Baśń o przebiegłej naturze zła, które potrafi manipulować i niszczyć, a ulec może jedynie czystemu dobru. Przepełniona magią piękna przypowieść pióra Kelly Barnhill, autorki ukochanej przez czytelników na całym świecie Dziewczynki, która wypiła księżyc.


Wdoligłaźno. To było urokliwe miasteczko, aż do pożaru… Wybuchł pewnej straszliwej nocy i pochłonął Bibliotekę. Od tamtej pory miasto zaczęło chylić się ku upadkowi. Kolejne pożogi strawiły Szkołę, domy i sklepy. Wdoligłaźno na przemian nękały susze i powodzie. Mieszkańcy zamknęli swoje domy dla sąsiadów i serca dla potrzebujących. Coraz częściej myśleli: Lepiej pilnować własnego nosa.

Wiarę i nadzieję pokładali tylko w Burmistrzu, przystojnym PRZESŁAWNYM W ŚWIECIE POGROMCY SMOKÓW, jak o sobie mawiał (fakt, nikt w jego obecności nie widział smoka!) o olśniewającym uśmiechu, który pojawił się znikąd i zapewniał, że jest lekiem na całe zło. Ale tak naprawdę tylko podopieczni miejscowego Sierocińca wierzyli, że Wdoligłaźno może znowu stać się urokliwym i życzliwym miejscem. Aż pewnego dnia jedna z sierot zniknęła…

Kto mógł dopuścić się takiej zbrodni?
Pewnie Ogrzyca, jak przekonuje Burmistrz (wszak to odrażające istoty!), która zamieszkała w krzywej chacie na obrzeżach Wdoligłaźna.
Czy aby na pewno? A może prawdziwa bestia czai się o wiele bliżej i ma przyjazne oblicze?
To zagadka, którą rozwikłać mogą tylko podopieczni Sierocińca.
Czy dzieci podołają temu wyznaniu? Czy sprawią, że smutek opuści Wdoligłaźno, zło zostanie ukarane, a dobro nagrodzone?

***

Zdobywczyni Medalu Newbery’ego łączy starożytne przypowieści, język wron i historię smoczego rodzaju w ambitną, fantastyczną alegorię społeczno-polityczną, która zadaje dotkliwe pytania o naturę czasu, znaczenie opieki społecznej i to, co czyni z nas sąsiadów.
„Publishers Weekly”

Tyle wykwintna, co poruszająca.
„Kirkus Reviews”

Świetna powieść fantasy… Niezależnie od tego, czy liczyłeś miesiące, tygodnie i dni do premiery, czy jesteś nowicjuszem w ostrej, doskonałej prozie Barnhill i klasycznej, ale świeżej opowieści, z pewnością ją pokochasz.
BookPage, „Przegląd 2022: najbardziej oczekiwane książki dla dzieci”

Książka finalistka National Book Award 2022 w kategorii literatura dla młodych czytelników.

Kelly Barnhill
Ogrzyca i dzieci
Przekład: Łukasz Małecki
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 12 października 2022
 
 


1
Nad­staw­cie uszu

Słu­cha­cie?
Otóż jest to opo­wie­ść o ogrzy­cy.
Choć nie ta­kiej, jak mo­żna by z po­zo­ru sądzić.
(Bo czy kto­kol­wiek jest taki, ja­kim się wy­da­je na pierw­szy rzut oka?)
Ogrzy­ca miesz­ka­ła w krzy­wym domu na skra­ju mia­stecz­ka. Uwiel­bia­ła piec, pra­co­wać w ogro­dzie i li­czyć gwiaz­dy. Tak jak wszyst­kie ogry była wy­so­ka – na­wet naj­ro­ślej­si lu­dzie mu­sie­li za­dzie­rać gło­wy i mru­żyć oczy, aby się z nią przy­wi­tać. Sto­py mia­ła jak dwa żó­łwie ol­brzy­mie, dło­nie ni­czym skrzy­dła cza­pli, a kie­dy się moc­no sku­pia­ła, jej nie­mo­żli­wie wy­so­kie czo­ło prze­ci­na­ły głębo­kie bruz­dy. Skó­ra Ogrzy­cy przy­po­mi­na­ła gra­nit, a jej oczy lśni­ły ni­czym świe­żo bite mo­ne­ty. Sztyw­ne zie­lo­no­żó­łte wło­sy ster­cza­ły w nie­ła­dzie na po­do­bie­ństwo pre­rio­wych traw, cza­sa­mi przy­ozdo­bio­ne sto­krot­ka­mi, mle­cza­mi lub blusz­czem. Jak to ogry od­zy­wa­ła się rzad­ko, lecz roz­my­śla­ła nie­ustan­nie. Była roz­trop­na i tak­tow­na i po­mi­mo swych spo­rych roz­mia­rów nad­zwy­czaj lek­ko stąpa­ła po zie­mi.
Jest to ta­kże hi­sto­ria o sie­ro­tach. W chwi­li gdy się roz­po­czy­na – a więc parę lat po tym, jak Ogrzy­ca spro­wa­dzi­ła się do mia­stecz­ka – żyje ich w Sie­ro­ci­ńcu pi­ęt­na­ścio­ro. Nie­li­cha gro­mad­ka! Zbyt wiel­ka jak na je­den dom, cóż jed­nak po­cząć? Ka­żdy ra­dzi so­bie, jak może. Imio­na dzie­ci brzmią: An­to­nia, Bar­tło­miej, Ce­le­sty­na (pre­fe­ru­je zdrob­nie­nie Ce­sia), Dio­do­ra, Eliasz, For­tu­nat, Gra­cjan, Hi­ram, Ignaś, Ju­sty­na, Kaj, Li­lia, Ma­tyl­da oraz dwo­je ose­sków: Na­nu­sia i Or­fe­usz. Są to do­bre dzie­ci, pil­ne, pra­co­wi­te i uczyn­ne. Ko­cha­ją się moc­no, bar­dziej na­wet, niż ko­cha­ją same sie­bie.
Zu­pe­łnie tak jak Ogrzy­ca – rów­nie do­bra, pra­co­wi­ta i hoj­na. Ona też ko­cha in­nych bar­dziej niż sie­bie.
Cza­sem bywa to pro­ble­mem. Choć nie­zbyt często.
Cza­sem bywa też roz­wi­ąza­niem. Jak to mo­żli­we? Już tłu­ma­czę.

