“Skąd” to gęsta, intensywna i porażająco aktualna proza, opowiedziana od środka rzecz o wojnie, która wypędza z domu, naznacza i definiuje przyszłość.


Uchodźca z wojny na Bałkanach w latach 90., pisarz, wnuk, syn i ojciec małego chłopca wraca do przeszłości: dzieciństwa w Jugosławii, ucieczki, przyjazdu do Niemiec, codzienności nastoletniego imigranta, prób odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Zadaje pytanie o to, jaki wpływ na nasze życie i jego kształt ma miejsce, w którym przyszliśmy na świat.

Wraca do przeszłości, poznaje krewnych w dalekiej wiosce w bośniackich górach, przystaje przy grobach przodków.

Bohater towarzyszy cierpiącej na demencje babci Kristinie, która traci pamięć, gubi wspomnienia, kiedy on sam próbuje je odnaleźć.

***

Bywają książki, po których lekturze czuje wdzięczność. To zdarzyło się właśnie tu. Gęsta, intensywna, porażająco aktualna proza pozwoliła mi wyobrazić sobie inne możliwości własnego życia. Skąd, to opowiedziana od środka rzecz o wojnie, która wypędza z domu, naznacza i definiuje przyszłość.
Jest też opowieścią o jerzyku, o opowiadaniu historii i jej odzyskiwaniu, a także namnażaniu jej możliwych wariantów. Cenne i konieczne: przypomnieć sobie, że przypadek rządzi w dużej mierze naszym losem. Zobacz – czytelniczko, czytelniku – jakie w udziale przypadnie ci zakończenie!
To lektura, która zostawia ślad.
Małgorzata Lebda

Saša Stanišić (ur. 7 marca 1978 w Višegradzie) – niemieckojęzyczny pisarz pochodzenia bośniackiego. Urodził się w ówczesnej Jugosławii w mieszanym, serbsko-bośniackim małżeństwie. W 1992, po wybuchu wojny Stanišić uciekł do Niemiec, gdzie mieszka do dziś. Zadebiutował w 2006 powieścią Jak żołnierz gramofon reperował (wyd. pol. 2008), która została przetłumaczona na ponad 30 języków. Druga książka, Noc przed festynem (wyd. pol. 2015), otrzymała Preis der Leipziger Buchmesse, a zbiór opowiadań Fallensteller (2016) przyniósł autorowi kolejne wyróżnienia: Rheingau Literatur Preis oraz Schubart-Literaturpreis. Za powieść Skąd autor otrzymał w 2019 roku prestiżową nagrodę Deutscher Buchpreis przyznawaną dla najlepszej powieści roku. W ostatnim czasie ukazały się jego dwie książki dla dzieci: Hey, hey, hey, Taxi! (2021) oraz Panda-Pand (2021).

Saša Stanišić
Skąd
Przekład: Małgorzata Gralińska
Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Premiera: 15 lipca 2022
 
 


Babcia i dziewczynka
Babcia dostrzegła na ulicy dziewczynkę. Woła do niej z balkonu, by się nie bała, przyjdzie po nią. Nie ruszaj się!
W samych pończochach schodzi z trzeciego piętra, a to trwa, trwa, kolana, płuca, biodra, i gdy dociera tam, gdzie stała dziewczynka, tej już nie ma. Woła, woła dziewczynkę.
Samochody zwalniają, okrążają moją babcię stojącą w cienkich czarnych pończochach na ulicy, która niegdyś nosiła imię Josipa Broz-Tity, a dziś niesie echem imię dziewczynki, która zniknęła – Kristina! – woła babcia, krzyczy własne imię: Kristina!
Jest 7 marca 2018 roku w Višegradzie w Bośni i Hercegowinie. Babcia ma osiemdziesiąt siedem i jedenaście lat.

Do urzędu imigracyjnego
Urodziłem się 7 marca 1978 roku w Višegradzie nad Driną. W dniach przed moimi narodzinami nieustannie padał deszcz. Marzec to najbardziej znienawidzony miesiąc w Višegradzie, zapłakany i niebezpieczny. W górach topnieje śnieg, rzeki występują z brzegów. Moja Drina także staje się nerwowa. Połowa miasta znajduje się pod wodą.
Nie inaczej było w marcu 1978 roku. Gdy u matki zaczęły się bóle, nad miastem ryczała gwałtowna burza. Wiatr wyginał okna sali porodowej i wprowadzał zamęt w uczuciach, a do tego w trakcie któregoś ze skurczów uderzył piorun, wszyscy pomyśleli więc: aha, no, no, oto diabeł przychodzi na świat. Nawet było mi to na rękę, to dobrze, gdy ludzie trochę się ciebie boją, zanim w ogóle się pojawisz.
Tyle że, biorąc pod uwagę przebieg porodu, niekoniecznie wpływało to korzystnie na moją matkę, a ponieważ położna też nie wyglądała na zadowoloną z zaistniałej sytuacji – kluczowym słowem były tu komplikacje – to posłała po lekarkę, która pełniła dyżur. Ta zaś, podobnie jak ja teraz, nie chciała niepotrzebnie przedłużać całej historii. Może wystarczy powiedzieć, że sprawę komplikacji rozwiązano za pomocą próżnociągu.
Trzydzieści lat później, w marcu 2008 roku, w celu uzyskania niemieckiego obywatelstwa, musiałem między innymi złożyć w urzędzie imigracyjnym odręcznie napisany życiorys. Co za stres! Przy pierwszej próbie nie napisałem nic poza tym, że urodziłem się 7 marca 1978 roku. Wydawało mi się, że po tym już nic nie nastąpiło, jak gdyby moją biografię zmyły wody Driny.
Niemcy lubią tabelki. Zrobiłem tabelkę. Wprowadziłem nawet parę personaliów i innych informacji – „nauka w szkole podstawowej w Višegradzie, studia na Wydziale Slawistyki w Heidelbergu” – ale miałem wrażenie, że nie ma to ze mną nic wspólnego. Wiedziałem, że dane się zgadzają, ale przecież nie mogłem ich tak zostawić bez niczego. Nie miałem zaufania do takiego życia.
Zacząłem raz jeszcze. Ponownie zanotowałem datę urodzenia, opisałem deszcz i to, że babcia Kristina, matka mojego ojca, wybrała dla mnie imię. Zresztą zajmowała się mną często w pierwszych latach życia, ponieważ rodzice a to studiowali (matka), a to pracowali zawodowo (ojciec). Napisałem do urzędu imigracyjnego, że babcia była w mafii, a będąc w mafii, ma się sporo czasu dla dzieci. Mieszkałem u niej i u dziadka, a w weekendy u rodziców.
Napisałem do urzędu: dziadek Pero w sercu i w legitymacji partyjnej był komunistą i zabierał mnie na spacery z towarzyszami. Gdy rozmawiali o polityce, a robili to w zasadzie zawsze, zasypiałem bez problemu. Mając cztery lata potrafiłem już włączyć się do rozmowy.
Wymazałem to o mafii, nigdy nic nie wiadomo.
Zamiast tego napisałem: babcia miała wałek do ciasta i zawsze groziła mi, że dostanę nim lanie. Co prawda nigdy tak się nie stało, ale od tamtego czasu podchodzę z rezerwą do wałków, a co za tym idzie – do produktów mącznych.
Napisałem: babcia miała złoty ząb.
Napisałem: też chciałem mieć złoty ząb, pomalowałem więc sobie jeden z siekaczy żółtym mazakiem.
Napisałem do urzędu: religia – brak. I że wyrosłem niejako wśród pogan. Że dziadek Pero nazywał Kościół największym grzechem pierworodnym człowieka, odkąd Kościół wymyślił grzech.
Pochodził z wioski, gdzie czczono świętego Jerzego, Jerzego, pogromcę smoka. Albo, jak mi się wówczas wydawało, bardziej chodziło o samego smoka. Smoki nawiedzały mnie od wczesnych lat. Dyndały na szyjach krewnych jako wisiorki, wyszywanki z motywem smoka stanowiły ulubiony upominek, dziadek natomiast miał wuja, który wycinał małe smoki w wosku i sprzedawał je jako świece na targu. Nieźle to wyglądało, bo gdy zapalało się knot, bestia jakby ziała ogieńkiem.
Gdy byłem niemal dostatecznie duży, dziadek pokazał mi album. Najbardziej podobały mi się dalekowschodnie smoki. Wyglądały okrutnie, a zarazem były barwne i wesołe. Słowiańskie smoki wydawały się tylko okrutne. Również te, które uchodziły za miłe i nieprzejawiające żadnego zainteresowania sianiem spustoszenia czy uprowadzaniem dziewic. Trzy głowy, straszne zęby, takie rzeczy.
Napisałem do urzędu: szpital, w którym się urodziłem, już nie istnieje. Boże, ile penicyliny wpakowano mi tam w dupę, napisałem, ale skreśliłem. Nie chciałbym przecież speszyć takim słownictwem jakiejś referentki, co to ę-ą, bułkę przez bibułkę. Zmieniłem więc „dupę” na „siedzenie”. Wydało mi się to jednak nieprawdziwe, dlatego usunąłem całą informację.
Z okazji dziesiątych urodzin Rzav podarował mi zniszczenie mostu w naszej dzielnicy, mahali. Przyglądałem się z brzegu, jak odnoga Driny, wziąwszy do pomocy górską wiosnę, tak długo urabiała most, aż ten rzekł: w porządku, po prostu zabierz mnie ze sobą.
Napisałem: opowiadanie biograficzne nie obejdzie się bez opisu tego, jak spędzało się wolny czas w dzieciństwie. Wielkimi literami na środku kartki zanotowałem:

JAZDA NA SANKACH
Mistrzowska trasa rozpoczynała się pod szczytem Gradu – gdzie w średniowieczu stała strzegąca doliny wieża – a kończyła za wąskim zakrętem nad przepaścią. Przypomina mi się Huso. Wlókł się ze starymi sankami pod górę, nie mogąc złapać tchu, śmiejąc się, i także my, dzieci, śmiałyśmy się, drwiłyśmy z niego, bo był suchy jak wiór, miał dziurawe buty z cholewami i mnóstwo ubytków w zębach. Wariat, myślałem wówczas, dziś jednak sądzę, że żył na marginesie obowiązującego konsensusu. Gdzie się śpi, w co się ubiera, jak wyraźnie należy wymawiać słowa i w jakim stanie powinno się mieć zęby. Podchodził do tego inaczej niż większość ludzi. Ściśle rzecz biorąc, Huso był tylko bezrobotnym pijakiem, który nie wyhamował nad przepaścią. Może dlatego, że nie ostrzegliśmy go przed ostatnim zakrętem. A może dlatego, że chlanie pozbawiło go prawidłowych odruchów. Huso krzyknął, my za nim, a potem rozległ się okrzyk radości: siedział na sankach, te zaś zwisały w połowie zbocza, tkwiąc w podszycie.
– Dalej, Huso! – wołaliśmy. – Nie poddawaj się! – Zagrzewany naszymi okrzykami, a przede wszystkim świadom faktu, że w jego sytuacji łatwiej było dostać się na dół niż na górę, Huso przebił się przez krzaki i śmignął w dół, pokonując pozostałą część stoku. Wyglądało to niewiarygodnie, wpadliśmy w ekstazę, a Huso w 1992 roku został postrzelony w swojej szopie nad Driną, w domku z kartonu i desek, niedaleko wieży strażniczej, gdzie – opiewają to stare eposy – w zależności od tego, kogo spytasz: albo serbski bohater, królewicz Marko znalazł niegdyś schronienie przed Osmanami, albo bośniacki heros, Alija Đerzelez przeskoczył Drinę na skrzydlatej arabskiej klaczy. Huso przeżył, zniknął i więcej nie wrócił. Nikt nigdy tak jak on nie pokonał mistrzowskiej trasy.
Napisałem opowiadanie, które zaczynało się następująco: „Gdy ktoś pyta, czym są dla mnie ojczyste strony, Heimat, opowiadam o doktorze Heimacie, który był ojcem mojej pierwszej srebrnej plomby”.
Napisałem do urzędu imigracyjnego: jestem Jugolem, a mimo to nigdy niczego nie ukradłem w Niemczech, z wyjątkiem paru egzemplarzy na Targach Książki we Frankfurcie. I raz w Heidelbergu płynąłem kanadyjką na odkrytym basenie. Obie te rzeczy wymazałem, bo być może stanowią czyny karalne, a do tego nie uległy przedawnieniu.
Napisałem: „Oto lista rzeczy, które posiadałem”.

