Piotr Górski nie rozpieszcza komisarza Sławomira Kruka. Po raz szósty wplątuje go w wielopłaszczyznową, mroczną intrygę, każąc mu dotrzeć do prawdy ukrytej pośród kłamstw, tajemnic i półprawd. Kruk, nieustępliwy twardziel i zdolny detektyw, podejmuje wyzwanie…


“Ćma” to kolejny interesujący kryminał autorstwa Piotra Górskiego, który przebojem wdarł się do czołówki krajowych twórców tego gatunku i ciągle utrzymuje wysoką literacką formę. Górski ma szczególną umiejętność tworzenia powieści o przemyślanej fabule, z niebanalnymi rozwiązaniami narracyjnymi i znakomitymi dialogami, w których dużą rolę odgrywają specyficzny humor, cięty język i zindywidualizowany dla poszczególnych bohaterów sposób wysławiania się.

Wyjątkowego charakteru nadaje powieściom Górskiego jednak przede wszystkim główny bohater – policjant z krwi i kości, nie stroniący od niestandardowych metod prowadzenia śledztwa i zdobywania informacji, stawiający wyżej wymierzenie sprawiedliwej kary przestępcy niż własny święty spokój, zadowolenie przełożonych czy nawet własne zdrowie i życie. Zamiatanie nieprzyjemnych spraw pod dywan? Z Krukiem to nie przejdzie. Kruk pod pewnymi względami się nie zmienia – to ciągle gliniarz z misją – twardy i nieustępliwy, walczący nie tylko z przestępcami, policyjną biurokracją, tumiwisizmem kolegów i przełożonych ale także z własnymi mrocznymi koszmarami z przeszłości.

Tym razem Komisarz Kruk na prośbę dobrej znajomej angażuje się w rozwikłanie sprawy zaginięcia siedemnastoletniego Filipa Jabłońskiego. Początkowo wszystko wskazuje na to, że licealista, zawiedziony w miłości do koleżanki, uciekł z domu lub popełnił samobójstwo. Policjanci przeprowadzają standardową w takich przypadkach procedurę, sprawdzają ślady, przesłuchują koleżanki i kolegów Filipa. Te oficjalne działania niewiele wnoszą do sprawy.

Komisarz Kruk w swoim prywatnym śledztwie próbuje znaleźć coś więcej, jakiś nowy trop, ale jego działania rozbijają się o mur milczenia osób, które mogą coś wiedzieć. Wydaje się, że młodzi koledzy nie mówią całej prawdy a ich rodzice robią wszystko, żeby usunąć swoje latorośle z kręgu podejrzanych. Z kolei rodzice zaginionego chłopca nie tracą nadziei, że syn żyje i nie wierzą w jego samobójczą śmierć. Kruka zaciekawia wyznanie ojca Filipa, który uparcie twierdzi, że syn mógł zostać pobity i uwięziony oraz wskazuje potencjalnych sprawców. Kruk musi odpowiedzieć na pytanie, czy ojciec ma coś wspólnego ze zniknięciem syna i jaki udział w sprawie mają ojcowie kolegów Filipa, skądinąd znani Krukowi z niezbyt czystych interesów sprzed lat. Czy komisarz zdoła odkryć prawdę skrzętnie ukrywaną pośród tajemnic, kłamstw i półprawd? I co ma wspólnego ze sprawą dawna znajoma Kruka, piękna Preise?

“Ćma” to kolejna ciekawa sprawa kryminalna, skomplikowane śledztwo, mylne tropy i niespodziewane wydarzenia oraz nieodzowne zaskakujące zakończenie – to to, co miłośnicy dobrych kryminałów lubią najbardziej. Piotr Górski proponuje czytelnikom kolejną historię osadzoną w realiach Trójmiasta, jeszcze bardziej mroczną i tajemniczą niż poprzednie, z zagadkami trzymającymi w napięciu i niepozwalającymi porzucić lektury.Robert Wisniewski

Piotr Górski, Ćma, seria “Komisarz Kruk” tom 6, Wydawnictwo HarperCollins Polska, Premiera: 8 marca 2023
 

konkurs

 

Piotr Górski
Ćma
seria “Komisarz Kruk” tom 6
Wydawnictwo HarperCollins Polska
Premiera: 8 marca 2023
 
