i tylko nie­po­trzeb­nie narobi się zamie­sza­nia – stwier­dziła Michal­ska.
– Ale…
– Nie ma „ale”. Pro­szę to zosta­wić nam.
– Spraw­dzimy ten trop – dopo­wie­dział poli­cjant. – Może się oka­zać, że pani mąż ją spło­szy, gdy powie komuś o naszych podej­rze­niach. Nie chcemy, żeby zaczęła się ukry­wać, prawda?
– No dobrze. Nie będziemy wam wcho­dzić w paradę. Ale jeśli to ona, zrób­cie wszystko, żeby poża­ło­wała tego, co zro­biła.
– Pro­szę się nie mar­twić. My też nie akcep­tu­jemy dzie­cio­bój­ców – powie­działa Karo­lina, po czym dała Cie­siel­skiemu sygnał do odwrotu.
Za ple­cami sły­szeli jesz­cze wzbu­rzone głosy kobiet.

* * *

– Dobra, panie Gór­ski. Niech mi pan powie, za co był pan karany.
Kosow­ski patrzył na sie­dzą­cego naprze­ciwko zło­mia­rza. Zanim wszedł do pokoju prze­słu­chań, spraw­dził go na bęb­nie. Wie­dział, że w latach dzie­więć­dzie­sią­tych facet spę­dził dwa lata w zakła­dzie kar­nym w Woło­wie. Z sys­temu wyszło, że dostał wyrok za wła­ma­nia. Potem nie był już noto­wany. Wyglą­dało na to, że w jego przy­padku reso­cja­li­za­cja się powio­dła.
Pyta­nie o tamtą sprawę miało jeden cel: Kosow­ski chciał spraw­dzić, czy świa­dek jest praw­do­mówny. Jeśli powie prawdę na temat swo­jej prze­szło­ści, jest szansa, że w tej spra­wie też go nie okła­mie.
– Włam. Paję­cza­rzem byłem – przy­znał Gór­ski. – Ale swoje odsie­dzia­łem i teraz jestem czy­sty.
– Na pewno?
– Tak. To wła­ma­nie to błąd mło­do­ści. A pudło to szkoła życia. Wcze­śniej, za gów­nia­rza, to szla­ja­łem się z takimi róż­nymi. Nie zale­żało mi na niczym. Wódkę z nimi chla­łem, łobu­zo­wa­łem. Namó­wili mnie kie­dyś na włam do kio­sku. Mia­łem stać na cza­tach. Zgo­dzi­łem się, ale nie doszło do kra­dzieży. Spło­szył nas patrol poli­cji, który prze­jeż­dżał obok. Zwia­li­śmy, jed­nak potem znowu mnie namó­wili. Wła­ma­łem się do miesz­ka­nia. Wynio­słem kilka rze­czy i im odda­łem. Mieli swo­jego pasera. Oka­zało się jed­nak, że poli­cja już wcze­śniej go namie­rzyła, no i w taki głupi spo­sób wpa­dłem. Dopiero jak dosta­łem wyrok, zro­zu­mia­łem, że pora się ustat­ko­wać. Zresztą, teraz to nawet nie nadaję się do prze­stępstw. Niech pan spoj­rzy na moją girę…
Kosow­ski zauwa­żył wcze­śniej, że męż­czy­zna powłó­czy nogą.
– Widzia­łem, że ma pan z nią pro­blem.
– Po wyj­ściu z pudła jeden facet potrą­cił mnie autem. Na przej­ściu na Świd­nic­kiej. Było czer­wone, a ja, głupi, myśla­łem, że zdążę przed tym pold­kiem. Nie mia­łem szczę­ścia. Wal­nął mnie i pole­cia­łem na szybę. Leka­rze z tru­dem poskła­dali nogę. Teraz, jak cho­dzę, muszę ją tak pro­sto trzy­mać, bo ina­czej boli.
Kosa poki­wał głową. Chciał już przejść do rze­czy.
– Dobrze. Niech mi pan opo­wie, jak to było dzi­siaj z tymi zwło­kami.
– No, jak zwy­kle rano wysze­dłem na puszki. Dora­biam do renty. Miesz­kam z matką, ledwo wią­żemy koniec z koń­cem. Nie ustat­ko­wa­łem się w życiu, cho­ciaż kilka razy pró­bo­wa­łem. Jak pan widzi, żaden ze mnie jakiś Bel­mondo, a i szczę­ścia nie mam. Nie powiem, pró­bo­wa­łem, ale bez powo­dze­nia…
– Wyszedł pan po te puszki, i co dalej?
– No, spraw­dza­łem kolejny kubeł. Wsa­dzi­łem ręce do worka i wycią­gną­łem gówno.
Poli­cjant uniósł brwi.
