Cykl “Sisi” – “Cesarzowa mimo woli” i “Samowolna cesarzowa”, autorstwa Allison Pataki to lekka powieść historyczna przypominająca dobrze znaną historię o bawarskiej księżniczce, która została słynną żoną Franciszka Józefa, pomimo że do tej roli wybrana została jej starsza siostra.



Elżbieta Amalia Bawarska, bardziej znana jako Sisi, to kobieta-legenda. Uznana za najpiękniejszą kobietę swoich czasów, żona cesarza władającego największym imperium Europy, wbrew pozorom nie miała łatwego i idealnego życia. Jako młoda bawarska księżniczka poznała cesarza Austrii Franciszka Józefa i dla obojga była to miłość od pierwszego wejrzenia. Po ślubie rozpościerały się przed nimi optymistyczne perspektywy, ale szczęście nie trwało długo.

Sisi wychowana jako prowincjonalna księżniczka nie miała okazji poznać pełnej niuansów etykiety cesarskiego dworu i nie została przygotowana do pełnienia reprezentacyjnej funkcji małżonki władcy imperium. Z jednej strony było to jej przekleństwem, a z drugiej stanowiło o jej wyjątkowości. Zadziorność i nonkonformizm przysporzyły Sisi wielu wrogów, wśród których znalazła się także teściowa, co nie mogło skończyć się dobrze. Kochał ją lud i cesarz, stała się wyznacznikiem mody i stylu życia, ale nie została zaakceptowana przez pełen intrygantów wiedeński dwór. Wielka miłość szybko przerodziła się w emocjonalne rozstanie a życie cesarzowej zdominowały samotność i smutek.

Pierwszy tom cyklu – „Sisi. Cesarzowa mimo woli”, przedstawia młodość bawarskiej księżniczki, rozkwit romantycznego uczucia między nią a Franciszkiem Józefem oraz narastającą niechęć wiedeńskiego dworu. Dalsze losy, aż do śmierci cesarzowej, autorka opisuje w drugiej powieści, „Sisi. Samowolna cesarzowa”. Oba tomy stanowią bogatą w fakty i pełną dramatycznych momentów historię tej wyjątkowej kobiety.

Cykl “Sisi” to książki bliższe romansowi czy powieści obyczajowej niż biografii bądź typowej powieści historycznej, choć widać ogrom pracy autorki włożonej w zebranie materiałów pomocnych w opisywaniu życia dworskiego, ówczesnych obyczajów, etykiety czy codziennego życia Europejczyków w XIX wieku. Allison Pataki skupia uwagę czytelnika na emocjach, zachowaniach i rozterkach pięknej cesarzowej, wydarzenia historyczne, te ważne i te pomniejsze, są tylko tłem, autorka nie analizuje wpływu Sisi na politykę europejską i wewnętrzną Cesarstwa, pozostając głównie w kręgu dworskich intryg i romantycznych uniesień cesarzowej.

Ten cykl Allison Pataki to propozycja bardziej dla miłośników romansów niż literatury historycznej. Może stanowić zachętę do szerszego zapoznania się z biografią cesarzowej Sisi i zawirowaniami w polityce europejskiej drugiej połowy XIX wieku. Wanda Pawlik

Allison Pataki, Sisi. Cesarzowa mimo woli, Przekład: Alina Patkowska, Seria „Sisi”, tom 1, Wydawnictwo HarperCollins Polska, Premiera: 13 lipca 2022
 
Allison Pataki, Sisi. Samowolna cesarzowa, Przekład: Alina Patkowska, Seria „Sisi”, tom 2, Wydawnictwo HarperCollins Polska, Premiera: 14 września 2022
 
 

Allison Pataki
Sisi. Cesarzowa mimo woli
Przekład: Alina Patkowska
Seria „Sisi”, tom 1
Wydawnictwo HarperCollins Polska
Premiera: 13 lipca 2022
 
 

Wstęp

Jest rok 1853. Imperium Habsburgów obejmuje dużą część Europy, od granicy z Rosją na wschodzie po Włochy na zachodzie i od Niemiec na północy po Bałkany na południu.
Cesarz Franciszek Józef, jeden z najpotężniejszych koronowanych władców świata, rządzi ponad trzydziestoma pięcioma milionami dusz, wśród których są katolicy, protestanci, żydzi i muzułmanie. Jego władzy podlegają Austriacy, Węgrzy, Niemcy, Czesi, Chorwaci, Włosi, Cyganie i wiele innych narodowości.
Cesarstwo Austrii jest wieloetnicznym, wielojęzycznym patchworkiem, którego nie spajają narodowość, religia, język ani nawet wzajemna sympatia. Tylko jedna rzecz łączy te różnorodne kraje, narody i interesy – Franciszek Józef. Ten przystojny dwudziestokilkuletni mężczyzna o falujących kasztanoworudych włosach i poważnych błękitnych oczach, cesarz z Bożej łaski, bardziej przypomina instytucję niż człowieka z krwi i kości.
Franciszek Józef obejmuje tron w roku 1848, w czasie, gdy przez Europę przetaczają się rewolucje, zrzucając korony na fali liberalnego idealizmu i nacjonalistycznej gorączki. W żadnym innym miejscu ten rewolucyjny zapał nie jest bardziej żarliwy niż w imperium austriackim i nigdzie też nie zostaje zmiażdżony boleśniej. Franciszek Józef przejmuje tron po słabym stryju, a po stłumieniu rewolt na Węgrzech i we Włoszech mocną ręką prowadzi rząd w Wiedniu i całe cesarstwo.
Kilka lat później przechadzającego się po Wiedniu Franciszka Józefa atakuje węgierski nacjonalista, wbijając mu nóż w szyję. Całe cesarstwo z drżeniem modli się za młodego monarchę, który dochodzi do siebie w szpitalnym łóżku. Potrzeba spłodzenia dziedzica korony Habsburgów staje się coraz bardziej nagląca.
Przystojny, pełen uroku władca wielkiego imperium nie cierpi na brak chętnych kandydatek na narzeczoną. Jednak najważniejszym doradcą Franciszka Józefa nie jest żaden sztywny generał ani wąsaty biurokrata. Osobą, u której cesarz najczęściej zasięga rady, jest jego matka, arcyksiężna Zofia. W końcu to ona przez całe życie przygotowywała go do roli władcy i wprowadziła na tron, który mu się nie należał. A Zofia ma już upatrzoną kandydatkę na synową.
Za radą matki Franciszek Józef wysyła zaproszenie do Bawarii. Jego młoda, ładna kuzynka Helena czuje się zaszczycona. Do Heleny dołącza młodsza siostra, pełna energii piętnastolatka o imieniu Sisi. Nikt spośród zainteresowanych nie ma pojęcia, jak bardzo od tej chwili zmienią się ich życie i losy całego świata…

Prolog

BUDAPESZT, WĘGRY
8 CZERWCA 1867


– Wasza Wysokość, wszystko gotowe.
Odwraca się z lekkim skinieniem głowy i gestem dłoni.
– Czas już przyjąć tę rolę. – Wsuwa ramiona w rękawy. Jedwabna suknia doskonale się układa. Nigdy jednak nie przywykła do ciężaru tych strojów. Wydaje się, że ważą więcej niż jej zmęczone ciało.
Dokoła niej nerwowo krzątają się pokojowi i przejęte pokojówki, brzęcząc jak rój pszczół skupionych wokół królowej.
– Poprawcie spódnice!
– Uważaj na tren!
– Trzeba już iść!
– Czy naprawdę jest aż tak późno?
– Czy Wasza Wysokość jest już gotowa? – Cesarska fryzjerka staje przed nią, trzymając między dwoma palcami starą koronę. Płomyki świec odbijają się w brylantach. Korona jest delikatna jak nici pajęczyny, a jednak tak mocna, że przetrwała wieki, znacznie dłużej niż królewskie głowy, na których spoczywała. Teraz te głowy są od dawna zabalsamowane, włosy posiwiały lub całkiem wypadły.
– Gotowa. – Kiwa głową i pochyla się, by można było założyć koronę na jej kasztanowe loki, które nazywane są najcenniejszymi klejnotami w całej kolekcji Habsburgów. Mówią, że to one podbiły serce cesarza.
Z koroną na głowie postępuje o krok do przodu i spogląda na swoje odbicie w wielkim lustrze. Musi przyznać, że jej postać przykuwa wzrok. Szata z białego i srebrnego brokatu naszywanego rzędami diamentów podkreśla smukłą figurę, długi płaszcz z białego atłasu, udrapowany na ramionach, opada na ziemię. Ale bardziej niż cesarskie szaty czy starodawny diadem ludzie chcą ujrzeć twarz przyszłej cesarzowej. Wszyscy słyszeli o złocistych, skośnych oczach, gładkich kościach policzkowych, ustach, o których cesarz powiedział kiedyś, że są świeże jak truskawki. Cesarz. Serce w piersi trzepocze niespokojnie. Boże, jaka jest zmęczona! Czy da radę przetrwać ten dzień?
Słyszy pukanie i puls jej przyśpiesza. Podnosi wzrok na ciężkie dębowe drzwi. Który z nich stoi za tymi drzwiami, cesarz czy… on? Policzki oblewa rumieniec; łaje się za to w duchu. Po wszystkim, przez co przeszła, wciąż czerwieni się jak szesnastolatka na samą myśl o nim, na samo brzmienie jego nazwiska. Własny mąż nie potrafi wywołać na jej twarzy tak szkarłatnego rumieńca.
Drzwi otwierają się z ciężkim jękiem jak otumaniony wartownik, który wypił za dużo piwa i zdrzemnął się na służbie o północy. Dostrzega go po chwili, a on dostrzega ją i wpatruje się w nią jak zaczarowany. Elżbieta widzi, że starania przyniosły skutek; na jej widok zabrakło mu tchu.
– Sisi. – Tylko tyle jest w stanie wykrztusić. Wyciąga ramiona, jakby chciał ją do siebie przyciągnąć, ale w porę zauważa biegającą dokoła służbę.
– Wasza Wysokość. – Odchrząkuje. – Czy jesteś, pani, gotowa?
Sisi bierze głęboki oddech i zastanawia się, czy jest gotowa. Nie. Chyba nigdy nie była gotowa, na tym właśnie polega problem. Ale unosi wyżej głowę i prostuje ramiona.
– Tak – odpowiada z pojedynczym skinieniem głowy i rusza przed siebie. Wystawna suknia przytłacza wyczerpane ciało, jednak Elżbieta z westchnieniem idzie dalej. Słyszy już ich głosy za ścianą. Nie potrafi rozróżnić poszczególnych okrzyków i wiwatów, dociera do niej tylko jednostajny, nieprzerwany gwar, jak odgłos rozbijających się o brzeg morskich fal.
On podaje jej ramię. Wsuwa pod nie dłoń i jej miękkie ciało przyciska się do jego wykrochmalonego munduru. Drzwi otwierają się szerzej. Mruga powiekami; ma ochotę wyciągnąć przed siebie dłoń w rękawiczce, żeby się chronić, osłonić twarz przed tymi bezpośrednimi, ciekawskimi spojrzeniami. Wszystkie te oczy wpatrują się w nią przenikliwie, zagarniają całą jej postać, jakby chciały ją pochłonąć. Wrze w niej instynktowne, znajome pragnienie, by stąd uciec, ale bierze się w garść i prostuje.
I wtedy słyszy ten głos:
– Sisi!
Znów bierze głęboki oddech i odwraca się do niego.
– Już czas.
W końcu nadszedł ten czas.