2
Smok

Nin­iej­sza opo­wie­ść ma jesz­cze jed­ne­go bo­ha­te­ra: smo­ka. Nie lu­bię o nim zbyt wie­le mó­wić. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, wolę o nim na­wet nie my­śleć.
Sądzę, że w tym mo­men­cie war­to coś wy­ja­śnić. Nie jest moją in­ten­cją oczer­niać smo­ki jako ga­tu­nek. Osądza­nie ko­go­kol­wiek z góry to prak­ty­ka za­iste god­na po­ża­ło­wa­nia, nie­za­le­żnie od tego, czy mowa o sie­ro­tach, smo­kach, ha­ła­śli­wych sąsia­dach, za­stęp­cach dy­rek­to­ra szko­ły czy lu­dziach o dzi­wacz­nych ma­nie­rach. Jest rze­czą po­wszech­nie wia­do­mą, że wszyst­kie isto­ty na­le­ży trak­to­wać z jed­na­ko­wym sza­cun­kiem i wspó­łczu­ciem.
Je­że­li cho­dzi o smo­ki, to są one pod względem uspo­so­bie­nia tak ró­żno­rod­ne, jak wszyst­kie inne stwo­rze­nia. W moim ży­ciu było mi dane spo­tkać wie­le ro­dza­jów smo­ków: nie­śmia­łe, to­wa­rzy­skie, pe­dan­tycz­ne, le­ni­we, ego­cen­trycz­ne, wiel­ko­dusz­ne, en­tu­zja­stycz­ne, od­wa­żne…
Jed­na­kże  t e n  smok – stwier­dzam to z przy­kro­ścią – był zu­pe­łnie inny. Pod­stęp­ny, chci­wy i nie­czu­ły na krzyw­dę. Nie miał wy­rzu­tów su­mie­nia i wca­le mu nie za­le­ża­ło na tym, by od­ku­pić swo­je winy. Gdzie­kol­wiek się zja­wił, siał nie­zgo­dę i roz­ko­szo­wał się za­mętem. Zda­ję so­bie spra­wę z tego, że to wy­jąt­ko­wo moc­ne sło­wa, i z góry za nie prze­pra­szam. Rzecz w tym, że rów­nież ta­kie uczu­cia – bar­dzo sil­ne – ży­wię do tego kon­kret­ne­go smo­ka.
Po­słu­chaj­cie.
Ni­cze­go nie pra­gnę tak bar­dzo jak tego, by was za­pew­nić o tym, że ka­żda isto­ta – czy to czło­wiek, czy smok – jest ze swej na­tu­ry  d o b r a. Nie zro­bię tego jed­nak z tej pro­stej przy­czy­ny, że kłam­stwo nie leży w mo­jej na­tu­rze. Ka­żde świa­do­me stwo­rze­nie ro­dzi się do­bre i wi­ęk­szo­ść taka po­zo­sta­je, ale nie­któ­re… Cóż, nie­któ­re do­pusz­cza­ją się zła – i nikt nie wie dla­cze­go. Co wi­ęcej, część z nich  p o s t a n a w i a  b y ć  zła. Ża­łu­ję, że tak jest, ale to szcze­ra praw­da i le­piej, że­by­ście do­wie­dzie­li się tego już te­raz, na po­cząt­ku ksi­ążki. W ko­ńcu ka­żda hi­sto­ria ma swój czar­ny cha­rak­ter, a ka­żdy czar­ny cha­rak­ter ma ja­kąś hi­sto­rię.