Mecz, wojna i ja, 1991
Oto lista rzeczy, które posiadałem:
Matkę i ojca.
Babcię Kristinę, matkę mojego ojca, która zawsze wiedziała, czego mi potrzeba. Gdy przynosiła mi własnoręcznie wydziergany sweterek, rzeczywiście było zimno. Tylko nie lubiłem się do tego przyznawać. Bo które dziecko chce, by jego babcia zawsze miała rację?
Nenę Mejremę, matkę mojej matki, która wróżyła z czerwonej fasoli. Rzucała fasolę, a ta układała się na dywanie w obrazy jeszcze nieprzeżytego życia. Raz wyprorokowała, że zakocha się we mnie starsza kobieta albo że stracę wszystkie zęby, w tej kwestii nerkowate nasiona nie dawały precyzyjnego wyobrażenia.
Strach przed fasolą.
Miałem gładko ogolonego dziadka, ojca mojej matki, który lubił chodzić na ryby i lubił być dla wszystkich miły.
Jugosławię. Ją jednak już niedługo. Socjalizm był zmęczony, budził się nacjonalizm. Flagi, każdy własną, na wietrze, a w głowach pytanie: kim jesteś?
Interesujące uczucia wobec mojej nauczycielki angielskiego.
Raz zaprosiła mnie do siebie, wciąż nie wiem dlaczego. Poszedłem, podekscytowany jak dziecko. Jedliśmy domowej roboty ciasto nauczycielki języka angielskiego i popijaliśmy czarną herbatę. To była pierwsza czarna herbata w moim życiu, wydawałem się sobie strasznie dorosły, zachowywałem się tak, jakbym pił czarną herbatę od lat, powiedziałem nawet tonem znawcy:
– Lubię, gdy nie jest tak mocno zaparzona.
Miałem commodore 64. Najbardziej lubiłem gry o tematyce sportowej: Summer Games, International Karate Plus, International Football.
Mnóstwo książek. W 1991 roku odkryłem nowy gatunek, paragrafówki: Choose your own adventure. Czytelnik sam decyduje o przebiegu historii.
Wołasz: „Z drogi, piekielny gadzie, bo jak nie, to przetnę ci żyły!” – przejdź [TU].
I miałem swoją drużynę: Crvena zvezda – Czerwona Gwiazda Belgrad. W latach osiemdziesiątych cztery razy sięgnęliśmy po tytuł mistrzowski. W 1991 roku w ćwierćfinale Pucharu Mistrzów graliśmy przeciwko Dynamo Drezno. Na ważne mecze na naszą belgradzką Marakanę przychodziło sto tysięcy kibiców, z czego przynajmniej pięćdziesiąt tysięcy nawiedzonych. Zawsze coś płonęło, zawsze wszyscy śpiewali.
Często nosiłem do szkoły szalik w czerwono-białe pasy (nawet latem) i snułem plany, które w przyszłości miały mnie zbliżyć do drużyny. Pomysł, że jestem piłkarzem i zostaję kupiony do Crveny zvezdy za sto bilionów dinarów (inflacja), wydawał mi się mało prawdopodobny. Chciałem więc zostać fizjoterapeutą lub zajmować się piłkami, albo nawet, a niech tam, być piłką, najważniejsze – stać się częścią Czerwonej Gwiazdy.
Nie przegapiłem żadnej transmisji w radiu ani żadnego skrótu meczu w telewizji. Na trzynaste urodziny zażyczyłem sobie karnet.
– Dostaniesz rower – rzekła nena, zapytawszy ziaren fasoli.
Spytałem, skąd fasola miałaby to wiedzieć.
– Nie wychodź z domu w urodziny – powiedziała z powagą, rzuciwszy kolejną garść. Następnie wstała, cisnęła fasolę przez okno, umyła ręce i położyła się spać.
Realna szansa, że moje życzenie zostanie spełnione, nie istniała, ponieważ do Belgradu było blisko dwieście pięćdziesiąt kilometrów. A mimo to jedynak we mnie liczył na to, że rodzice z mojego powodu zdecydują się na przeprowadzkę do stolicy.
6 marca Crvena zvezda zmiotła w pierwszym meczu Dynamo Drezno, wygrywając 3:0. Oglądałem transmisję z tatą, ochrypliśmy już po pierwszym golu. Po końcowym gwizdku ojciec wziął mnie na bok i powiedział, że spróbuje załatwić dla nas bilety na półfinał, jeśli nasza drużyna się zakwalifikuje. Mówiąc dla nas, miał na myśli też mamę, ona jednak popukała się tylko w czoło.
Rewanż w Dreźnie został przerwany z powodu ekscesów przy wyniku 1 : 2, wygraliśmy walkowerem 3 : 0. W półfinale trafiliśmy na Bayern. Już wtedy teoretycznie nie do pokonania. Znowu razem z tatą oglądaliśmy pierwszy mecz w telewizji. W przerwie poinformowano o zamieszkach w Chorwacji. Padły strzały. Crvena zvezda strzeliła dwie bramki, Bayern jedną.
Wygląda to tak: kraju, w którym się urodziłem, dziś już nie ma. Dopóki istniał, uważałem się za Jugosłowianina. Podobnie jak moi rodzice, którzy pochodzili z serbskiej (ojciec) albo boszniackiej[1] rodziny (matka). Byłem dzieckiem wielonarodowego państwa, owocem i wyznaniem dwojga mających się ku sobie ludzi, których jugosłowiański tygiel uwolnił od więzów odmiennego pochodzenia i religii.
Ponadto trzeba wiedzieć: ktoś, kogo ojciec był Polakiem, a matka Macedonką, także mógł nazywać siebie Jugosłowianinem, jeśli tylko niezależność i grupa krwi znaczyły dla niego więcej niż zależność od innych i krew.
24 kwietnia 1991 roku pojechałem z ojcem na rewanż do Belgradu. Wywiesiłem swój czerwono-biały szalik przez okno, bo tak w telewizji robili prawdziwi kibice. Gdy przybyliśmy na stadion, szalik był potwornie upaprany. O czymś takim nikt ci jednak nie powie.
27 czerwca 1991 roku doszło do pierwszych działań wojennych w Słowenii, która ogłosiła swoją niezależność od Jugosławii. Później miały miejsce starcia w Chorwacji, horror, a następnie Chorwacja zadeklarowała niepodległość.
24 kwietnia 1991 roku dzięki bramce z rzutu wolnego serbskiego obrońcy Sinišy Mihajlovicia Crvena zvezda wyszła na prowadzenie. Najpierw sfaulowany został Dejan Savićević, wyborny technik z Czarnogóry. Z osiemdziesięciu tysięcy gardeł rozległ się ogłuszający, niesamowity okrzyk radości. Dzisiaj mógłbym powiedzieć, że wyładowały się w nim wściekłość, tłumiona agresja, lęki egzystencjalne. Ale to nieprawda. Wszystko rozładowano później bronią. Tutaj chodziło o jedną rzecz: radość z powodu ważnej bramki.
Odpalono race, ponad trybunami wzniósł się czerwony dym, zasłoniłem twarz szalikiem. Wokół nas wiwatowali ludzie, prawie sami mężczyźni, młodzi faceci, czeskie płetwy, pety, pięści.
W środku pola Prosinečki ciągle ogrywał Bawarczyków, jego jasnoblond czupryna jak słoneczko to wschodziła, to – jeśli przeciwnik nie potrafił poradzić sobie w inny sposób – zachodziła nad murawą. Jugosłowianin jak ja: matka Serbka, ojciec Chorwat. Wysoko podciągnięte spodenki. Blade nogi.
Z tyłu pole gry skracał Refik Šabanadžović, niewygodny Bośniak, krępy, ale szybki. Mój ulubiony zawodnik pałętał się, na pozór ospale, przed polem karnym przeciwnika: Darko Pančev zwany Kobrą. Ten macedoński napastnik, strzelec bramki w pierwszym meczu, biegał po boisku lekko pochylony, podnosił co chwila ręce do góry, jakby akurat dziś niezbyt mu szło. Najbardziej krzywe nogi we wszechświecie, też chciałem takie mieć.
Co za drużyna! Drugiej takiej już nigdy potem nie będzie na Bałkanach. Po rozpadzie Jugosławii w każdym nowym państwie powstały nowe ligi ze słabszymi zespołami, dziś najlepsi gracze szybko uciekają za granicę.
Bayern wyrównał w środku drugiej połowy. Rzut wolny Augenthalera, piłka prześlizgnęła się przez ręce Stojanovicia. Belodedici, rumuński forstoper (mniejszość serbska), pocieszał leżącego na ziemi kapitana drużyny.
Ojciec, ten raczej cichy człowiek, wrzeszczał, skarżył się, klął, a ja go naśladowałem, naśladowałem wściekłość ojca, w ogóle nie wiem, co stało się z moją złością, może nie czułem jej wtedy, choć każdy wokół mnie miał jej w sobie tak wiele, a może dlatego, ponieważ wiedziałem, że wszystko będzie dobrze. I akurat gdy chciałem to oznajmić tacie – że wszystko będzie dobrze – Bayern wyszedł na prowadzenie.
Ojciec się załamał.
Niemal dokładnie rok później zapytał mnie po namyśle, jakie przedmioty są dla mnie na tyle ważne, że nie mógłbym się bez nich obyć w długiej podróży. Mówiąc o długiej podróży, miał na myśli ucieczkę z naszego okupowanego rodzinnego miasta, gdzie pijani żołnierze śpiewali piosenki, jakby kibicowali jakiejś drużynie. Jako pierwszy przyszedł mi na myśl mój czerwono-biały szalik. Wiedziałem, że są ważniejsze rzeczy. Mimo to zabrałem go ze sobą.
– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze – powiedział ojciec.
Gdyby stanęło na 1 : 2, byłaby dogrywka. Może Bawarczycy mieliby wtedy lepsze nogi i pomysły, jak dojść do finału. Być może wszystko w ogóle potoczyłoby się inaczej, wojna nie dotarłaby do Bośni, ja nie zabrałbym się do tego tekstu.

