“Życie zaczyna się w piątek” to powieść, o której zekranizowaniu marzy Wes Anderson, tylko jeszcze o tym nie wie. Zaludnia ją gromada niekonwencjonalnych postaci, zanurzonych w intrygującej fabule, z zagadką do rozwiązania i pełnym detali pejzażem XIX-wiecznego Bukaresztu do podziwiania.


Na takie książki, jak ta, czeka się latami. Złożoność, a zarazem klarowność fabuły na tle świata przedstawionego, utkanego z detali jak na obrazach Bruegela, budzi podziw i zachwyt. Trzeba nie lada wyobraźni, by stworzyć takie dzieło i cierpliwości w składaniu go, słowo po słowie, by wszystkie elementy do siebie pasowały i ostatecznie stworzyły spójny obraz. W powieści „Życie zaczyna się w piątek” Ioana Pârvulescu dokonała właśnie takiej sztuki.

Jej akcja rozpoczyna się 19 a kończy 31 grudnia 1897 roku. W Bukareszcie końca wieku trwają właśnie przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Z dachów zwisają lśniące sople lodu, nadające się do wykorzystania na przykład jako szpada. Jest pięknie i nastrojowo, niektórych zajmuje wybór prezentów, inni myślą o aprowizacji na Wigilię. Za to wszystkich bez wyjątku absorbuje przedziwna, opisana przez prasę sprawa – mianowicie Petre, woźnica cukiernika, znalazł właśnie pod lasem o poranku dwóch nieprzytomnych mężczyzn.

Obaj znajdowali się w niewielkiej odległości od siebie, z czego jeden po przebudzeniu nic nie pamiętał, a drugi być może coś pamiętał, ale nie mógł o tym opowiedzieć, ponieważ był poważnie ranny. Drugi, na podstawie posiadanej odzieży, został zidentyfikowany jako arystokrata, zaś ten pierwszy przedstawiał swoją osobą całkowitą niewiadomą i wywołał nie lada sensację w mieście. Czy coś łączyło tych dwóch, a jeśli tak, to co? Jeden zranił drugiego? Przestępca i jego ofiara? A może dwóch nieszczęśników po pojedynku w niewiadomej sprawie? Policja zadaje sobie te pytania tak samo, jak mieszkańcy miasta.

Dodatkowo w tym samym czasie trzeci mężczyzna zleca zamieszczenie w gazecie ogłoszenia o zagubionym portfelu, za którego zwrot przewidziana jest nadzwyczajnie wysoka nagroda. Także i to wygląda co najmniej podejrzanie, ale początkowo frapuje głównie Nicu, ośmioletniego gońca, który razem z portierem z redakcji lokalnej gazety marzą o dopływie gotówki. Portier chciałby wygrać na zbliżającej się loterii. Nicu także, ale chłopiec widzi swoją szansę na bogactwo również w możliwości odnalezienia cennej zguby.

Ioana Pârvulescu prowadzi czytelników do rozwiązania zagadki dwóch młodych mężczyzn stopniowo zagęszczając atmosferę tajemnicy.

O wydarzeniach następujących po sobie na przestrzeni dwóch tygodni opowiadają czytelnikowi, z podziałem na głosy, najważniejsi bohaterowie, wspomagający narratora wszechwiedzącego. Narracja jest więc niezwykle ciekawa, płynnie przechodzi z ust do ust, zmieniając styl w zależności od tego, kogo w danej chwili pisarka dopuszcza do głosu. Najbardziej niecodziennym narratorem jest tajemniczy mężczyzna cierpiący na zanik pamięci, przedstawiający się jako Dan Cretu, któremu kołacze się w głowie między innymi zdanie: „Jesteśmy więźniami i skazańcami, każdy w swoim świecie i w swojej samotności”.

Dan czuje się jak więzień i skazaniec. Nie może sobie przypomnieć, skąd przybył ani co sprawiło, że padł na ziemię nieprzytomny. Co więcej, choć płynnie mówi po rumuńsku, zdaje się zupełnie nie znać zasad panujących w społeczeństwie. Pomimo oznak wykształcenia i wyraźnych umiejętności dziennikarskich, nie potrafi zachować się stosownie w towarzystwie i nawet nie dostrzega własnych gaf popełnianych jedna za drugą. Nie wie nawet jak zwyczajowo ucałować damską dłoń, nie ma też w jego postawie i słownictwie ani odrobiny galanterii, oczywistej dla wszystkich innych kobiet i mężczyzn. Kim więc jest? I czy należy się go bać?