3
Mia­stecz­ko

Ważne miej­sce w mo­jej opo­wie­ści zaj­mu­je ta­kże Wdo­li­gła­źno, nie­gdyś uro­kli­we mia­stecz­ko.
Wszy­scy tak twier­dzi­li.
Wdo­li­gła­źno sły­nęło z drzew: tych roz­ło­ży­stych, któ­rych chłod­ny cień kła­dł się na skwe­rach i par­kach, tych barw­nie kwit­nących w alej­kach i tych, któ­rych ga­łęzie ugi­na­ły się rok w rok od so­czy­stych owo­ców. Ka­żdy – czy to sąsiad, czy zna­jo­my, czy prze­jezd­ny gość – mógł unie­ść rękę i się nimi po­często­wać. W za­le­żno­ści od pory roku miesz­ka­ńcy za­pe­łnia­li ko­szy­ki mo­re­la­mi i owo­ca­mi kaki, wi­śnia­mi i śliw­ka­mi albo ja­błka­mi i grusz­ka­mi, a w do­mach do­sko­na­li­li umie­jęt­no­ści pie­cze­nia plac­ków, sma­że­nia dże­mów i kon­fi­tur. Ro­bi­li z so­ków cu­kier­ki, któ­re za­wsze trzy­ma­li przy drzwiach we­jścio­wych, aby ob­da­ro­wy­wać nimi dzie­ci z sąsiedz­twa.
W tam­tych cza­sach uli­ce Wdo­li­gła­źna za­pie­ra­ły dech w pier­siach. Lu­dzie prze­cha­dza­li się nie­śpiesz­nie pod buj­ny­mi ko­ro­na­mi drzew, pe­łny­mi kwia­tów bądź owo­ców, cie­sząc się orze­źwia­jącym cie­niem cęt­ko­wa­nym plam­ka­mi sło­ńca. Ka­żde­go wie­czo­ru za­mia­ta­cze szo­ro­wa­li do czy­sta bruk, a ulicz­ne la­tar­nie z dmu­cha­ne­go szkła lśni­ły nocą ni­czym gwiaz­dy. Zna­ków i dro­go­wska­zów jesz­cze nie roz­kra­dzio­no, po­dob­nie jak dzieł sztu­ki w prze­strze­ni pu­blicz­nej, zdo­bi­ących ka­żdy za­kątek. Ale, jak już wspo­mi­na­łem, dzia­ło się to w cza­sach, gdy mia­stecz­ko wci­ąż było uro­kli­we.
W tam­tych dniach miesz­ka­ńcy ko­cha­li prze­sia­dy­wać na pla­cach i pro­me­na­dach, gdzie bez ko­ńca dys­ku­to­wa­li o li­te­ra­tu­rze, po­li­ty­ce i fi­lo­zo­fii. Wszyst­kie dro­gi pro­wa­dzi­ły wów­czas do Bi­blio­te­ki, im­po­nu­jącej bu­dow­li z sze­ro­ki­mi okna­mi, wy­so­ki­mi re­ga­ła­mi i mi­ęk­ki­mi ka­na­pa­mi, otwar­tej dla ka­żde­go, kto miał ocho­tę za­głębić się w jej zbio­rach. W zbio­rach owych znaj­do­wa­ły się ksi­ążki za­rów­no pach­nące no­wo­ścią, jak i ta­kie zszy­wa­ne ręcz­nie przed wie­ka­mi, sta­ro­żyt­ne mądro­ści spi­sa­ne na zwo­jach, a na­wet wy­ry­te w ka­mie­niu. Bi­blio­te­ka­rze prze­my­ka­li to tu, to tam, za­jęci ty­po­wo bi­blio­te­kar­ski­mi spra­wa­mi: sor­to­wa­niem, kon­ser­wa­cją, ukła­da­niem na pó­łkach i uci­sza­niem – cho­ciaż na­wet ich na­po­mnie­nia były wprost prze­mi­łe.
Sąsie­dzi wspól­nie go­to­wa­li zupy dla cho­rych i pie­kli cia­stecz­ka roz­da­wa­ne na lek­cjach w szko­le. Zbie­ga­li się, pra­co­wi­ci jak mrów­ki, gdy na ogro­dze­nie prze­wró­ci­ło się drze­wo, gdy trze­ba było za­ła­tać dziu­rę w da­chu albo gdy czy­jaś mama nie­szczęśli­wie zła­ma­ła nogę. Nie­gdyś lu­dzie ci dba­li o sie­bie na­wza­jem – tak jest, w cza­sach gdy mia­stecz­ko wci­ąż za­słu­gi­wa­ło na mia­no uro­kli­we­go.