Część pierwsza
Rozdział pierwszy

ZAMEK POSSENHOFEN, BAWARIA
LIPIEC 1853


Sisi przykucnęła pod krzewem, ostrożnie zerkając przez gałęzie na drugą stronę. Wzrok miała bystry, nogi żwawe, gotowe w każdej chwili zerwać się do biegu, serce tłoczyło w żyły krew z szybkością, jaką potrafią osiągnąć tylko ścigani.
– Wychodźcie, tchórze!
Dostrzegła na łące ciemną sylwetkę jeźdźca, wyraźnie odcinającą się od białego zamku z blankami i błękitnego nieba, i szybko schowała głowę, żeby jej nie zauważył. Karol, młodszy brat, z frustracją szarpał wodze konia, jakby chciał pokazać zwierzęciu, że choć siostry zupełnie go lekceważą, to jednak ma jakąś władzę. Sisi patrzyła na niego z coraz większym lekceważeniem, odczytując jego myśli. Gdy tak szarpał wodze, wyobrażał sobie, że jest germańskim wojem gotowym najechać Węgrów albo Polaków i zdobyć chwałę na polu bitwy.
– Karol Dobroczyńca, książę Bawarii, żąda, byście wyszły na spotkanie waszego pana i poddały się! – wołał, przebiegając las wzrokiem. Jego słowa docierały do Sisi, choć oczy nie potrafiły jej dostrzec. – Ucałujcie pierścień, a okażę wam miłosierdzie, choć na nie nie zasłużyłyście! Ale jeśli nadal będziecie uciekać i kryć się jak gryzonie, będę musiał wypędzić was z krzaków, a wtedy pożałujecie, że nie poddałyście się dobrowolnie! – Koń nerwowo przestępował z nogi na nogę, trzymany w miejscu przez mocno ściągnięte wodze.
Sisi miała już dość bycia ofiarą. Te zasady były niesprawiedliwe. Gdyby mogła wsiąść na własnego konia, Bummerla, pogoniłaby Karola aż do granicy Bawarii, i on dobrze o tym wiedział. Ale wybierając się razem z siostrą, Heleną, na brzeg jeziora, żeby nazbierać polnych kwiatów, nie sądziła, że będzie musiała ukrywać się przed bratem.
– Powinnyśmy się poddać, Sisi. – Helena przykucnęła obok niej. Ostre rysy smagłej twarzy ściągnęły się niepokojem. – Słyszałaś, co mówi. Jeśli się nie poddamy, będziemy miały kłopoty.
– Nonsens, Heleno.
Karol, o dwa lata młodszy od Sisi, był od niej prawie dwa razy większy. Jego trzynastoletnie ciało aż kipiało od siły pochodzącej z wieku dojrzewania, piwa i kiełbasek. Ale choć nie mogła się z nim równać fizycznie, wiedziała, że potrafi go przechytrzyć.
– Pokażemy Karolowi Dobroczyńcy, jakim jest godnym przeciwnikiem. – Sisi skinęła na siostrę i sięgnęła po chłodny, gładki kamień. Helena jęknęła cicho.
– A zatem niech będzie! – wykrzyknął Karol, stojąc za drzewami po drugiej stronie łąki. – Same wybrałyście sobie ten los. Czeka was cierpienie! – Wbił obcasy skórzanych butów w boki konia, który zarżał w odpowiedzi, i po chwili Sisi poczuła, że ziemia pod nią zaczyna wibrować.
– Już po nas, Sisi. – Helena przechadzała się po kryjówce, niespokojna jak zranione zwierzę. Tętent kopyt stawał się coraz głośniejszy.
– Cicho, Néné! – Sisi próbowała uspokoić starszą siostrę. Och, jak bardzo pragnęła usiąść teraz na grzbiecie Bummerla! – Heleno, kiedy powiem: uciekaj, zacznij biec, rozumiesz?
– Dokąd? Prosto do jeziora?
– Nie. – Sisi potrząsnęła głową. – W przeciwnym kierunku. Przez łąkę, w stronę domu.
– W stronę Karola?
– Zaufaj mi, Néné, dobrze?
Po chwili Helena niechętnie skinęła głową. Sisi jeszcze raz wyjrzała zza krzaków. Brat prawie przemierzył już łąkę. Jechał prosto do ich kryjówki, mrużąc oczy w dwie szparki i omiatając krzewy wzrokiem, ale jeszcze ich nie zauważył. Uderzenia końskich kopyt rozlegały się głośno jak wystrzały z armat. Sisi podniosła rękę z kamieniem, wycelowała i czekała cierpliwie, a gdy zbliżył się wystarczająco, rzuciła kamień najcelniej, jak potrafiła.
– Au! – Karol jęknął z bólu. Zatrzymał konia, zsunął się z siodła i upadł na ziemię. Z jego nosa płynęła krew. Sisi trafiła celnie.
Musiały skorzystać ze sposobności.
– Uciekaj, Heleno! – zawołała Sisi. Sama również poderwała się z ziemi i drugą stroną łąki pobiegła w kierunku domu.
– Ty mała wiedźmo! – wrzasnął Karol, gdy przebiegała obok niego, ale wciąż ogłuszony uderzeniem, nie podniósł się z ziemi.
Przepełniona euforią z odniesionego zwycięstwa, Sisi pędziła przez łąkę w stronę zamku. Recz jasna nie dorównywała szybkością Bummerlowi, ale po latach wspinania się po górach, pływania w jeziorze i uganiania się po łąkach za kwiatami i drobną zwierzyną jej nogi były silne i sprawne i w zupełności wystarczały, by ją zanieść w bezpieczne miejsce.
Obejrzała się przez ramię, sprawdzając, czy Helena biegnie za nią.
– Szybciej, Heleno! – Pochwyciła starszą siostrę za ramię i pociągnęła za sobą. Oprócz rodziców nic ich właściwie nie łączyło. Helena była domatorką. Lubiła uczyć się języków, czytać filozoficzne dzieła, robić na drutach albo pisać coś w spokojnym kącie przy ogniu. Poza domem to Sisi obejmowała przywództwo.
Jeszcze kilka kroków i wbiegły do domu, trzymając się za ręce. Zdyszana Sisi przebiegła obok zdumionego lokaja i wpadła do holu, a Helena tuż za nią. Przez żaluzje w oknie Sisi dostrzegła brata, który znów wsiadł na konia i jechał w ślad za nimi.
– Papo! – zawołała, wbiegając do dużej, mrocznej bawialni. – Jak dobrze, że tu jesteś, papo!
Książę Maksymilian siedział nieruchomo w wielkim fotelu w kącie. Na podłodze obok jego zabłoconych butów spały dwa charty. Ich łapy również były ubłocone. Gdy dziewczęta wpadły do izby, charty podniosły ciężkie łby, ale książę nie przestał chrapać. Na jego kolanach dymiła zapomniana fajka.
– Papo, obudź się! – Sisi sięgnęła po fajkę, która szczęśliwie nie zdążyła jeszcze wypalić dziury w wełnianych spodniach księcia, i odłożyła ją na stolik. – Obudź się!
Książę zachrapał jeszcze raz i wybudził się z głębokiej drzemki. Oddech miał kwaśny od piwa.
– Papo, Karol ściga Néné i mnie! Proszę, obudź się!
– Co się dzieje? – Książę przetarł podbiegnięte krwią oczy.
Sisi usłyszała głos brata na zewnątrz domu.
– Gdzie one poszły? – warknął w stronę zdumionej służby. Rozległ się odgłos otwieranych drzwi i Karol wszedł do holu, ciężko tupiąc butami po kamiennej posadzce.
– Ach, Sisi. – Książę Maksymilian poruszył się w fotelu i popatrzył na nią szklistymi oczami, które miały ten sam miodowy kolor co oczy Sisi, ale tego popołudnia nie były równie przejrzyste. – Pojawiłaś się w samą porę. Właśnie nauczyłem się nowej piosenki w gospodzie. – Z sennym uśmiechem popatrzył na ulubioną córkę, podniósł do góry palec i zaczął śpiewać żwawą chłopską melodię. – A inni już poszli do domu? – zapytał, rozglądając się niespokojnie.
Tuż za drzwiami bawialni rozległy się kroki Karola. Sisi z przygnębieniem opuściła ramiona.
– Papo, proszę!
– Ty mała jędzo! Tym razem cię dopadnę! – Brat stanął w drzwiach. Krew przestała już płynąć, ale pod nosem pozostał szkarłatny ślad. – Uderzyłaś mnie kamieniem w twarz!
Sisi przeniosła wzrok z ojca na brata.
– Zasłużyłeś sobie na to.
– Papo, proszę – jęknęła z kolei Helena.
Ojciec wpatrywał się w płomienie tańczące w kominku, przytykając do ust pusty kufel po piwie i starając się wysączyć ostatnie krople.
– Sisi, co zrobimy? – Helena cofnęła się przed Karolem. Sisi zaklęła pod nosem. Zwycięstwo zamieniło się w porażkę. Trzeba było posłuchać próśb Heleny i ułagodzić brata. Lekkomyślna duma zemściła się na niej.
– Ja was nauczę, podstępne dziwki, żeby mi się nie przeciwstawiać! – Karol wyczuł słabość Heleny i rzucił się najpierw w jej stronę.
– Zostaw ją w spokoju! – Sisi zwinęła dłonie w pięści, przygotowując się do zadania choć jednego ciosu, zanim sama oberwie. Na chwilę przymknęła oczy i nie dostrzegła postaci, która pojawiła się w drzwiach.
– Tu jesteście! – Księżna Ludwika, w czarnej sukni z krynoliną, z gęstymi brązowymi lokami, wsunęła się do bawialni z szelestem jedwabiu. Była imponującą postacią i na jej widok Karol natychmiast wycofał się w kąt. Dwoma szybkimi krokami przeszła przez pokój i odsunęła zasłony, z których wzbił się tuman kurzu.
– Dobrze, że zastałam tu was wszystkich. Heleno, Elżbieto, wszędzie was szukałam.
– Mamo! – Sisi podbiegła do matki, wtuliła się w nią i przymknęła oczy. Z ulgi zakręciło się jej w głowie.
– Sisi, córeczko. Co… – Księżna urwała, gdy jej wzrok przesunął się z córki na bezwładne ciało męża i duże plamy błota na dywanie. – Popatrzcie na to – westchnęła, unosząc ramiona przy każdym oddechu. – Służba znowu będzie musiała czyścić dywan. Trzeba tu odkurzyć – wymamrotała pod nosem. – I zszyć tę zasłonę. Muszę też zapytać, jak się niosą kury. – Znów westchnęła, odciągając na bok zniszczoną zasłonę. Jej mąż rzadko zawracał sobie głowę sprawami domowymi i prośbami miejscowych chłopów, a już z pewnością nie zaprzątał sobie głowy dziećmi. Ludwika zawsze miała zbyt wiele obowiązków i na wszystko brakowało czasu. Popatrzyła teraz na córki, które przycupnęły obok niej jak przestraszone kociaki, a potem na zakrwawioną twarz Karola i na jej obliczu odbiło się zrozumienie. Westchnęła ze znużeniem i wyjrzała przez okno, jakby miała ochotę uciec z tego ciemnego, zabłoconego pokoju.
– Gackl! – Jej głos nabrał ostrości. – Czy to twój koń chodzi po ogrodzie nieprzywiązany?
Karol zyskał ten przydomek jeszcze w kołysce ze względu na dźwięki, jakie wydawał. Słowo „gackl” w dialekcie bawarskim oznaczało brudnego koguta podwórzowego i Sisi uważała, że doskonale do niego pasuje.
– Twój czy nie? – powtórzyła księżna. Karol wyjrzał przez okno, szukając jakiejś wymówki, ale nie pozwoliła mu dojść do słowa. – Natychmiast zaprowadź to zwierzę do stajni. Jeśli nie potrafisz odpowiednio zadbać o konia, to w ogóle nie będziesz go miał.
– Tak, mamo – odrzekł Karol posłusznie, ale jego oczy w kolorze atramentu błysnęły ostrzegawczo w stronę Sisi, co miało oznaczać, że sprawa między nimi jeszcze nie jest skończona.
– Co za chłopak! – Księżna przesunęła spojrzenie z wychodzącego syna na córki. – A wy wcale nie wyglądacie lepiej. Jesteście brudne jak nieboskie stworzenia. – Skrzywiła się, patrząc na smugi błota na spódnicy córki. Nigdy jednak nie zabraniała im chodzić po lasach ani łowić ryb w jeziorze.
– Cicho bądź, Ludwiko, bo nie słyszę, co mówi pani Helgasberg. – Ojciec podniósł wzrok z fotela, przerywając na chwilę rozmowę, którą prowadził w głowie. Sisi skrzywiła się na dźwięk tego imienia. Helgasberg była jedną z ulubionych kochanek ojca. To, że wspominał o niej bez zahamowań, nikogo nie dziwiło. Wszyscy w domu wiedzieli o jej istnieniu. Ba! Całe księstwo o tym wiedziało, a jednak częste i nieskrępowane wzmianki ojca o własnej niewierności zawsze doprowadzały Sisi do szału.
Jednak Ludwika nawet nie mrugnęła powieką.
– Maks, może masz ochotę na spacer nad jezioro? – Wzięła do ręki kufel, powąchała go z dezaprobatą i zgarnęła wszystkie puste naczynia. – Wstawaj, Maks, zmarnowałeś już prawie cały dzień. – Wolną ręką pociągnęła za wełniany pled, którym był przykryty, ale on mocno przytrzymał go ramionami.
– Idź stąd – warknął i z kącika jego ust popłynęła strużka śliny.
– Proszę cię, Maks – mówiła Ludwika opanowanym tonem. Wyglądała jak ucieleśnienie spokoju, nawet jeśli w głębi duszy czuła tę samą frustrację, która sprawiała, że Sisi aż kipiała ze złości. – Proszę, wstań.
– Daj mi spokój, Ludwiko. I nie odzywaj się tak do mnie w obecności wysoko postawionych gości. Muszę skończyć rozmowę z baronem.
Księżna popatrzyła uważniej na półprzytomnego męża, zastanawiając się, czy jest sens prowadzić ten spór. W końcu westchnęła i odnalazła wzrokiem lokaja.
– Kawa dla księcia. Jak najszybciej, proszę. – Odwróciła się do dziewczynek i zaklaskała w ręce. – A wy idźcie się umyć i przebrać w coś odpowiedniego na kolację. Wasz ojciec i ja… – zerknęła szybko na męża – mamy dla was nowiny.

