Erling Kagge w swojej książce „Cisza” zawarł trzydzieści trzy eseje omawiające znaczenie ciszy i spokoju w życiu człowieka i świecie przyrody. Jego niezwykle trafne spostrzeżenia pozwalają zrozumieć czemu służy doświadczanie dźwięków i co dzieje się, gdy otacza nas ich nadmiar.


Wiele mówi się obecnie o utracie bioróżnorodności zarówno w świecie zwierząt jak i roślin, ale jest coś jeszcze, co obecnie tracimy – to zjawisko ciszy. Jeszcze nie tak dawno temu każdy, kto zechciał doświadczyć błogiego spokoju, regenerującego ciało i umysł, mógł go łatwo odnaleźć albo we własnym mieszkaniu albo w zasięgu pieszej wycieczki poza miasto. Zresztą nawet Erling Kagge twierdzi, ze ciszę może znaleźć w swojej wannie, ale musimy mu to wybaczyć – ten pisarz i dziennikarz mieszka w Norwegii, jednym z najcichszych krajów na Ziemi, gdzie poszanowanie i pragnienie spokoju jest bardzo duże. Jednak pomimo tego również on zwierza się czytelnikowi z faktu, że w pogoni za prawdziwą ciszą musiał się wybrać a to do specjalnego ośrodka na Cejlonie, a to na Antarktydę. Czyżby norweska cisza była niewystarczająca?

Odpowiedź jest nieco bardziej skomplikowana, ponieważ Erling Kagge stara się, przez pryzmat własnych doświadczeń i spostrzeżeń, zapoznać czytelnika z ciszą na różnych poziomach, zwracając uwagę na to, że każdy ma własną ciszę, różniącą się od ciszy innych ludzi. Sęk jednak w tym, abyśmy w ogóle mieli do niej dostęp, ponieważ przestrzeń ciszy jest przestrzenią niezmąconego myślenia, kontaktu z sobą samym i obszarem, w którym powstają rozwiązania. A o to dzisiaj trudno, gdyż w przeciągu dosłownie dwóch minionych dekad nastąpił nagły rozwój dostępności wszelkich urządzeń generujących różnorodne dźwięki, toteż doświadczanie prawdziwej, niezmąconej ciszy, stało się dla wielu osób niemożliwe.

Właśnie z tego powodu Kagge określa ciszę mianem „nowego luksusu” – tego czynnika, który przekłada się na polepszenie jakości życia pod każdym względem. Wskazuje też, że ciszę jako metaforę Boga bądź duszy świata, w zależności od tego w jakim rejonie geograficznym się znajdujemy, znajdziemy w wierzeniach religijnych, co wyjaśnia dlaczego przeżywanie ciszy jest ważnym celem samym w sobie. W hałasie nie ma bowiem możliwości spotkania z jakąkolwiek głębią – jest tylko to, co doraźne, nerwowe i powierzchowne, a zatem nic, co ma wartość.

Niejako pokłosiem tych spostrzeżeń z pogranicza filozofii i religii jest użytkowe stosowanie ciszy tam, gdzie ważne jest skupienie uwagi odbiorcy – na przykład w muzyce, o której Erling Kagge również wspomina, uzmysławiając w jak wielu utworach jej stosowanie stanowi o ich wyjątkowym oddziaływaniu na odbiorcę.

Lektura tej krótkiej acz treściwej książki pozwala więc zrozumieć, jak ogromnie ważne rzeczy tracimy, skazując ciszę na wyginięcie. Agnieszka Kantaruk

Erling Kagge, Cisza, Przekład: Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Muza, Premiera: 10 maja 2017
 
 

Cisza

Erling Kagge
Cisza
Przekład: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo Muza
Premiera: 10 maja 2017
 
 