 

PROLOG

– Należy wierzyć w marzenia. Ja wierzę.
Mężczyzna rzucił okiem na obrotowy fotel pod ścianą, gdzie posadził chłopaka, ale nie doczekał się odpowiedzi.
– W Niemczech był taki człowiek, może słyszałeś. Chciał spróbować ludzkiego mięsa i dawał w Internecie ogłoszenia, że szuka osoby, która pozwoli się zjeść. Niewiarygodne… Ogłoszenie w Internecie! Można pomyśleć, że to szaleństwo, że to się nie mogło udać, bo kto chciałby skończyć w żołądku kanibala. Ale ten człowiek miał marzenia i w nie wierzył.
Na krześle w rogu pokoju leżały niezbędne rzeczy. Mężczyzna sięgnął po jednorazowy fartuszek z Myszką Miki i włożył go na siebie.
– Nie poddawał się całe dwa lata. To się nazywa siła marzeń. Aż pewnego dnia dostał odpowiedź: „Mam nadzieję, że będę panu smakował”.
Mężczyzna w fartuszku włożył lateksowe rękawiczki. Dolną część twarzy zasłonił maseczką chirurgiczną, nałożył czepek, oczy zakrył okularami.
Podszedł do ściany, obniżył temperaturę i odwrócił się do siedzącej na krześle postaci. Chłopak był młody, silny, blady w blasku jarzeniówek. Na jego twarzy widniały ślady po uderzeniach.
– Co oni ci zrobili… – powiedział cicho mężczyzna w fartuchu.
Zaczął go rozbierać. Poszczególne elementy garderoby starannie układał na stole. Gdy chłopak zsunął się na podłogę, mężczyzna nie zdenerwował się, tylko wykorzystał to, aby go całkiem rozebrać. Musiał potem znowu posadzić chłopaka. Nie było to łatwe, ale nic, co ma wartość, nie jest łatwe.
Chłopak westchnął.
Mężczyzna w fartuchu wiedział, że to nie jest prawdziwe westchnienie, ale i tak włączył cicho radio. Znalazł stację z muzyką klasyczną. Podjechał obrotowym fotelem pod sam stół, a folia, którą wyłożona była podłoga, szeleściła. Stół został przykryty ceratą, pod którą leżała jeszcze płyta pilśniowa, ot tak, na wszelki wypadek. Zależało mu, żeby nie zniszczyć stołu. Przeniesienie chłopaka z fotela na stół znowu kosztowało go trochę wysiłku.
Wysiłek jest dobry, powtarzał sobie, jeśli masz wartościowy cel.
Biodra chłopaka przykrył kawałkiem lnianej tkaniny. Nie chciał odzierać go z resztek godności. Rozejrzał się, ostatni raz sprawdzając, czy wszystko przygotował. Na małym szpitalnym wózku stały równiutko poustawiane butelki z płynami w kolorach słońca, spryskiwacze, przybory do makijażu, szmatki, lignina, igły i nici. Były także piła i młotek. Po drugiej stronie stołu znajdował się stojak z pojemnikami zawierającymi formaldehydy, a także pompa elektryczna z odchodzącymi od niej rurkami.
– Zrobiliśmy ogromny postęp od czasów faraonów. To, co zgrai kapłanów egipskich zajmowało czterdzieści dni, dobry fachowiec wykona w dwie godziny, mistrz nawet w półtorej. Mnie, niestety, może zająć to dłużej, ale ja się nie śpieszę.
Popatrzył w twarz chłopaka, na jego otwarte usta. Pomyślał, że zaraz po tym, gdy wykona podstawową toaletę, powinien podwiązać mu szczękę.
– Wszystko znów będzie dobrze – powiedział, bo ogarnął go smutek. – Nie będziesz cierpiał.
Zaczął od obmywania skóry płynem dezynfekcyjnym. Ruchy miał spokojne, wiedział, co robi. Pomyślał, że chłopakowi należy się wyjaśnienie:
– Ja cię naprawię. Mam marzenie, by ludzie byli szczęśliwi.