– Sisi, ty szaławiło! Heleno! Siadajcie wreszcie. Jak zwykle musimy na was czekać. – Przy kolacji książę był już przytomniejszy. Niewątpliwie przyczynił się do tego dzbanek tureckiej kawy, który żona przed nim postawiła.
Rodzina zebrała się w oficjalnej sali bankietowej, pośród wypchanych łbów karibu, reniferów i jaskrawopomarańczowych lisów – trofeów z niezliczonych wypraw myśliwskich ojca. Gdy teraz Sisi patrzyła na drżące ręce i przekrwione oczy, trudno jej było wyobrazić sobie księcia Maksymiliana na polowaniu, ale o jego umiejętnościach myśliwskich krążyły legendy. Rzadko spędzał w domu w Possenhofen więcej niż kilka miesięcy przed wyruszeniem na kolejną wyprawę. Podobnie jak Sisi lubił dziką przyrodę, może nawet bardziej niż kobiety i alkohol.
– Twoja matka prosiła, żebyśmy wszyscy umyli się i przebrali przed kolacją. Jak sądzisz, dlaczego? – Książę uśmiechnął się do córki i w jego bursztynowych oczach pojawił się żartobliwy błysk. Niechęć i lekceważenie Sisi odrobinę zmalały.
W ich chaotycznym domu takie oficjalne kolacje odbywały się rzadko. Książę przeważnie spędzał wieczory poza domem, a matka, choć ze wszystkich sił próbowała wprowadzić jakiś porządek w tym pozbawionym gospodarza gospodarstwie, nie potrafiła zapanować nad swymi nieposkromionymi dziećmi. O tej porze roku, gdy dni były długie i ciepłe, wieczorny posiłek Sisi często ograniczał się do miski zimnej zupy, gdy po całym dniu spędzonym w lasach i na polach docierała wreszcie do domu, rozgrzana słońcem i brudna.
Sisi przypuszczała, że ta oficjalna kolacja ma coś wspólnego z nowinami, które matka zapowiadała wcześniej. Czy to możliwe, by nosiła kolejne dziecko? Po Karolu urodziła jeszcze czworo: Marię, Matyldę, Zofię Charlottę i małego Maksa, toteż Sisi już przywykła do takich obwieszczeń. Zdawało się, że pomimo wrogości, która istniała między rodzicami, obydwoje chętnie i często spełniali obowiązek płodzenia dziedziców księstwa. Po każdej z długich nieobecności ojca następował niespodziewany powrót, chaotyczne, pełne zamętu połączenie rodziny, a kilka tygodni później nowiny o kolejnym dziecku. Ale Sisi przypuszczała, że tym razem chodzi o coś innego. Mama ostatnio była bardzo zajęta i zachowywała się zupełnie inaczej niż podczas poprzednich ciąż.
Usiadła przy dużym mahoniowym stole obok Heleny, zgodnie z życzeniem matki ubrana w prostą sukienkę z czarnej krepy. Pokojówka Agata uczesała jej długie włosy w dwa warkocze.
– Znowu czarna sukienka. Wiecznie te czarne sukienki – skarżyła się siostrze i pokojówce, przebierając się.
– Cicho, Sisi, bo mama usłyszy, że znowu się skarżysz na żałobne sukienki – upomniała ją Helena. Wszystkie, łącznie z matką, nosiły czarne suknie z powodu niedawnej śmierci nieznanej ciotki.
– Ale ja jestem już zmęczona tą czernią. Nie znałam ciotecznej babci… nawet nie pamiętam, jak się nazywała, i chciałabym nosić niebieskie sukienki. Albo zielone. Albo różowe. – Sisi obróciła głowę w proteście, gdy Agata zbyt ciasno splatała warkocz.
– Cicho, panienko Elżbieto – odpowiedziała pokojówka o okrągłej twarzy z dziwnym polskim akcentem. – Panienka zawsze jest taka niecierpliwa. Niech panienka spróbuje być miła, tak jak siostra.
Karol, siedzący naprzeciwko niej przy kolacji, również miał na sobie czarny żakiet i krawat. Oczyścił już ranę, ale wzdłuż krawędzi nosa zaczął się pojawiać jasnofioletowy siniec. Pijąc piwo wielkimi haustami, krzywiąc się do sióstr i szarpiąc krawat, zbyt ciasno zawiązany na grubej szyi, bardziej przypominał łobuza ze szkolnego podwórka niż spadkobiercę tytułu książęcego.
Czwórka młodszego rodzeństwa, które nie skończyło jeszcze dwunastu lat, nie jadła z rodziną, lecz w pokoju dziecinnym pod okiem guwernantek.
– Wina, panie Karolu? – Agata krążyła wokół stołu, nalewając wina do kielichów. Dwóch lokajów przeskakiwało nad chrapiącymi psami, donosząc półmiski z gorącym chlebem, ziemniakami i sałatką z kapusty.
– Nie chcę wina, Agato. Daj mi jeszcze piwa. – Karol wysunął w jej stronę pusty kufel. Sisi zauważyła, że Agata starała się zachować od niego bezpieczną odległość. Ręce brata, podobnie jak wcześniej ręce jego ojca, wyciągały się w stronę każdej niczego niepodejrzewającej kobiety, która podeszła zbyt blisko.
– Skoro już wszyscy tu jesteśmy… – Księżna Ludwika siedziała sztywno wyprostowana i czujna, zachowując nienaganne maniery, w przeciwieństwie do męża, który rozpierał się w znużonej pozie po drugiej stronie stołu.
Książę Maks wyciągnął w jej stronę palec.
– Zanim zaczniesz, muszę powiedzieć coś bardzo ważnego.
Ludwika popatrzyła na męża.
– Co takiego, Maks?
– Wydaje mi się, że służba znowu ruszała moje mumie. – Zignorował grymas na twarzy żony i mówił dalej, zlewając ze sobą słowa, jakby rozwieszał na sznurze rząd brudnych prześcieradeł. – Nie wolno im dotykać…
– Maks, słyszeli już mnóstwo razy, że mają nie dotykać twoich egipskich pamiątek i zapewniam cię, że tego nie robili. – Księżna, siedząca po przeciwnej stronie długiego stołu, sięgnęła widelcem po pęto kiełbasy.
– Wydaje mi się, że ich dotykali. Mógłbym przysiąc, że ramię mumii leżało jakoś inaczej.
Sisi, która słyszała podobne rozmowy już wiele razy, dostrzegła, że matka z trudem powstrzymała się przed niegrzeczną odpowiedzią. Tymczasem książę ciągnął swoje narzekania:
– Nie mogę pozwolić, żeby służba grzebała w takich bezcennych skarbach. – Oprócz polowań, picia po całej Bawarii i płodzenia nieślubnych dzieci z chłopkami ojca Sisi obchodziła tylko kolekcja przedmiotów zgromadzonych w jego gabinecie w zamku Possenhofen. Najważniejsze miejsce wśród nich zajmowały zabytki, które przywiózł przed kilkudziesięciu laty z podróży do egipskiej świątyni Dendur. Sisi zawsze bała się mumii młodej kobiety, którą ojciec trzymał w gabinecie, szczególnie po tym, jak Karol wyjaśnił jej szczegółowo i barwnie, że pod kruszącymi się, pożółkłymi bandażami znajduje się ciało martwej dziewczyny.
– No cóż, Maks, skoro jesteś pewien… – Ludwika, sącząc wino, wymieniła wymowne spojrzenia z Sisi – to porozmawiam jeszcze raz ze służbą i przypomnę, że nie wolno im dotykać mumii.
– Ani kamieni. Nie chcę, żeby dotykali również kamieni ze świątyni.
– Ani kamieni. – Księżna zdobyła się na napięty uśmiech i przeniosła spojrzenie z męża na siedzące obok siebie córki. – W każdym razie, jak już wspominałam, mamy bardzo ważne nowiny dla was, dziewczęta.
– Jakie nowiny, mamo? – Sisi zerknęła na Helenę. Przebierając się przed kolacją, próbowały zgadywać, czego może dotyczyć zapowiedź matki, ale żadna z nich nie potrafiła wymyślić niczego rozsądnego.
– Może Karol się zaręczył? – podsunęła Helena z pogardliwym uśmieszkiem, pomagając Agacie spleść w warkocze masę ciemnozłotych loków Sisi.
– Jeśli tak, to współczuję tej dziewczynie – odrzekła Sisi i wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem.
Ale ku jej zdziwieniu zdawało się, że nowiny nie mają nic wspólnego z Karolem.
– Zastanawialiśmy się z ojcem nad waszą przyszłością. – Ludwika wbiła nóż w pęto kiełbasy. – Czyż nie tak, Maks?
Sisi wyprostowała się i jej plecy dotknęły oparcia krzesła.
– Pamiętacie chyba ciotkę Zofię? – Księżna jadła powoli, przenosząc spojrzenie z jednej córki na drugą.
– Tę Austriaczkę? – upewniła się Helena.
Sisi przypomniała sobie ciotkę, którą poznała przed pięcioma laty podczas podróży do Innsbrucku w Austrii. Wysoka, chuda i silna ciotka Zofia pod wieloma względami przypominała ich matkę, a właściwie ostrzejszą wersję Ludwiki. Wszystko w niej było ostre: głos, maniery, nawet uśmiech.
To zdarzyło się w 1848 roku, wtedy, gdy przez całą Europę przetaczały się powstania. Wiedeń płonął i cesarskiej rodzinie w Austrii, Habsburgom, groziło, że stracą pradawne prawa do korony. Ciotka Zofia, która weszła do rodziny Habsburgów przez małżeństwo z młodszym bratem cesarza Ferdynanda, błagała Ludwikę, by ta przybyła ją wesprzeć podczas kryzysowego spotkania rodziny cesarskiej w Innsbrucku.
Spotkanie odbywało się w cesarskiej rezydencji położonej wysoko wśród nagich szczytów Alp Austriackich. Sisi, wówczas dziesięcioletnia, dobrze pamiętała tę podróż. Wychowała się pośród gór, ale góry w Bawarii zupełnie nie przypominały ośnieżonych szczytów, pośród których jechały.
– Jesteśmy na dachu świata – westchnęła Helena, gdy powóz wspinał się coraz wyżej. Sisi zastanawiała się, w którym miejscu zaczyna się niebo.
Pierwszego wieczora w Innsbrucku matka zostawiła ich w ciemnym pokoju dziecinnym i poszła gdzieś w towarzystwie starszej siostry i grupy mężczyzn w wykrochmalonych mundurach. Wszyscy dorośli byli bardzo zajęci i bardzo poirytowani. Szeptali coś między sobą, zaciskając mocno usta, marszczyli czoła i rozglądali się nerwowo. Sisi pamiętała ciągnące się jak wieczność godziny spędzone w cichym pokoju dziecinnym w towarzystwie obcych, surowych guwernantek. Jedynie Karol się cieszył, bowiem cesarski pokój dziecinny był dobrze zaopatrzony w orzechy w cukrze oraz kolejki i żołnierzyki należące do ich kuzynów. Ale Sisi tęskniła za matką. W domu nigdy nie rozstawała się z nią na dłużej niż kilka godzin. Rzadko też spędzały letnie dni w zamku; zwykle wspinały się na wzgórza otaczające ich ukochane Possi, łowiły ryby w jeziorze, jeździły konno i zbierały miejscowe kwiaty.
Całymi godzinami patrzyła przez błyszczące okna pokoju dziecinnego na góry, zastanawiając się, gdzie na tych nagich, skalistych zboczach przysiadają ptaki. Któregoś popołudnia, niespokojna i stęskniona za mamą, wymknęła się niezauważona z pokoju dziecinnego i po bezowocnych poszukiwaniach zgubiła się pośród długich, pustych korytarzy. Nie miała pojęcia, jak znaleźć matkę ani jak wrócić do Heleny i surowej cesarskiej guwernantki, która nazywała się Sturmfeder. W końcu w długim korytarzu rozległ się stuk obcasów i Sisi zobaczyła znajomą postać ciotki.
– Ciociu Zofio, ciociu Zofio! – Na widok sylwetki tak podobnej do sylwetki mamy poczuła taką ulgę, że rzuciła się w jej stronę z wyciągniętymi ramionami, spodziewając się uścisku. Tymczasem ciotka wymierzyła siostrzenicy policzek.
– Uspokój się, dziecko. – Skóra wokół ust ciotki pokryła się siateczką zmarszczek. – Nie wolno ci biegać w pałacu i rzucać się na dorosłych. Moja siostra wychowuje stado dzikusów, a nie cywilizowanych małych arystokratów. Dlaczego jesteś tu sama? Natychmiast wracaj do pokoju dziecinnego. – Po tych słowach ciotka wyprostowała się, wygładziła spódnicę w miejscu, gdzie dotknęły jej ręce Sisi, i z determinacją poszła dalej korytarzem, nie oglądając się ani razu na siostrzenicę.
– Tak, Heleno. – Odpowiedź matki na pytanie siostry przerwała wspomnienia Sisi i znów przywiodła ją do teraźniejszości. – Moja starsza siostra Zofia, arcyksiężna Austrii.
– Wiesz, co mówią o ciotce Zofii? – Książę popatrzył na Sisi z żartobliwym uśmiechem.
– Maks, proszę cię. To naprawdę nie jest właściwe. – Księżna podniosła rękę, ale nie udało jej się uciszyć męża.
– Nazywają ją jedynym mężczyzną na dworze wiedeńskim. – Książę wybuchnął śmiechem. Odsunął na bok kubek z kawą i poprosił o wino. Księżna zacisnęła usta i gdy mąż przestał się śmiać, znów zwróciła się do córek:
– Austria ma wielkie kłopoty od czasu, gdy cesarz, szwagier Zofii, abdykował.
– To się chyba stało wtedy, kiedy byliśmy w Innsbrucku? – zapytała Sisi, znów wracając myślami do nieprzyjemnej podróży. Rodzice rzadko rozmawiali o polityce, a Possi znajdowało się tak daleko od wszelkich wydarzeń, że ignorancja Sisi przechodziła niezauważona. Mimo wszystko wiedziała, że ciotka zajmuje bardzo ważną pozycję w Cesarstwie Austriackim.
– Tak, Sisi – skinęła głową matka. – Pamiętasz tę podróż?
Sisi przytaknęła.
– Moja siostra musiała praktycznie przejąć rządy, żeby zachować władzę dla swojego syna, dopóki nie podrósł na tyle, by zasiąść na tronie – ciągnęła Ludwika.
Sisi przypomniała sobie kuzyna, poważnego nastolatka o włosach koloru cynamonu. Był już za duży, żeby przebywać w pokoju dziecinnym, ale to jego kolejkami i żołnierzykami bawił się Karol. Sisi widziała go zaledwie kilka razy, zawsze w towarzystwie nauczycieli wojskowości, służby i matki. Przypominała sobie, jak Franciszek, szczupły chłopiec, niemal kurczył się za każdym razem, gdy matka się do niego odzywała. Spoglądał na arcyksiężną, szukając wskazówek, gdzie ma stanąć, i zanim odpowiedział na pytanie, czekał na jej lekkie skinienie głowy. Sisi zastanawiała się, dlaczego właśnie tego upartego i nieśmiałego chłopca wybrano na następcę stryja.
Ludwika patrzyła teraz na Sisi, jakby mówiła tylko do niej.
– Moja siostra Zofia utrzymała się w Wiedniu w czasach, gdy mężczyźni nie potrafili tego uczynić. Choć niektórzy uważają, że siła, jaką okazywała, nie przystoi damie, udało jej się zachować cesarstwo i zawsze przy tym przestrzegała… jak mam to nazwać? – Ludwika zerknęła z ukosa na męża. – Przestrzegała form, jakich oczekuje się od osoby na tak wysokiej pozycji.
– Pewnie masz rację, Ludwiko. Wypijmy za starą dobrą Zofię. Ma więcej ikry niż my wszyscy razem wzięci. – Nie zważając na grymas żony, książę pociągnął duży łyk wina.
– A czy kuzyn Franciszek jest już wystarczająco dorosły, żeby przejąć władzę? – zapytała Sisi, spoglądając na siostrę. Helena siedziała cicho, skubiąc kawałek ziemniaka. Nigdy nie miała wielkiego apetytu.