– No takie psie. Ktoś wywa­lił je do śmieci. Było śmier­dzące i rzad­kie. I wtedy zoba­czy­łem, że leży w tym śmiet­niku jakieś prze­ście­ra­dło, więc posta­no­wi­łem w nie wytrzeć łapę. Pod­nio­słem je i zoba­czy­łem tego dzie­ciaka. Aż mnie cof­nęło. Potem do was zadzwo­ni­łem.
Kosow­ski noto­wał każde słowo Gór­skiego.
– A widział pan kogoś podej­rza­nego w oko­licy? Jak pan szedł w stronę tych kon­te­ne­rów, może kogoś pan mijał?
Męż­czy­zna przez kilka sekund patrzył na swoje dło­nie. W końcu powie­dział:
– Nie. Tacy jak ja, czyli zbie­ra­cze złomu, to raczej nie chcą się rzu­cać w oczy. Wie pan, jak to jest. Poczu­cie wstydu, może inne kwe­stie… Nikt nie chce, żeby ludzie widzieli, że zbiera się złom. Mia­łem takiego jed­nego kolegę, też jeź­dził z wóz­kiem. On miał gorzej niż ja, bo ze śmiet­ni­ków wybie­rał też jedze­nie. Nie ma pan poję­cia, ile ludzie wywa­lają żar­cia. I to nie jakieś pogniłe, ale takie cał­kiem dobre. Data przy­dat­no­ści się zbliża i już do śmieci. No i ten mój kolega to zabie­rał i zja­dał. Ale ja nie jestem w aż tak złej sytu­acji, żeby brać jedze­nie. Z puszek da się wyżyć, tylko najeź­dzić się trzeba.
– A ile tak, mniej wię­cej, pan na tym zara­bia? – spy­tał Kosow­ski. Temat nawet go zacie­ka­wił.
– Teraz, jak na Grun­waldz­kim nie ma stu­den­tów, to jest słabo. Nie wię­cej niż dwie, trzy dyszki w ciągu dnia. Ale na jedze­nie star­czy. Jak są stu­denci, to wycią­gam nawet stówkę dzien­nie.
Kosow­ski szybko prze­li­czył w gło­wie. Wycho­dziło mu, że sprawny zbie­racz w mie­siącu może wycią­gnąć nawet kilka tysięcy.
– To cał­kiem nie­zła sumka – stwier­dził.
– Ci, co kradną złom, mają wię­cej, ale ja z kra­dzieżą nie chcę mieć już nic wspól­nego. Tamci kradną stu­dzienki i inne takie. To ja już wolę moje puszki. Kasa mniej­sza, ale bez­piecz­niej.
– A kto krad­nie te stu­dzienki? – zapy­tał naiw­nie Kosow­ski.
– Panie wła­dzo, powiem, wy ich zawi­nie­cie, a ja potem, z nożem w ple­cach, będę leżał na jakimś śmiet­niku. Wolę nie. Pan wyba­czy.
– Dobra, nie było pyta­nia.
– Ale jak­bym wie­dział, kto zabił tamtą małą, tobym chyba roz­szar­pał gnoja. Nie patrzył­bym, że mogę znowu pójść kiwać.
– Spo­koj­nie. Niech pan to zostawi nam.
– Ale jak tak można? Dziecko? Co ta mała komu zro­biła? Ile żyła na tym świe­cie? Kilka minut? Kilka godzin? Co za skur­wiel! Takiego to do wora, a wór do jeziora.
Poli­cjant nie sko­men­to­wał tych słów. On też uwa­żał, że dzie­cio­bójcy nie zasłu­gują na to, żeby żyć. Nie mógł jed­nak nic zro­bić. Musiał poru­szać się w gra­ni­cach prawa, cho­ciaż miał świa­do­mość, że czę­sto chroni ono ban­dy­tów, zamiast być po stro­nie ofiar. Poza tym nie wie­dzieli, co kie­ro­wało matką, o ile to matka zabiła tę małą. Mógł to być szok popo­ro­dowy. Albo inne czyn­niki. Dopóki tego nie ustalą, nie będą mieć peł­nego obrazu sytu­acji.
Przez chwilę noto­wał to, co powie­dział świa­dek. W końcu odło­żył dłu­go­pis.
– Panie Gór­ski, zaraz pana puścimy. Jesz­cze tylko pod­pi­sze pan papier. Jakby sobie pan coś przy­po­mniał, pro­szę o tele­fon. – Wycią­gnął z kie­szeni wizy­tówkę i prze­su­nął ją po bla­cie.
Zło­miarz pod­niósł kar­to­nik i scho­wał do kie­szonki na piersi koszuli.
– Oczy­wi­ście gwa­ran­tuję ano­ni­mo­wość – dodał Kosa.
Zda­wał sobie sprawę, że szansa na to, iż męż­czy­zna będzie chciał z nimi współ­pra­co­wać, jest zni­koma, ale mimo wszystko nie tra­cił nadziei.