1

Kruk miał samochód w warsztacie, więc kiedy wychodząc z domu na tramwaj, zobaczył przejeżdżający radiowóz bez oznaczeń i znajomą twarz kierowcy, machnął ręką, a podkomisarz Stanisław Baruka zgodził się podwieźć go na komendę wojewódzką. Po drodze musiał jeszcze tylko zajechać na moment do pewnych ludzi. Ich syn uciekł z domu, a oni umierali z przerażenia. Kruk czekał już na Barukę w radiowozie od pół godziny i pożałował, że nie pojechał komunikacją miejską.
Przed furtką w ogrodzeniu, za którym znajdowała się, jak zwą to deweloperzy, willa wielorodzinna, powstało małe zbiegowisko. Platynowa blondynka, odwrócona do Kruka tyłem, wściekle mówiła coś do mniej więcej pięćdziesięcioletniego, eleganckiego mężczyzny w czarnym płaszczu. Stała pod rękę z wysokim, mocno zbudowanym mężczyzną w kaszkiecie, ale ten właśnie zostawił ją samą sobie i ruszył do stojącego w pobliżu białego volvo. Chciała pójść za nim, jednak elegant w czarnym płaszczu zagrodził jej drogę. Stała tam jeszcze para trzydziestolatków usiłująca zażegnać rodzącą się awanturę. Wszyscy ci ludzie przed chwilą opuścili tę samą willę, w której przebywał obecnie Baruka.
Kruk odwrócił od nich wzrok i leniwie przeciągnął nim po ulicy. Mały kundel obsikiwał wielkie drzewo, kilka samochodów parkowało niezgodnie z przepisami, za nimi jakiś facet palił papierosa i strząsał popiół na maskę jednego z nich. Wyraźnie zainteresowany obserwował zajście.
Kruk wrócił wzrokiem do ludzi przed furtką. Wyłączył radio w samochodzie, żeby usłyszeć, o czym rozmawiają. Mówiła platynowa blondynka, szybko i podniesionym głosem, ale Kruk nic nie rozumiał. Elegant w czarnym płaszczu przysunął się do niej. Odezwał się wolno i z rozmysłem. Wyraz twarzy miał nieprzyjemny, cedził słowa, na koniec wykonał pogardliwy gest.
Odwróciła głowę. Przez ułamek chwili Kruk widział profil jej twarzy. Drgnął i zrozumiał, co się stanie, zanim to się stało. Blondynka była szybka jak wicher. Z całej siły strzeliła mężczyznę w twarz.
Kruk wygramolił się z samochodu, klnąc pod nosem, i powlókł się w ich stronę.
– Co tu się dzieje? – warknął, przelotnie pokazując odznakę.
– Ten człowiek mnie obraził – powiedziała bliska płaczu blondynka. Patrzyła na odznakę, jeszcze nie na Kruka. Chciała coś dodać, ale wtedy właśnie spojrzała na niego i umilkła.
Elegant w czarnym płaszczu też na niego spojrzał. Jego lewy policzek płonął po uderzeniu, jednak on pozostawał spokojny. Na szczęście jej nie oddał.
– Świetnie, że jest policja. Chcę złożyć doniesienie o naruszeniu mojej nietykalności cielesnej przez tę kobietę.
– Pan żartuje.
Elegant uniósł brwi. Był starannie ogolony, a gdy uniósł rękę i ostrożnie dotknął skóry twarzy, błysnął złoty zegarek.
– Właśnie mnie spoliczkowała.
– Właściwie to sam się pan o to prosił – wtrącił się młodszy mężczyzna.
– Panie Iwo, pan wszystko widział – rzekł spoliczkowany. – Będzie pan moim świadkiem. Byłem też świadkiem tego, jak pan się zachował.
– To wszystko było takie niepotrzebne – wtrąciła się młoda kobieta towarzysząca Iwo. – Powinni się państwo wzajemnie przeprosić.