Jeśli nie mogę odejść, wspiąć się czy pożeglować, aby uciec od świata, staram się od niego odciąć.
Nauczenie się tego zajęło mi sporo czasu. Dopiero kiedy zrozumiałem, że mam w sobie ogromną potrzebę ciszy, mogłem zacząć ją ścigać – okazało się, że głęboko pod kakofonią hałasu ulic i myśli, muzyki i dźwięków maszyn, iPhone’ów i odśnieżarek cisza jest i czeka na mnie. Cisza.
Nie tak dawno usiłowałem przekonać swoje trzy córki, że tajemnice świata skrywają się w ciszy. Siedzieliśmy razem przy stole w kuchni i jedliśmy niedzielny obiad. Obiad w niedzielę jest tą porą, kiedy wszyscy mamy czas, by usiąść i ze sobą porozmawiać, twarzą w twarz. Program pozostałych dni w tygodniu jest na to zbyt napięty. Dziewczyny popatrzyły na mnie podejrzliwie. Cisza to przecież nic? Jeszcze zanim zdążyłem wyjaśnić, że cisza może być przyjacielem, a poza tym luksusem wartym więcej niż upragnione przez nie torebki Marca Jacobsa, miały gotową konkluzję: cisza jest dobra wtedy, kiedy jest ci smutno. Poza tym nie ma żadnej wartości.
Gdy tak siedzieliśmy przy nakrytym do obiadu stole, przypomniała mi się nagle ciekawość, którą moje córki wykazywały jako dzieci. Sposób, w jaki się zastanawiały, co się kryje za zamkniętymi drzwiami. Spojrzenia, którymi patrzyły na przełącznik na ścianie i pytały, czy mogę „otworzyć światło”.
Pytania i odpowiedzi, pytania i odpowiedzi. Zdziwienie jest siłą napędową życia. Ale moje dzieci mają już trzynaście, szesnaście i dziewiętnaście lat i stopniowo coraz mniej się dziwią. Jeśli w ogóle coś je zdumiewa, bez trudu sięgają po smartfony, żeby znaleźć odpowiedź. Ciągle są ciekawe, lecz ich twarze nie są już tak dziecinne, mają bardziej dorosły wyraz, a ich głowy wypełniają raczej ambicje niż pytania. Żadnej nie interesowała dalsza rozmowa o ciszy, dlatego zdecydowałem się opowiedzieć im historię, mogącą wywołać ciszę, i to kompletną:
Dwaj moi przyjaciele postanowili zdobyć Mount Everest. Pewnego dnia wcześnie rano opuścili bazę i podjęli wspinaczkę na południowo-zachodniej ścianie góry. Udało się. Obaj dotarli na szczyt, ale wtedy nadciągnęła burza. Szybko zrozumieli, że nie wrócą na dół żywi. Jeden połączył się przez telefon satelitarny ze swoją ciężarną żoną. Wspólnie ustalili, jakie imię nadać dziecku, które nosiła pod sercem. Potem spokojnie zasnął wiecznym snem tuż pod szczytem. Ten drugi przed śmiercią nie skontaktował się z nikim. Nikt nie wie, co właściwie wydarzyło się w górach w tamto popołudnie. Dzięki suchemu zimnemu klimatowi na wysokości ponad ośmiu tysięcy metrów ich ciała zamarzły i wyschły. Leżą tam w ciszy, ciągle tacy sami, mniej więcej tacy, jacy byli, kiedy widziałem ich ostatnio dwadzieścia dwa lata temu.
Przy stole wyjątkowo zapadła cisza. Któraś z komórek piknęła, oznajmiając nadejście SMS-a, ale akurat w tej chwili nikt z nas nie myślał o sprawdzaniu wiadomości. Wypełniliśmy ciszę sobą.
Niedługo potem poproszono mnie o wygłoszenie wykładu na uniwersytecie w St. Andrews w Szkocji. Temat miałem wybrać sam. Zwykle w podobnych sytuacjach mówię o ekstremalnych wyprawach na krańce świata, ale tym razem moje myśli zwróciły się ku domowi, ku tamtemu niedzielnemu obiadowi z rodziną. Mój wybór padł więc na ciszę. Dobrze się przygotowałem, ale i tak denerwowałem się jak zazwyczaj. Może miejsce na oderwane myśli o ciszy jest raczej podczas niedzielnych obiadów, a nie przy okazji wystąpień przed studentami. Nie obawiałem się, że po tych osiemnastu minutach, jakie miałem do dyspozycji, zostanę wybuczany, ale chciałem, aby studenci zainteresowali się tym, co mi leżało na sercu.
Wystąpienie zacząłem od prośby o minutę ciszy. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Przez następnych siedemnaście minut mówiłem o ciszy, która nas otacza, lecz również o tym, co jeszcze ważniejsze, o ciszy, którą mamy w sobie. Studenci milczeli. Słuchali. Wydawało się, że tęsknili za ciszą.
Tego samego wieczoru wybrałem się z kilkorgiem z nich do pubu. Kiedy znalazłem się za drzwiami, odcinając się od wiatru, i kiedy przed każdym już stanęła szklanka piwa, dalszy ciąg wyglądał niemal identycznie, jak zapamiętałem z okresu własnych studiów w Wielkiej Brytanii. Mili, zaciekawieni ludzie, przyjemna atmosfera, interesujące rozmowy. Czym jest cisza? Gdzie ona jest? Dlaczego teraz jest ważniejsza niż kiedykolwiek? – Na te trzy pytania chcieli usłyszeć odpowiedź.
Bardzo ceniłem sobie ten wieczór nie tylko z uwagi na sympatyczne towarzystwo. Dzięki studentom pojąłem również, jak mało sam rozumiem. Po powrocie do domu nie mogłem przestać myśleć o tych trzech pytaniach. Stały się moją obsesją. Zacząłem pisać, zastanawiać się i czytać, głównie z pożytkiem dla siebie. Kolejne wieczory spędzałem nad rozważaniem tych trzech pytań.

