Powieść sensacyjna Rafała Barnasia i Marcina Falińskiego – duetu pisarzy, który podbił rynek wydawniczy bestsellerem „W czerwonej sieci”. Czy polskim oficerom wywiadu uda się wypełnić misję, która zmieni nie tylko losy Polski, ale też części świata?


Stare Kiejkuty, Ośrodek Szkolenia Kadr Wywiadu, wiosna 1995 roku.

Do ośrodka przybywa tajemniczy mężczyzna, którego zadaniem jest wybranie najzdolniejszych adeptów. To oni będą realizować specjalną operację wywiadowczą wspomagającą wejście Polski do struktur euroatlantyckich.

To wyjątkowo ważna misja, bo rosyjski wywiad aktywnie pracuje nad pokrzyżowaniem polskich planów. Od jej powodzenia zależy także bezpieczeństwo nuklearne całego świata.

Troje wybranych oficerów szybko zostaje wciągniętych w bezwzględną grę pomiędzy wielkimi mocarstwami. Szpiegowska rozgrywka prowadzi ich przez Afrykę, Seszele, Azjęoraz Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną rządzoną przez komunistyczny reżim Kimów.

Czy polskim oficerom wywiadu uda się wypełnić misję, która zmieni nie tylko losy Polski, ale też części świata?

Marcin Faliński, absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1992 roku dziennikarz „Życia Warszawy”. Od 1993 roku funkcjonariusz Urzędu Ochrony Państwa, a od 1996oficer Zarządu Wywiadu. W roku 1997 roku ukończył kurs oficerski w Ośrodku Kształcenia Kadr Wywiadu. Od 2002 roku oficer Agencji Wywiadu. Kilka lat temu w stopniu podpułkownika, przeszedł na emeryturę. Współautor bestsellerowej trylogii historyczno-szpiegowskiej (Operacja Rafael, Operacja Singe i Operacja Retea) i powieści sensacyjnej W czerwonej sieci.

Rafał Barnaś, historyk z wykształcenia. Pracował w hotelarstwie, sektorze bankowym, korporacji i handlu w kraju i poza granicą. Członek kanadyjskiego think tanku Centre for Military Intelligence and Security Studies. Autor powieści Młodzieniec i Trujące akta oraz współautor biografii Szpieg. Najstarszy zawód świata i powieści sensacyjnej W czerwonej sieci. Z zamiłowania podróżnik. Odwiedził ponad 50 krajów na sześciu kontynentach.

Marcin Faliński, Rafał Barnaś
Obcy horyzont
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 8 lutego 2023
 
 


Rozdział 1

Stare Kiej­kuty, Ośro­dek Kształ­ce­nia Kadr Wywiadu – wio­sna 1995 roku

– Czy pod­cho­rąży Anita czy­tała regu­la­min strzel­nicy? – zapy­tał nie­wy­soki puł­kow­nik służ­bo­wym tonem. Jego siwi­zna i czę­ściowa łysina świad­czyły o tym, że ma już za sobą kawał życia. Ale wyspor­to­wana syl­wetka nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści co do formy fizycz­nej.
– Tak jest, panie puł­kow­niku!
– To chyba pod­cho­rąży powinna pamię­tać, że cały czas należy mieć na oczach oku­lary ochronne. Tak czy nie?
– Tak, panie puł­kow­niku. Ale… ale my dopiero cze­kamy na swoją kolej – odpo­wie­działa dziew­czyna, wska­zu­jąc na meta­lowe tar­cze.
– A czy pod­cho­rąży Anita wie, co to ryko­szet? Aha, jesz­cze jedno: pro­szę coś zro­bić z tymi wło­sami.
Dziew­czyna bez słowa zdjęła bejs­bo­lówkę, z wdzię­kiem prze­cze­sała pal­cami dłu­gie włosy i spięła je w kok tuż nad kar­kiem. Następ­nie wło­żyła czapkę i prze­zro­czy­ste oku­lary, po czym usia­dła obok tych, któ­rzy cze­kali na swoją kolej.
– Mar­cin, nie sły­sza­łeś, co mówił puł­kow­nik? – zwró­ciła się do wyso­kiego chło­paka łapią­cego opa­le­ni­znę w wio­sen­nym słońcu.
– Sły­sza­łem. Puł­kow­nik jak zawsze robi nie­po­trzebny młyn. Nie widzisz, że się opa­lamy? – Mar­cin ski­nął głową w kie­runku innych. – Dziew­czyno, łap heba­nek! Na wyjazd w teren będzie jak zna­lazł. A ty blada jak mąka…
– Sam jesteś mąka – odburk­nęła i zało­żyła na uszy ciem­no­zie­lone słu­chawki Pel­tora.
Po chwili roz­le­gła się kano­nada strza­łów. Kilku strzel­ców pokry­wało ogniem meta­lowe tar­cze. Zgod­nie ze sce­na­riu­szem cho­wali się za tek­tu­rowe zasłony, klę­kali i odda­wali strzał. Potem prze­ła­do­wy­wali broń i znowu strze­la­jąc, zbli­żali się do małych okrą­głych tarcz, tak zwa­nych liza­ków, po wcze­śniej­szym wyeli­mi­no­wa­niu więk­szych, okre­śla­nych chło­pa­kami, które po tra­fie­niu prze­wra­cały się z łosko­tem. Grzmot nie usta­wał.
W pew­nym momen­cie puł­kow­nik kątem oka dostrzegł zamie­sza­nie wśród ocze­ku­ją­cych. Odwró­cił się i zoba­czył, jak jedna z osób trzyma się za deli­kat­nie zakrwa­wiony poli­czek.
– Stop! – krzyk­nął. – Wstrzy­mać ogień!
Huk ustał jak ucięty nożem.
Puł­kow­nik pod­szedł sprę­ży­stym kro­kiem do zra­nio­nego chło­paka.
– Pod­cho­rąży Mar­cin, co się stało?
– Chyba dosta­łem ryko­sze­tem…
Puł­kow­nik mach­nął w stronę pie­lę­gniarki, zawsze dyżu­ru­ją­cej pod­czas strze­la­nia. Ta natych­miast pode­szła do chło­paka, spoj­rzała na niego i zaczęła szu­kać cze­goś w swo­jej czer­wo­nej tor­bie.
– Panie puł­kow­niku, nic mi nie będzie. To tylko nie­wiel­kie dra­śnię­cie…
Puł­kow­nik kon­tro­l­nie spoj­rzał po pozo­sta­łych. Wszy­scy mieli oku­lary ochronne.
Anita zdjęła słu­chawki i szep­nęła do Seba­stiana:
– Mówi­łam mu, żeby zało­żył oku­lary.
– E tam, też nie mia­łem. A ty co taka święta? Sama wcze­śniej nie zakła­da­łaś.
– Ale zało­ży­łam.
– Ale-srale. Wiesz, w sumie to dobrze na tym wyszedł. Zazdrosz­czę mu.
– Co ty pie­przysz? – Anita spoj­rzała na kolegę zdu­miona.
– Nie będzie mógł się cało­wać z dziew­czy­nami w policzki, tylko od razu w usta!
– Obaj jeste­ście poje­bami – skwi­to­wała, krę­cąc głową, po czym zni­żyła głos: – Wpad­niesz wie­czo­rem? Pouczymy się. Jutro pra­sówka z ostat­nich dwóch tygo­dni.
– A kole­żanki z pokoju się pozby­łaś?
– Seba­stian, ja mówię o nauce! Jak masz takie pomy­sły, to cię nie wpusz­czę. Nawet nie myśl o tym.
– I tak wejdę. Z bal­konu przez luf­cik. – Seba­stian puścił do niej oko.
– Jasne! I zakli­nu­jesz się jak ostat­nio po impre­zie. Gdyby nie Mar­cin, wisiał­byś tak do pobudki, aż puł­kow­nik zna­la­złby cię na poran­nym obcho­dzie.
– Sam bym wyszedł.
– Aku­rat! Mar­cin wycią­gał cię parę minut i też się napo­cił. Dobrze, że nie spadł, jak prze­cho­dził po tych bal­ko­nach. Nie­źle nagrzani byli­ście – żach­nęła się Anita, zaraz jed­nak dodała: – Posta­ram się, żeby Bożenki nie było. Zresztą pew­nie jak zawsze będzie w bilarda przy winie grać ze swoim uko­cha­nym.
– Z jakim uko­cha­nym? – zdzi­wił się Seba­stian. – O kim ty gadasz?
– Co się tak dzi­wisz? O twoim współ­spa­czu.
– Poważ­nie? Myśla­łem, że oni tak tylko, no wiesz…
– Wy, chłopy, to tylko o jed­nym myśli­cie. W ogóle nie zauwa­ża­cie, co się dzieje obok was – spu­en­to­wała Anita, zer­ka­jąc w bok. – Dobra, Mar­cina już chyba opa­trzyli. Wra­camy do strze­la­nia.
Po chwili powie­trze znów prze­cięły wystrzały. Wtó­ro­wały im meta­liczne dźwięki tra­fień i prze­wra­ca­ją­cych się tarcz. Nikt z ocze­ku­ją­cych na swoją kolejkę nawet na moment nie zdjął już oku­la­rów. Nie­któ­rzy opa­lali się, korzy­sta­jąc z wol­nej chwili, inni kibi­co­wali strze­la­ją­cym kole­gom i kole­żan­kom.
– Ty, Mar­cin, a sły­sza­łeś, że Bożenka i… sam wiesz kto – zwró­cił się do kum­pla Seba­stian.
– No co ty? – zdu­miał się Mar­cin. – Nie wie­dzia­łeś? Urzą­dzasz sobie życie z Anitką, to nie widzisz, co się dzieje u innych.
– Ja? Ja niczego sobie, kurwa, nie urzą­dzam.
– Dobra, dobra. Powiedz lepiej, kiedy znowu będę cię z luf­cika wycią­gał… – Roze­śmiał się, gdy odgłos strza­łów ucichł. – Chodź, zaraz nasza kolej. A trzeba jesz­cze nała­do­wać maga­zynki.

