Ula i Felek mają za sobą już dwie podróże w czasie. Ona z niechęcią patrzy na zegary, bo wolałaby nie trafić więcej do przeszłości. On skrycie marzy, że kiedyś znowu się tam znajdzie.


Żadne z nich nie spodziewa się, że nowa podróż zacznie się szybciej, niż myślą, i będzie miała związek z prośbą Syreny, dzieciństwem dziadka Janka i tajemnicą, której nie zdradził nawet wnukowi.

W dodatku okaże się bardziej niebezpieczna od poprzednich.

Czy Jankowi, Uli i Feliksowi uda się zmienić przeszłość i ocalić teraźniejszość? Po czyjej stronie będą tym razem Sawa i Pistorius?

O losie bohaterów przesądzi jeden dzień. Czwarty dzień Powstania Warszawskiego.

 
Katarzyna Rygiel
Jeden dzień
seria Strażnik Klejnotu tom 3
Wydawnictwo Dwukropek
Premiera: 11 stycznia 2023
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 


Rozdział I: Dwa zegary


Dobrze po północy, kiedy przez miasto pogrążone we śnie przemykały tylko taksówki i nocne autobusy, na ulicach nie było żywego ducha, a wszystkie szanujące się koty właśnie wyruszały na polowanie, nad Wisłą, gdzie prawie nic nie zakłócało ciszy, rozległo się przymilne miauknięcie.
– Witaj, Podnóżku – zaszemrał w odpowiedzi kobiecy głos.
– Królowo! Co za ssspotkanie! – W ciemności rozbłysły miodowe oczy z cieniutkimi przecinkami źrenic.
– Wciąż seplenisz?
– Sssyczę z wdziękiem – zaskrzeczał bazyliszek w kociej postaci, jak zawsze czuły na punkcie swojej wymowy. – Nie rozumiem, dlaczego wszystkim to przeszkadza!
Mrok prychnął cichutko. Plusnął. Na brzegu przysiadł smukły kształt. Kobieta. Syrena. Księżyc właśnie wystawił zza chmury pucołowaty policzek. Jego blask odbił się srebrzyście w jasnych oczach, zalśnił na pokrytym łuską ogonie.
– Dobrze ci u Felka?
– Nigdzie nie było mi lepiej. Wybacz, Wasza Królewssskość. – Bazyli podrapał się za uszami, by ukryć zakłopotanie. – Nie chciałem wyjść na niewdzięcznika.
– Nie przeszkadza ci już zapach kocich chrupek? – indagowała dalej Syrena, przyglądając mu się z rozbawieniem.
– Idzie się przyzwyczaić – wymamrotał niewyraźnie.
– A te, jak je nazwałeś, kłaki?
– Wypluwam regularnie, Wasza Pamiętliwość.
– I cóż tu robisz w środku nocy? – Szmer słów i plusk fali, którą rozbijał syreni ogon, zlały się w jedno.
– Ssspaceruję. Nasssłuchuję. Czuwam. Jak zwykle. Feliksss zawsze zossstawia otwarte okno. To parter, więc… szkoda by było nie ssskorzyssstać. – Kocie nie kocie oczy zgasły na chwilę, ale zaraz rozjarzyły się znowu. W nich także jaśniał księżyc.
– Uważaj, żebyś nie zawędrował za daleko. Koty nie mają skrzydeł.
– Uważam, Królowo. Ech, dobrze nam było razem, co?
– Jednak? – Syrena pogłaskała go pod brodą. – Już myślałam, że nigdy się do tego nie przyznasz.
Bazyli zamruczał, zakaszlał i nie bez wysiłku wypluł kłębuszek sierści.
– Kurza ssstopa – westchnął z irytacją. – Sssą chwile, kiedy tęsssknię za ssstarymi czasssami.
– To tak jak ja.
– Czyżbyś była sssentymentalna?
– Tylko smutna, Podnóżku.