Nie widziałem gola na 2 : 2. W tym momencie – mijała dziewięćdziesiąta minuta – wszyscy stali, cały stadion stał, może nawet ostatni raz cały kraj stał razem po jednej stronie. Obserwowałem decydujący atak aż do chwili, gdy piłka, odbiwszy się od Augenthalera, zaczęła lecieć w kierunku bramki, potem jednak mężczyźni przed nami, obok nas poruszyli się, cała trybuna ruszyła się, w prawo, w górę, zostałem ściśnięty, na krótko straciłem równowagę, a z oczu piłkę –
Jak często oglądałem powtórkę tej bramki? Pewnie ze sto razy. Aż każdy szczegół wyrył mi się w pamięci niby coś, co kojarzy się wyłącznie z wielką miłością lub wielkim nieszczęściem. Augenthaler chce przeciąć dośrodkowanie, trafia niefortunnie w piłkę, długi strzał do własnej bramki.
Oto lista rzeczy, które posiadałem:
Dzieciństwo w małym miasteczku nad Driną.
Kolekcję odblaskowych światełek odkręconych od rejestracji samochodów. Z tego powodu raz jedyny dostałem od rodziców w skórę.
Babcię, która znała alfabet nasion fasoli i która radziła mi, bym przez całe życie trzymał się słów, a wtedy, co prawda, nie wszystko się uda, ale niektóre rzeczy da się lepiej znieść. Albo metali szlachetnych. W tym wypadku ziarna fasoli nie wyraziły się jasno.
Miałem dwie papużki faliste, Skrzeka (jasnoniebieską) i Gwizdawkę (koloru już nie pamiętam).
Chomika o imieniu Indiana Jones, któremu w ostatnich dniach jego zbyt krótkiego życia podawałem na łyżeczce rozdrobniony na proszek andol (sam go brałem na ból głowy) i czytałem na głos opowiadania Ivo Andricia.
Częste bóle głowy.
Nieprawdopodobną wyprawę z ojcem na nieprawdopodobny mecz nieprawdopodobnej drużyny, która po awansie w Belgradzie wygra turniej, a potem stanie się czymś niewyobrażalnym.
Wojnę, która była nie do pomyślenia.
Nauczycielkę języka angielskiego, której nigdy nie powiedziałem „do widzenia” i z którą ponowne spotkanie nie jest już możliwe.
Czerwono-biały szalik, którego nie chciałem prać po meczu w Belgradzie, a który mimo to wylądował ostatecznie w pralce. Crvena zvezda to obecnie drużyna mająca wielu ultraprawicowych, agresywnych kibiców. Szalik zabrałem wtedy ze sobą do Niemiec, nie wiem, gdzie jest dzisiaj.