Aż pew­nej strasz­li­wej nocy Bi­blio­te­ka spło­nęła.
Jak to często w ży­ciu bywa, ró­żnie za­pa­mi­ęta­no tę tra­ge­dię. W za­le­żno­ści od tego, kogo się spy­ta­ło, mo­żna było usły­szeć roz­ma­ite wy­ja­śnie­nia – prze­wa­żnie ze sobą sprzecz­ne. Nie­któ­rzy utrzy­my­wa­li, że to ja­kiś szu­bra­wiec podło­żył ogień; że sły­sze­li w ciem­no­ściach echo kro­ków, w któ­rych po­brzmie­wał zło­wiesz­czy za­miar, gdy ów łotr zmie­rzał w stro­nę sza­cow­nej bu­dow­li, a pó­źniej z niej ucie­kał. Inni za­rze­ka­li się na wszyst­kie świ­ęto­ści, że sły­sze­li ło­pot smo­czych skrzy­deł nad gło­wa­mi. W tam­tych cza­sach wi­dok smo­ka nie na­le­żał wca­le do rzad­ko­ści – a nikt chy­ba nie ko­cha pło­mie­ni bar­dziej niż smo­ki. Zna­le­źli się jed­na­kże i tacy, któ­rzy, kręcąc po­bła­żli­wie gło­wa­mi, twier­dzi­li, że po­żar był tyl­ko kwe­stią cza­su. No bo cóż może po­wstać z po­łącze­nia spróch­nia­łe­go drew­na, sta­re­go pa­pie­ru i świec? Tak, to była ty­ka­jąca bom­ba ze­ga­ro­wa, mó­wi­li po­nu­ro.
(Gdy­by mnie ktoś spy­tał – lecz nikt tego nie uczy­nił – po­wie­dzia­łbym, że wszy­scy mie­li po tro­sze ra­cję. Otóż w isto­cie je­den z bi­blio­te­ka­rzy za­po­mniał zdmuch­nąć świe­cę, a kie­dy za­pa­dł zmrok, ja ta­kże usły­sza­łem zło­wiesz­cze kro­ki. Za­raz po­tem na ty­łach Bi­blio­te­ki uka­zał się smok w ca­łej swej prze­ra­ża­jącej oka­za­ło­ści; blask jego łu­sek roz­pra­szał ciem­no­ść. Na wła­sne oczy wi­dzia­łem, jak prze­kra­dał się wzdłuż bu­dyn­ku i owi­jał dłu­gą szy­ję wo­kół za­chod­niej wie­ży, a gdy roz­wie­rał pasz­czę, szpe­cił ją pa­skud­ny uśmiech. Tak bym wła­śnie po­wie­dział, gdy­by mnie ktoś spy­tał).
Mimo że wśród miesz­ka­ńców nie było jed­no­my­śl­no­ści w spra­wie przy­czyn tra­ge­dii, lu­dzie zga­dza­li się co do tego, co sta­ło się pó­źniej. W środ­ku nocy roz­brzmia­ły dzwo­ny i wszy­scy, od sta­rusz­ków po dzie­ci, ze­rwa­li się z łó­żek, na­rzu­ci­li płasz­cze na pi­ża­my i wsu­nęli gołe sto­py w ka­lo­sze. Chwy­ciw­szy wia­dra w dło­nie, po­bie­gli ciem­ny­mi uli­ca­mi w kie­run­ku kłębów dymu i po­żo­gi. Ogień, mó­wi­li, strze­lał w nie­bo tak wy­so­ko, że od pa­trze­nia nań łza­wi­ły oczy.
Z pło­nącej bu­dow­li bu­cha­ły fale żaru, od któ­rych zwęgla­ły się rzęsy i usy­cha­ły li­ście na drze­wach. Ksi­ążki wy­la­ty­wa­ły z to­pi­ących się okien ni­czym spa­ni­ko­wa­ne pta­ki o fos­fo­ry­zu­jących skrzy­dłach. Przez krót­ką chwi­lę były pi­ęk­ne, pa­mi­ęta­li miesz­ka­ńcy, tak jak ser­ce jest pi­ęk­ne tuż przed tym, za­nim pęk­nie.
Lu­dzie usta­wi­li się w dłu­gim sze­re­gu i po­da­wa­li so­bie z rąk do rąk wia­dra – w jed­ną stro­nę pe­łne, a w prze­ciw­ną pu­ste – roz­pacz­li­wie wal­cząc z pło­mie­nia­mi. Nie­ste­ty, pró­żne były ich wy­si­łki – po­żar był zbyt wiel­ki, ży­wioł zbyt po­tężny. Wy­schni­ęte na wiór bele sta­no­wi­ły dla nie­go ła­twą po­żyw­kę i pa­pier mu­siał spło­nąć.