– W rzeczy samej, Sisi – odrzekła księżna i rozpromieniła się, widząc, że kogoś interesuje to, co mówi. – Twój kuzyn Franciszek Józef objął tron. Jest teraz cesarzem Austrii.
– I na razie całkiem nieźle sobie radzi – dorzucił książę z ustami pełnymi mięsa i kapusty. – Mały Franzie przeszedł chrzest bojowy na froncie włoskim. Tak się robi z chłopca mężczyznę, Karolu. Ci Włosi grozili, że odłączą się od imperium. – Książę uderzył pięścią w stół i piana z piwa jego syna przelała się przez krawędź kufla. – A gdy już ich wykończył, potem zrobił to samo z Węgrami. Zmiażdżył ich z pomocą Rosjan. Ale prawda jest taka, że nigdy nie zaufałbym Węgrowi.
– Wasz ojciec mówi o tym, że wasz kuzyn, cesarz, zachował swoje imperium, choć w ostatnich latach w kilku jego częściach wybuchały rewolucje – wtrąciła księżna.
– A jak to się stało, że kuzyn Franciszek został cesarzem, chociaż korona należała do jego stryja? – zapytała Sisi, próbując sobie wyobrazić tego nieśmiałego, rudowłosego chłopca na tronie.
– Lud domagał się ustąpienia jego stryja – wyjaśniła księżna. – W dużej mierze to zasługa mojej siostry Zofii, że przedstawiła swojego syna jako alternatywę, która mogła zadowolić naród i zachować Habsburgów przy władzy. I udało jej się przy tym nie wzbudzić sprzeciwu reszty rodziny.
– Pewnie dlatego wszyscy mężczyźni uważają, że to Zofia ma ikrę – wymamrotał książę, śmiejąc się cicho. Ludwika popatrzyła na niego znacząco. Nad stołem zapadło napięte milczenie. Sisi poruszyła się na krześle i zerknęła z ukosa na Helenę. Po chwili matka znów zaczęła mówić:
– A teraz, gdy Franzie, to znaczy Franciszek Józef, jest przy władzy, stoi przed nim niezmiernie ważne zadanie. Obowiązek, który musi wypełnić dla dobra całego cesarstwa.
– Co to za obowiązek? – zapytała Sisi.
Ludwika odetchnęła powoli, oparła dłonie na stole i popatrzyła na nie z namysłem.
– Naturalnie musi się ożenić.
Sisi przełknęła. Sama nie wiedziała, dlaczego na tę wiadomość żołądek wywinął koziołka. Księżna Ludwika spojrzała na najstarszą córkę i zagadkowo uniosła brwi.
– Franciszek musi znaleźć sobie narzeczoną i spłodzić dziedzica korony Habsburgów.
Dlaczego matka patrzy tak na Helenę? – zastanawiała się Sisi i w jej umyśle pojawił się cień podejrzenia, niczym bezkształtna postać dostrzeżona przez zamglone okno. Nie, chyba nie mogło chodzić właśnie o to?
W jadalni zapanowało milczenie. Karol szarpnął krawat i poprosił o więcej piwa. Helena, z policzkami białymi jak obrus, nie podnosiła wzroku znad talerza.
Księżna odsunęła swój talerz i skrzyżowała dłonie na stole takim gestem, jakby podjęła jakąś decyzję.
– Néné, nigdy nie pozwalałam sobie mieć nadziei na taki los dla mojej córki. – Głos jej się załamał i Sisi ze zdziwieniem dostrzegła emocje na twarzy zwykle opanowanej i twardej jak stal matki. Ale zanim zdążyła się zastanowić, co te słowa mogą oznaczać, Ludwika już mówiła dalej:
– Pomyśleć tylko, że jedna z moich dziewczynek zasiądzie na tronie w Wiedniu!
– Mamo, chyba nie chcesz powiedzieć… – wykrztusiła Helena.
Księżna skinęła głową.
– Moja siostra prosiła o ciebie, Heleno. To ty masz zostać narzeczoną cesarza Franciszka Józefa.
Helena z hałasem upuściła widelec na talerz.
– Néné, będziesz cesarzową Austrii. – Księżna rozpromieniła się, ale pozostali członkowie rodziny milczeli. Sisi doskonale rozumiała, że siostra czuje się wstrząśnięta. Jej siostra, ta sama, która niedawno zbierała z nią kwiaty na łące, która spała obok niej w nocy i wtykała zimne stopy pod ciepłe nogi Sisi, ta nieśmiała dziewczyna, która kochała filozofię i traktaty religijne, ale symulowała chorobę przed lekcjami tańca, Helena, miała zostać cesarzową Austrii i przewodzić na cesarskim dworze w Wiedniu?
– Pomyśl tylko, Néné – ciągnęła księżna, zupełnie niestropiona milczeniem córki – gdy urodzisz syna, zostaniesz cesarzową matką, najpotężniejszą kobietą na świecie.
Książę uniósł kielich i pociągnął łyk wina.
– Za Helenę!
– Za Helenę – zawtórowała Sisi bez przekonania, wpatrując się w siostrę w oczekiwaniu reakcji. Jednak twarz Heleny pozbawiona była wszelkiego wyrazu.
– Rodzina Wittelsbachów awansuje w świecie, słyszysz, Karolu? Nie będzie ci trudno zarządzać tym księstwem, gdy twoja siostra zasiądzie na tronie habsburskim. – Księcia ogarnął nastrój do świętowania, ale reakcje pozostałych osób przy stole były mieszane. Sisi siedziała cicho, próbując przeniknąć myśli Heleny. Księżna, w pierwszej chwili promieniejąca, teraz wydawała się zdumiona milczeniem córki. A Karol nie okazywał żadnej radości z powodu wywyższenia siostry. W końcu to on przełamał milczenie.
– Helena panną młodą! Wiesz, czego on będzie od ciebie oczekiwał? – Nabił na widelec długą kiełbaskę i złowieszczo zamachał nią przed twarzą siostry. – Masz ochotę na kiełbaskę?
– Karolu! Czy ty nie masz żadnego wstydu? – syknęła księżna, wpatrując się w niego nieruchomo, dopóki nie opuścił ręki z widelcem. Sisi znalazła pod stołem wilgotną i zimną dłoń siostry.
Księżna znów spojrzała na talerz i zaczęła kroić jedzenie szybkimi, nerwowymi ruchami.
– Heleno, to ogromny zaszczyt i wszyscy jesteśmy dumni, że właśnie ciebie wybrano.
– Ale, mamo… – odezwała się w końcu Helena.
– Tak? – Księżna podniosła na nią wzrok.
– Mamo, ja…
– Wyduś to, Heleno. – Ludwika nie miała cierpliwości do nieśmiałej córki. Ta nieśmiałość z pewnością nie pochodziła z jej strony rodziny.
– Ja nie chcę wychodzić za kuzyna Franciszka – wyznała Helena i ukryła twarz w dłoniach.
Po drugiej stronie stołu Karol prychnął złośliwie. Książę popatrzył na Sisi znad brzegu uniesionego kielicha.
– Co się dzieje z twoją siostrą?
Sisi delikatnie dotknęła ramienia Heleny, szepcząc pocieszającym tonem, by dała sobie czas na oswojenie się z tą nowiną, a potem powiedziała do ojca:
– To takie niezwykłe nowiny, papo. Chyba nie może dojść do siebie ze zdumienia.
– Wydaje ci się, że znasz moje myśli, Sisi? – Helena zwróciła się do siostry ostrym, niezwykłym u niej tonem. – To nie ciebie oddają jak niewolnicę!
Rzadkie poruszenie zwykle miłej i spokojnej Heleny sprawiło, że Sisi zamilkła. Siostra miała rację; to nie o jej losie decydowano przy tym stole, to nie ona nie miała nic do powiedzenia w kwestii własnej przyszłości.
Księżna patrzyła na nie uważnie, szukając najlepszej odpowiedzi.
– Nie rozumiem cię, Heleno – powiedziała w końcu. – Każda dziewczyna chciałaby mieć dobrego i wysoko postawionego męża.
– Ja nie. – Helena potrząsnęła głową i zaczęła bezgłośnie płakać. Księżna westchnęła.
– Heleno, przecież wiesz, że któregoś dnia i tak musiałabyś wyjść za mąż. Mógłby to być saksoński hrabia, wenecki książę, a ty szlochasz, bo to jest cesarz Austrii? To najlepszy związek, na jaki mogłabyś mieć nadzieję.
Helena znów potrząsnęła głową.
– Proszę cię, mamo. Błagam. Nie każ mi tego robić.
– Heleno, Franciszek to dobry chłopiec… mężczyzna. Będzie dla ciebie miły, a ciotka Zofia pomoże ci się odnaleźć w nowym życiu na dworze.
– Ale ja nie chcę za niego wychodzić! – powtarzała Helena.
– Wiedziałaś chyba, że ten dzień się zbliża? Masz już osiemnaście lat. – Księżna spojrzała na Sisi, jakby szukała u niej pomocy.
– Przecież ja go nawet nie znam, mamo!
Sisi zauważyła narastające zniecierpliwienie matki.
– A cóż to ma do rzeczy? Ja również nie znałam waszego ojca, gdy wysłano mnie do niego na ślub. – Popatrzyła na męża, który w odpowiedzi osuszył kielich. Z zaciętymi zębami i wzrokiem bez wyrazu mówiła dalej: – A potem w noc poślubną zalewałam się łzami. Ale spełniłam swój obowiązek.
Książę nic nie powiedział i nie patrzył na żonę. Helena znów wybuchnęła szlochem.
– Na litość boską! – Ludwika podniosła się i podeszła do zapłakanej córki. – Heleno, moja głupia, przestraszona córko, nie denerwuj się tak. To najlepszy los, o jakim mogłaby marzyć dziewczyna o twojej pozycji. Twój mąż będzie cesarzem Austrii i jest dobrym, miłym człowiekiem. Czego więcej mogłabyś oczekiwać w małżeństwie?
– Ale ja nie chcę… ja w ogóle nie chcę wychodzić za mąż. – Helena pozwoliła, by matka otarła łzy z jej policzków.
– Cicho, Heleno! Z pewnością rozumiesz, że wtedy musiałabyś pójść do klasztoru. Nie miałabyś innego wyjścia. A tego chyba nie chcesz? Nie wolisz mieć ładnego własnego domu i dzieci?
Milczenie Heleny było wystarczającą odpowiedzią. Teraz Sisi poczuła się równie zdziwiona jak matka. Ona, która znała Helenę lepiej niż ktokolwiek na świecie, nie przypuszczała nawet, że siostra marzy o samotnym życiu.
– Często myślałam o klasztorze, mamo – szepnęła w końcu Helena.
Sisi dostrzegła przeciwstawne emocje walczące ze sobą na twarzy matki – współczucie dla nieśmiałej, kochającej książki córki, córki, która milczała w obecności nawet najmniejszej grupki ludzi. Zaraz jednak silniejsza z tych dwóch emocji przepędziła współczucie i twarz zacięła się w kamiennej determinacji. Należy wypełnić swój obowiązek. Ile razy Sisi słyszała te słowa z ust matki? Dama musi zaakceptować rolę, której się od niej wymaga. Ona sama, księżna Bawarii, zawsze żyła zgodnie z tym mottem, choć u boku papy to życie często nie było przyjemne. Ale tak należy robić.
Mama opanowała się po chwili.
– Heleno, to bardzo szlachetny pomysł, ale nie możemy pozwolić, żeby najstarsza córka księcia Bawarii więdła za murami klasztoru. Nie można tak po prostu odmówić cesarzowi. Wyjdziesz za Franciszka Józefa i będziesz cesarzową. Zostało to ustalone między naszymi rodzinami.
– Pozwól jej oswoić się z tą myślą, Ludwiko. – Sisi zauważyła, że ojca znużyła już ta dyskusja. – Ona jest taka nieśmiała i wystraszona. Wyobraź sobie, co by było, gdybyśmy wydali ją za jakiegoś nieokrzesanego pruskiego księcia von coś tam… Nie wytrzymałaby nawet dwóch tygodni. – Doświadczenie całego życia nauczyło księcia, że kobiety w końcu zrobią to, czego się od nich oczekuje. Pociągnął łyk wina, dając do zrozumienia, że to koniec dysputy.
Helena podniosła ręce do twarzy, żeby ukryć szloch, i jej drobne ciało zadrżało.
– Boże, dlaczego muszę…?
Księżna położyła dłoń na ramieniu córki.
– Moja mała Néné, uspokój się. Nie płacz już, proszę. Zawsze byłaś posłuszna. Zobaczysz, że pokochasz Wiedeń.
Helena opuściła ręce i podniosła wzrok.
– Ale mnie się podoba tutaj, mamo.
Sisi dostrzegła w oczach matki wahanie. Ich wyraz na chwilę zmiękł, ale Ludwika z godną podziwu samokontrolą odsunęła od siebie sentymenty. Westchnęła, cofnęła dłoń i wyprostowała się.
– Wszyscy musimy wypełniać swoje obowiązki.
Mężczyźni jedli dalej. Księżna wróciła na swoje miejsce i sięgnęła po widelec. Twarz miała bladą, bez wyrazu. Sisi straciła apetyt, Helena też. W końcu Ludwika przerwała pełną napięcia ciszę.
– Już dobrze, Heleno. Nie powiedziałam ci jeszcze wszystkiego.
– Nie chcę słyszeć o niczym więcej, mamo.
– Ale to cię z pewnością ucieszy. Nie pojedziesz na dwór sama.
Helena podniosła wzrok.
– Nie chciałabyś mieć towarzyszki na dworze? – Wzrok Ludwiki przesunął się ze starszej córki na Sisi, która wciąż ściskała dłoń siostry. Sisi też podniosła spojrzenie na matkę i naraz poczuła iskierkę nadziei. Serce zaczęło jej bić szybciej.
– Sisi i ja pojedziemy z tobą – oświadczyła matka radośnie. – To ci chyba poprawi samopoczucie?
Helena zastanowiła się nad tym i po długiej chwili skinęła głową.
Sisi poczuła podniecenie. Serce biło jej tak mocno, że prawie nie mogła oddychać. Opuści Possi. Pojedzie na cesarski dwór, do stolicy władzy i mody, będzie żyć wśród dworzan, którzy są ucieleśnieniem jednego i drugiego! To zupełnie inny świat niż jej proste życie w Bawarii. Była jednocześnie przerażona i zachwycona.
– Co ty na to, Sisi? – Księżna popatrzyła na młodszą córkę.
– Bardzo chcę tam pojechać – odpowiedziała Sisi z entuzjazmem. Poruszyła się nerwowo na krześle i pochyliła do Heleny. – Och, Néné, będziemy się świetnie bawić!
– Bawić? – Matka ściągnęła brwi i w jej tonie pojawiła się surowość. – Elżbieto, to nie będzie przygoda jak z tych romansów, które czytasz.
Radość Sisi przygasła odrobinę.
– Twoją rolą na dworze będzie pomóc siostrze się zadomowić. Będziesz jej służyć tak, jak dama dworu służy królowej, rozumiesz?
– Tak, mamo. – Sisi skinęła głową, tłumiąc uśmiech, ale serce wciąż biło jej mocno. Miała towarzyszyć Helenie przy rozpoczęciu nowego życia. Helena zostanie cesarzową Austrii, a ona, Sisi, będzie przy tym!
– Masz pilnować, żeby Helena dobrze wypadła – ciągnęła księżna. – Rozumiesz?
– Dobrze – obiecała Sisi i objęła szczupłe ramiona siostry. – Słyszysz, Heleno? Będę z tobą.
Siostry objęły się i po raz pierwszy na twarz Heleny wypłynął słaby uśmiech.
Księżna pochyliła się do młodszej córki.
– Nie muszę ci chyba przypominać, Elżbieto, jak łatwo można przysporzyć sobie kłopotów na dworze. Ciotka Zofia będzie was miała na oku, a jest znacznie mniej pobłażliwa niż ja. Masz tam być, by służyć siostrze, to wszystko. Nie chcę słyszeć, że zakochałaś się w jakimś węgierskim księciu. – Zmarszczyła brwi i Sisi zarumieniła się, unikając przenikliwego spojrzenia Karola.
– Będę cię miała na oku, Elżbieto.
– Rozumiem, mamo.
– Dobrze. – Ludwika skinęła głową i jej twarz złagodniała w uśmiechu. – Żadnych adoratorów, w każdym razie dopóki twoja siostra nie poczuje się swobodnie w nowej roli.