[1] Boszniacy – muzułmanie mieszkający w Bośni i Hercegowinie. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Oskoruša, 2009
Na wschodzie, niedaleko Višegradu, leży w górach wioska, do której dostęp jest z reguły utrudniony, a przy niekorzystnej pogodzie zupełnie niemożliwy, i w której mieszka tylko trzynaście osób. Jak sądzę, nigdy nie czuli się obco. Nie przybyli z innego kraju, większość życia spędzili w tym miejscu.
Pewne jest również: tych trzynaścioro już nigdzie się stąd nie ruszy. Będą ostatni. Tutaj na górze (albo w szpitalu w dolinie) nastąpi koniec, wraz z nimi przeminą zagrody – dzieci ich nie przejmą – szczęście oraz skrzypiące stawy biodrowe. Rakija, która oślepia widzących, niewidomym zaś przywraca wzrok, zostanie wypita, albo i nie, już wkrótce nie będzie się jej pędzić (w butelce drewniany krzyż). Płoty nie odgrodzą tego, co ma znaczenie, pola będą leżeć odłogiem. Świnie zostaną sprzedane albo zarżnięte. Nie wiem, co stanie się z końmi. Na pora, kukurydzę i jeżyny przyjdzie koniec. Chociaż jeżyna pewnie sobie poradzi.
Odwiedziłem to miejsce po raz pierwszy w 2009 roku. Pamiętam, że na widok słupów energetycznych głośno i głupio zastanawiałem się, czy odłączą prąd, gdy umrze ostatni mieszkaniec. Jak długo jeszcze będzie słychać szum między tymi słupami?
Gavrilo, jeden z najstarszych w wiosce, splunął na to siarczyście w soczystą trawę i wykrzyknął:
– Co z tobą? Ledwo żeś przyjechał, a już mówisz o umieraniu. Coś ci powiem. My tu żyliśmy, śmierć to mniejszy problem. Zadbajcie o nasze groby, połóżcie na nich czasem kwiaty i pogadajcie z nami, a wszystko będzie toczyć się dalej. Z prądem lub bez. Zresztą mi nikt nie musi kłaść kwiatów, na co martwemu kwiaty? Ta. A teraz chodź, obudź się, pokażę ci parę rzeczy, bo widocznie o niczym nie masz pojęcia.
Oskoruša, tak nazywa się wioska. Starszy mężczyzna zgarnął nas poza wsią, na skraju drogi, rękami jakby wypalonymi z gliny. Nas, bo nie byłem sam. Na pomysł podróży wpadła moja babcia Kristina.
Towarzyszył nam jeszcze Stevo, który nas przywiózł, poważny mężczyzna z intensywnie niebieskimi oczami, dwiema córkami i problemami finansowymi.
Babcia, na której słońce nie robiło wrażenia, ubrała się tego dnia na czarno. Dużo mówiła, całkiem sporo pamiętała. Dziś wygląda to tak, jakby przeczuwała, że przeszłość wymknie się jej z rąk. Ujrzała Oskorušę po raz kolejny, mnie zaś pokazała ją po raz pierwszy.
Rok 2009 – ostatni dobry rok babci. Jeszcze nie zaczęła zapominać, a jej ciało robiło to, co chciała. W Oskorušy chodziła drogami, które jako młoda kobieta przemierzała pół wieku wcześniej wraz ze swoim mężem. Dziadek Pero urodził się tutaj i spędził w tych górach dzieciństwo. Zmarł w 1986 roku w Višegradzie, przed telewizorem, gdy ja w sypialni obok strzelałem plastikowymi figurkami Indian do plastikowych figurek kowbojów.
Dawniej babcia twierdziła – miałem dziesięć albo pięć, albo siedem lat – że nigdy nie będę oszukiwał i kłamał, tylko zawsze przesadzał i wymyślał. Wtedy nie potrafiłem odpowiedzieć, jaka jest różnica między jednym a drugim (dzisiaj też nie zawsze chcę znać odpowiedź), ale pochlebiało mi, że babcia zdawała się mieć do mnie zaufanie.
Rankiem przed naszą podróżą do Oskorušy potwierdziła raz jeszcze, że zawsze to wiedziała:
– Wymyślasz i przesadzasz, do tego dziś zarabiasz na tym pieniądze.
Właśnie przyjechałem do Višegradu, chciałem odpocząć po długiej trasie promującej moją pierwszą powieść. Jeden egzemplarz wziąłem ze sobą w prezencie, tylko że po niemiecku – zupełnie bez sensu.
Czy to książka o nas, spytała babcia.
Z miejsca zacząłem wyjaśniać: – fikcja, jak ją postrzegam, powiedziałem, tworzę własny świat, zamiast odtwarzać ten nasz, w tym tutaj, popukałem w okładkę, rzeki mówią, a pradziadowie żyją wiecznie. Fikcja, tak jak ją sobie wyobrażam, powiedziałem, to otwarty system, który składa się z pomysłów, spostrzeżeń i wspomnień ocierających się o rzeczywistość.
– Ocierających? – Babcia zakaszlała i podźwignęła wielki gar z faszerowaną papryką na kuchenkę. – Usiądź, jesteś głodny. – Książkę oparła dekoracyjnie o wazon niczym eksponat muzealny na postumencie.
A potem padło zdanie o zarabianiu pieniędzy.
Faszerowana papryka pachniała jednym ze śnieżnych dni 1984 roku. W Sarajewie odbywała się właśnie olimpiada, a ja udawałem, że jestem saneczkarzem jak nasi słoweńscy bohaterowie, którzy pędzili z góry w wyjątkowo ciasnych, pstrokatych strojach. Wygrywałem każdy wyścig (zjeżdżałem dopiero wtedy, gdy za mną nie było nikogo, kto mógłby mnie wyprzedzić).
Czekając, aż danie będzie gotowe, patrzę na stojący na zboczu dom Kupusów, od czasów wojny podziurawiony pociskami i pusty. Tamtego dnia, gdy wróciłem z sankami do domu babci, przygotowała faszerowaną paprykę. Okropnie szczypały mnie palce, babcia przytrzymywała moje dłonie, ogrzewała je, a tymczasem w telewizji Jure Franko zdobywał srebrny medal w slalomie gigancie. W tym mieście nawet zwykła papryka nie może się pojawić bez przypisu we wspomnieniach.
Babcia nalała mi wody, to ważne – powiedziała w 1984 i z tym samym przekonaniem powtórzyła w 2009 roku – żeby przyjmować dużo płynów. I szklanka była ta sama, rozpoznałem ją po niewielkim pęknięciu na brzegu.
– Babciu, trzeba by kiedyś wszystko przebrać.
– Przecież masz oczy. Pij z drugiej strony.
I tak zrobiłem, ona się przyglądała. Jak jem. Jak ją wypytuję. Co u ciebie, babciu? Co robisz przez cały dzień? Czy ktoś cię odwiedza? Pytania, które zadawałem również przez telefon.
Mówiła zdawkowo, nie chciała rozmawiać o sobie – dopiero gdy zacząłem pytać o innych, o sąsiadów, odpowiadała nieco bardziej szczegółowo.
– Odkąd byłeś tu ostatni raz, nikt nie umarł i nie zwariował. Rada jeszcze żyje, Zorica też. I Nada z czwartego piętra. One tylko trochę zwariowały. To przychodzi z wiekiem. Ale dobrze. Dobrze, że są. Dla mnie są dobre nawet zbzikowane.
W tej samej chwili odezwał się dzwonek.
– I mój Andrej! – zawołała babcia i popędziła do drzwi. Usłyszałem męski głos i babcię, która chichotała jak dziewczyna, szelest toreb i Kristinę mówiącą „dziękuję”. Wróciła i od razu sprzątnęła mój talerz. Nie skończyłem co prawda, ale zdążyłem się najeść.
– Kto to był?
– Mój policjant – zawołała babcia, jakby to wszystko wyjaśniało.
Chciałem pozmywać, babcia wygoniła mnie z kuchni, to nie jest robota dla mężczyzny. Dawniej też tak mówiła. O odkurzaniu. O powlekaniu pościeli. O sprzątaniu. Pochodziła z rodziny i czasów, w których mężczyźni strzygli owce, a kobiety dziergały wełniane kamizelki. Maniery miały praktyczne zastosowanie, fantazje pozostawały niewypowiedziane, język był precyzyjny i szorstki. Potem przyszedł socjalizm i zaczęto dyskutować na temat roli kobiety, wtedy kobieta opuszczała dyskusję, szła do domu i wywieszała pranie.