* * *

– Gotowy? – spy­tała Michal­ska, sto­jąc przed drzwiami miesz­ka­nia.
To tu miała prze­by­wać dziew­czyna, którą wska­zała pra­cow­nica spo­żyw­czaka.
Wcze­śniej, po poja­wie­niu się wła­ści­ciela sklepu, popro­sili go o zabez­pie­cze­nie nagrań z moni­to­ringu z ostat­nich dwóch dni. Z tego, co prze­ka­zał im Bier­nacki, naro­dziny – i śmierć – dziew­czynki miały miej­sce kilka godzin wcze­śniej. Nie chcieli jed­nak, aby ktoś im zarzu­cił, że cze­goś nie dopil­no­wali. Woleli zabez­pie­czyć nagra­nie z dłuż­szego okresu, niż dostać zjebki od naczel­nika. Gdy wła­ści­ciel zgry­wał im dane, oni udali się pod ten adres.
– Jasne – powie­dział Cie­siel­ski.
Karo­lina zapu­kała do drzwi. Przy­cisk dzwonka był wyła­many, a obu­dowy nie było wcale.
W miesz­ka­niu cicho grała muzyka, co świad­czyło, że ktoś jest w środku. Gdy Michal­ska zapu­kała jesz­cze raz, muzyka uci­chła. Po kil­ku­na­stu sekun­dach usły­szeli odgłos prze­krę­ca­nego zamka.
Drzwi otwo­rzył młody chło­pak. Miał nie wię­cej niż szes­na­ście lat, zafar­bo­wane na czer­wono włosy i wyta­tu­owa­nego na ramie­niu smoka. Ubrany był w poszar­pane krót­kie spodenki.
– Czego? – burk­nął.
Karo­lina wycią­gnęła bla­chę.
– Sier­żant Michal­ska, komenda woje­wódzka. A to aspi­rant Cie­siel­ski.
– No i? – Twarz mło­dego wykrzy­wiła się w gry­ma­sie.
– Szu­kamy Wio­lety Jura­sek.
– Vio­letty. Przez „v” i dwa „t” – popra­wił nasto­la­tek. – Sta­rzy mieli kapry­cho i dali jej takie poje­bane imię. Mnie też skrzyw­dzili. Ariel jestem. Jak jakiś pier­do­lony pro­szek do pra­nia. Cza­icie? Kurwa, Ariel Jura­sek! Szkoda, że nie Per­sil albo inny, kurwa, Omo. Na szczę­ście ziomki wołają na mnie Czeko. Ale dobra, czego chce­cie od mojej siory?
– Szu­kamy jej – powie­dział Cie­siel­ski.
– No, tyle widzę. Co nawy­wi­jała?
– Mamy kilka pytań. Jest w domu?
– Nie. Wyje­chała dwa dni temu, może trzy. Do Kar­pa­cza albo Szklar­skiej. Tak przy­naj­mniej sta­rym mówiła.
Nasto­la­tek uśmie­chał się do nich dziw­nie. Michal­ska zaczęła mu się bacz­niej przy­glą­dać. Miała wra­że­nie, że dzie­ciak jest pod wpły­wem środ­ków odu­rza­ją­cych.
– A podała jakiś adres, pod któ­rym się zatrzyma? – spy­tał Robert.
– Nie. A nawet jakby podała, to i tak poje­cha­łaby gdzieś indziej. Taka już jest popie­przona.
– Możemy wejść? – spy­tała Michal­ska.
– A po co? Nakaz macie?
– Nie potrze­bu­jemy nakazu. Na bla­chę wcho­dzimy.
Ariel pobladł. Pró­bo­wał się wyco­fać do miesz­ka­nia i zamknąć drzwi, ale Cie­siel­ski wsu­nął but i pchnął skrzy­dło drzwiowe.
– Ej, popier­do­liło was? – obu­rzył się młody. – Co wy, kurwa, robi­cie?
– Tylko bez wul­ga­ry­zmów – upo­mniała go Michal­ska.
Zasta­na­wiała się, czy jed­nak nie zastaną Vio­letty Jura­sek w miesz­ka­niu. Miała prze­czu­cie, że chło­pak ich okła­mał. Wyraź­nie się bał, choć nie wie­działa czego.
Gdy weszli do miesz­ka­nia, Cie­siel­ski przy­trzy­mał nasto­latka.
– Będziesz kom­bi­no­wał, to cię skuję – ostrzegł.
– Co wy odpier­da­la­cie?
– Mówi­łam ci już: bez wul­ga­ry­zmów.
– A co? Prze­kli­nać już nie wolno? Karalne to jest?
– A żebyś wie­dział. Chcesz spraw­dzić? – Poli­cjantka przyj­rzała się uważ­nie nasto­lat­kowi.
– Dobra, sorki… Może­cie już iść?
– A co ty się tak dener­wu­jesz? – spy­tał Robert. – Ukry­wasz coś?
– Ja? No co pan! Niczego nie ukry­wam.
Michal­ska zauwa­żyła, że młody raz po raz zerka na drzwi jed­nego z pomiesz­czeń upstrzone napi­sami i naklej­kami.
– To twój pokój? – spy­tała.
– Mój…
– A możemy tam zaj­rzeć?
– Bała­gan mam.
– Ja też. Nie takie rze­czy widzia­łam. Dobra, wcho­dzimy.
Karo­lina naci­snęła klamkę i pchnęła drzwi.