Ru­iny Bi­blio­te­ki przez lata sta­ły nie­tkni­ęte mi­ędzy Sie­ro­ci­ńcem i Ryn­kiem – smęt­na ster­ta po­pio­łów, po­wy­gi­na­ne­go me­ta­lu i osma­lo­nych ka­mie­ni. Nikt nie miał ser­ca uprząt­nąć gru­zo­wi­ska, do­tknąć cho­ćby ka­wa­łka znisz­czo­nych mu­rów. Kie­dy lu­dzie prze­cho­dzi­li obok, od­ru­cho­wo wstrzy­my­wa­li od­dech.
Dzie­ci z Sie­ro­ci­ńca, do­ra­sta­jące tuż obok po­zo­sta­ło­ści Bi­blio­te­ki, nie­ustan­nie czu­ły woń dymu i zglisz­czy, a no­ca­mi ich sny były na­wie­dza­ne przez du­chy ksi­ążek.
Nie­dłu­go po Bi­blio­te­ce spło­nęła ta­kże Szko­ła. Tra­gicz­ny zbieg oko­licz­no­ści, zga­dza­li się wszy­scy i szu­ka­li po­cie­chy w ra­mio­nach naj­bli­ższych. Na tym jed­nak nie ko­niec; w ci­ągu nie­co po­nad roku se­ria po­ża­rów do­tknęła ko­lej­ne bu­dyn­ki, domy i skle­py, po nich zaś za­częły umie­rać drze­wa – owo­co­we i kwit­nące, te, któ­re za­pew­nia­ły bło­gi chłód w apo­geum lata. Pla­ga, mó­wi­li lu­dzie. Być może spo­wo­do­wał ją dym, a być może nie­zno­śny upał – albo po pro­stu wy­jąt­ko­wy pech. W ka­żdym ra­zie miesz­ka­ńcy Wdo­li­gła­źna pa­trzy­li przez łzy, jak upa­da­ją ko­lej­ne ści­na­ne drze­wa.
Wraz z drze­wa­mi znik­nął cień. Od­tąd Wdo­li­gła­źno lśni­ło trud­ną do znie­sie­nia, pa­lącą bie­lą sło­ńca. Lu­dzie mu­sie­li mru­żyć oczy, by móc na sie­bie pa­trzeć, a ich twa­rze były wiecz­nie wy­krzy­wio­ne w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia i zło­ści.
Bez drzew nie było też sys­te­mu ko­rze­ni, któ­ry chło­nął wodę, gdy pa­da­ły ulew­ne desz­cze. W re­zul­ta­cie mia­stecz­ko nęka­ły ko­lej­ne po­wo­dzie, aż w ko­ńcu obok par­ku po­wstał ogrom­ny lej, któ­ry pra­wie po­chło­nął ulu­bio­ny plac za­baw miej­sco­wych dzie­ci. Nikt tam już nie przy­cho­dził, uzna­no bo­wiem, że to zbyt nie­bez­piecz­ne.
Wła­ści­wie to we Wdo­li­gła­źnie ni­g­dzie nie mo­żna było się bez­piecz­nie ba­wić. Bra­ko­wa­ło cie­nia i drzew do wspi­nacz­ki. Całe mia­stecz­ko zda­wa­ło się za­sępio­ne, a twa­rze miesz­ka­ńców – za­tro­ska­ne.
Lu­dzie po­cho­wa­li się w do­mach i za­bro­ni­li dzie­ciom włó­czyć się po oko­li­cy. Drzwi za­mknęli na klucz, okien­ni­ce na za­suw­ki. Od­ci­ęci od świa­ta, prze­sta­li my­śleć o sąsia­dach, a po­nie­waż o nich nie my­śle­li, prze­sta­li im ta­kże po­ma­gać. Nie było zupy dla cho­rych ani cia­ste­czek dla uczniów, co zresz­tą ła­two zro­zu­mieć, sko­ro nie było też Szko­ły. Do­mi­no­wa­ło prze­ko­na­nie, że naj­le­piej jest pil­no­wać wła­sne­go nosa.
I miesz­ka­ńcy tak wła­śnie ro­bi­li. Wy­gląda­li przez szpa­ry w ża­lu­zjach na pu­ste uli­ce, a w ich ser­cach za­gnie­ździł się smu­tek.
Wdo­li­gła­źno. Prze­cież to było ta­kie uro­kli­we mia­stecz­ko!
No wła­śnie. Było.