* * *

– A co to za facet sie­dzi na końcu auli? – szep­nął Seba­stian.
Mar­cin wstał i uda­jąc, że popra­wia polowy mun­dur, obej­rzał się za sie­bie. Star­szy męż­czy­zna w ostat­nim rzą­dzie, z grubą teczką na kola­nach, aku­rat coś noto­wał. W pew­nej chwili pod­niósł głowę i ich wzrok się spo­tkał. Chło­pak dla nie­po­znaki rozej­rzał się po kame­ral­nej auli, prze­cią­gnął i usiadł.
– Nie wiem – mruk­nął do kolegi. – Pew­nie ktoś z cen­trali przy­je­chał.
– Ale nie ma dzi­siaj żad­nego wykładu z gościn­nym wystę­pem.
– Pod­cho­rąży Seba­stian! – roz­legł się dono­śny głos ofi­cera pro­wa­dzą­cego zaję­cia z pod­staw pracy infor­ma­cyj­nej wywiadu.
– O kurwa, chyba cię wywo­łują – rzu­cił Mar­cin.
Seba­stian pode­rwał się na równe nogi do postawy zasad­ni­czej, odru­chowo popra­wia­jąc bluzę mun­duru.
– Panie Seba­stia­nie, jedną z naj­waż­niej­szych spraw, jakie ostat­nio się wyda­rzyły, jest pewne mor­der­stwo doko­nane w Kra­ko­wie. Jaki to ma zwią­zek z zagad­nie­niami mię­dzy­na­ro­do­wymi? Pro­szę nam powie­dzieć.
– Panie porucz­niku… – wydu­kał nie­pew­nie Seba­stian. – No więc… ta sprawa, choć miała miej­sce w Kra­ko­wie, ma cha­rak­ter… świa­towy w pew­nym sen­sie.
– Świa­towy, mówi pan. To inte­re­su­jące. Pro­szę kon­ty­nu­ować.
– Roz­prawa, która cią­gnie się od dłuż­szego czasu, doty­czy mor­der­stwa dyrek­tora Cari­tasu powią­za­nego z naj­wyż­szymi hie­rar­chami w Kościele kato­lic­kim. Nie tylko w Pol­sce, ale i w Waty­ka­nie, czy nawet sze­rzej: w Rzy­mie.
– Mhmm… To bar­dzo cie­kawe. Ale chyba jed­nak wyciąga pan za daleko idące wnio­ski. Rzym i Sto­lica Apo­stol­ska fak­tycz­nie znaj­dują się za gra­nicą. I wydaje się, że na tym sprawy mię­dzy­na­ro­dowe w tej histo­rii się koń­czą, nie uważa pan?
– Tak jest – odpo­wie­dział Seba­stian.
– Jutro po zaję­ciach przyj­dzie pan do mnie na poprawkę.
Po auli roze­szły się ciche śmie­chy.
– Nie ma co się śmiać, sza­nowni pań­stwo. Mamy jesz­cze dru­giego kwia­tuszka w ostat­niej pra­sówce. Pani Anita.
– Tak, panie porucz­niku. – Anita wstała i z wdzię­kiem zarzu­ciła do tyłu roz­pusz­czone włosy.
– Pań­stwo pozwolą, prze­czy­tam tę fascy­nu­jącą infor­ma­cję, którą pani pod­cho­rąży zna­la­zła w pra­sie. „W ostat­nią środę na ulicę Szwedzką w War­sza­wie wezwany został patrol poli­cji, który w meli­nie osób z pół­światka ujaw­nił ciężko ranną kobietę. Zostało wezwane pogo­to­wie ratun­kowe. Na miej­scu poli­cjanci zastali męż­czy­znę w sta­nie kom­plet­nego upo­je­nia alko­ho­lo­wego. Usta­lono, że to dosko­nale znany funk­cjo­na­riu­szom z komendy przy Cyryla i Meto­dego Kazi­mierz S., pseu­do­nim «Kazik Sie­kie­reczka». W miesz­ka­niu zna­le­ziono rów­nież zakrwa­wioną sie­kierę. Ze wstęp­nych usta­leń wynika, że kobieta była kon­ku­biną Kazi­mierza S. i została praw­do­po­dob­nie zaata­ko­wana tym narzę­dziem”.
Aulę znów wypeł­niła zbio­rowa weso­łość.
– Pani Anito, co tak się pań­stwo uwzięli na te kry­mi­nalne histo­rie? Razem to czy­ta­cie czy jak? Czy teraz może powin­ni­śmy się do pani zwra­cać „Sie­kie­reczka”? No, słu­cham?
– Mówi­łem, że życie sobie ukła­da­cie – szep­nął Mar­cin do sie­dzą­cego obok Seba­stiana.
– Panie porucz­niku, bo na początku tak świa­towo było z tą ulicą… Szwedzką – pró­bo­wała tłu­ma­czyć Anita.
– Jak będzie pani w War­sza­wie, pro­po­nuję się tam przejść, na tę świa­tową ulicę. Tylko nie w nocy i naj­le­piej z panem Seba­stia­nem, skoro taki z niego wiel­bi­ciel kry­mi­nału.
– Tak jest!
– Panią też zapra­szam jutro na poprawkę. I może jed­nak znaj­dzie­cie coś o zama­chu ter­ro­ry­stycz­nym w Okla­homa City. Przy­po­mnę, że zgi­nęło tam pra­wie dwie­ście osób…
Dziew­czyna usia­dła ze zre­zy­gno­waną miną.
– Czyż­byś miała inne plany na dzi­siaj? – Nachy­lił się do niej Mar­cin. – Wie­czór miał być sto­sun­kowo udany?
– Spa­daj… Kurwa, jak ja nie lubię tych pra­só­wek. – Anita ude­rzyła dło­nią w blat skła­da­nego sto­lika.
– Nie dener­wuj się. Może wam jakoś pomóc?
– Nam? – Odwró­ciła się i popu­kała pal­cem w czoło. – Ochłoń, chło­paku.
Mar­cin wzru­szył ramio­nami.
– To wy zawa­li­li­ście pra­sówkę. Chcia­łem tylko pomóc.