Ioana Pârvulescu prowadzi czytelników do rozwiązania zagadki dwóch młodych mężczyzn stopniowo zagęszczając atmosferę tajemnicy. Z upływem dni nic nie staje się prostsze, wręcz przeciwnie – mnożą się pytania i niejasności, a sprawa, którą prowadzi wysoko postawiony policjant, kierownik bezpieczeństwa publicznego Costache Boerescu, wymaga od niego ponadprzeciętnej spostrzegawczości i błyskotliwości.

I chociaż to zagadka jest motorem tej opowieści, to byłoby błędem stwierdzenie, iż jest to powieść kryminalna, gdyż „Życie zaczyna się w piątek” nie należy do książek dających się zaszufladkować gatunkowo. Między innymi dlatego, że centralnym punktem powieści jest jej niepowtarzalna atmosfera. Kto oglądał „Grand Budapest Hotel”, film Wesa Andersona, z akcją osadzoną w niewiele późniejszych czasach, w książce Ioany Pârvulescu odnajdzie zbliżoną, wprost fenomenalną kompozycję, złożoną z melancholii, komizmu i dramatyzmu, odmierzonych w proporcjach, o które potrafią zadbać wyłącznie najwybitniejsi twórcy. Agnieszka Kantaruk

Ioana Pârvulescu, Życie zaczyna się w piątek, Przekład: Tomasz Klimkowski, Karolina Brykner, Seria z żurawiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 12 października 2016
 
 

Ioana Pârvulescu
Życie zaczyna się w piątek
Przekład: Tomasz Klimkowski, Karolina Brykner
Seria z żurawiem
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 12 października 2016
 
 

SŁOWO WSTĘPNE
Kilka lat przed rokiem 1900 dni były pojemne. Ludzie wibrowali jak druty telegraficzne, byli optymistami i wierzyli, jak nigdy wcześniej i nigdy później, w potęgę nauki, w postęp i w przyszłość. Dlatego też najważniejszym momentem stał się Nowy Rok: wiecznie odnawiany początek przyszłości.
Tekstura świata dopuszczała wszelką szaleńczą myśl i często szaleńcze myśli stawały się rzeczywistością.
Rumunia była w Europie, a jej stolica stała się kosmopolitycznym miastem, czyniącym ogromne wysiłki, aby się zorganizować i ucywilizować. W Bukareszcie, jak mówią wszystkie dokumenty epoki, nigdy nie można było się nudzić, ani w dzień, ani w nocy. Wrażliwe natury obawiały się nieznanych niebezpieczeństw. Jeden mężczyzna walczył laską ze światłem elektrycznym. Pewna kobieta wzbraniała się stanowczo przed zrobieniem sobie zdjęcia, chociaż pozwoliła się namalować. Neurozy przemieniały się w poezję, a cierpienie i opium szły ręka w rękę. Gruźlica, syfilis, brud albo zabijały, albo pozostawiały rany na ciele i duszy. Zło nie zniknęło z tego świata, a jego ignorowanie było najlepszym sposobem na przygotowanie przyszłości. Byli ludzie, którzy z nim walczyli.
Dziennikarze odkryli swoją siłę i za słowo pisane można już było umrzeć. A słowo pisane już zaczęło ich zdradzać. Pieniądze były problemem, ale nie celem, i nie brakowało ludzi gotowych poświęcić wszystkie swoje pieniądze z miłości do pięknej idei. Dzieci wcześnie zaczynały naśladować dorosłych, dorośli zachowywali się niekiedy jak dzieci, a ciekawość życia była radością, której nie wyzbywano się w żadnym wieku.
Przed 1900 rokiem człowiek wierzył, że Bóg chce go uczynić nieśmiertelnym, w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu. Wydawało się, że nie ma rzeczy niemożliwych i faktycznie nie było. Wszystkie utopie były dozwolone. A zabawa z czasem była zawsze najpiękniejszą z nich. Poza tym ludzie byli bardzo podobni pod każdym względem do swoich poprzedników i swoich następców.
Kilka lat przed 1900 rokiem dni były pojemne, a ludzie marzyli o naszym świecie.
Marzyli o nas.