7
Głaz

Posłu­chaj­cie.
We Wdo­li­gła­źnie stoi naj­praw­dziw­szy Głaz – po­środ­ku miej­sca, któ­re nie­gdyś było naj­praw­dziw­szą do­li­ną. Za­nim po­wsta­ło w niej mia­stecz­ko, ro­sło tam wie­le drzew, głów­nie je­sio­nów, dębów i ja­wo­rów, bar­dzo sta­rych i tak licz­nych, że ich sze­ro­kie pnie i roz­ło­ży­ste ga­łęzie za­sła­nia­ły świat. Ale to było daw­no temu. Pó­źniej przy­by­li lu­dzie, któ­rzy, jak to lu­dzie, mie­li na uwa­dze przede wszyst­kim prak­tycz­ne za­sto­so­wa­nie pni i ga­łęzi, więc two­rzy­li z nich domy, me­ble, zbu­do­wa­li też Szko­łę. Moc­ne i wy­trzy­ma­łe bel­ki sta­ły się pod­sta­wą bu­dyn­ków, któ­re mia­ły prze­trwać wie­le po­ko­leń. Las zo­stał ści­ęty, a w jego miej­scu wy­ro­sło mia­stecz­ko. Nikt nie za­py­tał drzew, co o tym sądzą, i nie­ste­ty nie było w tym nic za­ska­ku­jące­go.
(Ci, któ­rzy zbu­do­wa­li mia­stecz­ko, nie za­uwa­ży­li Gła­zu. Czas mi­jał, a oni wci­ąż go nie do­strze­ga­li, co Gła­zo­wi nie prze­szka­dza­ło. Prze­wa­żnie. Tak przy­naj­mniej twier­dził).
Lu­dzie sądzą, że de­ski i słu­py za­wie­ra­ją wspo­mnie­nia sta­rych drzew, z któ­rych zo­sta­ły stwo­rzo­ne.
Mało tego, nie­któ­rzy uwa­ża­ją wręcz, że ka­żdy drew­nia­ny me­bel czy przed­miot od cza­su do cza­su wy­szep­tu­je swo­ją hi­sto­rię. Zwy­kle pó­źną nocą, gdy jest już bar­dzo ciem­no.
Tak przy­naj­mniej sły­sza­łem. Po­nie­waż oko­licz­no­ści nie po­zwa­la­ją mi za­kra­dać się nocą do do­mów i pod­słu­chi­wać, nie je­stem w sta­nie ani tego po­twier­dzić, ani temu za­prze­czyć.
Szko­da, bo to cie­ka­we hi­sto­rie. Do­brze je pa­mi­ętam.
Cho­ciaż przy­kro mi to mó­wić, je­sio­ny są z re­gu­ły dość nie­mądry­mi isto­ta­mi, a ich opo­wie­ści, często po­gma­twa­ne i nie­spój­ne, nie mają wi­ęk­sze­go sen­su. Za to dęby… Och, dęby to bez wąt­pie­nia naj­wspa­nial­si ga­wędzia­rze na świe­cie! Daw­no temu, za­nim po­wsta­ło mia­stecz­ko, gdy drze­wa ro­sły nie­nie­po­ko­jo­ne, do­li­na wprost hu­cza­ła od opo­wie­ści. Mia­ły one głębo­kie ko­rze­nie, a ich ga­łęzie si­ęga­ły wy­so­ko, aż do nie­ba.
Ale to za­mierz­chła prze­szło­ść, bo wszyst­kie te hi­sto­rie uci­ęły ostrza sie­kier. Na samo wspo­mnie­nie prze­cho­dzą mnie dresz­cze.
Za to Głaz tkwił so­bie od za­wsze w tym sa­mym miej­scu i ni­g­dzie się nie wy­bie­rał. Nie żeby kto­kol­wiek zwra­cał na nie­go uwa­gę. Zwy­kle nikt tego nie ro­bił.
Głaz le­żał tuż przy Ryn­ku, szorst­ki, asy­me­trycz­ny i sza­ro­bu­ry. Nie był to ka­mień, któ­ry na­rzu­ca­łby się ko­mu­kol­wiek; wo­lał wta­piać się w oto­cze­nie. Na pierw­szy rzut oka nie wy­da­wał się duży – z pew­no­ścią nie wi­ęk­szy niż, przy­kła­do­wo, wy­god­ny fo­tel – ale jego praw­dzi­we roz­mia­ry skry­wa­ła zie­mia, w któ­rej roz­ci­ągał się na wszyst­kie stro­ny. Jak głębo­ko i jak da­le­ko? Tego nikt nie umiał po­wie­dzieć.
Nikt prócz Gła­zu.
Sęk w tym, że gła­zy nie po­tra­fią mó­wić.
Prze­wa­żnie.
Lu­dzie wie­dzie­li tyl­ko tyle, że nie dało się go po­ru­szyć. Pró­bo­wa­li, lecz ani drgnął.