Blondynka w beżowym płaszczu już się opanowała, nie chciała płakać. Patrzyła na Kruka z coraz większym spokojem.
– Nazywam się Hubert Schulc – przedstawił się spoliczkowany mężczyzna. – Jestem właścicielem domu, w którym ta pani wynajmuje mieszkanie.
– Komisarz Sławomir Kruk z Komendy Wojewódzkiej Policji. Niech wszyscy państwo ochłoną.
– Już ochłonąłem. – Schulc w gruncie rzeczy był wściekły. – Przyjmie pan ode mnie zawiadomienie?
Kruk rozejrzał się, szukając pomocy, i westchnął zrezygnowany.
– Nie tutaj. Musi pofatygować się pan na najbliższy komisariat, pewnie trzeba będzie sporo odczekać, wtedy będzie pan mógł złożyć zawiadomienie. Opowie pan funkcjonariuszowi, którego odciągnie pan od spraw zabójstw, rozbojów i kradzieży, swoją wstrząsającą historię. – Kruk zwrócił się do kobiety będącej sprawcą całej afery: – Jak panią obraził?
Pokręciła głową. Milczała.
– Dobrze, komisarzu Kruk, przejdę się na komisariat. Najbliższy jest przy Białej, prawda? Opowiem też o panu, jak mnie pan zlekceważył.
Z budynku wyszedł Baruka i skierował się w ich stronę.
– Czego pan właściwie oczekuje? – spytał Kruk. – Więzienia dla tej pani?
– Nie pozwolę się tak traktować.
– Pan Schulc zamierza wyrzucić mnie z mieszkania, które u niego wynajęłam. Dlatego jest bardzo zadowolony, że udało mu się mnie sprowokować, to dla niego woda na młyn.
– Nie pogodzicie się? – spytał Kruk.
Schulc patrzył twardo. Podszedł Baruka, Kruk wahał się tylko chwilę.
– Stasiu, dawaj kajdanki – powiedział, nie spuszczając wzroku z Schulca. Kruk miał swoją parę kajdanek przy pasku, ale chciał, żeby wyszło dramatyczniej.
– Co się dzieje?
– Po prostu daj.
Zadźwięczała stal. Kruk zwrócił się do kobiety:
– Zatrzymuję panią do wyjaśnienia. Proszę oddać mi torebkę i wyciągnąć ręce.
Nie protestowała. Kruk zatrzasnął jej kajdanki na nadgarstkach i wskazał nieoznakowany radiowóz. Dwoje trzydziestolatków wydawało się wstrząśniętych obrotem sytuacji. Nawet Schulc stracił tę swoją wyzywającą pewność siebie.
– Pan tu mieszka? – upewnił się Kruk.
– Na parterze, pod jedynką. – Schulc wskazał willę.
– Dobrze. Będzie pan dzisiaj w domu?
Skinął głową.
Kruka nic to nie obchodziło, nie zamierzał go odwiedzać, ale niech tkwi w domu i czeka. Posadził kobietę na tylnym siedzeniu samochodu, położył obok niej torebkę, a sam zajął miejsce z przodu. Baruka uruchomił silnik. Gdy odjeżdżali, powiał wiatr i poruszył gałęziami pobliskich drzew, poderwał z ulicy pojedynczy liść, pozostałość po jesieni i ciepłej zimie. Ciepła zima zmieniła się w chłodną wiosnę, wszystko było nie tak, jak powinno.
– Co tam się wydarzyło? – odezwał się Baruka, gdy wjechali na aleję Grunwaldzką. Spojrzał w lusterko wsteczne. – Te kajdanki były konieczne?
Kruk odwrócił głowę w stronę kobiety. Wydawała się zamyślona, wpatrzona w widoki za boczną szybą.
– Żebyś wiedział, bez kajdanek ani rusz. Zatrzymasz się przy Galerii Bałtyckiej?
Przy galerii radiowóz stanął, Kruk wysiadł i pomógł wysiąść kobiecie. Zdjął jej kajdanki i oddał podkomisarzowi. Oboje patrzyli, jak radiowóz odjeżdża. Kobieta przysunęła się i delikatnie pocałowała Kruka w policzek.
– Miło cię widzieć, Sławek.
– Ciebie też, Preise.