Bazyli uniósł łepek i wpatrzył się w nią czujnie.
– O czym myślisz?
– O Janku. O Sawie.
– O Sssawie! – powtórzył ze zgrozą. – Czy nie obiecała, że więcej jej nie zobaczysz?
– A czy kiedykolwiek dotrzymała słowa?

Na małym, ciemnym podwórku, nad którym z czterech stron pochylały się wyszczerbione ściany pozbawionej dachu kamienicy, bawili się trzej chłopcy. Ich dźwięczne głosy odbijały się od murów i niosły aż pod niebo, kiedy ustawiali jedna na drugiej zebrane nie wiadomo gdzie puszki, a później rzucali w wysoką piramidę kamieniami, dopóki się nie zawaliła. Wychudzeni, ubrani w za szerokie krótkie spodnie i wytarte kurtki lub koszule, świecili gołymi kolanami i ostrzyżonymi tuż przy skórze głowami. Wszyscy byli bosi. I wszyscy uśmiechnięci. Choć jeden z nich, który wyglądał na najstarszego, często się zamyślał, a wtedy pozostali szturchali go łokciem, przypominając o zabawie. Wracał do nich jak z dalekiej podróży. W dużych jasnych oczach błyszczących w opalonej twarzy była dorosła zaduma.
Naraz z okna na pierwszym piętrze, pod którym widniała w murze spora dziura po pocisku, wychyliła się młoda kobieta.
– Janek! Obiad!
Pomachała chłopcom siedzącym w kucki na środku studni i odprowadziła wzrokiem drobną postać, która podniosła się powoli, rozmasowała zdrętwiałe kolana, a potem przecięła podwórko i znikła w czeluści klatki schodowej.
Chłopiec wsunął się do maleńkiego mieszkanka. Pomieszczenie było zarazem kuchnią, sypialnią i łazienką. Na żelaznym piecyku, w którym paliło się drewnem lub węglem, stał garnek z bulgoczącą zupą. Za zasłonką na taborecie umieszczono miednicę o pordzewiałych brzegach, przeznaczoną do mycia. Materace do spania leżały wprost na drewnianej podłodze. Stół miał trzy nogi, czwartą stanowił stos cegieł zebranych na ulicy tuż po wyzwoleniu Warszawy, w styczniu 1945 roku. Ponad półtora roku temu. Toalety nie było. Znajdowała się na korytarzu i mieli do niej dostęp wszyscy lokatorzy mieszkający w tej części domu. Niestety, często czuć ją było z daleka. Kamienica czekała na remont. Na szczęście nie groziło jej zawalenie. Fundamenty były solidne, ściany cudem ocalały w czasie bombardowań, a kiedy Niemcy po powstaniu warszawskim grabili i podpalali puste już mieszkania, oparły się działaniu ognia. Dlatego ludzie czuli się tu bezpiecznie.
– Jestem!– zawołał Janek już od progu.
– Umyj ręce i siadaj – poleciła kobieta.
Miała jasne włosy splecione w warkocz i bardzo niebieskie oczy. Chłodne, a jednak pełne ciepła. Mieniące się jak woda, gdy jej powierzchnię muśnie promień słońca. Przejrzyste. Jak to u Syreny. Ale Janek nic nie wiedział o jej prawdziwej naturze. Dla niego była mateczką. Opiekunką. Kochał ją równie mocno jak matkę, której już nie miał. A jednak kochał inaczej.
Zniknął za zasłonką, a później usiadł na krześle z plecionym siedziskiem, które kupili w sklepiku z używanymi rzeczami, podobnie jak okaleczony stół i rozchybotany taboret stojący po jego drugiej stronie, i inne przedmioty składające się na ubogie wyposażenie. Bez przekonania zamieszał łyżką w talerzu. Zupa jarzynowa była gęsta i pachniała wspaniale. Pływał w niej kawałek mięsa. Prawdziwy cud, bo przecież żywność była na kartki, a mięso można było kupić tylko w niektóre dni tygodnia. Janek wpatrywał się w ten cud niewidzącym wzrokiem. Ani myślał o jedzeniu.