(…)

Antarktyda to najcichsze miejsce na świecie, w jakim byłem. Szedłem sam na biegun południowy, w rozciągającym się dookoła monotonnym kraj­obrazie nie było żadnych wytworzonych przez człowieka dźwięków, oprócz tych, których sam byłem sprawcą. W samotności na lodzie, w głębi wielkiej białej nicości, mogłem tę ciszę usłyszeć i poczuć.
Kiedy się idzie na południe przez najzimniejszy kontynent na świecie, wszystko wydaje się płaskie i białe, kilometr za kilometrem aż po horyzont. Pod sobą ma się trzydzieści milionów kilometrów sześciennych lodu, naciskających na powierzchnię Ziemi.
Po pewnym czasie w całkowitej samotności zacząłem dostrzegać, że nic jednak nie jest zupełnie płaskie. Lód i śnieg układały się w mniejsze i nieco większe abstrakcyjne formacje. Jednostajna białość zmieniła się w niezliczone odcienie bieli. W śniegu pojawiły się cień błękitu, odrobina czerwieni, zieleni i leciutkiego różu. Czułem, że w trakcie mojego marszu natura wokół mnie się zmienia, ale się myliłem. Otoczenie pozostało takie samo, to ja się zmieniałem. Dwudziestego drugiego dnia wędrówki zapisałem w dzienniku: „W domu czerpię przyjemność jedynie z «dużych kawałków». Tutaj uczę się do­ceniać drobne przyjemności. Odcienie barwy śniegu. Cichnący wiatr. Formacje chmur. Ciszę”.
Pamiętam, że w dzieciństwie ogromnie fascynował mnie ślimak, który nosi ze sobą swój dom, bez względu na to, dokąd idzie. Podczas wyprawy na Antarktydę moja fascynacja ślimakiem jeszcze wzrosła. Wszystko, czego potrzebowałem, żywność, sprzęt i opał, przez całą podróż ciągnąłem na sankach, poza tym w ogóle nie otwierałem ust, żeby coś powiedzieć. Zamknąłem gębę. Przez pięćdziesiąt dni nie miałem z nikim żadnego kontaktu, ani radiowego, ani internetowego, nie widziałem też żadnej żywej istoty. Codziennie po prostu szedłem na południe. Nawet kiedy wpadałem w złość, bo pękło mi wiązanie, czy o mało nie wleciałem w szczelinę lodowca, nie przeklinałem. (Puszczanie wiązanek dołuje, jeszcze bardziej pogarsza zły humor. Dlatego podczas wypraw nigdy nie przeklinam).
W domu zawsze trafi się jakiś przejeżdżający samochód, zadzwoni, piśnie albo warknie telefon, ktoś zacznie rozmawiać, szeptać albo krzyczeć. W sumie jest tyle dźwięków, że przestajemy je słyszeć. Tu było zupełnie inaczej. Natura przemawiała do mnie, milk­nąc. Im było ciszej, tym więcej słyszałem.
Za każdym razem kiedy robiłem przerwę, a nie wiało, doświadczałem ogłuszającej ciszy. Nawet śnieg zdaje się milczeć, kiedy nie wieje wiatr. Coraz większą uwagę zwracałem na ten świat, którego byłem częścią, ponieważ nic mnie nie otumaniało ani mi nie przeszkadzało. Zostałem sam ze swoimi wyobrażeniami i z myślami. Przyszłość nie odgrywała już żadnej roli, przeszłość mnie nie obchodziła, nagle byłem obecny we własnym życiu. Filozof Martin Heidegger twierdził, że świat znika, kiedy w niego wchodzisz. Właśnie to się stało.
Czułem się przedłużeniem otoczenia. Nie miałem z kim rozmawiać, więc nawiązałem dialog z naturą. Posyłałem myśli przez płaskowyże, ku górom, a w odpowiedzi otrzymywałem inne wyobrażenia.