2

Usiedli w kawiarni Costa na pierwszym piętrze galerii i Kruk mógł z bliska przyjrzeć się Klaudii Preise. Wyglądała zdecydowanie dojrzalej od osoby, którą zapamiętał, ale minęło sporo czasu, a czas tak właśnie działa. Kruk zamówił espresso i dostał je od razu. Ona zamówiła kawę z dodatkami i musiała poczekać. Uparła się, że sama za nią zapłaci.
– Niewiarygodne, że się dziś spotykamy. Wczoraj myślałam o tobie.
Długo nie mieli ze sobą kontaktu. Dawno temu poprosiła go, by usunął jej numer ze swojej komórki. Wiedziała, że zna go na pamięć, więc poprosiła też, by go zapomniał. Dawno temu Kruk rzucił monetą i los zdecydował. Klaudia Preise. Ona sama i los wiedzieli lepiej od Kruka, że powinien się trzymać od niej z daleka.
– Co u ciebie? – spytał.
– Ile to już lat? Pięć?
– Prawie.
– Dojrzałam. Zajęłam się aranżacją wnętrz. Skończyłam z malowaniem i artystycznymi mrzonkami, że jestem van Goghiem i zbiję majątek.
Dawno temu, gdy ją ostatni raz widział, była obiecującą malarką, miała nawet własną wystawę.
– Van Gogh sprzedał za życia tylko jeden obraz – rzekł.
– Szkoda, że nie doczekał sukcesu. Mnie zalecano, żebym była cierpliwa, ale sam wiesz, że nie jestem.
Nie nosiła obrączki. Z pewnością zauważyła, że on też już nie.
– U mnie w porządku – uprzedził pytanie.
– Czytam czasem o tobie w Internecie.
– Po co?
Posłała mu uśmiech przez stół. Mieszkali w tym samym mieście, a przez te wszystkie lata nie spotkali się ani razu, nawet przypadkiem. Może to los pilnował Kruka.
– A bo ja wiem?
Dostała kawę, nie musiała się po nią fatygować. Przyniósł ją młody barista. Jemu też posłała swój uśmiech. Rozdawała je tanio.
– Preise – powiedział Kruk, bo się zamyśliła. – Co to było tam, z tymi ludźmi?
– Syn moich sąsiadów zaginął. Policja uważa, że to może być ucieczka z domu, ale rodzice w to nie wierzą. Siedziałam z nimi wczoraj do późna, byłam zdenerwowana, a rano natknęłam się na Schulca i sam widziałeś.
– To właściciel domu? Tam mieszkasz?
– Wynajmuję.
Wciąż mieszkała w Gdańsku, choć kochała Sopot. Dawno temu przysięgała, że przeniesie się do Sopotu, gdy tylko mocno stanie finansowo na nogi. Widocznie jeszcze mocno nie stanęła.
– Mam też własny apartament w Sopocie – powiedziała, jakby czytała mu w myślach. – Tam, przy… – Spojrzała na niego szybko i powiedziała z wahaniem: – Nie wiem, czy chcę, żebyś wiedział.
Żyła na dwa mieszkania. Kruk miał niejasne przeczucie, że gdyby zapytał o powód, odpowiedź by mu się nie spodobała. Dlatego zapytał o coś innego:
– Ten Schulc, co ci powiedział, że go potraktowałaś na ostro?
– Nieważne.
A więc to też by mu się nie spodobało. Pożałował, że ją spotkał. Powinien był pojechać na komendę tramwajem.
– Myślałaś o mnie wczoraj w związku z zaginięciem tego chłopaka?
– Tak. Miał problemy z kolegami ze szkoły. Chodziło o dziewczynę, był zakochany, rywalizowali. Gdy zaginął, Jerzy, jego ojciec, poszedł i do dziewczyny, i do tych kolegów. Błagał o informacje…
– I co?
– Twierdzą, że nic nie wiedzą. Ani oni, ani dziewczyna. Ojciec im nie wierzy, jest pewny, że skrzywdzili Filipa. Spędziłam wczoraj cały wieczór u Jerzego i Wandy. Wyszłam wstrząśnięta, w nocy biłam się z myślami. Jerzy uważa, że policja nic nie robi.
– Policja nigdy nic nie robi – warknął Kruk. – Zawsze to samo gadanie.
– Pomożesz im?
Zadzwonił łyżeczką o pustą filiżankę po espresso.
– Zależy ci na tym tak bardzo, że wciąż rozmawiamy?
– Nie jesteś taki straszny.
– Kiedyś uważałaś, że jestem.
Spoważniała, pogłaskała wielki kubek stygnącej latte, której jeszcze nie tknęła.
– Widziałam cię z rękami we krwi.
– Ręce od razu umyłem.
Uśmiechnęła się, ale tym razem uśmiech nie zrobił na Kruku wrażenia.
– Wspomnienie się zatarło czy jak? – spytał.
– Wspomnienia są ciągle żywe.
Ruchome schody zwoziły na piętro kolejnych klientów zwabionych światłami, zapachami i kolorowym towarem za szybami sklepów. Kruk lubił galerie handlowe, można było wtopić się w tłum, być pośród ludzi, ale nie musieć z nikim rozmawiać.
– Znasz tych chłopaków – powiedziała. – To znaczy znasz ich ojców. Kiedyś mi o nich mówiłeś.
Kruk czuł rozczarowanie. Nie widzieli się tyle lat i rozmawiali o obcych ludziach.
– Nie pijesz kawy.
– Zerwałam z kawą, przyciemnia zęby. Kupiłam ją, żeby zapłacić za miejsce w kawiarni. Uważam, że za wszystko należy płacić, nie zostawiam za sobą długów, nawet małych.
Kruk zabrał się za jej kubek. Kawa była z dodatkami, piekielnie słodka, tak jak zawsze myślał o Preise.
– Jak się nazywa ten zaginiony chłopak?
– Filip Jabłoński. Ma siedemnaście lat.
– A ci koledzy?
Podała ich nazwiska.
Kruk pił bez pośpiechu. Nazwiska brzmiały znajomo. Kiedyś przymknął oko na mniejsze zło, aby zdusić większe, często musiał tak robić. Ale zło, mniejsze czy większe, zawsze wracało.
– Przyjrzę się temu pod jednym warunkiem.
– Tak?
– Wypiłem twoją kawę, jesteśmy kwita. Nie czuj, że zaciągasz u mnie dług.