* * *

– I co, mistrzo­wie pióra? Popły­nę­li­ście? – Mar­cin sie­dział razem z Anitą i Seba­stia­nem w sto­łówce. – Kurwa, znowu te pie­przone rumuń­skie kieł­ba­ski. Już nimi rzy­gam…
– Chyba kieł­ba­ski z Rumuna – prych­nęła Anita. – Daj spo­kój, mam wie­czór z głowy. A chcia­łam iść na basen i do sauny.
– Puł­kow­nik na pewno by się ucie­szył na twój widok. – Mar­cin wymow­nie poru­szył brwiami. – Zoba­czysz, dopro­wa­dzisz go kie­dyś w tej sau­nie do zawału. A jesz­cze jak Bożenka dołą­czy w tym swoim czar­nym bikini. Ach!
– W dupie mam Rumuna. Pizzę sobie wezmę w bufe­cie – wtrą­cił grze­biący widel­cem w tale­rzu Seba­stian. – Patrz, Mar­cin, facet, który był w auli, nie wyje­chał.
– O kim wy mówi­cie? – Anita spoj­rzała na nich, marsz­cząc czoło.
– O typie, który sie­dzi koło komen­danta. Jakby się nam przy­glą­dał…
– Co ty pier­ni­czysz, Seba­stian? Może Ani­cie się przy­gląda, ale nam? Chyba jesteś prze­czu­lony. – Mar­cin ukroił kawa­łek podłuż­nego rumsz­tyku. – A wła­śnie, Anita, sły­sza­łem, że na zaję­ciach z tech­niki w labo­ra­to­rium foto­gra­ficz­nym u was w dru­ży­nie dziew­czyny nic nie mają pod tymi bia­łymi far­tu­chami. Prawda to? – zapy­tał z peł­nymi ustami.
– Mamy. Buty i spodnie. A co?
– Nic. Tak tylko zapy­ta­łem. I bez sta­ni­ków?
– Bez. Zosta­wiamy je w poko­jach…
– A ja wam mówię, że ten typek nam się przy­gląda – prze­rwał im Seba­stian.
Cała trójka popa­trzyła w kie­runku męż­czy­zny, który wła­śnie wstał i wraz z komen­dan­tem skie­ro­wał się do sąsied­niego kasyna. Jakby na komendę pod­nie­śli do ust kubki z zie­lo­nym wzor­kiem i napi­sem „MSW” i wzięli po dużym łyku kom­potu.
– Ty, Seba­stian, jakieś zwidy masz czy co? – rzu­cił Mar­cin, odsta­wia­jąc kubek na stół. – Dobra, chodźmy już. Dam wam swoje notatki, geniu­sze pracy infor­ma­cyj­nej, żeby­ście nie tra­cili czasu na stu­dio­wa­nie gazet.
Pro­sto ze sto­łówki poszli do znaj­du­ją­cego się naprze­ciwko inter­natu. Mar­cin szybko pod­rzu­cił kole­gom notatki, a potem wró­cił do swo­jego pokoju.
Jego współ­lo­ka­tora nie było. Pew­nie poszedł do świe­tlicy na tele­wi­zję, pomy­ślał chło­pak. Roz­piął pas, zdjął bluzę, a potem wyjął z bre­zen­to­wej rapor­tówki skrypty i rzu­cił je na biurko. Poło­żył się na łóżku. Nie chciało mu się zdej­mo­wać butów, bo prze­cież miał jesz­cze iść na pizzę z Seba­stia­nem. Z bocz­nej kie­szeni spodni wycią­gnął port­fel, a z niego zdję­cie swo­jej żony. Lubił je. Ela pre­zen­to­wała się na nim obłęd­nie. Miała obci­słe żółte body z dużym dekol­tem, czer­woną krótką spód­niczkę i drew­niaki na wyso­kich kotur­nach.
Ostat­nio nie ukła­dało im się naj­le­piej. Coraz czę­ściej docho­dziło mię­dzy nimi do nie­po­ro­zu­mień i kłótni. Cza­sami Mar­cin prze­bą­ki­wał nawet o roz­sta­niu. Mimo to żona bar­dzo go pocią­gała i tak naprawdę nie wyobra­żał sobie życia bez niej. Zamknął oczy, przy­wo­łu­jąc w pamięci obraz jej boskiego ciała. Jesz­cze kilka dni i się zoba­czymy, zdą­żył pomy­śleć, zanim zasnął.
Ze snu wyrwał go głos dyżur­nego pły­nący z gło­śnika, nazy­wa­nego koł­choź­ni­kiem: „Pod­cho­rąży Mar­cin, pod­cho­rąży Anita i pod­cho­rąży Seba­stian sta­wią się natych­miast u dyżur­nego. Sprawa pilna!”.
– Co jest, kurwa… – mruk­nął Mar­cin, zry­wa­jąc się na równe nogi.
Spoj­rzał na zega­rek. Było po dwu­dzie­stej dru­giej. Cisza nocna.
„Powta­rzam: pod­cho­rąży Mar­cin, pod­cho­rąży Anita i pod­cho­rąży Seba­stian sta­wią się natych­miast u dyżur­nego. Sprawa pilna!”
Może to alarm? – prze­szło mu przez myśl. W sumie dawno nie było, od zimy tylko raz…
Mie­siąc temu w środku nocy wywieźli ich czter­dzie­ści kilo­me­trów od ośrodka i kazali pie­chotą wra­cać lasami i polami, przez top­nie­jący śnieg i mokra­dła.
Ale dla naszej trójki tylko? – kal­ku­lo­wał, ubie­ra­jąc się pospiesz­nie. Miał jakieś nie­okre­ślone prze­czu­cie, że dzieje się coś waż­nego. Eks­cy­ta­cja mie­szała się w nim z obawą.
Wyszedł szybko na kory­tarz i wal­nął pię­ścią w drzwi sąsied­niego pokoju. Te od razu się otwo­rzyły. Pierw­szy poka­zał się Seba­stian, a tuż za nim, dopi­na­jąca mun­dur i popra­wia­jąca roz­wi­chrzone włosy, Anita.
– O co cho­dzi? – rzu­ciła spło­szona.
– Wiem tyle co ty. – Mar­cin skie­ro­wał się w stronę scho­dów.
Już po chwili cała trójka była na par­te­rze. Przed kon­tu­arem dyżur­nego stał komen­dant.
– Mel­du­jemy się, panie puł­kow­niku – zaczął Mar­cin, stu­ka­jąc w pozy­cji zasad­ni­czej obca­sami butów.
Anita i Seba­stian mu zawtó­ro­wali.
Komen­dant kiw­nął na nich głową, aby poszli za nim do tyl­nego wyj­ścia z inter­natu.
– Słu­chaj­cie – zaczął ści­szo­nym gło­sem – w kasy­nie czeka na was pewien bar­dzo doświad­czony ofi­cer z cen­trali. Chce z wami poroz­ma­wiać. Macie mu powie­dzieć wszystko, o co zapyta. Żad­nych tajem­nic. Zro­zu­miano? – Gdy cała trójka kiw­nęła gło­wami, dodał: – To może zająć tro­chę czasu. Uda­cie się do niego poje­dyn­czo. Może pierw­szy… pod­cho­rąży Mar­cin.
– Ale panie puł­kow­niku – ode­zwała się nie­pew­nie Anita. – Jutro mamy poprawkę z pra­sówki. Tro­chę zawa­li­li­śmy i pan wie…
– Wiem, wiem. Poprawkę macie prze­su­niętą na poju­trze.
– Kurwa, tak czu­łem, tak czu­łem… – szep­nął Seba­stian, gdy komen­danta i Mar­cin wyszli z budynku.
– Co czu­łeś? – spy­tała zdez­o­rien­to­wana Anita.
– No ten typ, co się nam przy­glą­dał w auli i sto­łówce. To o niego cho­dzi. Z nim mamy się spo­tkać.
Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami i popra­wiła włosy.
– Chodź, mamy jesz­cze tro­chę czasu dla sie­bie. – Pocią­gnęła chło­paka na schody.
– Mie­li­śmy się uczyć.
– Mamy czas.
Dys­kret­nie, ale sta­now­czo chwy­ciła go za pośla­dek, posy­ła­jąc mu spoj­rze­nie swo­ich piw­nych oczu, które mówiły wszystko. Jesz­cze na kory­ta­rzu zaczęła roz­pi­nać bluzę. Pod spodem nie miała bie­li­zny. Seba­stian spoj­rzał na jej odsło­nięte krą­głe piersi i poczuł nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Gdy dziew­czyna roz­chy­liła usta i wil­got­nym języ­kiem powoli obli­zała górną wargę, miał wra­że­nie, że zaraz eks­plo­duje jak nie­do­świad­czony mało­lat. Gwał­tow­nie nabrał powie­trza i wypu­ścił je prze­cią­gle, żeby się opa­no­wać.
Weszli do pokoju, z trza­skiem zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