Allison Pataki
Sisi. Samowolna cesarzowa
Przekład: Alina Patkowska
Seria „Sisi”, tom 2
Wydawnictwo HarperCollins Polska
Premiera: 14 września 2022
 
 

Tło historyczne
Cesarzowa Austro-Węgier Elżbieta, wśród poddanych znana jako Sisi, na zawsze zmieniła swoje imperium.
Wszędzie dokoła kruszą się wielkie monarchie dynastyczne, najpotężniejsze królestwa świata muszą stawić czoła wewnętrznym buntom i zewnętrznej niestabilności, ale w Austro-Węgrzech jest inaczej – dzięki Sisi. Ukochana cesarzowa wywalczyła kompromis, dzięki któremu Węgry – niezadowolony, lecz kluczowy element składowy pokawałkowanego imperium austriackiego – zdecydowały się pozostać jego częścią. Właśnie dlatego Habsburgowie bez jednego wystrzału zachowali panowanie nad znaczną częścią Europy.
Tym jednym posunięciem Sisi zapewniła sobie prawo do tronu i do miejsca u boku męża przy sterze habsburskiego dworu. Dowiodła rywalom i krytykom, że nie jest już naiwną, prostoduszną piętnastolatką, w której zakochał się cesarz Franciszek Józef. Teraz jest matką następcy tronu, aktywistką kochaną przez lud i cesarza, i zamierza w końcu przejąć kontrolę nad własnym życiem.
Ale w miarę jak Sisi zwiększa swoje wpływy, niebezpieczeństwa i wymogi życia na habsburskim dworze stają się coraz groźniejsze i surowsze. Ilu wrogów, znanych i nieznanych, narobiła sobie po drodze? W pałacowych salach i sypialniach dziewiętnastowiecznego Wiednia rozbrzmiewają walce i strzelają korki szampana, jednak głębiej aż kipi od pokus i intryg. Sisi musi się zmierzyć z nowymi, nieoczekiwanymi zagrożeniami i przeciwnikami. Czy piękna, czarująca i obdarzona silną wolą królowa z bajki sprosta tym wyzwaniom, czy też skazana jest na upadek i rolę ostatniej ofiary na ołtarzu najpotężniejszego imperium świata?

Prolog

GENEWA, SZWAJCARIA
WRZESIEŃ 1898

Pojawia się i jest właśnie taka, jak mu opowiadali: jej uroda nie pochodzi z tego świata. Dostrzega ją i mrużąc jasne oczy, skupia na niej wzrok. Cesarzowa. Elżbieta. Sisi.
Ściskając w ręku parasolkę, lekko spływa ze schodów ekskluzywnego hotelu Beau Rivage. Bulwar skąpany jest w blasku wczesnojesiennego słońca. Tłumek gapiów, zgromadzony w pobliżu, ożywia się na jej widok.
– Idzie tu!
– Cesarzowa Elżbieta!
– Sisi!
Ona jednak nie słyszy tych okrzyków albo nie ma ochoty odpowiadać. Idzie dalej, długonoga i zręczna, oddalając się od hotelu. On odsuwa się o kilka kroków od tłumu, żeby nie rozpraszały go ich okrzyki.
Ona idzie wzdłuż nabrzeża w stronę mola i czekającego parowca. Jedyna towarzyszka usiłuje dotrzymać jej kroku. Wszystko odróżnia ją od pospólstwa: przejrzysta, perłowa cera, królewska figura, jedwabny żakiet z wysokim kołnierzem, długa czarna spódnica i czarny kapelusik na gęstych, wysoko upiętych kasztanowych włosach. Te włosy, tak słynne, że nawet on o nich czytał, są ciemne, faliste, poprzetykane srebrnymi ozdobami. Spogląda na swoje zszargane ubranie i krzywi się z dezaprobatą. Pod paznokciami ma półksiężyce brudu, przetarte spodnie rozpruły się na szwie.
Z bliska zerka na jej twarz. Cesarzowa mruga spłoszona jak osaczone zwierzę. I rzeczywiście jest osaczona. Nie tylko przez niego; przez wszystkich. Podobnie jak on, jest wieczną uciekinierką. Przez całe życie ścigana i nękana, rozrywana na części i znów składana w całość, przyjmuje taką tożsamość, jaką ludzie chcą jej narzucić. Przyciska do boku parasolkę, która zapewne ma ją chronić nie tyle przed słońcem, ile przed ludzkim wzrokiem i słowami. Ta parasolka może stać się dla niego przeszkodą.
Idzie za nią. Krew wrze w jego żyłach, całe ciało poddaje się euforii i wyczekiwaniu. Kilkaset metrów dalej czeka parowiec. Burta obija się o pomost, komin wypluwa kłęby czarnego dymu wprost w czyste, błękitne niebo. On sięga do kieszeni. Palce odnajdują ostrze i gładzą je czule, jakby był to policzek dziecka. Nie jest duże – zaledwie cztery cale, a jednak ma pewność, że za sprawą tego niewielkiego ostrza na zawsze splecie swój los z losem cesarzowej Elżbiety, najpiękniejszej i najbardziej kochanej kobiety na świecie. Wszyscy, którzy ją kochają, będą pamiętać również jego.

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

PAŁAC GÖDÖLLŐ
WĘGRY, LATO 1868

Sisi mogłaby wyliczyć wiele powodów, dla których wszystko tutaj wydawało się tak inne. Gdyby ktoś ją o to zapytał, nie miałaby kłopotu z odpowiedzią. Zastanawiała się jednak, co tak naprawdę sprawia, że zmierzch w Gödöllő, wiejskiej posiadłości na obrzeżach Budapesztu, wydaje się tak różny od zmierzchu w Wiedniu.
Może chodziło o widok, malowniczy, nieuporządkowany i niezwykle zachęcający. W miękkim świetle kończącego się dnia rozciągały się przed nią rzędy łagodnych, zielonych wzgórz, które dalej stykały się z rozległymi dziewiczymi lasami. Łąki upstrzone kępami polnych kwiatów w niczym nie przypominały cesarskich ogrodów w Wiedniu, gdzie trawniki przetykane statecznymi tulipanami tak symetrycznie i równo przycięto, jakby człowiekowi udało się w końcu podporządkować sobie naturę bez reszty. I oczywiście w Wiedniu tak było.
A może chodziło o dźwięki rozbrzmiewające w Gödöllő? Wieczorami niosło się tu szczekanie psów gończych, swobodny śmiech węgierskich chłopców stajennych, którzy oporządzali konie Sisi, pierwsze nuty koncertu świerszczy i żab, witających mrok na zarośniętych polach. Niezrównana orkiestra natury stroiła instrumenty przed wieczorną symfonią. Te dźwięki też były zupełnie inne niż w Wiedniu. Tam Sisi słyszałaby marszowy rytm wybijany przez wyczyszczone do połysku buty cesarskich gwardzistów paradujących na dziedzińcu, szczęk powozów za bramami Hofburga, okrzyki wiedeńskiego tłumu, który nieustannie gromadził się wokół pałacu, błagając o florena albo o możliwość ujrzenia słynnej figury i legendarnych fryzur cesarzowej.
A może najważniejszy był zapach powietrza. Tu, w Gödöllő, w wieczornym wietrzyku mieszały się słodkie wonie dzikich róż i akacji, ciężkie zapachy stajni, duszące aromaty niekoszonej trawy, słomy i błota – bogaty bukiet naturalnych, przyjemnych zapachów. W Wiedniu Sisi wdychała perfumy służalczych dworzan, odór mnóstwa ciał i nocników upchniętych w pałacu Hofburg, woń strachu szlachetnie urodzonych obojga płci, bez ustanku kalkulujących, jak podnieść swój status albo obniżyć status rywala. Strach miał zapach, po latach spędzonych w Wiedniu Sisi dobrze o tym wiedziała.
Ale to nie ze względu na widoki, dźwięki czy zapachy zmierzch na Węgrzech tak różnił się od zmierzchu w Austrii. Od tego, co na zewnątrz, istotniejsze było to, co wewnątrz. To jej samopoczucie każdego wieczoru sprawiało, że Gödöllő wydawało się tak odmienne od Hofburga. W Wiedniu pod koniec dnia Sisi byłaby już znużona i głowa by ją bolała po nieprzyjemnej sprzeczce z mężem albo z obdarzoną żelazną wolą teściową. Po całym dniu oddzielania plotek od prawdy i wypatrywania na wszystkich twarzach osądu lub dezaprobaty, żołądek miałaby zaciśnięty na supeł, a pierś skutą żelazną obręczą. Z przygnębieniem wyczekiwałaby wieczoru spędzonego w towarzystwie dworzan – nużącego wieczoru pośród adamaszków i złoceń oficjalnych komnat, przy dźwiękach skrzypiec zagłuszanych paplaniną o trywialnych skandalach. Przez całe godziny musiałaby patrzeć, jak kobiety łaszą się do jej męża i uśmiechać się z wysiłkiem do mężczyzn, każdego wieczoru prawiących jej te same banalne komplementy. Dni w Wiedniu były długie, ale wieczory po prostu nie miały końca. Każdego wieczoru Sisi wlokła się do sypialni zupełnie wyczerpana i bez sił, tak zmęczona, że przerażał ją następny dzień, zanim się jeszcze zaczął.
Tu, w Gödöllő, również ogarniało ją zmęczenie, ale to było przyjemne zmęczenie. Porównywała się do opróżnionego naczynia – lekka, bez obciążeń. Tego dnia, tak jak we wszystkie dni spędzone na Węgrzech, czuła się wolna. Wstała o czwartej rano i już od piątej siedziała w siodle. W południe wróciła do pałacu na lekki posiłek, a potem znów wsiadła na konia. Przemierzała pola i lasy, przeskakiwała przeszkody, galopowała aż do utraty tchu i razem z uroczym sąsiadem, księciem Nikolausem Esterházym, uganiała się za lisami pośród dzikiej przyrody.
Właśnie dlatego wieczory w Gödöllő były tak inne. Gdy słońce zaczynało zniżać się nad polami w stronę Budapesztu, Sisi ogarniało przyjemne, dobrze zasłużone zmęczenie. Policzki miała zaróżowione od świeżego wiejskiego powietrza i wysiłku fizycznego, serce lekkie, nastrój doskonały, a ciało silne.
Właśnie tak czuła się tego wieczoru pod koniec lata. Ze swobodnym uśmiechem zostawiła konia w stajniach pod opieką węgierskiego stajennego i poszła w stronę pałacu. Przed nią, na tle zmierzchającego nieba, nad kremoworóżową fasadą rysowała się czerwona kopuła. Nawet ta kopuła, tak nieoczekiwana i bezpretensjonalna, stanowiła kontrast do statecznego, solidnego Hofburga, cesarskiej rezydencji w Wiedniu. Wzrok Sisi pobiegł w stronę piętra i odnalazł okno we wschodnim skrzydle. Uśmiechnęła się i przyśpieszyła kroku. Oczami wyobraźni ujrzała drobną, anielską buzię dziecka spoglądającego na nią w blasku wcześnie zapalonej świecy i naraz już nie mogła się doczekać chwili, gdy znajdzie się we wnętrzu tej budowli, którą uczyniła domem. Tu znalazła bezpieczną przystań, swoje miejsce na ziemi. Tu, z dala od żelaznego uścisku Wiednia i cesarskiego dworu, czuła się wolna.
Ulubiony pies Sisi, wielka góra białego futra, powitał ją przy frontowych drzwiach, wskakując przednimi łapami na jej pierś.
– Witaj, Shadow. Tęskniłeś za mną? – Pogłaskała go, skinęła głową lokajowi i weszła do środka. Pies podążał za nią jak cień.
– Wasza Wysokość. – Ida Ferenczy, pokojówka i przyjaciółka Sisi, dygnęła na jej widok. Obok niej chrapał drugi pies cesarzowej, masywny bernardyn o imieniu Brave. Teściowa Sisi, arcyksiężna Zofia, nie cierpiała dużych psów. Lubiła tylko małe pieski, które mogła trzymać na kolanach. Może właśnie dlatego Sisi otaczała się w Gödöllő ogromnymi bestiami.
– Witaj, Ido. – Sisi rzuciła rękawiczki na krzesło. – Zaraz zdejmę ten jeździecki strój. Stęskniłam się za moją małą. Czy wszystko w porządku w pokoju dziecinnym?
– Dzięki Bogu, arcyksiężniczka Waleria czuje się doskonale.
– Nie płakała dzisiaj?
– Tylko tyle, ile zwykle płacze małe dziecko. Mamka mówiła, że mała arcyksiężniczka grzecznie wypiła mleko i powinna być w dobrym nastroju, gdy Wasza Wysokość zajrzy do pokoju dziecinnego.
– Dobrze. Przebiorę się i pójdę prosto do niej.
– Czy przejażdżka Waszej Wysokości była udana?
– Tak. – Sisi skinęła głową i podeszła do szerokich, krętych schodów, które prowadziły do jej prywatnych pokoi. – To był wspaniały dzień. Lis już myślał, że znalazł bezpieczne schronienie w lesie na południu, ale Nicky wytropił go i mało brakowało, a… – Przystanęła na schodach, myśląc o kilku rzeczach jednocześnie. – A właśnie, Ido. Dziś na kolacji będą cztery osoby, nie trzy. Nicky, to znaczy książę Esterházy, wybłagał u mnie zaproszenie. Nie miałam serca odmówić. Dołączy do nas i do hrabiny Marii.
– W takim razie sądzę, że na kolacji będzie pięć osób. – Kąciki ust Idy wygięły się w nieśmiałym uśmiechu, ale nie powiedziała nic więcej.
– Kto jeszcze? – Sisi z niepokojem zacisnęła palce na rzeźbionej balustradzie schodów. Czyżby Franciszek zdecydował się na niezapowiedziane odwiedziny? Choć cesarz rzadko pojawiał się w Gödöllő, jego wizyty za każdym razem niszczyły kruchą atmosferę spokoju i swobody, którą tak bardzo się starała pielęgnować.
W odpowiedzi Ida wyciągnęła w jej stronę złoconą tacę na listy zarzuconą kopertami.
– Prywatna korespondencja Waszej Wysokości.
– Dziękuję. – Sisi wzięła od niej tacę i przerzuciła listy. – Przekazałaś wszystkie oficjalne petycje i listy mojemu sekretarzowi w Wiedniu?
Ida skinęła głową.
Wzrok Sisi zatrzymał się na wiadomości napisanej znajomym, wysokim i pełnym wdzięku charakterem pisma. Nie, to nie były nowiny od cesarza, ale list, za którym tęskniła. W sercu zapłonęły pierwsze iskierki nadziei. Andrássy! Czy to możliwe? Czyżby już wrócił na Węgry? Spojrzała na swą damę dworu pytająco i choć wiedziała, że ton głosu zdradzi jej uczucia, zapytała:
– Czy… czy hrabia Andrássy był tu dzisiaj?
Ida odpowiedziała szeptem, pochylając się w jej stronę:
– Hrabia Andrássy był tu, gdy Wasza Wysokość jeździła konno. Powiedział, że wróci na kolację.
Serce Sisi przestało bić. Zastygła z dłonią zaciśniętą na poręczy schodów.
– Cóż za niespodzianka. Bardzo przyjemna niespodzianka. Chodź, muszę się natychmiast przebrać.