Starsza siostra babci, cioteczna babka Zagorka, nie chciała dłużej czekać na inne czasy. Ciągnęło ją do szkoły, w niebo, w kosmos. Pragnęła zostać kosmonautką, najpierw nauczyła się przekory, potem, z pomocą Todora i Tudora, bliźniaków z krzywicą, opanowała sztukę czytania i pisania. W wieku piętnastu lat, krótko po drugiej wojnie, odwróciła się plecami do skał dzieciństwa, wzięła ze sobą jedynie kozę, która była jej najlepszą towarzyszką, i wyruszyła w drogę do Związku Radzieckiego. W Banacie pewien węgierski lotnik nauczył ją latać, a potem zakochała się – podczas łagodnej nocy spędzonej na pasie startowym w Kotlinie Panońskiej – tyle że nie w nim. W Wiedniu przez trzy lata czyściła klozety w koszarach i pozwalała, żeby Aleksander Nikołajewicz, blady sowiecki starszy sierżant służby weterynaryjnej, uczył ją rosyjskiego nad brzegiem Dunaju. Aleksander śpiewał i grał na gitarze, jedno i drugie robił nieudolnie, ale z zapałem. Rosjanin z Gorki nad Wołgą śpiewał nad Dunajem dla mojej ciotecznej babki Zagorki ze wsi Staniševac nad Rzavem o pięknych rzekach, miastach i oczach – brązowych, a może i niebieskich, choć to właściwie bez znaczenia, o jaki kolor chodziło, bo moja cioteczna babka chciała od śpiewającego Rosjanina czegoś innego niż on od niej. Opuściła Wiedeń z wierną kozą, odrobiną pieniędzy, dokumentami rosyjskiego starszego sierżanta i włosami obciętymi na krótko. W dniu swoich dziewiętnastych urodzin dotarła do Moskwy. Z wyróżnieniem ukończyła szkolenie na pilota samolotu bojowego i w 1959 roku przyjęto ją do szerokiego grona pierwszej grupy kosmonautów ZSRR. Na marzenia wysokich lotów było jednak za późno. To Amerykanie wkrótce mieli skakać po Księżycu, a Rosjanie nie chcieli być w niczym drudzy. W pewien ciepły lutowy poniedziałek 1962 roku Zagorka udała się do biura Wasilija Pawłowicza Miszyna i oznajmiła, że ma pomysł oraz starą, ale zdrową kozę, i już pół roku później pupilka mojej ciotecznej babki, koza ze wsi Staniševac we wschodniej Bośni, została wystrzelona na orbitę Księżyca. Koza pozostała anonimowa i pewnie spłonęła w trakcie ponownego wejścia w atmosferę.
Zagorka zmarła w 2006 roku. U kresu nie była ani szczególnie zmęczona, ani szczególnie smutna. Niedosłyszała i nie miała zębów. Kristina opiekowała się swoją, jak ją nazywała, „siostrzyczką” do utraty tchu, a ja chciałem właśnie znowu usiąść do stołu, gdy babcia powiedziała:
– Co robisz, chodź no tu, pozmywaj! Co z tobą?
Pod zlewozmywakiem wisiała ścierka, miała mniej więcej tyle lat co ja. Biało-czerwona ścierka w kratkę, cienka i przetarta od niezliczonych obrotów na karuzeli pralki. Wytarłem talerz, widelec, nóż i szklankę z małym pęknięciem.
Babcia przebrała się i stała za moimi plecami. Czarna bluzka, czarne materiałowe spodnie, tylko kalosze – żółte. Natychmiast przyszło mi na myśl, że wygląda jak superbohaterka, która w mgnieniu oka zakłada swój kostium, ale babcia nie miała długich blond włosów, miała za to trwałą w kolorze lila i spowijała ją żałobna czerń.
– Dokąd się wybierasz?
– Jedziemy do Oskorušy.
– Przecież dopiero co przyjechałem.
– Jeszcze się nasiedzisz, a Oskoruša nie może czekać. – Dźwięk klaksonu. – Już jest kierowca. – Zawiązała sobie czarną chustkę pod brodą, lecz potem, przyjrzawszy się swojemu odbiciu w lustrze, zdjęła ją.
– Posłuchaj – powiedziała. – To wstyd, że jeszcze nigdy nie byłeś tam w górach.
A gdy dalej się nie ruszałem:
– Siedzeniem w miejscu nikt jeszcze nie opowiedział dobrej historii.
Nie wiem, skąd jej się to wzięło, ale brzmiało nieźle.
– Jak długo zostaniemy?
– Jak już się tam dotrze, to chce się zostać na zawsze.
W korytarzu stały torby wypełnione produktami spożywczymi. Przyniósł je chyba „jej policjant”. Teraz ja miałem to wszystko dźwigać. Babcia się uśmiechnęła.
– Witaj w domu – powiedziała. – Mój osiołku.
Jeśli w Višegradzie istniała kiedyś mafia, babcia była matką chrzestną. Jako dziecko wiedziałem, że jest w mieście trzech znanych drobnych przestępców, którzy się jej bali i załatwiali dla niej sprawunki. Gdy była u fryzjera, gdzie farbowała sobie włosy na kolor lila, najczęściej jeden z nich stał jakby nigdy nic przed salonem i łuskał pestki dyni. Babcia wychodziła na ulicę ze świeżą trwałą, coś mu szeptała, na co on, niezależnie od otrzymanego zlecenia, znikał pośpiesznie w uliczkach.
Babcia nigdy nie chodziła do szkoły. Chłopcy musieli chodzić do szkoły, choć woleli biegać po podwórku, mówiła. Dziewczynki chciałyby pójść do szkoły, ale musiały zostać w domu. Matka nauczyła ją szyć, robić na drutach i wykonywać prace domowe. Starsza siostra, Zagorka – czytać i pisać.
Wraz z postępem choroby pozbyłem się złudzeń, że babcia może być wszystkim i wszystko robić, przestałem mieć nadzieję, że poradzi sobie z życiem, ze starością. Zaczęło się wiosną 2016 roku. Babcia gubiła rzeczy i nie mogła pojąć, że je zapodziała. Szukała odpowiedniego słowa i zapominała, co chciała powiedzieć. Nie potrafiła już posługiwać się pilotem, więc rozłożyła go na części. Do fryzjera chodziła tylko wtedy, gdy ktoś ją tam zabrał. Jakiś akwizytor przekonał ją, żeby kupiła poduszkę za dwieście euro, chociaż wcześniej to ona sprzedałaby mu swoją i jeszcze zagroziła pobiciem.
Wiosną 2009 roku babcia miała się jednak dobrze. Zeszła bez trudu z trzeciego piętra na podwórze. Silnik niebieskiego yugo był włączony, kierowca w dżinsach i tiszercie ruszył jej z pomocą, gdy wsiadała do auta. Przedstawił mi się jako Stevo.
– Szofer – dopowiedział, kiwając głową w kierunku babci.
Yugo nie sprawdzał się na twardym, nierównym szlaku prowadzącym do Oskorušy. Trzeba było nieźle się natrudzić, by tym samochodzikiem, nie łamiąc osi, wydostać się z dziur. Stevo po chwili miał jednak dość, zlitował się.
Chcieliśmy pójść dalej pieszo, gdy ktoś, nie wiadomo skąd, zawołał babcię po imieniu, a góry z życzliwą surowością modelowały echo w szumiącym wiosną powietrzu.
Babcia uśmiechnęła się.
Z początku nie można było dostrzec tego, kto wołał, ale potem z lasu powyżej drogi wyszedł młody mężczyzna i przeskoczył nad wzniesieniem, nieroztropnie i z precyzją, niczym kozioł. Człowiek im bardziej się zbliżał, tym stawał się starszy. W jego brodzie tkwiły jodłowe igły.
Ponownie zawołał babcię po imieniu, gdy dzieliło nas tylko kilka kroków. Zdjął czapkę – serbską šajkačę – patrzyli na siebie wystarczająco długo, że chciałoby się napisać z czułością.
Uściśnięcie ręki Stevo, potem pełen rozmachu zwrot w moją stronę oraz głos grzmiąco wypowiadający moje imię, wszystko z pewną przesadą: zbyt zamaszysty obrót, zbyt brązowe oczy, a pod paznokciami ziemia.