PIĄTEK, 19 GRUDNIA
Dzień pełen zdarzeń


1
Lubię czytać w powozie. Mama beszta mnie za to, a papa, który nawet w towarzystwie członków rodziny nie zapomina o tym, że jest Panem Doktorem Leonem Margulisem, lekarzem medycyny pierwszego stopnia z gabinetem przy ulicy Świętego Jana nr 8, „na tyłach Teatru Narodowego”, mówi, że popsuję sobie oczy i że moje dzieci będą mieć słaby wzrok. Ale ja jestem uparta i zawsze zabieram książkę ze sobą. Oni, jak byli w moim wieku, może mieli więcej czasu na czytanie i wiele innych rzeczy, ale dzisiejsza młodzież musi dobrze rozporządzać swoim czasem. Zresztą byłam ciekawa, co nowego u Becky z Vanity Fair. Chociaż, jeśli mam być szczera, to jestem podobna bardziej do tej głupiej Amelii i będę kochać przez całe życie jakiegoś drania. Dzisiaj nie miałam szczęścia do czytania.
Po pierwsze zmarzły mi dłonie. Po drugie, jak tylko wsiedliśmy do powozu, mama i papa zaczęli obrabiać, tak jak nasza kucharka sieka pietruszkę, tego nieznajomego, którego Petre znalazł rano w śniegu pod lasem Băneasa, na polu między jeziorami. Zabrali go do aresztu Prefektury Policji. Mama, która jest na bieżąco absolutnie ze wszystkim, mówi, że uciekł z domu wariatów, że na pewno dostał bzika od nauki. I zaraz spojrzała ostrzegawczo na mnie: „Ty też tak skończysz, jak będziesz tyle czytać!”. A później spojrzała na papę: „Chyba najwyższy czas, żeby Iulia pomyślała o odpowiednim kandydacie na męża!”. Papa zbadał nieznajomego na prośbę Costache, naszego przyjaciela z policji, i mówi, że to nie żaden włóczęga, mimo że jest niewyobrażalnie cudacznie ubrany. To na pewno klaun z cyrku.
Poza tym czysty, żadnego defektu „fizjologicznego” oprócz tego, że faktycznie czasem mówi bardzo zagadkowo. Ale jeśli to wariat, to wykształcony, „bardzo ładnie się wysławia”. Jednak kiedy papa zapytał go, czy nie ma gruźlicy, spojrzał na niego szyderczo, wydawał się wyprowadzony z równowagi, i odpowiedział mu bezczelnie: „Beznadziejny z pana aktor!”. Papa odrzekł poważnie, w swoim stylu: „Pan wybaczy, ale nie jestem żadnym aktorem, tylko lekarzem!”. Dodał, że coś jakby mu zalegało w płucach i że jest bardzo blady, ale żadnej poważnej choroby u niego nie znajduje. Wtedy mężczyzna uspokoił się i powiedział, że chce zapalić. Papa, który jest przeciwny temu zwyczajowi, podał mu jednak drobnego tytoniu i bibułkę ze stołu Costache, ale mówi, że aresztowany tylko rzucił mu dzikie spojrzenie i po prostu odwrócił się do niego plecami. Co za gbur! Zatrzymali mu walizkę do przeszukania, srebrne pudło, coś jakby sejf, co wskazywało na to, że to mógłby być jakiś fałszerz pieniędzy, ale wypuścili go już godzinę po aresztowaniu, po krótkim przesłuchaniu przeprowadzonym przez pana Costache. Kiedy zobaczył, że jest wolny, z miejsca dał nogę. Niemniej jednak śledzi go dyskretnie najlepszy woźnica policji.
– A ile ma lat? – zadała mama swoje ulubione pytanie.
– Podał czterdzieści trzy, czyli tylko cztery mniej niż ja, ale moim zdaniem kłamie, nie daję mu więcej niż trzydzieści–trzydzieści pięć. Mówi, że jest dziennikarzem i że tu się urodził. Dan Kretzu. Zdziwiło mnie, że jest całkiem ogolony, jak noszą się tylko aktorzy, gdy grają kobiety. Hmm…
I papa pogładził cienką kądziel brody jasnej jak wąsy kolby kukurydzy, swoje największe życiowe utrapienie.
– Więcej dowiemy się jutro, na kolacji, bo zaprosiłem pana Costache.
Papa spostrzegł, że mam rozpaloną twarz i od razu położył mi rękę na czole, żeby sprawdzić, czy nie mam gorączki. Dla niego wszystko ma konkretne, cielesne podłoże, nie ma mowy o duszy. Mama ciągle go jeszcze maglowała, ale ja, ponieważ było mi już ciepło w dłonie, wolałam zdjąć rękawiczkę i wrócić do Becky. Lubię u niej to, że dokładnie tak samo jak ja zna zarówno francuski, jak i angielski. Nie lubię u niej tego, że dokładnie tak samo jak ja ma green eyes. Wolałabym piwne oczy, takie jak ma Jacques, i blond włosy, takie jak ma Becky, ale widocznie dwadzieścia jeden lat temu nie było na stanie takiego modelu i muszę się zadowolić czarnymi. Dlaczego z tych samych rodziców, obojga o piwnych oczach, jedno dziecko wychodzi takie jak oni, a drugie z oczami zielonymi albo niebieskimi? Do Nowego Roku chcę skończyć książkę, więc spróbuję rzadziej pisać dziennik. Zostało jeszcze dwanaście dni i kilka godzin.