Ubierając się na wieczór, Sisi przeglądała pozostałe listy, ale jej myśli wciąż wracały do Andrássyego. Czy tęsknił za nią przez ostatnie miesiące tak, jak ona za nim? Jak długo zamierzał tu pozostać? Czy znów będzie między nimi tak jak wcześniej? Zamrugała i skupiła wzrok na liście od rodziny. Miała niewiele czasu, by przeczytać wszystkie wiadomości i zajrzeć jeszcze do pokoju dziecinnego, zanim Andrássy się pojawi.
Dostała kilka listów z Bawarii. Jej ukochana starsza siostra Helena niedawno wróciła do domu rodzinnego w Possenhofen i znów zamieszkała z rodzicami.
– Biedna Néné – westchnęła Sisi, wyobrażając sobie łzy, które spływały z oczu jej owdowiałej siostry, gdy pisała ten list. Helena, najstarsza z pięciu córek Wittelsbachów i jedyna, która zaznała szczęścia w małżeństwie, dość późno znalazła swojego wybranka, dobrego księcia Thurn und Taxis. Wyszła za mąż dopiero po dwudziestce i straciła męża zaledwie kilka lat po ślubie. Helena pisała o dniach pełnych smutku i o pogarszającym się zdrowiu, ale również o pogłębiającej się wierze. Kiedyś pragnęła życia w klasztorze, a teraz pisała, że codzienna modlitwa stanowi „jedyny balsam na rozpacz w chaotycznym otoczeniu naszego domu rodzinnego”. Sisi westchnęła ze ściśniętym sercem i sięgnęła po następny list z domu. Ten pochodził od jej młodszej siostry, Zofii Charlotty.

Najdroższa Sisi,
mam wyjść za mąż! Nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak bardzo jestem szczęśliwa. A może zresztą potrafisz zrozumieć mój stan; byłam jeszcze mała, gdy Ty zakochałaś się w swoim mężu i przyjęłaś jego oświadczyny.

Sisi na chwilę odwróciła wzrok i zamrugała. List Néné ociekał smutną rezygnacją. Był to list melancholijnej wdowy pogodzonej z tym, że jej największe marzenia nigdy się nie spełnią. Z kolei list Zofii Charlotty emanował młodzieńczym entuzjazmem, żywiołowością i niestępionym jeszcze przez życie optymizmem, który Sisi wydawał się kruchy i skazany na unicestwienie jak szklana kula w rękach dziecka. Znów spojrzała na słowa napisane ręką siostry.

Droga siostro, znasz naszego kuzyna Ludwika równie dobrze jak ja, a może nawet lepiej. Zawsze mi powtarza, że ze wszystkich sióstr tylko Ty (oczywiście poza mną!) prawdziwie go znasz i kochasz. A on odwzajemnia tę miłość całym sercem. Jakże Cię podziwia! Sprawia mi ogromną radość, gdy mówi, że spośród wszystkich sióstr to ja najbardziej przypominam Ciebie urodą i wrażliwością.
Och, Sisi, ze szczęścia kręci mi się w głowie. Ludwik, król Bawarii, zostanie moim mężem!
Nikt nie może się z nim równać. Wystarczy popatrzeć na jego pałace. W obliczu jego smaku i elegancji czuję się jak prostaczka. A do tego jest taki piękny! Wiem, że wszystkie dziewczęta w Bawarii są chore z zazdrości. Zdobyłam najlepszego męża w kraju, a może i na całym świecie! (Naturalnie z wyjątkiem Twojego ukochanego Franciszka Józefa).
Przyjedziesz chyba do Bawarii na ślub? Powiem Ludwikowi, że przyjedziesz. Może perspektywa spotkania z Tobą skłoni go do wyznaczenia daty.
Pozostaję na zawsze,
Twoja kochająca i oddana siostra,
Zofia Charlotta

Sisi złożyła list Zofii Charlotty dwukrotnie, przepełniona dziwnym niepokojem i zdziwieniem, że tak radosne wiadomości wzbudziły w niej mieszane uczucia. Jej siostra miała rację, Sisi kochała Ludwika. Był jej kuzynem i drugim obok Néné ulubionym towarzyszem zabaw z dzieciństwa. Biegali razem po polach dokoła Possenhofen i zwierzali się sobie z fantastycznych marzeń dotyczących teraźniejszości i przyszłości. Może nawet Ludwik był nieco zakochany w młodej Sisi. Aluzje, jakie czynił, wskazywały na to dość wyraźnie.
Ale Ludwik mężem Zofii Charlotty? Na tę myśl Sisi nie czuła należnej radości. Czy ci dwoje pasowali do siebie? Jej matka, księżna Ludwika, z pewnością zachwycała się tą partią i tym, że najmłodsza córka pozostanie tak blisko domu w Possi. Zofię Charlottę najwyraźniej ogarnęła euforia. Sisi wsunęła list od siostry do sekretarzyka, zamierzając wrócić do niego później. Nie chciała odzierać ukochanej młodszej siostry z przedślubnej radości, ale ona sama nie była już wielką optymistką w sprawach małżeńskich. Musiała się zastanowić, co ma odpowiedzieć.
Spojrzała na dwa ostatnie listy. Ten na wierzchu opatrzono pieczęcią z napisem: Arcyksiężniczka Austro-Węgier Gizela. Dwunastoletnia córka Sisi napisała do niej z dworu cesarskiego w Wiedniu. Gizela rzadko pisywała do matki. Nie były sobie bliskie, bo nie miały szansy nawiązać mocnej więzi. Gizelę od pierwszych dni po urodzeniu najbliższe więzy łączyły z babką, arcyksiężną Zofią, która dla wnuków była łagodna i macierzyńska, a wobec synowej zimna i dominująca.
Na widok tego listu Sisi drgnęła niespokojnie. Myśl o starszej córce sprawiła jej ból sięgający aż po najgłębsze zakamarki serca. Czas i odległość nie uleczyły tej rany, nigdy nie zarosła blizną akceptacji. Nie, nie teraz, pomyślała Sisi. Nie po takim udanym dniu. Nie w chwili, gdy właśnie zamierzała zajrzeć do pokoju dziecinnego i zobaczyć swoje najmłodsze dziecko. Nie na kilka minut przed spotkaniem z Andrássym, który miał się pojawić na kolacji. Nie chciała teraz płakać. Sztywno wyprostowała ramiona i wsunęła list Gizeli między fałdy szlafroka z myślą, że przeczyta go później – gdy będzie mogła się nacieszyć rzadką wiadomością od córki, gdy mrok nocy spowije ją intymnością i będzie mogła pozwolić sobie na płacz bez świadków, gdy nikt nie dostrzeże jej tęsknoty ani głębi rozpaczy z powodu utraty dwojga najstarszych dzieci.
Uniosła wyżej głowę i przeszła do ostatniego listu. Ten również napisano znajomym charakterem pisma i nosił znaną jej szkarłatną pieczęć. Sisi rozpoznała uczucie, które ją ogarnęło: niepokój, ale inny niż ten wzbudzony przez list Gizeli. Tamten przypominał cios sztyletu, a ten wywoływał tępe, stłumione ćmienie. Powstrzymała westchnienie i złamała pieczęć. To był list od Franciszka Józefa, jej męża, jej cesarza. Tak wyglądało teraz ich życie małżeńskie: regularnie wymieniali korespondencję między Węgrami a Austrią, chociaż nie widzieli się już od miesięcy.
Listy Franciszka Józefa były takie jak on sam – bezpośrednie, rozsądne, pozbawione wyobraźni i sentymentów, rzeczowe relacje z codziennej rutyny. Opisywał niekończące się godziny, które spędzał przy biurku otoczony dokumentami, petycjami i ministrami, i kończył te relacje stwierdzeniem: „Ale tak to już musi być; trzeba pracować aż do zupełnego wyczerpania”. Czasami wspominał krótko o Gizeli i Rudolfie. Serce Sisi zawsze się ściskało, gdy widziała ich imiona na piśmie. Gizela, Rudy – dwoje dzieci, których nigdy nie pozwolono jej kochać, które tuż po urodzeniu wyrwano jej z ramion i zabrano do cesarskiego pokoju dziecinnego, gdzie spędzały każdą chwilę pod bacznym dozorem babki ze strony ojca, arcyksiężnej Zofii.
Franciszek zapewniał, że dzieci miewają się dobrze. Oczywiście, że tak. W cesarskiej rodzinie oczekiwano, że wszyscy będą miewać się dobrze. Zofia pilnowała, by żadna rysa nie pojawiła się na złocistym blasku doskonale zarządzanego, szacownego cesarskiego dworu. Nie mogło być żadnej skazy na domu Habsburgów, w którym obyczaj, zasady i tradycja sztywno wyznaczały rozkład każdego dnia, dzięki czemu machina cesarskiej władzy kręciła się gładko i wszyscy doskonale wiedzieli, czego się od nich oczekuje. Choć to Franciszek Józef nosił cesarską koronę, jego matka już od lat zarządzała całym cesarskim domem.
Sisi rzadko rozmawiała ze swoją teściową, Zofia jednak była obecna w każdym liście Franciszka, wyraźnie wyczuwalna za każdym słowem napisanym na papierze, podobnie jak za wszystkim, co działo się na dworze. Pojawiała się w każdej wzmiance o życiu w Wiedniu jako najbliższa doradczyni cesarza i dominująca postać w świecie Franciszka, a także dzieci. Sisi jęknęła, zmięła list w ręku i rzuciła przez pokój, pohamowała jednak myśli, zanim zdążyły wbiec w znajomy, mroczny tunel cierpienia, z którym wciąż musiała się zmagać.
– Waleria – wypowiedziała to imię głośno, jakby chciała ukoić się jego świętym brzmieniem i odpędzić krążące wokół demony. Jej ukochane, najmłodsze dziecko, przebywające bezpiecznie tutaj, w Gödöllő, w pokoju dziecinnym. Poczęcie Walerii skłoniło w końcu Sisi do zostawienia za sobą Wiednia, teściowej i całego cesarskiego dworu i przybycia na Węgry. Tu była wolna od władzy Zofii i mogła sama wychować przynajmniej jedno ze swoich dzieci, przelać na nie długo powstrzymywane macierzyńskie uczucia.
– Czy już kończymy? Stęskniłam się za Walerią. – Poruszyła się niespokojnie, zerkając w lustrze na fryzjerkę Franziskę Feifalik, która układała jej na głowie koronę z warkoczy. To była kolejna przyjemność płynąca z życia w oddaleniu od dworu: Sisi mogła splatać swoje słynne, sięgające kostek u nóg włosy w luźne warkocze i ozdabiać je wiankiem z polnych kwiatów. Na uroczystości państwowe na dworze musiała upinać włosy w misterne fryzury i zakładać na głowę ciężkie, wysadzane klejnotami diademy, od których pod koniec wieczoru zawsze bolała ją głowa.
– Jeszcze chwileczkę, Wasza Wysokość. – Franziska przeplotła ostatni pęk kwiatów przez kasztanowe loki. Palce miała szybkie i zręczne. – Et voilà, gotowe! Nieskromnie powiem, że to kolejne arcydzieło.
Sisi podniosła się i poszła do garderoby. Wybrała na wieczór obcisłą suknię z kremowej satyny haftowaną w złote kwiaty, a do tego naszyjnik i bransoletę z pereł, które pasowały do sukni i do białych kwiatów we włosach. Gdy pokojówki zapinały guziki i układały fałdy tkaniny, popatrzyła w lustro i z zadowoleniem skinęła głową.
– Dobrze. To już wszystko.
Wszystkie trzy kobiety – polska fryzjerka Franziska, Węgierka Ida oraz Maria Festetics, węgierska hrabina, która od wielu lat należała do dworu Sisi – odetchnęły z ulgą. Ani jedna osoba z bliskiego kręgu domowników cesarzowej nie była austriackiej narodowości.
– Ten strój jest nieco zbyt szykowny na wizytę w pokoju dziecinnym, ale może mojej małej Walerii spodobają się te perły. – Uśmiechnęła się i jeszcze raz obróciła przed lustrem. Zawsze dużo wymagała, gdy chodziło o strój i fryzurę. Bez tego nie zdobyłaby reputacji najpiękniejszej kobiety na świecie, piękniejszej nawet niż czarująca Eugenia, cesarzowa Francji. A tego wieczoru wygląd był dla niej szczególnie ważny, bo przy kolacji miał jej towarzyszyć Andrássy.