* * *

Skoń­czył prze­słu­cha­nie Gór­skiego i poje­chał do domu.
Ania, jego życiowa part­nerka, była w pracy, więc mógł się tro­chę zdrzem­nąć.
Kosow­ski miał czter­dzie­ści trzy lata, z czego dwa­dzie­ścia trzy spę­dził w poli­cji. Mógłby już przejść na eme­ry­turę, ale nie wyobra­żał sobie życia poza służbą. Nie widział sie­bie sie­dzą­cego całymi dniami przed tele­wi­zo­rem lub upra­wia­ją­cego grządki na działce. To nie dla niego. Zresztą Anna też by zwa­rio­wała, gdyby bez prze­rwy gnił w domu. Byli ze sobą trzy lata i jak dotąd ukła­dało się mię­dzy nimi pra­wie ide­al­nie. Poja­wiały się co prawda, drobne tar­cia, ale gdzie ich nie ma?
Poznali się w szpi­talu. Kosa przy­je­chał spraw­dzić stan zdro­wia jed­nej z ofiar nożow­nika, który zaata­ko­wał kilka osób w oko­licy pasażu Nie­po­lda. Napast­nik wycią­gnął nóż i pchnął nim przy­pad­ko­wego męż­czy­znę. Tra­fił pro­sto w serce. Męż­czy­zna zmarł w ciągu kilku sekund. Następ­nie nożow­nik zaata­ko­wał kobietę, wła­śnie tę, do któ­rej póź­niej poje­chał Kosow­ski. Bram­ka­rze obez­wład­nili napast­nika i prze­ka­zali go mun­du­ro­wym.
Anna pra­co­wała na oddziale jako pie­lę­gniarka. Począt­kowo nie chciała wpu­ścić Wojtka na salę, gdzie leżała poszko­do­wana. Dopiero gdy obie­cał, że nie będzie jej ofi­cjal­nie prze­słu­chi­wał, pozwo­liła mu zadać kilka pytań. Wpa­dła mu w oko. Kiedy wycho­dził, wstą­pił do dyżurki pie­lę­gnia­rek i zapy­tał, czy Anna pój­dzie z nim na kawę. Ni­gdy w taki spo­sób nie postę­po­wał i sam był zasko­czony swoją pro­po­zy­cją. Bar­dziej jed­nak się zdzi­wił, gdy Anna się zgo­dziła.
Wie­czo­rem spo­tkali się w kawiarni w rynku. Prze­ga­dali pra­wie cztery godziny. Przez kolejne dni wymie­niali ese­mesy. Trzy tygo­dnie po pierw­szym spo­tka­niu byli już parą.
Kosow­ski nie był ste­reo­ty­po­wym gli­nia­rzem z fil­mów czy ksią­żek. Tam każdy glina ma pro­blemy z alko­ho­lem, pali jak smok i nie potrafi uło­żyć sobie życia z kobie­tami. On był inny. Pił tyle co wszy­scy, jeśli nie mniej. Papie­rosy, ow­szem, palił, ale nie cho­dził non stop z petem w ustach. Związki też miał w miarę nor­malne. Cza­sem było lepiej, cza­sem gorzej, jak to bywa. Niczym się w tym zakre­sie nie wyróż­niał.
Od sied­miu lat był roz­wod­ni­kiem. Z mał­żeń­stwa z Agą miał syna, który wła­śnie skoń­czył sie­dem­na­ście lat. Widy­wali się regu­lar­nie. Sta­rał się wpoić Micha­łowi dobre wzorce. Nie tylko pła­cił ali­menty, ale sta­rał się, aby dzie­ciak wie­dział, że ma ojca, a nie tylko ban­ko­mat.

 
Wesprzyj nas