* * *

Mar­cin zdjął czapkę i sta­nął w progu kasyna, w któ­rym pano­wał lekki pół­mrok. Stuk­nął obca­sami, po czym skie­ro­wał się do ostat­niego sto­lika przed sto­łem bilar­do­wym. Obok jakichś teczek na stole stała szklanka z bursz­ty­no­wym pły­nem i kost­kami lodu.
– Pro­szę sia­dać – powie­dział sie­dzący przy sto­liku męż­czy­zna. – Na wstę­pie zazna­czę, że ta roz­mowa jest ści­śle tajna. Nikt poza nami nie może wie­dzieć o tym, co tu usły­szysz. Czy to jasne?
– Tak jest, panie…
– Na razie wystar­czy „panie” – uciął nie­zna­jomy, zmie­rzył chło­paka wzro­kiem i otwo­rzył jedną z teczek. – Mar­cin Łodyna. Hmm… Co my tu mamy?
– Tak jest. Mar­cin Łodyna.
– Nie popi­sał się pan z tym piwem w Sta­rych Kiej­ku­tach.
– No wie pan….
– To jak to było?
– Mówi­łem kole­gom i kole­żan­kom, że spo­koj­nie wycho­dzę z ośrodka i przez zamar­z­nięte jezioro, wzdłuż brzegu, omi­ja­jąc poste­runki i patrole nad­wi­ślań­czy­ków, cho­dzę po piwo do knajpy. Wie pan, moja pozy­cja rosła w ich oczach…
– Wiem, wiem. Dobra, a jak było naprawdę?
– Naprawdę… Bar­dziej pro­za­icz­nie. Piwo kupo­wa­łem na wyjaz­dach tere­no­wych i cho­wa­łem je w piw­nicy, pan wie, tam koło maga­zynu. A potem mówi­łem wszyst­kim, że idę po takie, któ­rego nie było u nas w kasy­nie. W tym cza­sie ukry­wa­łem się pod mate­ra­cami gim­na­stycz­nymi na jakąś godzinę. Póź­niej czę­sto­wa­łem piwem kole­gów i kole­żanki.
– Paru opie­ku­nów nawet się na to nabrało.
– No wiem. Ale w końcu BPM mnie przy­uwa­żył w tej piw­nicy.
– Słu­cham? Kto ma tu prze­zwi­sko „Bły­ska­wiczne Prze­ka­za­nie Mate­ria­łów”?
– Nie, to nie tak! Bez­kon­ku­ren­cyjny Pan… – Mar­cin urwał.
– A, fak­tycz­nie. No tak, co nieco do mnie dotarło. Zapo­mnia­łem. Cie­kawe prze­zwi­sko. Nawet trafne. Dobra, widzę, że skoń­czy­łeś Nauki Poli­tyczne na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. Tro­chę dłu­żej stu­dio­wa­łeś, niż to wynika z pię­cio­let­niego sys­temu.
– Tak… Wyjazdy han­dlowe do Nie­miec, Buł­ga­rii, potem praca na połu­dniu Fran­cji przy wino­bra­niu, następ­nie han­del i pomoc na budo­wie w Szwe­cji. Jako stu­dent mia­łem łatwiej. No i do woja mnie nie brali.
– A czym w tej Buł­ga­rii czy tam Szwe­cji han­dlo­wa­łeś?
– Róż­nie. W Buł­ga­rii bisep­tol i pre­zer­wa­tywy dobrze kie­dyś szły. Tro­chę badzie­wia z Różyca. W Szwe­cji sery, pościel, pol­ska wódka. Pan wie, prze­bitka duża. Tyko poli­cji trzeba było pry­skać cza­sem, jak namie­rzali nas na par­kin­gach w Malmö czy Ystad.
Męż­czy­zna zer­k­nął do teczki.
– Widzę, że inte­re­su­jesz się też archi­tek­turą i sztuką.
Mar­cin krótko kiw­nął głową.
– Tak, zwłasz­cza wło­skim rene­san­sem. Ale nie tylko.
– Uczy­łeś się fran­cu­skiego i hisz­pań­skiego.
– Tak. Fran­cu­ski zarzu­ci­łem, ale hisz­pań­ski znam cał­kiem nie­źle.
– Marzy ci się sło­neczna Hisz­pa­nia?
– Nie­zu­peł­nie. Ame­ryka Połu­dniowa, a naj­bar­dziej Wene­zu­ela. Żeby tak poje­chać na pla­cówkę do Cara­cas albo Bogoty. Speł­ni­łyby się moje marze­nia z lat dzie­cię­cych.
– To zna­czy?
– Pierw­sza książka, jaką prze­czy­ta­łem w życiu, mia­łem wtedy sześć lat, to była Wyspa Robin­sona Arka­dego Fie­dlera…
– Aaa, teraz rozu­miem – prze­rwał Mar­ci­nowi roz­mówca, nie odry­wa­jąc wzroku od doku­men­tów. – Nie lubisz woj­ska, zatem co tu robisz?
– Zupac­twa nie lubię. Tutaj to co innego. To wywiad. Naj­lepsi z naj­lep­szych.
– Rozu­miem. Pracę magi­ster­ską pisa­łeś z… Gdzieś tu było… – Męż­czy­zna wer­to­wał kolejne strony.
– Z sys­te­mów poli­tycz­nych w poza­eu­ro­pej­skich kra­jach socja­li­stycz­nych. Na przy­kła­dzie Korei Pół­noc­nej, Kuby, Mon­go­lii i Angoli.
– Cie­kawe. I co mi o tym powiesz? Dotar­łeś do doku­men­tów, jakichś inte­re­su­ją­cych infor­ma­cji?