2
Bukareszteńczycy mieli udany dzień. Wcześniej padał śnieg. Do końca roku zostało jeszcze dwanaście dni, do końca dnia – dwanaście godzin. Biel, rozciągająca się od jednego do drugiego krańca miasta, od pałacu Cotroceni po przedmieścia Obor i od cmentarza Șerban Vodă po klomby na Șosea, a potem jeszcze dalej, na cztery strony świata, topniała w południowym słońcu. Sople wyglądały jak posmarowane oliwą i tu i ówdzie zaczynały kapać na głowy przechodniów. Na ulicach panował spory gwar, tak jak zawsze na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Zapatrzywszy się w górę, aby go nie zmoczyło, Nicu wyłożył się jak długi na śniegu, zły tak jak wtedy, kiedy wstawał lewą nogą.
– No i znowu żeś się przewrócił! – powiedział głośno chłopak, otrzepując czerwoną czapkę gońca. Tyle razy ci mówiłem, żebyś patrzył, jak idziesz, burknął swoim cienkim głosikiem, choć tonem zdenerwowanego staruszka. Kiedy w zeszłym roku poszedł do szkoły, ten belferski ton przylgnął mu do języka i nie mógł się od niego uwolnić.
Nawyk mówienia do siebie towarzyszył mu za to, odkąd pamiętał, ponieważ ku swojej wielkiej zgryzocie nie miał rodzeństwa, w przeciwieństwie do innych dzieci. Od biedy zadowoliłby się choćby jedną siostrą. Otrzepał śnieg z surduta, spojrzał ze złością na lód, na którym się poślizgnął, i dobiegł w przytupach do zegara z żołnierzem, wiszącego na drzwiach gazety „L’Indépendance Roumaine”. Kurant zaczynał grać dokładnie o dwunastej. Nicu chciał koniecznie zdążyć na spotkanie z żołnierzem. Nie było łatwo, bo orientował się tylko według słońca i cienia. Teraz jednak uwaga chłopaka skierowana była na coś innego. Na ziemi, tuż przed nim, leżał wspaniały sopel długości jakichś dwóch łokci, idealny na szpadę. Podniósł go z miejsca, pogładził jego lekko pofalowaną powierzchnię, nie bacząc na zimno lodu, po czym przystawił go oburącz do biodra, a później uniósł, również oburącz, i wymierzył z rykiem pchnięcie szpadzisty w niewidzialnego wroga. Niestety sopel, przywykły najwyraźniej do większego spokoju na brzegu dachu, na którym wyrósł, nie trafił najlepiej: w osobnika w wojskowym mundurze i z laską o srebrnej gałce, w pana średniego wzrostu wychodzącego właśnie z budynku z zegarem. Była to prawa ręka prefekta policji, wiecznie zabiegany kierownik bezpieczeństwa publicznego, Costache Boerescu, tnący szybko powietrze swoimi krótkimi nóżkami. W tym czasie bywał po dwa–trzy razy dziennie w gazecie Francuzów. Wszystko przez zabójstwo w pojedynku pana Lahovary’ego, dyrektora gazety, przez tego „uparciucha Filipescu”, dyrektora „Epoki”. Tak więc zwłaszcza na pojedynek nie miał teraz ochoty pan komisarz, poirytowany ślimaczym tempem śledztwa i coraz bardziej napastliwymi komentarzami prasowymi. Do tego doszło, że nie mógł już znieść żurnalistów: kiedy dobrze wykonywał swoją pracę, w ogóle tego nie zauważali, ale kiedy nie udawało mu się rozwiązać jakiejś sprawy, od razu rzucali się na niego i oczerniali go, używając jego własnych słów, tyle że wyrwanych z kontekstu i przeinaczonych.
Jak tylko miał okazję i znajdował się jedynie w towarzystwie mężczyzn, wyżywał się na prasie, nazywając ją „wypacykowaną kurwą”. Poza tym żył sam, a zakład przy Kamiennym Krzyżu miał dla niego zniżki, byle tylko chciał. Poznał to miejsce i jako policjant, i jako mężczyzna. Zanim zdążył wytargać urwisa za uszy, ten rzucił się do samobójczej ucieczki pomiędzy powozami i saniami w stronę Sărindaru, zwymyślany najpierw przez kilku woźniców zdążających gęsiego do Capșy, a następnie przez tych z przeciwnej strony, jadących do Dymbowicy, którzy to musieli szarpnąć po kolei za lejce, aby nie zderzyć się ze sobą. Obejrzał się za siebie. Policjant zaszczycił go w tej samej chwili groźnie uniesioną laską, po czym zostawił go w spokoju i ruszył w stronę budynku Prefektury, znajdującego się kilka minut drogi dalej.