– Ty jesteś wnukiem. Mam na imię Gavrilo. Jesteśmy spokrewnieni, mógłbym ci teraz powiedzieć jak, ale wolę ci pokazać.
Pokazywanie zaczęło się na cmentarzu – babcia chciała odwiedzić grób teściów. Gavrilo zwinnym krokiem poprowadził nas na pochyłą łąkę otoczoną pochyłymi drzewami. Na zachodzie rozpościerała się otwarta przestrzeń, ponad łagodnymi pagórkami, upstrzonymi domami i zagrodami, wznosiła się góra, obrośnięta gęstymi zielonymi lasami prawie po skalisty i czerwonawy w słońcu szczyt. W Oskorušy zmarli mają piękne widoki.
Przechadzaliśmy się między grobami w upalnym słońcu południa i w wysokiej trawie. Starałem się dotrzymać kroku Gavrilowi i zerkałem w kierunku szczytu. Wtem starszy mężczyzna uderzył mnie otwartą dłonią w pierś:
– Uważaj, no, coś się tak rozmarzył!
Wąż przeciął nam drogę.
– Poskok – zasyczał Gavrilo.
Zrobiłem krok w tył i było tak, jakbym cofnął się kilka kroków w przeszłość, do jednego równie upalnego dnia w Višegradzie.
Poskok oznacza: dziecko – ja? – i wąż w kurniku.
Poskok to: promienie słoneczne, które przeciskają się między deskami i przecinają pełne kurzu powietrze.
Poskok: kamień, który ojciec podnosi nad głowę, żeby zabić węża.
W słowie poskok kryje się skok, dziecko wyobraża sobie węża: skacze ci do gardła, strzyka jadem w oczy.
Kiedy ojciec wypowiada: poskok, boję się tego słowa bardziej niż gada w kurniku.
To niesłychane słowo przywołało obrazy, które sprawiły, że zamarłem na cmentarzu w Oskorušy. Poskok dla dziecka skrywa wszystko, co jest przyczyną strachu. Jad i ojca, który chce zabić. Wydaje się niemal, że ojciec jest w zmowie z tym, co słowo to wywołuje u dziecka, we mnie. Boję się słowa, boję się o zwierzę i boję się z ojcem. Stoję za nim pochylony, widzę dobrze obu, ojca i węża. Jakieś przeczucie podpowiada mi: tata nie trafi. Ojciec nie trafia, słowo szykuje się do skoku, rozdziawiwszy pysk. Ja, oszalały ze strachu i ciekawości: co by było, gdyby nie ojciec węża, tylko wąż ojca? Czuję zęby na jego szyi, poskok.
Tata rzuca kamieniem.
Przetłumaczone słowo – żmija nosoroga – nie robi na mnie wrażenia.
Żmija na cmentarzu w Oskorušy wiła się, spokojna i szmaragdowa, w koronie drzewa owocowego, żeby zyskać lepszy widok na intruzów. Umościła się w słońcu pośród gałęzi, sama stała się – nad grobem moich pradziadków – dla siebie gniazdem.
Czekało tam jedzenie, picie i wysoka kobieta, która ogromnym nożem kroiła wędzone mięso na cienkie plastry, stojąc niewzruszenie, nawet wtedy, gdy w odległości kilku metrów gad wił się w górę po krzywym pniu.
Gavrilo zabrał rękę z mojej piersi i ruszył dalej. Babcia i Stevo wyprzedzili mnie i przywitali się z kobietą. Postawili przyniesione potrawy, napoje w plastikowych butelkach. Płyta nagrobka służyła za biesiadny stół. Leżały już na niej mięso i chleb. Nikt nie zwracał uwagi na węża. Wydawało się, że to tylko urojenie, tylko słowa. Babcia zapaliła świeczki.
Odwróciłem się. Chodziłem od grobu do grobu i czytałem. „Stanišić”. Dalej „Stanišić”. I znów „Stanišić”. Prawie na każdym kamiennym bądź drewnianym nagrobku widniało moje nazwisko, zmarli patrzyli na mnie z małych zdjęć, dumni lub zakłopotani. Miałem wrażenie, że tylko to zostało: duma i zakłopotanie.
Niektóre imiona zarósł mech, inne z biegiem czasu zwietrzały.
– O nikim nie zapomniano – zapewnił mnie potem Gavrilo przy grobie moich pradziadków. – Tam też jest jeden, i tutaj. Stanišić, Stanišić – powiedział, wskazując nieczytelne napisy.
– A tej nie pamiętam – dodał po krótkiej chwili.
Wysoka kobieta podała mi najpierw rękę na powitanie, potem rakiję.
– Marija – przedstawiła się. – Gavrilo to mój mąż. Masz owoce?
Oto Marija, strzelista topola pośród drzew. Sztywna brązowa suknia przypominająca fartuch kowala. Pochodzi z wioski położonej kilka dolin dalej, zapomniałem nazwy. W dniu, w którym umarł Josip Broz-Tito, we wsi urodziła się dziewczynka z rudymi włosami, co było niezwykłe i piękne. Mówiono, że jako dwulatka zaczęła mówić po łacinie, co było równie niezwykłe, lecz przede wszystkim całkiem niepraktyczne i bezużyteczne. Wprowadzono ją w tajniki zielarstwa. Niebawem w każdy wtorek dziewczynka potrafiła stosunkowo precyzyjnie przepowiedzieć przyszłość. Niektóre rzeczy się sprawdzały, inne nie. W 1994 roku, gdy szukała krwawnika – ktoś z wioski od wielu dni skarżył się na krwotoki z nosa – weszła na minę.
Podałem Mariji torbę z pomarańczami i ananasem. Położyła owoce na grobie.
– Pewnie lubili je jeść? – zapytałem.
– Nie wiem – odpowiedziała Marija i nakroiła ananasa wielkim nożem. – Ja go lubię. Ty też chcesz?
Marija była tak wysoka, że gdy stała obok mnie, mogłem dostrzec cieniutkie żyłki pod jej podbródkiem. Miała też zręczne palce i zwinnie się poruszała. To, jak dzieliła ananasa, jak zeskoczyła po coś z grobu i jak potem znów na niego weszła, natychmiast sprawiło, że skojarzyła mi się z fechmistrzynią.
Nad nami, w koronie jarzębu, czaił się poskok, rogaty wąż. Dziś mamy 25 września 2017 roku. Siedzę w kolejce miejskiej w Hamburgu, obok dwóch czterdziestoparolatków rozmawia o pokemonach. Słowa skradają się za mną, onieśmielają mnie, cieszą, wśród nich muszę znaleźć takie, które będą odpowiednie dla tej historii.
Historia rozpoczęła się od blaknącego wspomnienia i od wioski, która niebawem zniknie. Zaczęła się w obecności zmarłych: przy grobie moich pradziadków piłem rakiję i jadłem ananasa. Powietrze pachniało dżdżownicami, sokiem z mlecza, krowim gównem i czym tam jeszcze. Rozproszone domy z wapienia i buku wydartych z trzewi miejscowej góry i tutejszego lasu. Chyba ładnie. Zapytałem Gavrila o piękno, Gavrila hodowcę świń, Gavrila myśliwego, czy kiedykolwiek pomyślał, że Oskoruša jest piękna.
Na piękno, poza urodą żony, nigdy nie zwracał uwagi, odparł, całując Mariję w ramię. Byłem pewien, że dorzuci jakąś trzeźwą uwagę, powiedzonko o nieustannej harówce, ziemi, żniwach, ale Gavrilo tylko nalał sobie rakii z butelki po coli i usiadł na grobie.
Oskoruša to ładna nazwa. Nieprawda. Oskoruša brzmi szorstko i ostro. Żadnej sylaby, której można by się przytrzymać, zero rytmu, cudaczny układ dźwięków. Tak, sam początek: Osko – co to ma być? Kto tak mówi? A potem wpadamy na syczącą końcówkę: ruša. Twarda i słowiańska, jak to zakończenia na Bałkanach.
Mógłbym to w ten sposób zostawić, może ktoś uwierzyłby mi, osobie z Bałkanów, twarde słowiańskie zakończenia? Jasne, ci Jugole z ich wojnami i manierami.
Tyle że ten obraz nie ma najmniejszego sensu. Co znaczą twarde słowiańskie zakończenia? Słowiańszczyzna nie jest męskim kapeluszem, czymś, co można by opisać bez najmniejszych wątpliwości, o ile się wie, czym są mężczyźni i kapelusze.