Nadeszła jej ulubiona pora dnia.
– Czy wszystko w porządku? – zapytała, wchodząc do jasnego pokoju dziecinnego. Ściany pomalowane były na wesoły niebieski kolor w odcieniu, który Sisi wybrała sama, wreszcie uwolniona od niechcianych rad teściowej. Podeszła do łóżeczka, wzięła Walerię i wdychając zapach pudru i mleka, pokryła jej policzki pocałunkami. Dziecko zaczęło gaworzyć. Sisi przytuliła je mocniej, czując, jak wzbiera w niej bezgraniczna miłość.
– Tak, Wasza Wysokość. Mała arcyksiężniczka jest dzisiaj bardzo pogodna – odrzekła guwernantka. Mary Throckmorton była łagodną Brytyjką o zrównoważonym charakterze, zupełnym przeciwieństwem Sisi, która wpadała w panikę za każdym razem, gdy dziecko zapłakało.
– Przestała już płakać? I czy dobrze jadła? – Sisi kołysała dziecko w ramionach, pożerając je wzrokiem. Jej córeczka była śliczna, doskonała. Jej mały aniołek.
– Chyba znalazłam przyczynę jej płaczu. – Panna Throckmorton pochyliła się nad Walerią i wprawną dłonią rozchyliła jej usta. Oczom Sisi ukazał się biały ząbek.
– Pierwszy ząb – westchnęła i znów ucałowała policzki dziecka. – Moja kochana. Mój najdroższy aniołek. Tak szybko rośnie! Już ma ząbki. Panno Throckmorton, dopóki arcyksiężniczka ząbkuje, proszę jej zapewnić wszelkie wygody. Rozumie pani?
– Oczywiście, Wasza Wysokość – odrzekła guwernantka spokojnie.
– Moja córeczka – powtórzyła Sisi głosem nabrzmiałym macierzyńską dumą.
Waleria znów zaczęła gaworzyć, wyciągając pulchną rączkę do twarzy matki. Sisi usiadła z nią na podłodze. Trudno było powiedzieć, która z nich jest bardziej oczarowana tą drugą. Walerię fascynowały faliste włosy matki, blask pereł i szeroki uśmiech, a Sisi zachwycała się każdym szczegółem swojej córki. W rozmowach z Idą i Marią Festetics często nazywała ją swoim jedynym dzieckiem. Tylko jej mogła okazać macierzyńską miłość, przez wiele lat tłumioną i wyschniętą jak mleko, którym nie pozwolono jej karmić poprzednich dzieci.
Oczywiście, nadal kochała Gizelę i Rudy’ego, a wcześniej kochała pierworodną córkę, księżniczkę Zofię, która zmarła na gorączkę we wczesnym dzieciństwie. Ta rana się nie zagoiła. Jednak dwoje starszych dzieci wychowywało się w cesarskim pokoju dziecinnym w Wiedniu i Sisi nigdy nie dano nawiązać z nimi prawdziwej więzi. Nie mogły ssać jej piersi i szukać pociechy w jej ramionach. Nie poznały Sisi jako matki i nie pozwolono jej cieszyć się nimi. Odwiedziny w pokoju dziecięcym, gdy zezwoliła na nie teściowa, były krótkie i przebiegały zgodnie z wymogami protokołu. Cesarzowej zawsze towarzyszyli ministrowie i pokojówki arcyksiężnej Zofii, a także sama Zofia, która wiecznie ją krytykowała i wciąż wypominała braki. Sisi wiedziała, co mówiła Zofia po urodzeniu dzieci, i słyszała, co szeptano po kątach. Donoszono jej o lekceważeniu teściowej. „Oczywiście, że Sisi nie może wychowywać dzieci. Sama jest jeszcze dzieckiem!” – mówiła Zofia. I po jakimś czasie dzieci przyzwyczaiły się do babci. Myśl o nich budziła w sercu Sisi równie wiele cierpienia, co uczuć macierzyńskich. Tak było aż do urodzenia Walerii, czwartego i ostatniego dziecka. Waleria stała się niespodzianką, nieoczekiwanym darem i ostatnią szansą Sisi na to, by stać się matką.
Położyła Walerię do łóżka, sprawdziła, czy nie jest jej za zimno ani za gorąco, i razem z Marią oraz Idą poszła na kolację.
Schodząc po schodach, z sercem wciąż rozgrzanym odwiedzinami u Walerii, Sisi zauważyła wysoką postać majaczącą w holu w miejscu, gdzie nie docierało światło świec. Zatrzymała się w pół kroku, próbując opanować emocje. Gdyby tego nie zrobiła, rzuciłaby się pędem na dół, prosto w jego ramiona, a to z pewnością nie byłoby stosowne.
Andrássy chyba usłyszał kroki, bo w tej samej chwili odwrócił się w jej stronę i podszedł do schodów.
– Moja królowa. – Zawsze wolał nazywać ją węgierskim tytułem królowej niż austriackim cesarzowej. Należała do jego ziemi, do jego ludu. Bardzo jej się to podobało.
– Andrássy.
– Sisi.
Schodząc po ostatnich schodkach, zmusiła się do zachowania spokoju, ale nie zdołała powstrzymać szerokiego uśmiechu.
– Twój widok, pani, za każdym razem olśniewa mnie na nowo. – Ujął jej dłoń i ucałował.
Wielokrotne złamanie protokołu, pomyślała Sisi. Nikomu z wyjątkiem ubierających ją pokojówek nie wolno było jej dotykać. I zapewne żaden mężczyzna poza Franciszkiem nie ośmieliłby się ucałować dłoni cesarzowej. Ale jeszcze gorsze było to, że nie miała rękawiczek i usta Andrássyego dotknęły nagiej skóry. Jakże kochała Węgry!
– Jak się miewasz? – zapytał cicho, zupełnie jakby byli sami w wielkim holu. I właściwie byli sami; Maria i Ida, dobrze wyszkolone w dyskrecji, zajęły się rozmową na boku.
– Doskonale. A teraz jeszcze lepiej. – Rzuciła mu promienny uśmiech. – Jak przebiegła twoja podróż z Wiednia?
– Była długa, ale miałem czego wyczekiwać.
Patrzył jej w oczy odrobinę za długo, potem opuścił wzrok na suknię i uśmiechnął się z aprobatą. Sisi oblała się gorącym rumieńcem. A potem, ponieważ znał ją dobrze, zapytał szybko:
– A jak się miewa Waleria?
Sisi uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
– Idę właśnie z pokoju dziecinnego. Ma już pierwszy ząbek.
– Tak szybko? Czyżby nie było mnie aż tak długo?
– O wiele za długo – odrzekła, patrząc mu prosto w oczy i chłonąc jego obecność po długim rozstaniu. Był jak kojący balsam, którym pokojówka nacierała jej obolałe mięśnie po zbyt długim siedzeniu w siodle, jak aromatyczny olejek migdałowy, którym fryzjerka masowała jej głowę przy układaniu niesfornych włosów. Znów stał przed nią. Jakże tęskniła za nim, za jego umysłem, słowami i wysoką, atrakcyjną sylwetką.
Odetchnęła głęboko i powiedziała:
– Kusiło mnie, żeby skorzystać z cesarskich prerogatyw i wezwać cię do siebie. Nie byłam pewna, jak długo jeszcze to zniosę.
Andrássy uśmiechnął się swobodnie.
– No cóż, już jestem i bardzo się z tego cieszę.
Plotkarze w Wiedniu i w całej Austrii szeptali, że Waleria jest jego dzieckiem i że Andrássy dał jej pałac w Gödöllő jako prezent od parlamentu węgierskiego tylko po to, by mogli tu odbywać prywatne schadzki. Ale to nie było istotne, podobnie jak to, że niektórzy nazywali najmłodszą księżniczkę „węgierskim dzieckiem” i twierdzili, że matka zdecydowała się ją wychowywać na Węgrzech, bo to kraj jej ojca. Obydwoje, Sisi i Andrássy, wiedzieli, że to nieprawda. Cesarz też o tym wiedział. Jasnoniebieskie oczy i gładka, jasna skóra Walerii wyraźnie świadczyły, że to Franciszek jest jej ojcem. W niczym nie przypominała Andrássyego, ciemnowłosego i o oliwkowej skórze. To wszystko jest nieważne, pomyślała Sisi. Skoro te plotki nie przeszkadzały Franciszkowi Józefowi, to Sisi mogła się tylko śmiać i dziękować Bogu, że znajduje się daleko od swoich krytyków.
– Wieczór jest wspaniały. A ty, pani, również wyglądasz wspaniale. Pójdziemy? – Wsunął jej ramię pod swoje i poprowadził ją przez przeszklone drzwi do ogrodu na tyłach. Stanęli na tarasie pośród błękitnego zmierzchu. Maria i Ida szły za nimi w dyskretnej odległości.
– Zostaniesz tu? – zapytała Sisi, gdy się zatrzymali. Z pobliskich stajni dobiegło ich przeciągłe rżenie konia.
– Wyznaję, że niczego nie pragnąłbym bardziej, ale sądziłem, że może powinienem zatrzymać się w Budapeszcie, żeby w żaden sposób nie narażać cię na skandal.
– Nie – odrzekła Sisi zdecydowanie. – Powiedz wszystkim, że zatrzymasz się w Budapeszcie, ale zostań tutaj. Proszę. Przynajmniej na kilka dni?
Andrássy zatrzymał się i nie wypuszczając jej ramienia, popatrzył na nią z ukosa. Doskonale wyglądał w wieczorowym stroju.
– Niech plotkują – westchnęła Sisi. – Niech szepczą. Chcę, żebyś był tutaj.
Wciąż na nią patrzył z zastanowieniem. Zmusiła się, żeby oddychać spokojnie, choć pod jego spojrzeniem przechodził ją dreszcz.
– Poza tym to nie ludzie w Budapeszcie rozsiewają plotki, tylko wiedeńczycy.
Andrássy znów ruszył przed siebie.
– To prawda. Węgrzy nigdy nie powiedzieliby o tobie złego słowa. Jesteś ich królową. Ich Sisi.
– Ani o tobie. Jesteś ich ukochanym premierem.
Andrássy przechylił głowę na bok i zamyślił się.
– A zatem zostaniesz?
Wahał się jeszcze przez chwilę i w końcu uśmiechnął się szeroko.
– Skoro taki jest rozkaz mojej królowej, to kimże jestem, żeby się sprzeciwiać?
– Dobrze. – Uśmiechnęła się, patrząc przed siebie na ogrodową ścieżkę. Andrássy zwykle ustępował jej w sprawach, na których jej zależało. Bardzo ją cieszyło, że się z nią liczy i bierze jej uczucia pod uwagę. Franciszek nigdy tego nie robił. – Przyznaję, że mam ochotę dać sobie burę – ciągnęła. – Dzięki mojemu poparciu w Wiedniu zostałeś premierem Węgier. A teraz z tego samego powodu musisz często wyjeżdżać do Wiednia albo siedzieć w Budapeszcie w izbach parlamentu, gdy ja jestem tutaj.
– Wszystko sprzysięga się przeciwko nam, nieprawdaż? – Niespiesznie szli przez ogród. Andrássy wyraźnie robił krótsze kroki niż zwykle, pozwalając Sisi nadawać tempo.
– Kocham tego męża stanu w tobie i zarazem go nienawidzę – westchnęła. – Powinnam chyba zapytać, co słychać w Wiedniu.
Andrássy nie odpowiedział od razu.
– Skład rady twojego męża w ostatnich miesiącach zmienił się praktycznie w całości. Ale jestem pewien, że już o tym wiesz.
– Zdziwiłbyś się, jak niewiele wiadomości dociera do mnie z Wiednia.
– Przecież ty i Franciszek… to znaczy cesarz… pisujecie do siebie regularnie?
– Franciszek informuje mnie, co się dzieje z dziećmi, a także o wszystkich nieistotnych sprawach swojego codziennego życia: co jadł poprzedniego dnia na kolację i jaką sztukę wystawia Teatr Zamkowy. – Sisi zamilkła i spojrzała na mroczniejący ogród. Niewidoczne świerszcze wypełniały wieczór miękkimi tonami sielankowej muzyki. – Ale Franciszek nigdy nie lubił rozmawiać ze mną o niczym, co wykraczałoby poza wymianę uprzejmości, a już z pewnością nie o polityce. Był tylko jeden temat związany z polityką, na który chciał mnie słuchać, czyli Węgry.
Andrássy pochylił się w jej stronę i dobiegł ją jego zapach, zapach mydła do golenia i dymu z cygar. Niemal muskając ustami jej ucho, szepnął:
– Węgry. Sprawa najbliższa twojemu sercu.
– Tak. – Poczuła, że mocniej uścisnął jej ramię. Ten drobny, niemal niedostrzegalny gest wywołał drgnienie w   całym ciele.
Andrássy jednak nieoczekiwanie spoważniał.
– I właśnie to było powodem tak wielkich zmian w radzie cesarskiej.
– Przez to, że Franciszek zechciał obdarzyć Węgry autonomią? I podpisał dokument, na mocy którego Cesarstwo Austriackie zmieniło się w podwójną monarchię austro-węgierską?
Andrássy skinął głową. Sisi zastanowiła się i wzruszyła ramionami.
– W Wiedniu już dawno przydałoby się trochę świeżej krwi. Franciszek wierzy, że słusznie postąpił, zawierając austro-węgierski kompromis, nawet jeśli jego ministrowie protestują. To był jedyny sposób, żeby zapobiec otwartej rebelii na Węgrzech i zachować granice imperium. Nie życzył sobie przecież wojny domowej, w którą mogłaby zostać wciągnięta cała Europa, szczególnie że dopiero niedawno został pokonany przez Prusy i Italię. Nie, Europa nie może sobie pozwolić na następną wojnę.
– On to rozumie. Powiedział mi to – zgodził się Andrássy, wciąż głęboko zamyślony.
– Ministrowie mojego męża są jak chwasty – stwierdziła Sisi. – Gdy wyrwiesz jeden, w tym samym miejscu wyrastają dwa następne.
Andrássy zatrzymał się i pochylił w jej stronę.
– Naprawdę masz o mnie tak kiepskie zdanie?
Spojrzała na niego, rozchylając usta w przewrotnym uśmiechu.
– Należałeś do mnie wcześniej niż do niego. To co innego.
– Mam taką nadzieję.
Ruszyli dalej. Sisi miała ochotę zapytać, której damie dworu albo pospolitej aktorce ministrowie jej męża zlecili zadanie rozgrzewania łóżka cesarza, ale stłumiła tę gorzką myśl. Jej czas z Andrássym był święty i nie chciała, by cokolwiek go zakłóciło. Poza tym czasy, gdy małżeństwo rzeczywiście ją obchodziło, minęły. Nie była już tą naiwną dziewczyną, którą poślubił Franciszek Józef, prostolinijną szesnastoletnią prowincjuszką mylącą zauroczenie z miłością, a obietnice z czynami. Dziewczyną, która zupełnie nie znała zasad postępowania obowiązujących na cesarskim dworze i załamała się, gdy przyszło jej się tych zasad nauczyć.