Niebieskooka opiekunka przyglądała mu się z niepokojem.
– Nie jesteś głodny? Źle się czujesz? – Położyła mu dłoń na czole. – Chłodne – stwierdziła z wyraźną ulgą.
– Nic mi nie jest – westchnął, próbując ukryć chłopięce zniecierpliwienie tak typowe dla trzynastolatków wszystkich czasów.
Mimo tego zapewnienia wciąż patrzyła na niego z troską, która działała jak okład. Choroby leczyła ziołami, a smutki spojrzeniem. Jednak Janek spuścił głowę. Smutek, który mu doskwierał, uleczyć mógł tylko czas.
– Czy to sprawiedliwe, że żyję?
Po tym pytaniu w pomieszczeniu zapanowała cisza. Brzęknął talerz trącony łyżką. Na podwórku rozległ się wybuch śmiechu.
– Rozmawialiśmy o tym tyle razy – odezwała się łagodnie Syrena. – To nie kwestia sprawiedliwości, ale szczęścia.
– Szczęścia! – krzyknął. W jasnych oczach pojawił się gniew. I rozpacz. Głos mu się załamał. – Jak mam być szczęśliwy?! Jestem sam!
– Masz mnie.
– Ale mama, tata i Jerzyk…
– Masz mnie – powtórzyła cierpliwie i pogłaskała go po głowie. Jej ręce potrafiły zdziałać cuda. Janek poczuł, że ciepło jej palców dociera aż do jego serca.
– Wiem, mateczko – powiedział miękko.
Choć to nie to samo.
Zachował tę myśl dla siebie, ale był pewien, że i tak go przejrzała. Wiedziała więcej niż ktokolwiek inny. Rozumiała więcej. Janek nie przyznał jej się, że teraz, gdy nikt już do nikogo nie strzelał, jego rodzice i brat, których utracił na początku powstania warszawskiego, przychodzili do niego w snach. Wyciągali ręce, jakby prosili o pomoc. Ale w oczach mieli żal, który nie pozwalał mu się do nich zbliżyć. Patrzył więc z daleka na smutne twarze, których wyraz nigdy się nie zmieniał. Nie mógł się zmienić, Janek rozumiał to aż za dobrze. Próbował unieść ciężar spojrzeń, które pamiętał po przebudzeniu. Jak miał zapomnieć? Mama, tata i Jerzyk śnili mu się często, znacznie częściej niż po bombardowaniu, które zmiotło część ich dawnego domu. Zginęli, bo się go nie spodziewali. Zaskoczył ich pierwszy nalot. Ten dźwięk… Wizg samolotów i łomot serca. Nie wiedzieli, co robić, a tymczasem czarne, wyjące krzyże na dobre rozpanoszyły się na warszawskim niebie. Nie zdążyli zbiec do schronu. Janek miał szczęście. Inni wydostali go spod gruzów. Przeżył powstanie, choć niewiele brakowało, by potem umarł z głodu i wycieńczenia. Uratował się. Miał mateczkę. Miał dom. A jednak nie mógł uwolnić się od tego pytania: Czy to sprawiedliwe, że żyję? Szczęście… Dlaczego oni go nie mieli?