A może czyta to ktoś, kogo nie bawi ironiczne powielanie uprzedzeń i stereotypów, kto wie natomiast, co znaczy Oskoruša, czym ona jest. Gatunkiem owocu. Dokładnie mówiąc, gatunkiem owocu wielce cenionego za swoją niezawodność, agricultural credibility: cieszący się szacunkiem jarząb. Zapewniają ci, których uznanie ma znaczenie, czyli rolnicy. Oskoruša to serbsko-chorwacka nazwa na Sorbus domestica, jarząb domowy.
Jarząb jest przekorną rośliną. W pełni dojrzałe owoce lśnią czerwono od strony wystawionej na działanie promieni słonecznych, reszta pozostaje żółta. Nasłoneczniona strona smakuje słodko, a zacieniona gorzko. Pasożyty omijają drzewo, które nie wymaga szczególnej ochrony i nie musi być opryskiwane. Pień i liście są za to mocno narażone na zgryzanie przez zwierzynę.
W górach Bośni, na wschodnim krańcu wciąż jeszcze tragicznego kraju leży wioska, która już wkrótce zniknie. Oskoruša. W latach osiemdziesiątych mieszkało tutaj stu ludzi. Jeden z nich grał na gęślach. Drugi organizował wieczory gry w domino. A jeszcze inny rzeźbił smoki w wosku. By przetrwać zimę, owijano się w futra i toczyło gorące spory przy dominie. Latem należało się porządnie nasmarować. Kiedyś zabłądził tu pieszy turysta z Islandii, dużo się uśmiechał i zajął szacowne czwarte miejsce w turnieju domina.
W czasie wojen odosobnienie wioski stanowiło prawdopodobnie okoliczność ratującą życie. Oskoruša pozostała nietknięta, z wyjątkiem mężczyzn, którzy na ochotnika przyłączali się do jednych bądź drugich i ginęli. Kto zostawał, umierał z innych przyczyn.
Na cmentarzu w Oskorušy dzieliłem nazwisko i chleb ze zmarłymi. Jedliśmy wędzone mięso nad prochami moich przodków, gdy Gavrilo zabrał głos.
– W tym miejscu – powiedział i wylał trochę rakii na ziemię – leży twój pradziadek. Prababka piła tylko po kryjomu. – Położył kubek również po jej stronie, a potem odwrócił wzrok, żeby dalej mogła pić w tajemnicy. Trąciliśmy się.
Babcia nie szczędziła wysiłku przy grobie swoich teściów. Zdrapała ptasią kupę z czarnej płyty, powyrywała chwasty, obcięła krzewy. Przytaszczyła dwa głazy, cel pozostał dla mnie niezrozumiały, ruszyłem z pomocą, chciała, żeby stały tam i tam.
Dziś cała ta krzątanina wokół grobu stanowi jedno z jej niezawodnie powracających wspomnień. Babcia sama kazała postawić nagrobek.
– Nikt się nie zatroszczył – powtarza – także ci, którzy w ogóle by nie istnieli, gdyby nie było tych, co tu spoczywają.
Cmentarny upał miał słony smak i rozbrzmiewał dźwiękiem cykad. Gavrilo szukał mojego spojrzenia. Skinąłem głową w jego kierunku i natychmiast poczułem, że na cmentarzu taki gest był niestosowny.
– Widzisz to? – Wskazał na krajobraz. – Tam stał dom – powiedział.
– Dom moich pradziadków?
– Tak.
– Tam?
– Nie, tam.
– Tam, gdzie widać płot?
– Nie, tam, gdzie nic nie widać.
Zaśmiałem się. Gavrilo nie uważał, że to zabawne, i od razu zapytał mnie, skąd pochodzę.
A jednak, pochodzenie, jak zwykle, pomyślałem i zacząłem: złożona kwestia! Najpierw należałoby wyjaśnić, do czego odnosi się „skąd”. Do położenia geograficznego wzgórza, na którym znajdowała się sala porodowa? Do granic państwa w chwili, gdy nadeszły ostatnie bóle? Proweniencji rodziców? Genów, przodków, dialektu? Jakby nie patrzeć, pochodzenie to pewien konstrukt! Rodzaj kostiumu, który musimy wiecznie nosić, skoro już go nam założono. Jako takie jest przekleństwem! Albo, przy odrobinie szczęścia, kapitałem, który nie jest wynikiem talentu, ale stwarza korzyści i przywileje.
Mówiłem tak i mówiłem, a Gavrilo pozwolił mi się wygadać. Ułamał chleb i wręczył mi kawałek z brzegu. Potem powiedział:
– Stąd. Pochodzisz stąd.
Ugryzłem chleb. Czekałem, aż wyjaśni. Stąd? Jak to stąd? Z powodu pradziadków?
Gavrilo wytarł ogórka rękawem, zanim go skosztował, a gdy jadł, mówił o ogórkach i triumfalnym pochodzie warzyw modyfikowanych genetycznie. Kiedy niemal straciłem wątek, złapał mnie za ramię, jakby chciał sprawdzić moje mięśnie i zawołał:
– Stąd. Pochodzisz stąd. Zobaczysz. Idziesz?
– A mam wybór? – próbowałem być dowcipny.
– Nie – oznajmił Gavrilo.
– Nie bądź niewdzięczny – dodała szeptem babcia.
Spojrzałem w górę na węża i miałem wrażenie, że on też coś zaraz powie. Wszak pochodził stąd, rozumiał język tych gór, rozumiał chyba lepiej niż ja, co się dzieje, a może nawet to, za co powinienem być wdzięczny.
Spakowaliśmy wszystko. Stevo i Marija odnieśli torby, ja poszedłem za babcią i Gavrilem. Przyprowadzili mnie do studni, prototypu studni – z kamienną obudową, spadzistym daszkiem z drewna, korbą, wiadrem, liną.
– Źródło odkrył twój pradziadek – rzekł Gavrilo. – Studnię wykopał twój pradziadek, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnął przed śmiercią, było, by jego żona, twoja prababka, przyniosła mu jeszcze jeden łyk tej wody. Na co ona odparła: „Sam sobie idź”.
Miałem się napić, ale nie czułem pragnienia i bałem się zarazków. Nie chciałem też nikogo rozczarować, ani pradziadka, ani Gavrila, ani babci, napiłem się więc, i była to najlepsza woda, jakiej kiedykolwiek kosztowałem, a gdy napełniałem nią jeszcze butelkę, babcia powiedziała:
– Twój dziadek urodził się w Oskorušy. Pił z tego źródła, a w lasach zbierał grzyby i upolował pierwszego niedźwiedzia, nie miał wtedy nawet ośmiu lat.
– Chłopcze, skąd pochodzisz? – zapytał znów Gavrilo, a ja pomyślałem: tożsamościowa ściema! I że chyba odrobina wody nie uczyniła mnie słabym.
Babcia ciągnęła dalej:
– Twój pradziadek urodził się w Oskorušy – mówiła. – Ta cała ziemia należała do niego. A tam na górze, spójrz, wybudował swój dom.
– No chodź – powiedział Gavrilo i oboje znowu ruszyli. – Nie znajdziesz u nas lepszego widoku na dolinę i na szczyt Vijaracu.
Leżało tam jedynie kilka grubo ciosanych kamieni, pozostałości jakiejś ściany albo coś takiego. Upiornie oplecione pajęczynami. Próbowałem doszukać się zarysu budynku, pośród pokrzyw posuwałem się w kierunku resztek mebli w zwalonych murach, w kierunku regału złamanego w swojej już nic niedźwigającej egzystencji. Na szkielecie żelaznego łóżka bez lęku tkwiła jaszczurka. A przez otwór w murze, który niegdyś był oknem, gałęzie sięgały po dziecięce sny mojego dziadka. Ale, przepraszam, jakie to ma dla mnie znaczenie?
Piłem wodę ze studni pradziadka i piszę o wszystkim po niemiecku. Woda miała smak ciężaru tych gór, ciężaru, którego nigdy nie musiałem dźwigać, i uciążliwej lekkości, z jaką twierdzi się, że coś do kogoś należy. Nie. Woda była zimna i smakowała jak woda. Ja decyduję, ja.
– Chłopcze, skąd pochodzisz?
Teraz więc także stąd? Oskoruša.

 
Wesprzyj nas