– Mało brakowało! Ale pan Costache nie zapomni ci tego, on niczego nie zapomina i jest chytry jak wąż. A tobie dzisiaj tylko psoty w głowie – powiedział chłopak do dużego, pokrytego śniegiem krzaka, rosnącego krzywo w zacienionym miejscu pod murem. Kilka wróbli skakało jak z procy z gałęzi na gałąź, zatrzymywały się tam na chwilę, dotykając brzuchem grubej bieli śniegu, rozpadającej się w strzępy, po czym przenosiły się na kolejny poziom krzewu, niczym w piętrowym domu. Nicu zastanawiał się, dlaczego tak latają, bo nie wydawały się czegoś szukać albo dokądś zmierzać, jak na przykład on. Miał bowiem konkretny cel, który zresztą rysował się już przed nim: bramę „Universul”. Najpoczytniejszej gazety Bukaresztu. No dobra, ci z „Adevĕrul” mówią co innego, ale oni wszystko mówią inaczej. Wydłużył krok, po czym otrząsnął śpiesznie krzak z wróbli.
Wszedł drzwiami z lewej strony. Portier uścisnął mu dłoń jak dorosłemu. Pan Cercel kazał mu poczekać, paczki jeszcze nie przyszły z „biura rozdzielczego”. Nicu zajął swoje zwykłe miejsce. Był bardzo zadowolony. Rozmowy z panem Cercelem były zawsze pouczające, ponieważ portier czytał codziennie gazetę i dzielił się z nim nowościami. Nicu zapytał, czy zdecydował już, co obstawi na loterii noworocznej, na której można było wygrać dziesięć tysięcy lei. Należało wybrać sześć liczb, a chłopak poprosił, aby dołożyć jego szczęście do losu, bez roszczeń do wygranej (chociaż trochę pieniędzy bardzo by mu się przydało), tylko po to, aby pomóc. Jeśli o niego chodziło, to wybrałby dziewięć i osiem, to znaczy nadchodzący rok, zaś reszta należała już do portiera, tyle że ten jednego dnia mówi jedno, a drugiego drugie. Pan Cercel również tym razem odpowiedział, że to nie żarty, że musi się jeszcze zastanowić. Z dzisiejszej gazety miał dla Nicu wiadomość lepszą jeszcze niż historie o Kubie Rozpruwaczu, które do tej pory królowały w prasie. Portier wziął „Universul”, odsunął dość daleko od oczu i przeczytał wolno, dukając:
– „Rozmaitości. Wiadomość z pisma Bur-del-… Bor-der-land… Planeta Mars i Marsjanie”. Słuchasz?
I czytał dalej, wtrącając jak zwykle swoje komentarze: „Trzeba bowiem wiedzieć, że Marsjanie nie jedzą mięsa zwierzęcego, ale wy-ko-rzy-stu-ją mamuty jako zwierzęta po-cią-go-we. Ich konie są wielkości naszych kuców”. Naszych kuców? Jakich kuców? „Ich woły są mniejsze – czyli my mamy większe woły – i mają tylko jeden róg. Marsjanie mają bardzo prze-ni-kli-wy wzrok. Nauczyli się latać, ale tylko na małe o-dleg-ło-ści. Po wodzie poruszają się z taką samą łatwością jak po lądzie. Problem wojen został na Marsie wy-e-li-mi-no-wa-ny. Ustrój jest te-o-kra-tycz-ny. Mają dwanaście państw. Nie znają własności”.
– W takim razie nie lecę na Marsa. Tutaj mam swój kraj, swoją własność, swój dom, swój ogród, swoją żonę, swoje gołębie i swoje śliwy – portier zamknął dyskusję i gazetę.
Nicu tak nie uważał. Sam był raczej liberałem. Wiedział dobrze, że Marsjanie latają i poruszają się po wodzie, i podróżują na mamutach, które znał z obrazków widzianych w „Universul Ilustrat”. Tak więc również w tej kwestii, podobnie jak w wielu innych, nie mógł być tego samego zdania co pan Cercel, mimo że jego szeroka twarz z nosem jak kartofel, spod którego wyrastał pędzel wąsów, budziła w nim respekt. Nicu powiedział ustępliwie:
– A ja, jak będzie można, to polecę! Polecę zobaczyć i jak nie będzie mi się podobać, to zaraz wrócę.