3

Kruk zadzwonił do naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku inspektora Marcina Zycha i poprosił o wolny dzień. Marcin nie dał się zwieść. Kruk musiał mu wyjaśnić, że chce skonsultować cudzą sprawę.
Zmartwił się, gdy się dowiedział, że chodzi o zaginięcie.
– Dasz radę? – spytał.
– To znaczy?
– Będziesz potrafił się zdystansować?
Gdy Kruk zaparkował na parkingu przed komendą miejską, zaczynał padać deszcz. Przez chwilę nie wychodził z samochodu i gapił się na drobne krople uderzające o szybę. W końcu się ruszył. Baruka zdziwił się, że znowu go widzi.
– Zostawiłeś coś w samochodzie? Już go zdałem i samochód pojechał.
– Chodzi o to zaginięcie chłopaka. Możesz mi coś o tym powiedzieć?
Baruka, skrupulatny policjant z brodą siwą jak Gandalf, który wierzył w wiele rzeczy, w które Kruk nie wierzył, a najbardziej w telepatię, rozłożył ręce.
– Czemu cię to nagle interesuje?
– Okazuje się, że to znajomy znajomej.
– Najgorzej.
Kruk nie zapytał, dlaczego najgorzej. Jasne, że gdy w grę wchodzą znajomi, wszystko się komplikuje.
– Czy ta znajoma miała ostatnio na rękach kajdanki?
– Żebyś wiedział.
Baruka uśmiechnął się do siebie i wyciągnął z brzydkiej stalowej szafy papierową teczkę. Komisarz usiadł, otworzył ją i zaczął przeglądać.
– Trzecia kategoria?
To sugerowało, że ujawnione okoliczności nie wskazują na zagrożenie życia, zdrowia lub wolności. Trzecią kategorią często obejmowano zaginięcia osób oddalających się z miejsca zamieszkania w wyniku nieporozumień rodzinnych.
Baruka wzruszył ramionami.
We wtorek drugiego kwietnia Filip Jabłoński wyszedł z domu tuż przed siedemnastą po kłótni z ojcem. Zostawił w domu telefon komórkowy, zabrał za to plecak szkolny, choć książki na lekcje, które miał następnego dnia, zostały. Matka, Wanda Jabłońska, doszukała się później, że zabrał ciepłą bluzę i dwie puszki z wieprzowiną z kuchennej szafki. Jerzy Jabłoński sądził, że Filip uciekł, żeby spędzić noc z Natalią Norską, koleżanką z klasy, jak to się mu już raz zdarzyło. O dwudziestej drugiej piętnaście ojciec zadzwonił do Natalii, ale dziewczyna nie odebrała. Jabłoński miał numer jej matki i dowiedział się, że Natalii nie ma w domu, ale matka za chwilę oddzwoniła: Natalia przebywała u kolegi z klasy, Daniela Szai, i spędziła tam całe popołudnie. Rodzice Filipa zawiadomili policję dopiero wieczorem następnego dnia, kiedy Filip nie przyszedł do szkoły i nie wrócił do domu, a ich własne poszukiwania nie dały rezultatu. Byli przekonani, że aby zgłosić zaginięcie, muszą minąć co najmniej dwadzieścia cztery godziny.
– O co pokłócił się z ojcem? – spytał Kruk, któremu nie chciało się wszystkiego czytać.
– O dziewczynę. Ojciec chciał, żeby Filip zajął się nauką, zamiast cały czas za nią latać.