Gdy­by­ście wy­bra­li się do Wdo­li­gła­źna i zna­le­źli ów Głaz, i gdy­by­ście do­kład­nie się mu przyj­rze­li, z pew­no­ścią za­uwa­ży­li­by­ście, że na jego po­wierzch­ni wid­nie­je ja­kiś na­pis. Dużą jego część sta­rły wia­try, desz­cze i dło­nie, a ta, któ­ra się za­cho­wa­ła, wy­ry­ta jest w języ­ku, któ­rym od stu­le­ci nikt się nie po­słu­gu­je.
Po­nie­waż lu­dzie nie zwra­ca­li uwa­gi na Głaz, nie po­świ­ęca­li jej też na­pi­so­wi – aż do cza­su po­ża­rów. Kie­dy błąka­li się po mia­stecz­ku, po­grąże­ni w żalu i nie­do­wie­rza­niu, ich wzrok padł wresz­cie na Głaz. Naj­pierw prze­cie­ra­li oczy ze zdu­mie­nia, a po­tem wo­ła­li sąsia­dów, by oni też przy­szli to zo­ba­czyć – znak, któ­ry przy­po­mi­nał kszta­łtem górę. Ko­lej­ny był po­dob­ny do smo­ka, a jesz­cze inny mógł się ko­ja­rzyć z po­wa­lo­nym drze­wem.
Im dłu­żej pa­trzy­li, tym wi­ęcej wi­dzie­li.
– A niech mnie! – rzu­cił ktoś w tłu­mie. – Czy wam też to wy­gląda na dom?
Tak, wy­gląda­ło, przy­ta­ki­wa­li wszy­scy.
– Och, a tam? Toż to ja­kaś wio­ska!
W isto­cie, je­śli się zmru­ży­ło oczy, mo­żna było roz­po­znać, że to ani chy­bi wio­ska. Co wi­ęcej, gdy lu­dzie przy­ci­ska­li pal­ce do wy­ry­te­go sym­bo­lu, czu­li ową wio­skę w ko­ściach.
– A tu­taj? – wska­zał ktoś inny. – To po­żar.
Rze­czy­wi­ście, ten znak sym­bo­li­zo­wał ogień. Był go­rący w do­ty­ku i bu­dził w ser­cu po­czu­cie doj­mu­jącej stra­ty.
– Jest coś jesz­cze! To chy­ba ogr!
Tak wie­le ta­jem­nic wy­ry­tych w po­je­dyn­czym ka­mie­niu…
Wie­ści ro­ze­szły się lo­tem bły­ska­wi­cy i już wkrót­ce przy Gła­zie sie­dzie­li wszy­scy miesz­ka­ńcy Wdo­li­gła­źna, sta­ra­jąc się roz­wi­kłać jego za­gad­ki. Po­wsta­wa­ły teo­rie, mno­ży­ły się ar­gu­men­ty na po­par­cie jed­nych albo oba­le­nie dru­gich. Roz­go­rza­ła ży­wio­ło­wa dys­ku­sja, prze­ry­wa­na spon­ta­nicz­ny­mi wy­kła­da­mi i na­ra­da­mi w gru­pach, a na­wet wspól­nym śpie­wa­niem z dzie­ćmi. Lu­dzie wy­mie­nia­li się po­gląda­mi. Nie przy­wró­ci­ło im to Bi­blio­te­ki, ale przy­naj­mniej znów byli ra­zem.
Aż w ko­ńcu wie­ści o za­mie­sza­niu do­ta­rły do uszu Bur­mi­strza. Mężczy­zna wy­ło­nił się zza zdo­bio­nych drzwi swo­jej wspa­nia­łej po­sia­dło­ści, jak zwy­kle skąpa­ny w zło­ci­stym bla­sku. Był wy­kwint­nie ufry­zo­wa­ny, na twa­rzy miał olśnie­wa­jący uśmiech – tak wy­gląda­ją bo­ha­te­ro­wie, któ­rzy za­bi­ja­ją smo­ki. Po­grom­ca smo­ków. Ach, jak cu­dow­nie to brzmia­ło, na­wet po tylu la­tach! Bur­mistrz bo­wiem już dłu­go był bur­mi­strzem, cho­ciaż nikt nie po­tra­fił po­wie­dzieć, od jak daw­na. Ile­kroć ktoś się nad tym za­sta­na­wiał, od razu za­czy­na­ła go bo­leć gło­wa. Czy­mże zresz­tą jest czas, gdy ma się tak wspa­nia­łe­go bur­mi­strza?
Bur­mistrz sze­dł w stro­nę tłu­mu zgro­ma­dzo­ne­go na Ryn­ku, marsz­cząc brwi.
– Wy­ja­śnij­cie mi, do­brzy lu­dzie – za­czął z uśmie­chem, ośle­pia­jąc ich bie­lą swo­ich zębów – co to wszyst­ko zna­czy?