Dziadek Janek kupił stary zegar. Przedwojenny! Wysoki i kanciasty, ze złotą tarczą i przeszklonymi drzwiczkami, za którymi poruszało się ciężkie wahadło. Zaskoczony Feliks nie mógł oderwać od niego wzroku. W niespiesznym, ale niezmiennym ruchu było coś hipnotyzującego. To ci dopiero zagadka! Dziadek nigdy nie przywiązywał wagi do przedmiotów, zwłaszcza takich, które miały dużą wartość. eF nie rozumiał, co go skłoniło do kupna tego olbrzyma, dopóki starszy pan nie wyjaśnił mu, że kiedy był chłopcem, taki sam zegar stał w jego mieszkaniu na ulicy Jasnej, w Śródmieściu, w samym sercu przedwojennej Warszawy. Stał aż do września 1939 roku. Gdy w Warszawie pojawili się Niemcy, a razem z nimi głód, zegar z czereśniowego drewna został sprzedany, jak wszystkie wartościowe sprzęty. To dlatego dziadek nie wahał się ani chwili, kiedy go zobaczył na wystawie sklepu z antykami. Był bardzo drogi, ale przecież wspomnienia nie mają ceny.
Feliks, który wpadał do dziadka tak często, jak na to pozwalały codzienne obowiązki ucznia siódmej klasy, przez jakiś czas dziwił się, widząc nowy nabytek w przestronnym, wysokim przedpokoju. Potem się przyzwyczaił. Uśmiechał się na jego widok. W zasadzie uśmiechał się na widok wszystkich zegarów, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Po prostu zaczynał myśleć o tym, że odmierzają minuty uciekające w przeszłość. A przeszłość wydawała mu się najbardziej fascynującą rzeczą, jaka przytrafiła mu się w życiu. Niby zwykły chłopak, a był w niej już dwa razy! To napawało go dumą, ale też wprawiało jego serce w drżenie. Z powodu wspomnień i niecierpliwości, którą starał się ukryć głęboko. Przed Ulą, przed dziadkiem, może nawet przed sobą. Jeszcze powstrzymywał się od kolejnych wycieczek w czasie, ale to nie znaczy, że o nich nie marzył, nie planował, że kiedyś… może niedługo… jeśli tylko znajdzie dobry powód… ważny powód… wyruszy znowu. Nie wyobrażał sobie, że mógłby się tego wyrzec. Dar panowania nad czasem, który on i Ula otrzymali od Syreny, nie powinien się marnować, choć z drugiej strony należało z niego korzystać rozsądnie i w uzasadnionych przypadkach.
Przy pierwszej nadarzającej się okazji Feliks przyprowadził przyjaciółkę, by poznała tykającego staruszka. Zareagowała inaczej niż on. Zatrzymała się zaraz za progiem i popatrzyła na zegar z respektem, ale i podejrzliwością, jakby spodziewała się, że mechanizm ukryty w drewnianej skrzyni spłata jej figla.
– Po co twojemu dziadkowi zegar?
– Jego rodzice mieli taki sam. Albo bardzo podobny – wyjaśnił Feliks. – Nie podoba ci się?
Ulka wzruszyła ramionami i nic nie powiedziała. Jakaś myśl nie dawała jej spokoju, ale zachowała ją dla siebie.

Warszawa, która zgodnie z rozkazem Hitlera miała zniknąć z powierzchni ziemi, po wojnie powoli podnosiła się z gruzów. Wprawdzie domy wciąż straszyły pustymi oknami i nagimi ścianami, które w każdej chwili mogły runąć na przechodniów, ale z ulic zniknęły już wielkie rumowiska. Pojawiły się na nich tramwaje, trolejbusy i ciężarobusy – ciężarówki wożące pasażerów na pace. Wciąż było ich za mało, bo liczba mieszkańców stale rosła. Wracali warszawiacy wypędzeni z miasta po powstaniu. Wielu było przybyszów, którzy tu chcieli zacząć nowe życie. Janek przyglądał się temu z dumą. Patrzył na postaci, które szybko zadomowiły się na warszawskich ulicach: kwiaciarki, czyścibutów, ulicznych fotografów, sprzedawców papierosów, gazeciarzy i wielu innych. Gdziekolwiek spojrzał, widział sklepy i sklepiki, budki z gazetami i wodą sodową, przekupki z koszami pełnymi świeżego pieczywa i kolejki kupujących. Na Marszałkowskiej działały cukiernie i restauracje, a nawet kino. Było też coraz więcej samochodów, na które trzeba było uważać, bo często jeździły ze zbyt dużą prędkością. Warszawa nie przypominała tej, którą chłopiec, jak przez mgłę, pamiętał sprzed wojny, ale już nie była miastem-widmem. Żyła. Oddychała pełną piersią dzięki ludziom, którzy nie pozwolili, by przestała istnieć. Tak inna, nadal była jego miastem. Miastem, w którym dokonał się cud zmartwychwstania.