Beznadziejna sprawa próbować skłonić chłopaka w tym wieku do postawienia nauki ponad dziewczynę. Policja zrobiła wywiad: rozmawiano z nauczycielami, kolegami i koleżankami Filipa z klasy, nie tylko z Natalią Norską. Pojawiły się nazwiska chłopaków, którzy zdaniem ojca Filipa rywalizowali z jego synem i mogli mieć coś wspólnego z jego zaginięciem.
Żaden z nich nie wniósł nic istotnego.
Przeszukano pokój Filipa, zabezpieczono jego komputer i oddano do analizy, przestudiowano profile społecznościowe, przejrzano nagrania z miejskiego monitoringu w wybranych lokalizacjach. Sprawdzono bazy danych policji i szpitale. Zabezpieczono ślady jego linii papilarnych i zarejestrowano w bazie daktyloskopijnej AFIS. Jeśli chłopakowi zebrało się na bunt przeciwko rodzicom, przysporzył policji cholernie dużo roboty.
I to wszystko pomimo tego, że to wciąż zaledwie trzecia kategoria. A tymczasem Jabłoński się skarży, że policja nic nie robi.
Krukowi brakowało pewnej informacji.
– Komórki zapomniał?
– Sądzę, że zostawił ją w domu celowo. Miał tam aplikację rodzicielską, która wysyła na telefon ojca dane o lokalizacji. Po tym, jak nie wrócił na noc za pierwszym razem, ojciec zmusił go, żeby coś takiego zainstalował.
– Gdzie uciekł za pierwszym razem?
– Matka tej Norskiej wyjechała, spędził wtedy noc u niej w domu.
Kruk podniósł zdjęcie chłopaka. Myśląca twarz, może aż za bardzo. Myślenie często czyni bezbronnym, bezmyślni mają łatwiej.
Zamknął teczkę i oddał ją Baruce.
– Stasiu, co o tym sądzisz? Chłopak wyciął starym numer?
– Oby.
– Tych dwóch, co to podejrzewa ich stary Jabłoński. Widzisz, ja ich znam. To znaczy znam ich ojców. Jednego wsadziłem do pudła. Nie wsadziłem drugiego i dlatego wsadzam nos w twoje zaginięcie. Może powinienem się bardziej wtedy postarać.
– Nie można karać dzieci za grzechy rodziców.
– Podobno można, nawet do czwartego pokolenia. Nie doczytałem, wypytaliście chłopaków, co robili tego popołudnia, gdy zniknął Filip?
– Szaja siedział w domu z Natalią Norską. Klein też w domu, matka potwierdza. Będziesz chodził wokół sprawy?
– Nie mógłbym zrobić więcej niż ty.
– Ale i tak będziesz?
– Bardzo się na mnie pogniewasz?
– Dzwoniła szkolna psycholog ze szkoły Filipa, nalega na spotkanie, ale nie lubi atmosfery komendy. Możesz to za mnie załatwić? Pokażesz znajomej, że się starasz.
Kruk się uśmiechnął. Baruka nie tylko nie miał nic przeciwko mieszaniu się do sprawy, ale i zamierzał zepchnąć na niego część roboty.
– Mam jechać do szkoły?
– Czemu nie? Ta dziewczyna, Natalia Norska… Mam córkę w jej wieku, gdyby moja córka zachowywała się tak jak ona, zacząłbym się martwić.
– Jak ona, czyli jak?
– Sam oceń. Może przesadzam.

 
Wesprzyj nas