– Stu­dio­wa­łem z kole­gami z tych kra­jów, więc mia­łem oka­zję do wielu roz­mów – odparł Mar­cin. – Poza tym sporo mate­ria­łów było na wydziale. Wykła­dowcy cza­sem jeź­dzili po świe­cie, mieli swoje spo­strze­że­nia…
– Z Korei Pół­noc­nej też mia­łeś kole­gów?
– Tak. Do czasu, jak jed­nej nocy wywieźli ich z Pol­ski. Jakoś w poło­wie moich stu­diów to było. Z nimi też biz­nesy robi­łem. Za twardą walutę.
– A czym z nimi han­dlo­wa­łeś?
– Przy­wo­zili na przy­kład hafty na jedwa­biu, nacią­gnięte na blejt­ra­mach z balsy. Piękne. Nie­stety po tym, jak ich wywieźli, kon­takt nam się urwał. Dzi­siaj nie wiem, czy w ogóle żyją, czy nie tra­fili do jakichś obo­zów reedu­ka­cyj­nych…
– Rozu­miem. Co tu jesz­cze mamy, nagrody rek­tora za dobre wyniki w nauce, stu­dia ukoń­czone z bar­dzo wysoką notą, karate, wspi­naczka, survi­val…
– Mogę o coś zapy­tać? – prze­rwał Mar­cin.
Męż­czy­zna popra­wił oku­lary, które lekko obsu­nęły mu się na nosie.
– Słu­cham?
– Czemu mają słu­żyć te roz­mowy z nami? O co cho­dzi? Widzie­li­śmy pana w auli. Seba­stian z Anitą się nie popi­sali…
– Posłu­chaj, jesteś z waszej trójki naj­star­szy. Wcze­śniej pra­co­wa­łeś na Rako­wiec­kiej u naszych sąsia­dów z ostat­niego pię­tra.
– Na Samo­cho­do­wej.
– Dobra, na Samo­cho­do­wej. Powiem krótko i mam nadzieję, że zro­zu­miesz. – Męż­czy­zna zdjął oku­lary i zło­żył je. – Pol­ska musi szu­kać sojusz­ni­ków. Ale jak to w życiu, nie ma nic za darmo. Musimy coś dać od sie­bie, żeby być w NATO i Unii Euro­pej­skiej. Żeby nasze wstą­pie­nie było zna­czące, odczu­walne dla sojusz­ni­ków.
– Han­del, tak?
– Można to tak nazwać. Ale stawką jest przy­szłość Pol­ski w struk­tu­rach euro­atlan­tyc­kich. Zachodni sojusz­nicy są bar­dzo prag­ma­tyczni. A Rosja­nie będą nam rzu­cać kłody pod nogi, o ile już tego nie robią. Pew­nie w przy­szło­ści ich dzia­ła­nia będą nasta­wione na ode­rwa­nie czy odsu­nię­cie nas od Zachodu. Musimy się temu prze­ciw­sta­wić. Sami jeste­śmy za słabi, ale gdy zawią­żemy sojusz z Zacho­dem, USA będą się z nami liczyć. Rozu­miesz? – Męż­czy­zna wziął głę­boki oddech i powoli wypu­ścił powie­trze.
– Oczy­wi­ście – odpo­wie­dział Mar­cin po chwili waha­nia.
– Nie wystar­czą takie akcje jak ta w Sankt Peters­burgu z mło­dymi pra­cow­ni­kami nauko­wymi filo­lo­gii rosyj­skiej z two­jej uczelni. To może być za mało.
– Nie rozu­miem…?
– Nie oma­wiano z wami tej sprawy? Szkoda. Kiedy nasi sąsie­dzi ze Wschodu prze­stali być naszymi sojusz­ni­kami, poja­wiła się potrzeba powo­ła­nia komórki zaj­mu­ją­cej się tym tere­nem. Czy wiesz, jak trudno roz­po­cząć takie dzia­ła­nia?
– Zdaję sobie sprawę…
– Dzięki uprzej­mo­ści pre­zy­denta War­szawy, który patro­no­wał temu wyjaz­dowi, a przede wszyst­kim dzięki temu, że zastępca szefa nowej komórki był jego ser­decz­nym przy­ja­cie­lem, udało się. Wśród przed­sta­wi­cieli dele­ga­cji ulo­ko­wa­li­śmy naszych ludzi. I tak się to zaczęło. Ale mniej­sza o to. Do rze­czy… Po zakoń­cze­niu szko­le­nia i przej­ściu do Cen­trali Zarządu Wywiadu UOP pro­po­nuję tobie, Seba­stia­nowi i Ani­cie pracę w pio­nie naukowo-tech­nicz­nym.
– Ale ja chcia­łem do kontr­wy­wiadu zagra­nicz­nego, a Seba­stian do nie­le­ga­łów… – Mar­cin urwał.
– Takie są decy­zje kie­row­nic­twa. A dokład­nie dyrek­tora. O szcze­gó­łach dowie­cie się już nie­długo. Spo­tkamy się na balu ofi­cer­skim po zakoń­cze­niu szko­le­nia. Twoja uro­cza żona też będzie, mam nadzieję?
Mar­cin popa­trzył badaw­czo na męż­czy­znę. Zro­biło mu się gorąco, a przez jego ciało prze­szły dziwne dresz­cze. Zaci­snął lekko usta, by nie dać po sobie poznać iry­ta­cji. Po chwili poczuł, że wraca do rów­no­wagi.
– Będzie – odparł krótko.
– Świet­nie. Możesz odejść. I zawo­łaj Seba­stiana. Anitę zosta­wię sobie na deser. – Męż­czy­zna wychy­lił whi­sky do dna, po czym zaczął ener­gicz­nie prze­kła­dać teczki z doku­men­tami.
– Tak jest. – Mar­cin stuk­nął obca­sami.