Franciszek nie mógł jej już zranić, nie tak jak kiedyś. Jej serce, poobijane od ciosów zadawanych najpierw przez teściową, potem przez męża, następnie przez śmierć dziecka i emocjonalną utratę dwojga następnych, w ostatnich latach w cudowny sposób odżyło. Jakimś sposobem to serce, które Sisi uznała za zniszczone i puste, uparcie biło dalej, przykryło rany tkanką blizny i nie chciało się poddać. Znów postanowiła żyć, ale tym razem na własnych warunkach. Wraz z tą decyzją nadeszły akceptacja, nowa siła i wolność. Franciszek był teraz daleko od niej i dzieliła ich nie tylko fizyczna odległość, lecz również tarcza, którą Sisi dla siebie stworzyła. W żaden sposób nie mógł już jej zranić.
Poza tym w ich małżeństwie już od niemal dziesięciu lat nie było bliskości fizycznej z wyjątkiem tej jednej krótkiej chwili, kiedy wróciła do cesarskiego łoża, starając się nakłonić Franciszka Józefa do zawarcia austro-węgierskiego kompromisu. To szybkie połączenie, o dziwo, dało jej Walerię, a także królestwo Węgier.
A teraz Andrássy stał tutaj, patrząc na nią oczami jak czarny aksamit, a nad Gödöllő majestatycznie zapadał wieczór. Sisi przestała myśleć o Franciszku i o latach, które spędzili na ranieniu się nawzajem. Długo dręczyła ją myśl, że Franciszek pozwolił, by odebrano jej troje pierwszych dzieci, przez co czuła się jak klacz rozpłodowa i wyrzutek na własnym dworze, ale w końcu jakoś się z tym pogodziła. Ich życie nigdy nie należało tylko do nich, zawsze było poddane rygorystycznym zasadom i pełne obcych ludzi, podporządkowane wymaganiom monarchii. Pogodziła się także i z tym, że Franciszek ją zaniedbywał, lekceważył, nie dzielił się z nią emocjami ani nie próbował poznać jej emocji. Że przedkładał ponad jej obecność towarzystwo swoich generałów i ministrów, a także matki i innych kobiet. Że odszedł od ich małżeństwa. Ale to wszystko nie miało już znaczenia. Teraz to ona odeszła od tego wszystkiego.
Andrássy przerwał to zamyślenie, gładząc ją palcem po czole.
– Wyglądasz, jakbyś toczyła jakąś walkę.
– Bo tak jest.
– I kto wygrywa?
– Ja. – Uśmiechnęła się blado.
– To dobrze. – Pochylił się i pocałował ją w czoło. Był to zbyt śmiały gest jak na otwarte ogrody, ale światło dnia już zgasło i osłaniał ich mrok.
Przez otwarte okno z kuchni napłynął śmiech służących. Andrássy odsunął twarz od jej czoła.
– Chyba powinniśmy iść na kolację.
– Chyba tak – westchnęła Sisi i zwrócili się w stronę pałacu. – Muszę cię chyba ostrzec, że dołączy do nas Nicky, to znaczy książę Esterházy.
Andrássy jęknął i zatrzymał się na chwilę.
– Nie wiedziałam, że przyjedziesz – dodała Sisi, nieco rozbawiona tą jawną demonstracją zazdrości. – Gdybyś napisał, dopilnowałabym, żeby…
– Wiesz, że lubię cię zaskakiwać. Kiedy widzę ten wyraz zachwytu na twojej twarzy, wiem, że warto było cierpieć rozdzielenie.
– Ale gdy przyjechałeś, byłam na przejażdżce z Nickym, toteż niespodzianka była nieco mniejsza.
Andrássy pochylił się do niej i szepnął, łaskocząc jej ucho oddechem:
– W takim razie będę musiał znaleźć inny sposób, by przywołać na twoją twarz ten wyraz zachwytu.
Książę Esterházy czekał na nich w jadalni. Stał w pozie oczekiwania, podobnie nienagannej jak wtedy, gdy siedział w siodle. On również, tak jak Andrássy, miał na sobie frak. Po całym dniu uganiania się za lisami był zaróżowiony i ożywiony.
– Och, Wasza Wysokość nie jest sama. – Jego twarz ściągnęła się rozczarowaniem i frustracją, zupełnie jak twarz Andrássyego chwilę wcześniej. Zacisnął zęby, ale zmusił się do pogodnego tonu. – Miło pana widzieć, Andrássy.
– Pana również, Esterházy. – Wymienili uścisk dłoni.
– Niedawno wrócił pan z Wiednia?
– Właśnie dzisiaj.
Esterházy uniósł ciemne brwi.
– I już przyjechał pan z Budapesztu na kolację u królowej? Nie ma pan żadnych spraw do załatwienia w mieście?
– Cóż mogłoby być ważniejsze niż złożenie uszanowania naszej władczyni i zdanie jej raportu z mojej podróży?
Esterházy zmarszczył czoło, nerwowo skubiąc rękaw fraka.
– Ale muszę pana pochwalić, Esterházy – ciągnął Andrássy z wymuszoną życzliwością. – Słyszałem, że doskonale się pan zaopiekował naszą królową i że podczas mojej nieobecności był pan jej wiernym i oddanym towarzyszem, wykazując się prawdziwą węgierską gościnnością.
Sisi zaśmiała się lekko. Usiadła pośrodku stołu, a rywale po obu jej stronach. Przez cały czas trwania kolacji wbijali sobie szpile. Zazdrość Nicka jej nie zaskoczyła. Książę Nikolaus Esterházy był uroczym, bogatym i atrakcyjnym arystokratą i damy w całym królestwie zabiegały o jego uśmiech i majątek, a jako właściciel największej w kraju stajni koni pełnej krwi oraz posiadłości graniczącej z Gödöllő w ostatnich miesiącach stał się dla Sisi pożądanym towarzyszem. Poza tym był chyba jedynym jeźdźcem w całym kraju, który potrafił dotrzymać jej tempa. O umiejętnościach jeździeckich Sisi krążyły już legendy.
Andrássy wydawał się zdziwiony pewnością siebie i swobodą Nicky’ego oraz familiarnością, z jaką tamten rozmawiał z Idą i z Marią. Zapewne dopiero teraz uświadomił sobie, jak wiele czasu jego rywal spędzał przy stole jadalnym Sisi i w jej towarzystwie. Sisi widziała, że marszczył czoło i kręcił się niespokojnie, i choć wiedziała, że to okrutne z jej strony, sprawiało jej to przyjemność i przynosiło ulgę. Zazdrość Andrássyego była najlepszym dowodem na to, że jego uczucia nie zmieniły się podczas ostatnich miesięcy, że wciąż za nią tęsknił i potrzebował jej równie mocno jak ona jego. Gdy lokaje w niekończącej się paradzie wnosili kolejne dania i półmiski, Sisi popijała wino, aż w końcu zakręciło jej się w głowie.
– Przypuszczam, hrabio Andrássy, że po kolacji wróci pan do Budapesztu, do hrabiny Andrássy? – Esterházy palił przy deserze, zwracał się do lokajów po imieniu i często kazał dolewać sobie wina.
– Prosiłam pana premiera, by został w Gödöllő – wtrąciła Sisi, wyczuwając, że po tych ostatnich słowach napięcie przy stole może nieznośnie wzrosnąć. Andrássy z głośnym westchnieniem wpatrzył się w talerz z deserem. Nie znosił, gdy ktoś wspominał o jego żonie. Od dawna żyli w separacji, ale w świetle prawa wciąż byli małżeństwem. Równie dobrze jak Sisi wiedział, że obydwoje są poślubieni komuś innemu i że uczucie miedzy nimi nigdy nie powinno zaistnieć, choć wydawało się, że nie może być niczym złym. Nie lubił też, gdy ktoś przypominał Sisi o istnieniu hrabiny Andrássy. To był kolejny ciężar, przed którym próbował ją chronić.
– Prosiłam hrabiego Andrássyego, żeby został – ciągnęła Sisi spokojnie, jedząc swój ulubiony deser – fiołkowe lody, wytwarzane specjalnie dla niej i przywożone przez jednego z budapeszteńskich cukierników. – Tylko na kilka dni. Już od wielu miesięcy nie byłam w Wiedniu i chcę usłyszeć o wszystkim, co się tam dzieje.
Esterházy spojrzał na nią i jego usta pod ciemnymi wąsami skrzywiły się w grymasie. Ach, ci Węgrzy, pomyślała. Czy noszenie wąsów było w tym kraju obowiązkowe? Przez to olśniewali uśmiechem, ale gdy się chmurzyli, wyglądali ponuro i budzili lęk.
Wyprostowała się i zmieniła temat rozmowy.
– Dobrze, zatem zagramy w karty czy w zagadki? A może posłuchamy muzyki albo poezji?
Przeszli do bawialni i wieczór w Gödöllő potoczył się swobodnym, znajomym rytmem. Sisi zwykle spędzała wieczorne godziny przed kominkiem, w którym płonął ogień. Ida czytała głośno poezje Mihályego Vörösmartyego albo Maria grała na fortepianie sonatę Franciszka Liszta. Każdy mógł robić, co sobie życzył, przychodzić i wychodzić wedle woli. Shadow i Brave układały się na dywaniku u stóp Sisi. Uśmiechnięta Ida siadała po jej lewej stronie, gotowa robić to, czego chcieli wszyscy – czy też raczej, czego chciała Sisi. Maria Festetics, zawsze chętna do pomocy, krzątała się po bawialni, pilnując, by Sisi nie siedziała zbyt blisko otwartego okna, gdzie mogłoby ją przewiać, albo zastanawiając się na głos, czy Jej Wysokości nie jest za gorąco od kominka.
– Jest mi bardzo wygodnie – zapewniała ją Sisi z uśmiechem.
W Wiedniu kilkusetletnia habsburska tradycja i cesarski protokół rządziły nawet najbardziej intymnymi zgromadzeniami rodzinnymi. Nieustannie trzeba było składać hołd bóstwu etykiety, przez co nawet w najbardziej naturalnych relacjach brakowało swobody. Nawet w prywatnym saloniku, gdy przebywała tam tylko Sisi, dzieci, Franciszek i jego matka, nie wolno było odezwać się nikomu, do kogo cesarz nie zwrócił się pierwszy. Nie wolno było usiąść do stołu bez rękawiczek ani wstać z krzesła, dopóki Jego Wysokość się nie podniósł. Nikomu nie wolno było jeść, gdy Jego Cesarska Mość już skończył posiłek. Podobne zasady nie miały końca, toteż komunikacja między członkami rodziny ograniczała się do wymiany nieistotnych zwrotów grzecznościowych lub uprzejmych komentarzy o tym, co zdarzyło się w ciągu dnia.
W Gödöllő Sisi jako gospodyni domu zachęcała do zupełnie odmiennych zachowań. Usiadła w aksamitnym fotelu, trzymając w nagiej dłoni szklaneczkę słodkiego tokaju, i po raz dziesiąty tego dnia poczuła ulgę na myśl, że jest daleko od cesarskiej stolicy, że Waleria śpi bezpiecznie w pokoju dziecinnym, że wieczór przebiega w pogodnej, niewymuszonej atmosferze, przy winie, wśród śmiechu i swobodnych rozmów.
W każdym razie tak wyglądała większość wieczorów w Gödöllő, ale tego dnia w atmosferze czuło się napięcie. Sisi wiedziała, że jeśli rozmowa zejdzie na sprawy osobiste, to może dojść do sprzeczki, toteż starała się kierować ją na politykę, która w tej sytuacji wydawała się bezpiecznym tematem. Esterházy i Andrássy w wielu sprawach mieli przeciwne poglądy, ale zgadzali się co do jednego: obydwaj odnosili się z niechęcią do północnego sąsiada. Prusy, rządzone przez kanclerza Bismarcka, stawały się niepokojąco silnym i coraz mocniej zmilitaryzowanym państwem. Bismarck przed kilkoma laty pokonał Austrię, a teraz próbował zawrzeć sojusz z Franciszkiem Józefem. Wyglądało na to, że gdy już zapewni sobie przyjaźń lub uległość Wiednia, jego żelazna pięść spadnie na Francję. Cesarza Napoleona III oskarżano, że bardziej zajmują go luksusowe pałace i zmysłowa figura cesarzowej Eugenii niż sprawy państwowe. Andrássy i Esterházy zgodnie uważali, że jeśli Prusy pokonają Francję, cała równowaga sił w Europie zostanie zburzona.
– Sądzę, Andrássy, że nasze polityczne dysputy nudzą Jej Wysokość i jej damy. – Esterházy po kolacji odzyskał nieco swobody. Pochylił się do przodu i wpatrzył w Sisi. – Porozmawiajmy na ulubiony temat Waszej Wysokości: o jeździe konnej. Niewiele brakowało, a dopadlibyśmy dzisiaj tego lisa, czyż nie?
Twarz Sisi natychmiast się rozjaśniła.
– Tak. Mój Boże, Nicky, gdy skoczył pan w pełnym galopie przez ten ostatni żywopłot, byłam pewna, że wypadnie pan z siodła.
Wybuchnął głębokim śmiechem, ale w tym śmiechu nie było prawdziwej wesołości. Brzmiał chełpliwie, jakby książę chciał przekonać pozostałych, że ma powód do śmiechu.
– Od tak dawna już jeździmy razem, a Wasza Wysokość nadal nie wierzy w moje umiejętności.
Sisi podała swój kieliszek Idzie, prosząc o więcej wina i omijając wzrokiem zachmurzonego Andrássyego. Zanim zdążyła odpowiedzieć Esterházyemu, w drzwiach stanął lokaj ze srebrną tacą na listy. Wyprostowała się i odstawiła kieliszek na stolik.
– Wejdź. Co to takiego?
Lokaj ze spuszczonym wzrokiem podsunął jej tacę, na której leżał telegram. To była wiadomość od Gizeli. Dziwne, że córka przysłała jej dwie wiadomości w ciągu jednego dnia. Sisi szybko otworzyła telegram i przeczytała:

WIELCE SZANOWNA PANI, WASZA CESARSKA WYSOKOŚĆ STOP CZY WASZA WYSOKOŚĆ OTRZYMAŁA LIST? STOP PILNIE PROSZĘ O ODPOWIEDŹ STOP SPRAWA NAGLĄCA STOP POZOSTAJĘ POKORNIE I Z SZACUNKIEM GIZELA STOP

Sisi zesztywniała. List. List od Gizeli. Odłożyła go, wsunęła do kieszeni szlafroka, żeby przeczytać później. Spieszyło się jej do pokoju Walerii i na kolację z Andrássym i odłożyła list.

 
Wesprzyj nas