– Na razie to leć poroznosić te gazety! – i portier, najwyraźniej zły, że Nicu się z nim nie zgodził, odebrał je trochę zbyt gwałtownie z rąk niejakiego Peppina Mirto, zatrudnionego jako tłumacz i korektor, odpowiedzialnego od niedawna za dostarczanie gazety kilku znaczniejszym klientom, jeśli znajdowały się w niej jakieś ważniejsze wiadomości: panu merowi Robescu, panu dyrektorowi Teatru Narodowego Petre Grădișteanu, do pałacu, prefektowi policji Catonowi Lecce, dyrektorom innych gazet, nawet tych, z którymi prowadzili wojnę.
Nicu roznosił przesyłki w „Universul” za pięć lei miesięcznie, płatne pierwszego, plus napiwki, oprócz zwykłej pensji gońca. Roznosił przeważnie paczki z najróżniejszymi rzeczami, które tam sprzedawano, poukładanymi w stosy na dole, w administracji, i na górze, w gabinecie dyrektora. Pana dyrektora zresztą łatwiej można było zastać w domu bądź w klubie niż w gazecie. Praca Nicu trwała co najwyżej dwie godziny dziennie, zaraz po szkole. Czepiał się ukradkiem tyłu dorożki albo i jeździł tramwajem konnym, jeśli był tłok i mógł przemknąć niezauważony. Bardzo rzadko jednak miał tyle szczęścia.
– Co tam, chłopcze? – powiedział Peppin Mirto swoim dźwięcznym, operowym głosem, a Nicu zdjął czapkę na przywitanie. Miał mu już opowiedzieć o swoich planach lotu na Marsa, ale mężczyzna najnormalniej w świecie odwrócił się do niego tyłem i krzyknął za nim: „Leć już!”, aż było słychać na dziedzińcu. Dlaczego niektórzy ludzie pytają o coś, jeśli potem nawet nie czekają na odpowiedź? Fakt, że wszyscy z „Universul” śpieszyli się dwa razy bardziej niż inni znajomi Nicu. Byli trochę jak Marsjanie, tyle że pozbawieni ich zalet.
Kiedy już miał wychodzić z paczką przewiązaną sznurkiem, prawie zderzył się z młodzieńcem prześlizgującym się do środka niczym jaszczurka, który zapytał pana Cercela, gdzie może dać ogłoszenie. Był niespokojny, uderzał jedną o drugą dłońmi w rękawiczkach i poruszał nerwowo głową.
– Dzień do-bry pa-nu – powiedział portier, sylabizując, jakby ciągle czytał gazetę.
– Dzień dobry panu – powtórzył za nim Nicu, nie zdjąwszy jednak czapki.
Młodzieniec, zbyt wzburzony, aby się przywitać, przeszedł od razu do rzeczy:
– Gdzie się daje ogłoszenia? Chodzi o zgubiony portfel, jego właściciel…
– Z pieniędzmi? – powiedzieli jednocześnie chłopak i portier.
– Nie, nie z pieniędzmi.
– Z kosztownościami? – zapytał chłopak w tym samym czasie, gdy portier mówił:
– Z dokumentami?
– Nie, z… z… czym innym. Mój pan, to znaczy jego właściciel, wyznaczył sowitą nagrodę. Mieszkamy niedaleko cerkwi Ikony, na ulicy Teilor, tam, gdzie te nowe domy, które budowali latem.
I znowu uderzył pięścią o pięść.
– Drugie drzwi po prawej, tam, gdzie jest napisane Ogłoszenia. Proszę bardzo.
Kiedy zdenerwowany młodzieniec odszedł jaszczurczymi ruchami, odprowadzany przez portiera, Nicu udał się pod swój pierwszy adres, do siedziby konkurencji na ulicy Sărindar, na wszelki wypadek omiatając wzrokiem śnieg na drodze. Miał teraz cel, który pozwalał mu zapomnieć o nudzie codziennych obowiązków i kroplach spadających z okapów. Szukał portfela, w którym był pewnie pierścionek z diamentem albo rubinowa spinka do krawata, taka, jaką miał ojciec Jacques’a, doktor Margulis. Jeśli jednak człowiek-jaszczurka mówił prawdę, co wcale nie jest takie pewne, nie były to kosztowności. Nagle przyszedł mu do głowy lepszy pomysł: los na loterię, i to ten zwycięski.
Tak, to musi być to! – powiedział do siebie Nicu, bardzo z siebie dumny. Śnieg, z którego wcześniej tak się cieszył, teraz go denerwował, całe szczęście, że zaczął już topnieć. Jego babcia, która wierzyła w różnych świętych, jak każda kobieta, powiedziała mu kiedyś, że od każdego zmartwienia jest jakiś święty. Miał nadzieję, że od zgubionych rzeczy też. Zwłaszcza zgubionych przez innych.
– I miejmy nadzieję, że dostaniesz sowitą nagrodę.