Daw­ni bi­blio­te­ka­rze roz­pra­wia­li wła­śnie nad zna­cze­niem zna­ków wy­ry­tych w Gła­zie, pod­czas gdy bez­ro­bot­ny lin­gwi­sta spe­ku­lo­wał na te­mat ety­mo­lo­gii i sen­su ka­żde­go sym­bo­lu. Na­uczy­cie­le dzie­li­li się prze­my­śle­nia­mi w kwe­stii edu­ka­cyj­nych za­sto­so­wań Gła­zu i jego prak­tycz­ne­go wy­ko­rzy­sta­nia w wa­run­kach szkol­nych (oczy­wi­ście już po od­bu­do­wa­niu Szko­ły), ar­ty­ści wy­su­nęli po­my­sł stwo­rze­nia in­sta­la­cji prze­strzen­nej, a bu­dow­ni­czo­wie pod­kre­śla­li ko­niecz­no­ść zbu­do­wa­nia al­ta­ny, któ­ra osło­ni Głaz, żeby lu­dzie mo­gli się gro­ma­dzić i dys­ku­to­wać w jej cie­niu.
Bur­mistrz się za­sępił. Wy­ci­ągnął przed sie­bie rękę, żeby do­tknąć Gła­zu. Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło, aż na­gle jego twarz po­bla­dła, a za­raz po­tem wy­krzy­wił ją nie­po­kój. Cof­nął dłoń jak opa­rzo­ny. Na­wet je­śli kto­kol­wiek za­uwa­żył, jak zmie­ni­ło się jego ob­li­cze, nikt tego nie sko­men­to­wał. Bar­dziej praw­do­po­dob­ne jest jed­nak, że zmia­na ta umknęła uwa­dze miesz­ka­ńców.
(Ja ją, rzecz ja­sna, za­uwa­ży­łem, nikt jed­nak nie spo­strze­gł mo­je­go spo­strze­że­nia. Cóż, zdąży­łem się do tego przy­zwy­cza­ić).
– Wi­dzi­cie… – za­czął je­den z bi­blio­te­ka­rzy, ale Bur­mistrz na­tych­miast mu prze­rwał.
– Dość! – wark­nął i stuk­nął ele­ganc­ki­mi bu­ta­mi o bruk, aż roz­bły­sły w sło­ńcu zło­te sprzącz­ki. Lu­dzie osło­ni­li oczy, łza­wi­ące od bla­sku sprzączek, a Bur­mistrz po­pra­wił uło­że­nie nie­ska­zi­tel­ne­go płasz­cza. Po­kręcił gło­wą. – Boli mnie, gdy wi­dzę na­szą wspa­nia­łą spo­łecz­no­ść po­dzie­lo­ną. – Przy­ci­snął dło­nie do ser­ca i skło­nił się z ża­lem.
Miesz­ka­ńcy ga­pi­li się na nie­go z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi. Wi­dok cier­pie­nia Bur­mi­strza bar­dzo ich za­tro­skał. Czy­żby nie­świa­do­mie spra­wi­li mu przy­kro­ść? Ka­żdy spo­glądał su­ro­wo na sąsia­da. Marsz­czy­ły się brwi, wy­krzy­wia­ły usta, kwa­śnia­ły miny.
Bur­mistrz bez­zwłocz­nie na­ka­zał cie­ślom zbu­do­wać osło­nę na Głaz, aby ukryć go przed wzro­kiem i umy­sła­mi miesz­ka­ńców. Po­le­ro­wa­ne drew­no i so­lid­ne łącze­nia dłu­go opie­ra­ły się upły­wo­wi cza­su i po­go­dzie. Dzi­ęki osło­nie lu­dzie nie mu­sie­li pa­trzeć na Głaz i w efek­cie prze­sta­li o nim my­śleć. Z bie­giem lat ca­łkiem za­po­mnie­li o jego ist­nie­niu.
Prędzej czy pó­źniej drew­no musi jed­nak zbu­twieć, a łącze­nia mu­szą pu­ścić. Ci­ężka po­kry­wa za­mie­ni­ła się w ster­tę po­roz­rzu­ca­nych de­sek – jesz­cze jed­na góra śmie­ci w mia­stecz­ku, któ­re było ich pe­łne. Wkrót­ce wy­lądo­wa­ły na niej ko­lej­ne ru­pie­cie. Lu­dzie cmo­ka­li pod no­sem i uty­ski­wa­li na ba­ła­gan, nie za­sta­na­wia­li się jed­nak, skąd się wzi­ął ani co tam ro­bił. Na­dal nie wi­dzie­li Gła­zu, któ­ry le­żał nie­po­zor­nie w cie­niu tej ster­ty. Ich oczy prze­śli­zgi­wa­ły się po nim, jak­by go tam wca­le nie było.
Po­słu­chaj­cie.
Pew­nie się za­sta­na­wia­cie, co ta­kie­go się sta­ło, w chwi­li gdy Bur­mistrz po­ło­żył dłoń na Gła­zie. Co spra­wi­ło, że się tak wy­stra­szył? Czy­żby coś zo­ba­czył? A je­śli tak, to co? Któż mó­głby to zdra­dzić? Bo z pew­no­ścią nie on.
Mo­gli­by­ście oczy­wi­ście za­py­tać Gła­zu. Tak, wiem, co so­bie my­śli­cie. Prze­cież gła­zy nie mó­wią!
Ma­cie ra­cję. Nie mó­wią.
Za­zwy­czaj.

 
Wesprzyj nas