* * *

– Przede wszyst­kim nic, o czym będziemy tu roz­ma­wiać, nie może się wydo­stać poza to pomiesz­cze­nie, zro­zu­mia­łeś?
– Tak jest – odparł Seba­stian, nieco zasko­czony tonem tego komu­ni­katu.
Męż­czy­zna otwo­rzył jedną z teczek i uśmiech­nął się pod nosem. Przez chwilę wer­to­wał kartki.
– Seba­stian Toma­no­wicz… Powiedz mi Seba­stian, to na Aka­de­mii Gór­ni­czo-Hut­ni­czej uczą zakła­da­nia pod­słu­chów? Nie­złą aferę wywo­ła­łeś w aka­de­miku…
– Hmm… – zmie­szał się chło­pak. – To nie było żadne pod­słu­chi­wa­nie, tylko takie głu­pie żarty.
Tak naprawdę pyta­nie go zasko­czyło. Nie spo­dzie­wał się, że ktoś jesz­cze wycią­gnie jego pery­pe­tie ze stu­denc­kich lat. Poczuł się nie­zręcz­nie.
– Kre­tyń­skie żarty. Gdyby ktoś nagło­śnił tę sprawę, łatwo się domy­ślić, jaki byłby finał.
– Tak, wiem. To tro­chę jak dzi­siaj na tej nie­szczę­snej pra­sówce. Cza­sem z czło­wieka wycho­dzi taka sztu­backa natura, w końcu to szkoła… – Seba­stian zawie­sił głos i spoj­rzał na męż­czy­znę trzy­ma­ją­cego w dłoni pełną szklankę z whi­sky. Miał wra­że­nie, że stu­ka­nie kostek lodu sły­chać w całej sali.
– Poru­szy­łeś temat zamor­do­wa­nia jakie­goś księ­dza sprzed roku. Ale przejdźmy dalej…
– To nie był zwy­kły ksiądz – prze­rwał Seba­stian, pró­bu­jąc się wytłu­ma­czyć.
– Dobra, dajmy temu spo­kój.
Na chwilę zapa­dło mil­cze­nie. W końcu męż­czy­zna odsta­wił szklankę na sto­lik i pod­jął:
– Więc jak to było z tym pod­słu­chem?
– Zmon­to­wa­łem pro­ste urzą­dze­nie, powiedzmy pod­słu­chowe, i pod­rzu­ci­łem do pokoju jed­nej parki, która lubiła się gło­śno zaba­wić. Wie pan, co mam na myśli… – Uśmiech­nął się Seba­stian.
– A potem puści­łeś nagra­nie w radio­węźle, tak? Żeby odgłosy z tej ich zabawy usły­szeli wszy­scy w aka­de­miku!
– Mhmm… No tak.
– Mia­łeś szczę­ście, że nie roz­dmu­chano tej sprawy. – Męż­czy­zna ponow­nie zer­k­nął do teczki. – Bo z Wydziału Elek­tro­tech­niki, Auto­ma­tyki, Infor­ma­tyki i Elek­tro­niki na pewno byś wyle­ciał z hukiem.
– Pew­nie tak – odparł Seba­stian już bez cie­nia uśmie­chu.
– A jak to się stało, że kra­kus miesz­ka­jący przy placu na Gro­blach stał się bywal­cem mia­steczka stu­denc­kiego?
– Wia­domo, tam naj­lep­sze imprezy, kum­ple, kole­żanki z całej Pol­ski…
– Dobrze, do rze­czy. Zapro­si­łem cię tutaj, bo posta­no­wi­li­śmy wcie­lić cię do kil­ku­oso­bo­wego zespołu. To, co będziesz robił, będzie nie tylko ści­śle tajne, ale też bar­dzo wyjąt­kowe.
– Mnie? – zapy­tał ze zdzi­wie­niem Seba­stian. – Ja prze­cież jestem w dru­giej poło­wie ran­kingu…
– Liczą się zupeł­nie inne kwe­stie. Na przy­kład to, że dobrze znasz język rosyj­ski. – Męż­czy­zna wziął solidny łyk whi­sky.
– A do jakiego kraju trzeba będzie wyje­chać? Jaki to pion naszej służby? Rosja, Bia­ło­ruś, a może Ukra­ina?
– Pion naukowo-tech­niczny. Reszty dowiesz się w swoim cza­sie. Widzę, że pracę magi­sterką obro­ni­łeś na cztery plus. I temat też inte­re­su­jący: „Wyko­rzy­sta­nie zja­wi­ska induk­cji elek­tro­ma­gne­tycz­nej w prze­my­śle maszy­no­wym”. Bar­dzo cie­kawe zagad­nie­nie. Ide­al­nie pasuje do członka pionu naukowo-tech­nicz­nego.
– No tak, inte­re­so­wa­łem się tym, ale ja chcia­łem w wywia­dzie… do nie­le­ga­łów.
– Sły­sza­łem o two­ich pre­fe­ren­cjach. – Męż­czy­zna poki­wał głową i spoj­rzał Seba­stia­nowi w oczy.– Powiedz mi, dla­czego wylą­do­wa­łeś w OKKW? Nie lepiej byłoby ci w jakichś zakła­dach prze­my­sło­wych jako inży­nier? Bo ja wiem, w kon­cer­nie zagra­nicz­nym typu Sie­mens, Gene­ral Elec­trics. Tam chyba są lep­sze per­spek­tywy dla mło­dego czło­wieka z tech­nicz­nym wykształ­ce­niem?
– Mój ojciec jest poli­cjan­tem, a dzia­dek był żoł­nie­rzem. Zawsze marzy­łem, by zostać ofi­ce­rem. Dla­tego gdy zgło­sił się do mnie wywiad, nie mogłem odmó­wić.
– Jasne. – Męż­czy­zna popra­wił oku­lary. – A ten twój zna­jomy, dok­to­rant z Korei Pół­noc­nej, który miesz­kał w aka­de­miku? Na­dal utrzy­mu­jesz z nim kon­takt?
– Choi Nam?
– Tak.
– Nie, ostat­nio widzia­łem się z nim poprzed­niej wio­sny. Miał wtedy bro­nić pracy dok­tor­skiej. Potem kon­takt nagle jakoś się urwał. Ja mia­łem zajętą głowę pracą magi­ster­ską, spra­wami zwią­za­nymi z przy­ję­ciem do służby. Nie wiem, może wró­cił do sie­bie. A dla­czego pan o niego pyta?
– Po pro­stu pytam. A pro­fe­sor Zim­mer­man, u któ­rego pisa­łeś pracę magi­ster­ską?
– Wspa­niały czło­wiek i świetny nauko­wiec – odparł z zapa­łem Toma­no­wicz. – Spe­cja­li­sta od wyko­rzy­sta­nia prądu zmien­nego w maszy­nach prze­my­sło­wych. Bar­dzo go cenię. Nie bez przy­czyny dał mi czwórkę plus na obro­nie.
– Czemu nie piątkę?
– Bo pro­fe­sor twier­dzi, że na piątkę to on może zdać.
– A Pan Bóg na szóstkę, co? – Uśmiech­nął się męż­czy­zna.
– Coś w tym stylu.
– Na razie to wszystko. Poproś Anitę. A my zoba­czymy się na balu.