Po szynach przemknął tramwaj obwieszony ludźmi, którzy nie zmieścili się do środka. zgrzyt metalu o metal sprawił, że Janek wrócił do rzeczywistości.
– Hej, mały, pohandlujemy?
Powstańczy pseudonim przez chwilę brzmiał w powietrzu, przywołując bolesne wspomnienia. Wyrostek, który podszedł do Janka, nie mógł go znać. Był starszy, większy, miał pewnie z szesnaście, siedemnaście lat, określenie „mały” nasunęło mu się samo.
– No? Zaniemówiłeś, czy jak? Jedyna okazja!
Otóż to. W Warszawie handlowali wszyscy. Dorośli i dzieci. Na każdym rogu latarnie uginały się pod ciężarem szyldów informujących o tym, gdzie kupić meble, materiały budowlane, garnki, garnitury czy okulary. W wąskich uliczkach i podwórkach można było się natknąć na stoliki z rozłożonym towarem.
Ten chłopak często kręcił się po Śródmieściu, próbując sprzedać to i owo. Zaczepiał Janka już kilka razy, za każdym oferując co innego, ale domagając się takiej samej zapłaty.
– Nie mam nic na wymianę – odparł chłopiec, jak zawsze, podczas gdy tamten grzebał w przepastnej torbie, którą nosił na ramieniu.
Znalazł wreszcie to, czego szukał, i podsunął Małemu pod nos zniszczony mechanizm zegarowy. Zbiór kółek zębatych, tarcz i śrubek w wytartej i porysowanej, ale wciąż pięknej kopercie, który jakimś cudem przetrwał wojenną zawieruchę.
– Skąd go masz? – Janek przyglądał się cienkim złotym wskazówkom, które drżały na cyferblacie w rytm upływających sekund.
– Tego nie musisz wiedzieć. Piękny nie? – zachwalał handlarz, obracając przedmiot na wszystkie strony. – Jest twój. Jeśli dasz mi… to. – Pociągnął za rzemyk widoczny na szyi Janka, który odruchowo zrobił krok do tyłu. Spod koszuli wysunęła się brązowa figurka w kształcie syreny z pozłacanymi włosami i rybim ogonem.
– Już ci mówiłem. Nie jest na sprzedaż.
– Wszystko jest na sprzedaż – odparł wyrostek. – To kwestia ceny.
Patrzyli na siebie przez chwilę. Mały poważnie, śmiało, bez mrugnięcia okiem. Chłopak z pobłażliwym uśmieszkiem, z którym, w swoim mniemaniu, miał wyglądać bardziej dorośle.
– Mam cię! – rozległo się naraz za jego plecami.
Od razu stracił rezon, ale nawet nie odwrócił głowy. Wcisnął Jankowi zegar do ręki.
– Przechowaj mi go – rzucił cicho i pognał przed siebie.
Za nim, ciężko sapiąc, biegł milicjant w mundurze, przytrzymując czapkę.
Cóż, kradzieże też nie należały w Warszawie do rzadkości. Nigdy nie można było mieć pewności, że kupując używane przedmioty, nie daje się zarobić złodziejowi.