* * *

Kiedy zaniósł ostatni pakunek, pobiegł do domu, żeby zdjąć czerwoną czapkę gońca i założyć zwykłą: gdyby został w tej pierwszej, ludzie zatrzymywaliby go na ulicy i posyłali tu i tam. Ze starego orzecha sąsiadów doszło go ponure krakanie kruka. Ponieważ w domu nikogo nie było – jego matka nie wiadomo, gdzie się podziewała – mógł ruszyć w stronę ulicy Teilor, gdzie niewątpliwie należało rozpocząć dochodzenie. Było to gorsze niż szukanie igły w stogu siana, ale i tak nie miał nic lepszego do roboty: właśnie zaczęła się przerwa świąteczna. Zresztą lekcje były zawieszone przez jakiś miesiąc z powodu tyfusu, tak że pod tym względem miał całkiem nieźle. Szkoła zaczęła się na nowo dopiero 8 grudnia. Nicu wierzył w swoje szczęście, mimo że, albo raczej właśnie dlatego, że Pan Bóg pokarał go już chorą umysłowo matką i brakiem brata lub chociaż siostry, i przez to pozostawał jego dłużnikiem do końca życia. Zrobił przezornie znak krzyża, jak zawsze, kiedy wydawało mu się, że mówi zbyt poufale o Panu w niebiosach, ale malutki, tak jakby chciał się podrapać.
Chłopak znał dobrze ulice Bukaresztu i wielu bukareszteńczyków znało dobrze Nicu. Z niektórymi nawet się zaprzyjaźnił, jak na przykład z rodziną Margulisów z ulicy Fântânei. W łaski ich służących też się wkradł. Był gońcem, na którym można było polegać, bardzo pomocnym w pilnych i wymagających dyskrecji sprawach. Porządna firma, mawiał jej właściciel, przypisując sobie wszystkie zasługi pięciu zatrudnionych tam chłopców, podczas gdy za błędy każdy z nich odpowiadał już sam. Podniósł wzrok i przed Szkołą Główną dla Dziewcząt zobaczył policyjny powóz koloru wiśni z butelki, z której często gęsto pociągała jego matka. Ponownie wbił wzrok w śnieg, który stopniał w południe, a na którym teraz zaczynała się tworzyć cienka warstwa niczym kożuch na powierzchni gotującego się mleka. Jak to się dzieje, że oparzenie mlekiem i kawałkiem lodu, jeśli wziąć go do ręki, są tak do siebie podobne, i nawet skóra robi się tak samo czerwona? Nicu stawiał możliwie najdłuższe kroki, utkwiwszy spojrzenie w ziemię. I właśnie wtedy jego wzrok napotkał najbardziej osobliwą parę butów, jaką dane mu było ujrzeć w ciągu ośmiu długich (i ciężkich) lat, odkąd przyszedł na świat. Nie przypominały ani kaloszy, ani śniegowców, ani nawet najnowszych modeli z „Universul”. Nie były to buty oficerskie ani kierpce, ani trzewiki, ani pantofle.
Były to takie dziwolągi, że aż brak słów.
* * *