* * *

Anita usia­dła naprze­ciwko męż­czy­zny, który wła­śnie skoń­czył wer­to­wać doku­menty i wypro­sto­wał się, jakby chciał roz­cią­gnąć zastałe mię­śnie. Widać było, że jest zmę­czony.
– Anita Wan­dol – ode­zwał się, mie­rząc ją wzro­kiem.
– Aha…To zna­czy tak jest.
– Twoi rodzice pra­cują w Puła­wach w Woj­sko­wym Ośrodku Naukowo-Badaw­czym Służby Wete­ry­na­ryj­nej?
– Tak, ale… No tak. – To pyta­nie zupeł­nie ją zasko­czyło. Swoim zwy­cza­jem z wdzię­kiem popra­wiła kosmyk wło­sów, który opadł jej na poli­czek. Czuła, że to nie jest nor­malna roz­mowa. Skąd po roku od roz­mowy z kadrow­cem pyta­nia o moich rodzi­ców? – zasta­na­wiała się. Uśmiech­nęła się sztucz­nie i zasty­gła w ocze­ki­wa­niu.
Męż­czy­zna tym­cza­sem czy­tał kolejny doku­ment, co chwilę zer­ka­jąc na nią badaw­czo.
– Skoń­czy­łaś mikro­bio­lo­gię w Szkole Głów­nej Gospo­dar­stwa Wiej­skiego. Bar­dzo cie­kawy temat pracy magi­ster­skiej: „Wyko­rzy­sta­nie broni bio­lo­gicz­nej w kon­flik­cie zbroj­nym”. Skąd taki pomysł? Chyba nie za bar­dzo pasuje do cha­rak­teru stu­diów, co?
– Zawsze inte­re­so­wały mnie mikro­or­ga­ni­zmy. Mikro­bio­lo­gia w prak­tycz­nym uży­ciu jest fascy­nu­jąca. Poza tym rodzice zara­zili mnie pasją do broni bio­lo­gicz­nej – odparła Anita, wciąż się uśmie­cha­jąc.
– Myśli pani, że na woj­nie może być to sku­teczne roz­wią­za­nie?
– Na woj­nie, ale i pod­czas zama­chów ter­ro­ry­stycz­nych. Skala może być ogromna i nie jest to nic nowego. Już w czter­na­stym wieku Tata­rzy oble­ga­jący twier­dzę Kaffa prze­rzu­cali kata­pul­tami za mury mia­sta ciała cho­rych na dżumę – recy­to­wała jak na egza­mi­nie. – Tym spo­so­bem wywo­łali zarazę wśród miesz­kań­ców twier­dzy. W sta­ro­żyt­no­ści z kolei Scy­to­wie maczali groty strzał we krwi roz­kła­da­ją­cych się zwłok. A teraz zapewne w róż­nych labo­ra­to­riach w Chi­nach, USA czy Rosji też pra­cują nad jaki­miś wiru­sami albo zaraz­kami…
– Intry­gu­jące – prze­rwał jej męż­czy­zna. – Widzę, że zawsze byłaś wzo­rową uczen­nicą i stu­dentką. Żad­nych nega­tyw­nych opi­nii. A potem nagle stu­dia na filo­lo­gii wschod­nio­sło­wiań­skiej. Co się stało?
– Miłość, wspólne plany na przy­szłość. Narze­czony, na szczę­ście już były, znie­chę­cił mnie do dal­szej nauki. Cią­gnął mnie na Lubelsz­czy­znę, żeby budo­wać jakąś pie­przoną fermę hodow­laną… – Dziew­czyna jakby się zmie­szała. – Prze­pra­szam. Po pro­stu tro­chę żałuję.
– Fermy czy stu­diów?
– Stu­diów.
– Rozu­miem. Czyli zaczę­łaś się uczyć rosyj­skiego. Pół­tora roku. To sporo.
– Tak, tu też mi dobrze z nim idzie. Ale na SGGW cho­dzi­łam całe stu­dia na lek­to­rat z nie­miec­kiego i angiel­skiego.
– Pew­nie jesteś cie­kawa, dla­czego cię tu wezwa­łem.
– Tak. Nie ukry­wam, że bar­dzo mnie to zasko­czyło.
– Decy­zją Dyrek­tora Zarządu Wywiadu UOP tra­fisz do pionu naukowo-tech­nicz­nego razem z Mar­ci­nem i Seba­stia­nem.
– Ooo… A czym będziemy się tam zaj­mo­wali? Jeśli mogę zapy­tać. – Uśmiech­nęła się już nieco swo­bod­niej.
– Dowie­cie się wszyst­kiego w swoim cza­sie. Na razie pamię­taj, żeby z nikim o tym nie roz­ma­wiać.
– Rozu­miem.
– Na balu ofi­cer­skim będziesz z Seba­stia­nem? – Nie­zna­jomy odwza­jem­nił uśmiech, wyraź­nie dwu­znacz­nie.
– Nie tylko… Ze wszyst­kimi.
– W takim razie widzimy się na balu nie­długo. Do zoba­cze­nia.