Mały został sam. Długo oglądał powierzony mu skarb. Przyjrzał się kopercie zdobionej ornamentem w kształcie muszli. Z tyłu dostrzegł napis wyryty przez dokładnego zegarmistrza: Franciszek Gugenmus w Warszawie 1786. Zegar miał 160 lat! Janek zastanawiał się, co z nim zrobić. Nie podobało mu się, że pomaga ukryć łup. Chciałby się go pozbyć, ale chłopaka nigdzie nie było widać. Milicjanta także. A właściciela zegarka nie znał. Trudno, uznał po namyśle i włożył delikatny przedmiot do kieszeni. Zabierze go ze sobą. Przechowa. Może wcale nie był kradziony? Młodociany handlarz mógł mieć na sumieniu inne ciemne sprawki.

Od pewnego czasu Uli wydawało się, że zegary są wszędzie. W szkole wisiały w każdej sali. I w holu na parterze. Widziała je na ulicach i na budynkach. I w domu Madame Wokalizy, w którym nadal bywała częstym gościem. Zegar dziadka Janka zrobił na niej znacznie większe wrażenie, niż Feliks mógł przypuszczać. Dotąd czuła się bezpieczna w mieszkaniu starszego pana, którego zaczynała traktować jak swojego dziadka. Stojąc przed zegarem, zrozumiała, że teraz także tutaj, na Powiślu, powinna mieć się na baczności. Obserwować uważnie dużą wskazówkę i nigdy, przenigdy się nie odzywać, gdy ta zanadto zbliży się do dwunastki. Tylko milczenie gwarantowało bezpieczeństwo. Jednak im bardziej uważała, tym bardziej się obawiała, że to nie wystarczy, że pewnego dnia zapomni sprawdzić pozycje wskazówek na tarczy i odezwie się równocześnie z zegarem. I znowu znajdzie się w przeszłości. W przypadkowym kiedyś, z którego być może niełatwo będzie wrócić.
Tak, z jednej strony bała się niespodziewanej podróży w czasie, z drugiej jednak nie mogła przestać myśleć o tym, co jej się przydarzyło ostatnio. A najczęściej myślała o… Sawie. Złej, zimnej, okrutnej Sawie, która była jej praprapra…babką. Gdzie jest? Co się z nią dzieje? Rozstały się tak nagle, Ula nie zdążyła się pożegnać… Nie wiedziała, czy jeszcze się kiedyś spotkają. A jeśli nie? Ta myśl wywoływała ukłucie żalu. Ula nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo przywiązała się do kobiety, czy też syreny, która w krytycznej sytuacji okazała jej serce. Nie potrafiła jej rozszyfrować. Ile było w niej zła, a ile dobra? I dlaczego te dwie siły, zło i dobro, wciąż ze sobą walczyły?
Nie mogła też zapomnieć, że Sawa sporo ją nauczyła. To dzięki niej lepiej poznała swoją syrenią naturę. Często wracała myślą do chwil, które spędziły razem. Stojąc przed lustrem, zakładała włosy za prawe ucho i przyglądała się znamieniu w kształcie wierzbowego liścia. Delikatnie obrysowywała palcem jego brzegi, ale przebarwienie nie miało wyczuwalnych granic. Było zaledwie ciemniejszą plamą pigmentu na skórze, a tak mocno łączyło ją z przeszłością… Nie pozwalało zapomnieć o wiecznie młodej prababce. Ula nic nie mogła na to poradzić. Wciąż słyszała głos Sawy, który przypominał jej o tym, kim jest. I kiedy nikt nie widział, nieustannie ćwiczyła się w sztuce patrzenia. Dziwne wyznaczała sobie zadania, które mało miały wspólnego z czarami, a więcej z codziennością, choć do ich wykonania zamiast dłoni używała oczu: wzrokiem nalewała wodę do kubków, przekręcała klucze w zamkach, otwierała i zamykała okna, odpinała i zapinała guziki, włączała światło, gdy zapadał zmrok, potrafiła nawet unieść nakrywę fortepianu Madame Wokalizy, gdy nauczycielka na chwilę zostawiała ją samą w pokoju. O