– Takie dziwolągi, że aż brak mi słów, stary, takie, jakich ani ty, ani ja w życiu nie widzieliśmy – opowiadał Nicu tego samego wieczoru w domu na Fântânei.
Był skonany po całodziennym chodzeniu w śniegu, woźnica nie pozwolił mu jechać tramwajem bez biletu, a on nie chciał roztrwonić całego majątku – dziesięciu banów, zgromadzonego tylko z napiwków. Opowiadanie o spotkaniu ze stopami nieznajomego ożywiło go jednak. Czuł, że stał się nagle kimś ważnym. Nie każdego dnia na ulicach Bukaresztu widywało się tak niezwykłe rzeczy.
– Jak to – rozpromienił się Jacques, dla którego opowieści gońca, najczęściej ubarwione i przesadzone, były szczerą prawdą. Przybycie Nicu wyciągnęło go z łóżka. Jak to dziwolągi, nie rozumiem, wytłumacz mi!
I Jacques wyprostował się w głębokim fotelu, w którym zapadał się zupełnie.
– Nie uwierzysz – odparł Nicu, zanurzony w fotelu stojącym obok, i dodał, wykręcając głowę przez aksamitną poręcz: – Nie uwierzysz, były kolorowe! Kolorowe!!
– Kolorrowe? – zdziwił się Jacques, który wymawiał „r” gardłowo, jak Francuzi. – Przecież nie ma takich butów. Ja widziałem tylko buty czarrne albo brrązowe, albo białe, latem.
– I nie miały ani zatrzasków, ani sznurowadeł, ani sprzączek, zupełnie jakby były przyklejone do stopy. Kiedy spojrzałem wyżej, zobaczyłem brzydkie czarne spodnie bez kantu i zwykły płaszcz, jak ze sklepu ze starzyzną, jak z darów, w ogóle nie pasował do reszty. A… i nie uwierzysz: był z gołą głową!
– Nie bałeś się? Ja bym od rrazu uciekł, to znaczy… – powiedział gospodarz i zaczerwienił się lekko.
Nicu mówił dalej, jakby nic nie zauważył.
– Nie, bo z twarzy był całkiem ładny, jak twoja siostra – Nicu pokazał na mały pastelowy portret nad sofą. – Aż mnie powaliło. Nie zapomnę go, póki żyję. Nie wiem, czy to był anioł, czy diabeł, ale bardzo mi się spodobał. Aż chciałbyś mieć takiego brata jak on! (Chociaż wiedział, że Nicu w chwilach podekscytowania prawie zawsze myślał o sobie, kiedy używał drugiej osoby, Jacques pomyślał, że mogłoby chodzić również o niego, ponieważ on też chciał mieć brata). Zapytał mnie…
Dokładnie w tej samej chwili przez uchylone drzwi weszła właścicielka „całkiem ładnej twarzy” znad sofy, tyle że o bardziej rumianach policzkach niż na portrecie, panna Iulia Margulis, ubrana w sukienkę z zielonego aksamitu, niosąc dwa talerze, dwa srebrne nożyki i dwa jabłka. Doktor kazał dzieciom jeść przynajmniej jeden owoc dziennie, a na zimę miał w piwnicy całą półkę pełną jabłek ułożonych od siebie na odległość jednego palca, tak aby nie popsuły się wszystkie, gdyby któreś z nich zgniło.
– Poczekaj, ja też chcę posłuchać! O co cię zapytał nieznajomy?
– Panienka też go zna? – zdziwił się Nicu.
Miał brwi w kształcie dachu – dół-góra, góra-dół – nie łukowate, jak rodzeństwo Margulis, co sprawiało, że wiecznie wyglądał na zdziwionego albo zagniewanego.
– Powiedział… eee… Powiedział: „Poczekaj, chłopcze. Trochę mi zimno, ale boję się wracać do domu”. „Dlaczego?” – zapytałem. „Chyba mieszka tam ktoś inny” – mówi. „Chciałbym się gdzieś przespać. Czaisz?” Tak właśnie powiedział, bardzo dobrze pamiętam: „Czaisz?”.
– Mogłeś go zaprosić do nas!
– Nie no, jak? Do siebie też nie mogłem, bo jakby czasem matka wróciła… Jak się zdenerwuje, to wszyscy się jej boją, chociaż nikomu nie zrobiłaby krzywdy. A że byliśmy koło cerkwi Ikony, to powiedziałem mu to samo, co by powiedziała moja babcia: „Wejdź i pomódl się przed cudowną ikoną Matki Boskiej w srebrnej sukience, a zobaczysz, że zdarzy się cud”. „Jeden już się zdarzył” – powiedział ze śmiechem. I zamiast się przeżegnać, zapytał, czy mam papierosy. „Jeszcze nie palę” – mówię. „To nawet nie zaczynaj!” – mówi.
Nicu wynurzył się z miękkiej głębi fotela, włożył rękę do kieszeni spodni i wyjął z nich jakiś przedmiot.
– I dał mi coś takiego. Patrzcie tylko!
Była to zabawka, która prawie mieściła mu się w dłoni, miękka i biała jak śnieg krowa z różowymi uszami i z jednym okiem zakrytym czarną przepaską, jak u pirata. Wszystkie cztery nogi miała schowane pod sobą niczym cztery ręce spoczywające grzecznie na podołku. Jacques chwycił przedmiot z ogromną ostrożnością, jakby bał się go uszkodzić, popatrzył na niego z powagą i przekazał uroczyście siostrze.

 
Wesprzyj nas