* * *

Anita prze­cią­gnęła się jak leniwa kotka. Jej włosy roz­sy­pały się na nagim tor­sie Seba­stiana, który mru­czał coś nie­zro­zu­miale pod nosem. Wąski tap­czan był w zupeł­nym nie­ła­dzie. Na pod­ło­dze leżały poroz­rzu­cane ubra­nia, na przy­kry­tym szkłem biurku leżał sta­nik i skrę­cone raj­stopy.
Kochali się tej nocy już drugi raz, tym razem krótko i bez zbęd­nych słów. Jakby się spie­szyli, jakby ich głowy coś zaj­mo­wało. Dziew­czyna spoj­rzała na zega­rek. Do pobudki zostały im cztery godziny. Seba­stian odgar­nął deli­kat­nie jej włosy i zaczął cało­wać po szyi, a jego dło­nie powę­dro­wały na jej pośladki.
– A co ty taki aktywny dzi­siaj jesteś? Wio­sna tak na cie­bie działa? – Odsu­nęła jego dłoń i wska­zała na repro­duk­tor. – Słu­chają nas, kurwa – szep­nęła. – Mówię ci, oni słu­chają.
– Nic nie pora­dzę, że tak na mnie dzia­łasz. Poza tym jest wyjąt­kowa oka­zja. Masz dziś wolny pokój – wymru­czał Seba­stian i z jesz­cze więk­szym zapa­łem wró­cił do cało­wa­nia.
Anita odsu­nęła jego głowę, wstała i nacią­gnęła T-shirt. Potem włą­czyła lampkę na biurku.
– Spa­daj już. Jestem zmę­czona.
– Pra­sówką?
– Kurwa, jaką pra­sówką, Seba­stian! Roz­mową! Cały czas o tym myślę!
Seba­stian uśmiech­nął się pod nosem i zaczął prze­cie­rać ośle­pione świa­tłem oczy.
– Jak na prze­słu­cha­niu, kurwa… – skwi­to­wał.
– Ty, a jeśli pro­po­zy­cja tego gościa to jakaś mina? – Anita znów zni­żyła głos do ledwo sły­szal­nego szeptu.
– Nie mam poję­cia. Dobrze wiesz, że moim marze­niem wcale nie było pra­co­wać w pio­nie naukowo-tech­nicz­nym, choć mam ku temu odpo­wied­nie wykształ­ce­nie.
– A nie myślisz, że w tym wszyst­kim jest za dużo nie­wia­do­mych?
– To jakaś tajna ope­ra­cja. Chuj wie, o co tak na prawdę cho­dzi. – Chło­pak też powoli zaczął się ubie­rać. – Wiesz, ten facet pytał mnie o pew­nego Kore­ań­czyka z Pół­nocy, z któ­rym impre­zo­wa­łem w mia­steczku aka­de­mic­kim – powie­dział, nachy­la­jąc się do ucha Anity.
– Myślisz, że może cho­dzić o Koreę Pół­nocną? – odszep­nęła, poda­jąc mu pas.
Seba­stian wzru­szył ramio­nami.
– Nie wiem. Zapy­tamy Mar­cina, jak u niego wyglą­dała ta roz­mowa. A cie­bie pytał o twoją spe­cja­li­za­cję z mikro­bio­lo­gii w tym ośrodku… Cho­lera, znowu zapo­mnia­łem!
– Dia­gno­styki i Zwal­cza­nia Zagro­żeń Bio­lo­gicz­nych w Puła­wach. Tak. I o pracę rodzi­ców też.
– Teraz tak sobie myślę, że to może być zwią­zane z ter­ro­ry­zmem. Sam już nie wiem. Może jed­nak będzie cie­ka­wie? – Seba­stian pomógł Ani­cie szu­kać buta pod dru­gim łóż­kiem.
– Na razie nie ma co zakła­dać, że będzie źle. Wszystko się okaże nie­długo. A tak z innej beczki, co ty tak dzi­siaj wysko­czy­łeś na pra­sówce z tym zamor­do­wa­nym księ­dzem z Cari­tasu? – Anita popra­wiła poduszkę, kilka razy w nią kle­piąc, po czym wycią­gnęła się na mate­racu.
– Myśla­łem, że znasz tę sprawę. Mój stary w zeszłym roku zaj­mo­wał się tym zbo­czeń­cem. Teraz w gaze­tach znowu o tym wspo­mi­nają, bo zaczął się pro­ces mor­dercy.
– Zbo­czeń­cem?
– Ksiądz dyrek­tor był pedziem i posu­wał oso­bi­stego kie­rowcę, któ­rego w szyb­kim tem­pie awan­so­wał na swo­jego asy­stenta. – Seba­stian z wysił­kiem wcią­gnął but na stopę.
– O kurwa, cie­kawe. I co dalej?
– Gdy tylko nacho­dziła go ochota, wysy­łał jego żonę z dziećmi na waka­cje, a sam korzy­stał z jego dupy na wszyst­kie spo­soby. Dobrze mu za to pła­cił. Podobno zwy­kłe ruchy posu­wi­sto-zwrotne mu nie wystar­czały. – Wcią­gnął drugi but.
– Weź, to obrzy­dliwe!
– Pyta­łaś, to mówię. W pew­nym momen­cie asy­stent nie wytrzy­my­wał psy­chicz­nie. Poje­chał na tan­detę i kupił od ruskich cyja­nek.
– Nie gadaj!
– No serio. I słu­chaj dalej. W cukierni kupił pty­sie i nawa­lił do nich tego ruskiego cyjanku. Potem nakar­mił zboka tymi ciast­kami. A ten nic! – Seba­stian zapiął pas.
– Jak to nic? Po cyjanku?
– Nie wia­domo, czy to był cyja­nek, czy jakieś inne ruskie gówno. Mało tego! Kle­cha zaczął się do niego jak zwy­kle dobie­rać. No to ten, w akcie despe­ra­cji, wycią­gnął ukryty w szu­fla­dzie mło­tek i kilka razy wal­nął go w głowę. Kiedy już nie wyka­zy­wał oznak życia, zawi­nął go w dywan i ukrył w pokoju. Tyle.
Seba­stian usiadł na łóżku i zaczął gła­skać Anitę po gło­wie, jakby wcale nie zamie­rzał wycho­dzić z pokoju.
– Oj, cze­kaj… – Ze znie­cier­pli­wie­niem odsu­nęła jego dłoń. – Sia­dasz mi, kurwa, w pościeli w tych ciu­chach po strzel­nicy… A wra­ca­jąc do tematu, to był zbo­cze­niec. Zasłu­żył sobie.
– Ojcu ta sprawa zżarła sporo ner­wów. Zatrzy­mał mor­dercę, który na swój spo­sób był też ofiarą.
– Ale powiedz, dla­czego wspo­mnia­łeś aku­rat o tym na pra­sówce?
– Pomy­śla­łem, że doty­czy to Waty­kanu, skąd wywo­dzi się sze­fo­stwo tego zboka. Poza tym o tych spra­wach trzeba mówić otwar­cie. Dla­tego jak tylko mam oka­zję, to o tym wspo­mi­nam. A że w pra­sie aku­rat była wzmianka o pro­ce­sie tego nie­szczę­śnika, który sprze­dał duszę dia­błu… Dobra, idę. Śpij dobrze.
Seba­stian wyszedł z pokoju i deli­kat­nie zamknął za sobą drzwi.

 
Wesprzyj nas