tak, oczy miała z dnia na dzień mocniejsze, a w głowie coraz większy porządek. Pamiętała przecież, jak ważna jest koncentracja i przy każdej próbie cała stawała się myślą. A gdy myśl zmieniała się w obraz, to, co Ula chciała osiągnąć, po prostu się działo. Przez otwarte okno napływało do pokoju wilgotne, jesienne powietrze, pod sufitem rozbłyskiwała lampa, rozwiązywał się każdy węzeł. A ona dobrze się przy tym bawiła, choć tak naprawdę ciężko pracowała, rozwijając swoje syrenie zdolności. Nie była pewna, po co właściwie to robi. Czy wyjątkowe umiejętności mogły jej się przydać w jej czasie – w XXI wieku? A może chodziło o to, by nie zapomnieć tego, czego nauczyła ją babka? Tak, na pewno o to, myślała Ula. Miała nadzieję, że Sawa byłaby z niej zadowolona. Jeśli się znowu zobaczą… Nie, o tym lepiej było nie myśleć. Prababka raczej nie zjawi się w teraźniejszości, a Ula donikąd (donikiedy) się nie wybierała. Żadnych więcej podróży w czasie, obiecywała sobie i niepewnie zerkała na zegar, który akurat był w pobliżu. A jednak szkoda, szkoda, szkoda… Tylko od Sawy, potężnej Sawy, której już nie było, Ula mogła nauczyć się więcej.

Janek nie spotkał więcej chłopaka, któremu tak podobał się wisiorek w kształcie syreny. Przepadł jak kamień w wodę. Może złapał go tamten milicjant? W Śródmieściu sporo się działo, więc chłopiec wkrótce zapomniał o złodziejaszku. Zegar przyjemnie obciążał kieszeń spodni, kiedy wybiegał z domu. Wszędzie go ze sobą zabierał. Lubił wyobrażać sobie tajemnicze trybiki, gdy rozlegało się miłe dla ucha dzwonienie. Co też działo się tam w środku? Wiele razy kusiło go, by rozebrać skomplikowany mechanizm, ale w porę się powstrzymywał. Z pewnością by tego żałował, bo nie umiałby złożyć go z powrotem. Poprzestał więc na patrzeniu. Kiedy myślał o tym, że zegar tak samo odmierzał minuty rok temu, dwa lata i trzy, przed wojną, w poprzednim stuleciu… w końcu był taki stary!… Czuł, że dotyka tajemnicy czasu, który biegł naprzód, bez względu na wszystko, obojętny na to, co działo się wokół. Wczoraj i przedwczoraj, i przedprzedwczoraj.
– I przedprzedprzedwczoraj – powiedział na głos, a zegar, jakby w odpowiedzi, zadzwonił cichutko.
I naraz coś się zmieniło. Powietrze zamgliło się, pobielało i Janek niespodziewanie znalazł się w swoim biednym mieszkanku na tyłach Marszałkowskiej. Znowu siedział nad talerzem z zupą i pytał o to, co go najbardziej dręczyło.
– Czy to sprawiedliwe, że żyję?
Zamrugał, zaskoczony, że przydarza mu się to drugi raz. Serce zabiło szybciej. Tym razem nie słuchał słów mateczki, przecież wiedział, co powie. Szukał zegara. Lecz zegara nie było. Gdzie on się podział?!
Znieruchomiał, gdy położyła przed nim nieduże zawiniątko. Kremowa błyszcząca tkanina była przybrudzona i strzępiła się na brzegach.
– Mam coś dla ciebie.
– Dla mnie?
– Przecież to nie ja mam urodziny. – Uśmiechnęła się i pocałowała go w czoło. – Spełnienia marzeń, synku.
Ostrożnie odwijał jedwab, skrywający okrągły kształt: zegar z napisem Franciszek Gugenmus w Warszawie 1786 na odwrocie. Pod nim zobaczył drugi: TEMPUS FUGIT, AMICE. Zegar był w doskonałym stanie, bez jednej rysy czy przetarcia, jakby zaledwie wczoraj wyszedł spod ręki zegarmistrza. Janek nie mógł tego nie zauważyć. Był to więc i nie był ten sam zegar, który dostał od tamtego chłopaka…
– Dziękuję – szepnął, zdumiony. – Zapomniałem, że to dzisiaj.