W dzienniku prowadzonym podczas wędrówki na południe zanotowałem, że tak łatwo uznać, iż kontynent, na który nie możemy podróżować, którego nie możemy doświadczać ani oglądać, ma małą wartość. Aby nabrał znaczenia, należałoby tam być, fotografować i upubliczniać zdjęcia. Dwudziestego siódmego dnia zapisałem: „Antarktyda wciąż pozostaje daleka i nieznana dla większości ludzi. Idąc przez nią, mam nadzieję, że tak pozostanie. Wcale nie odmawiam innym prawa do tego przeżycia, po prostu czuję, że Antarktyda ma do spełnienia misję jako nieznany ląd”. Wciąż uważam, że potrzebna nam świadomość istnienia okolic, które nie zostały do końca zbadane i uprzystępnione. Istnienie tajemniczego i prawie nietkniętego kontynentu, „który może być stanem wyobraźni”, to jedna z największych wartości Antarktydy dla przyszłych pokoleń.
Tajemnica dotarcia na biegun południowy polega na stawianiu jednej nogi przed drugą dostateczną liczbę razy. Pod względem technicznym jest to proste. Nawet mysz może przecież zjeść słonia, jeśli tylko będzie odgryzała odpowiednio małe kawałeczki. Wyzwanie polega na tym, żeby tego chcieć. Największym wyzwaniem jest wstać rano przy pięćdziesięciu stopniach mrozu. Dzisiaj tak samo jak w czasach Roalda Amundsena i Roberta Scotta. A drugim z kolei? Być w zgodzie ze sobą.
Cisza wniknęła we mnie. Pozbawiony kontaktu ze światem zewnętrznym, odizolowany od wszystkiego, pozostawiony sam na sam ze sobą, byłem zmuszony do kontynuowania tych myśli, które już miałem w głowie. I co gorsza, do kontynuowania uczuć. Antarktyda to największa pustynia na świecie, składa się z wody i ma więcej godzin słonecznych niż południowa Kalifornia. Nie ma się tu gdzie schować. Codzienne drobne kłamstwa i półprawdy, które opowiadamy sobie w cywilizacji, z daleka wydają się całkowicie pozbawione sensu.
Zabrzmiało to może tak, jakbym posuwał się do przodu dzięki medytacji, ale to nieprawda. Czasami mróz i wiatr ściskały mnie jak lodowate obcęgi. Marzłem aż do płaczu. Nos, palce u rąk i nóg stopniowo bielały, traciłem w nich czucie. Gdy następuje odmrożenie jakiejś części ciała, pojawia się ból, który później znika. Powraca natomiast przy odmarzaniu. Całą energię, jaką miałem, poświęcałem na odzyskiwanie ciepła. Rozmarzanie odmrożenia jest bardziej bolesne niż zamarzanie. Później tego samego dnia, gdy już udało mi się rozgrzać, odzyskiwałem energię i znów mogłem śnić na jawie.
Na samym biegunie południowym Amerykanie zbudowali bazę. Naukowcy i konserwatorzy przebywają tam całymi miesiącami, odizolowani od świata. Pewnego roku święta Bożego Narodzenia obchodziło w bazie dziewięćdziesięciu dziewięciu mieszkańców. Któryś z nich przemycił do bazy dziewięćdziesiąt dziewięć kamieni i rozdał je wszystkim jako prezenty gwiazdkowe, a jeden zatrzymał dla siebie. Nikt tutaj nie widział kamieni od miesięcy. Niektórzy od ponad roku. Tylko lód, śnieg i przedmioty wytworzone przez człowieka. Wszyscy oglądali swoje kamienie, dotykali ich. Trzymali je w rękach, wczuwali się w ich wagę, nie mówiąc przy tym ani słowa.

 
Wesprzyj nas