– Chodzi. I dzwoni – odparła Syrena. – Chociaż jest bardzo stary.
– Nie widać. – Pogładził w zamyśleniu wyryte w metalu słowa, których wcześniej nie było na kopercie. – Co to znaczy?
– To podpis zegarmistrza
– A ten napis pod spodem?
– Czas ucieka, przyjacielu.
– Ucieka – powtórzył, czując pod opuszkami delikatny zarys liter. Czy jemu także uciekał, jak uciekł jego rodzinie?
Syrena pogłaskała go po policzku. To było lepsze niż pocieszenie.
– Skąd go masz? – zapytał, odganiając wspomnienia. Pożałował, że tamten chłopak ukrył przed nim prawdę. Ale był ciekawy, co odpowie mateczka. Jeden zegar, a jakby nie ten sam. Nie mógł tego zrozumieć.
– Kupiłam od ulicznego handlarza. A może dostałam od kogoś, kto już go nie potrzebował? Albo jedno i drugie… – odparła zagadkowo. – Wyznaczał godziny przed wojną i jeszcze dawniej. Dzięki niemu będziesz bliżej przeszłości. Ale mechanizm zegara łatwo uszkodzić. A wtedy zatrzyma się, choć czas nadal będzie płynął. Dlatego… uważaj.
Janek wpatrujący się w tarczę nie usłyszał zawartego w tych słowach ostrzeżenia. Sam dobrze wiedział, że zepsuty zegar trudno naprawić, zwłaszcza taki stary. Nie zamierzał być nieostrożny. Liczył na wyjaśnienie, ale teraz wiedział jeszcze mniej niż przedtem. Zrozumiał jednak, że zegarmistrz zrobił to cacko dla przyjaciela, a ów przyjaciel musiał o nie bardzo dbać.
O nic już nie zapytał, bo przypuszczał, że inne odpowiedzi będą równie niejasne. Może mateczka też nie była pewna, czy zegar nie był kradziony i nie chciała mu tego mówić… Najważniejsze, że nie zniknął na dobre i Janek znowu trzymał go w dłoniach. Gdy duża wskazówka zatoczyła krąg i rozległo się znajome dzwonienie, postanowił sprawdzić, czy uda mu się wrócić… Zerknął na swoją opiekunkę. Akurat się odwróciła. W tym momencie drzwi mieszkania skrzypnęły cichutko. Janek zamarł, widząc chłopca wchodzącego do mieszkania. A to kto? Tego nie przewidział! Nie przyszło mu do głowy, że natknie się na… siebie! Siebie sprzed trzech dni… Czas zniknąć! Natychmiast!
– Popopojutrze – szepnął zdławionym głosem.
I… już. Był na ulicy. W tym samym miejscu co wcześniej. Rozejrzał się w popłochu, czy nikt nie dostrzegł, że pojawił się tak nagle. Ale nie. Ludzie zajmowali się swoimi sprawami. Teraźniejszość była taka jak wcześniej. Upalna i hałaśliwa. Dopiero teraz zadał sobie pytanie, co go właśnie spotkało. Serce jeszcze biło mu mocno, w głowie tłoczyły się myśli. Czas okazał się inny, niż mu się wydawało. Był…. dostępny. To odkrycie zaparło chłopcu dech w piersiach. Patrzył na zegar, który znowu się zmienił – z powrotem stał się zniszczonym egzemplarzem bez napisu wyrytego dla przyjaciela – ale ta przemiana wydała się Jankowi nieistotna, gdy czas… TEMPUS… odkrywał przed nim swoje tajemnice. Nie mógł w to uwierzyć… Musiał spróbować jeszcze raz.

 
Wesprzyj nas