Piękna powieść rodzinna przesycona magią. Historia kobiet z rodziny Carasco oraz przekazywanego z pokolenia na pokolenie magicznego pudełka z przyborami do szycia.


Mówiono, że Frasquita jest wiedźmą, zna magię i jest uzdrowicielką oddaną ciemnym mocom. Ze szmat, ścinek, i szorstkich materiałów potrafi wyczarować suknie tak wspaniałe, żywe i zapierające dech w piersiach, że zamieniają w piękność kogokolwiek, kto je założy. Jej stroje potrafią zamaskować każdy defekt i sprawiają, że mężczyźni zakochują się w kobietach w nie ubranych. Ta niezwykła umiejętność przekazywana jest z pokolenia na pokolenie.

Dar Frasquity sprowadza na nią zazdrość wioski i w efekcie zostaje z niej wygnana. Razem z córkami udaje się w podróż po południowych krańcach Hiszpanii, aż do Afryki. 

Wygnanie staje się dla Frasquity próbą odnalezienia lepszego życia, zarówno dla siebie, jak i jej córek, które, jak ma nadzieję, unikną przeznaczonego im losu.

Carole Martinez – nauczycielka języka francuskiego, była aktorką i fotografką. „Soledad znaczy samotność” to jej debiut literacki wydany w 2007 roku, za który otrzymała wiele nagród literackich. Jest jeszcze autorką dwóch powieści, również docenianych przez krytyków i przetłumaczonych na kilka języków. Wydaje w prestiżowym francuskim wydawnictwie Gallimard.

Carole Martinez
Soledad znaczy samotność
Przekład: Bożena Sęk
Wydawnictwo Mova
Premiera: 13 lipca 2022
 
 

PROLOG

Na imię mam Soledad.
Urodziłam się w kraju, w którym ciała wysychają z martwymi rękami niezdolnymi niczego objąć i wielkimi niepotrzebnymi dłońmi.
Zanim moja matka znalazła mur, za którym mogła mnie urodzić, zjadła tyle piasku, że przedostał się do mojej krwi.
Moja skóra okrywa długą klepsydrę, która nigdy nie zdoła się opróżnić.
Gdybym naga stanęła pod słońce, być może udałoby się dostrzec, jak przesypuje się we mnie piasek.
PRZEPRAWA.
Kiedyś wszystek ten piasek będzie musiał wrócić na pustynię.
Urodziwszy mnie, matka wyczytała moją przyszłą samotność.
Nie będę umiała ani dawać, ani przyjmować. Nigdy.
Zapisane to było we wnętrzu moich dłoni, w uporczywej odmowie oddychania, otwarcia się na nieczyste powietrze wokół, w pragnieniu, aby stawić opór światu, który usiłował się wedrzeć wszystkimi szparami mojego ciała, niuchając wokół mnie niczym młody psiak.
Powietrze wpadło do płuc wbrew mojej woli i krzyknęłam.
Dotąd nic nie zdołało spowolnić marszu mojej matki. Nic nie poradziło sobie z jej uporem kobiety przegranej. Przegranej i upadłej. Nic – ani zmęczenie, ani morze, ani piaski.
Nikt nigdy nam nie powie, ile czasu trwała nasza przeprawa, przez ile nocy dzieci, które szły za swoją matką, musiały spać w marszu!
Rosłam niepostrzeżenie dla niej, wczepiona w jej trzewia, by nie wyciec z całą wodą, którą traciła na drogach. Walczyłam, aby należeć do ekipy i nie przerwać podróży.
Stara Mauretanka, która zatrzymała moją matkę i dotknęła jej brzucha, ta, która wyszeptała: „Ahabpsi!” tak, jak się wznosi mur, po czym uzbrojona w dłoń i w słowo przeciwstawiła się wściekłej woli kobiety ciągle brzemiennej, choć termin rozwiązania dawno minął, a ona pragnęła podążać nadal swoją drogą i iść, iść, mimo że szła już dłużej, niż to możliwe, i czuła się niezdolna maszerować dalej, stara Arabka o dłoniach brązowych od henny, silniejszych niż pustynia, która stała się dla nas skrajem świata, końcem podróży, schronieniem, ta kobieta również wyczytała z moich dłoni samotność – osoba, która nie potrafiła czytać.
Jej wzrok naraz wniknął w trzewia mojej matki, a dłonie zaczęły szukać. Znalazła mnie w głębinie ciała, gdzie się zaszyłam, w głębinie ciała, które o mnie zapomniało, aby nadal iść, kiedy mnie zaś uwolniła, wyczuła, że ręce na nic mi się nie przydadzą, że zrezygnowałam z nich, przychodząc na świat.
Chociaż jedna drugiej nie rozumiała, obydwie – każda w swoim języku – nadały mi to samo imię. „Soledad”, powiedziała moja matka, nawet na mnie nie spojrzawszy. A stara jak echo odpowiedziała: „Wahida”.
Żadna z tych kobiet nie umiała czytać.
Moja starsza siostra Anita długo nie chciała się pogodzić z oczywistością zapisaną w moich dłoniach, w moim imieniu. I czekała. Czekała, aż jakiś człowiek da mi inne imię, a moje palce zmiękną.
Pamiętam czasy, kiedy wyrostki z dzielnicy Marabout włóczyły się w pobliżu naszego domu w nadziei, że mnie zobaczą. Nonszalancko oparci o ściany, w pojedynkę lub grupkami, czyhali na mnie w uliczkach, a kiedy się zbliżałam, milkli.
W zasadzie nie byłam ładna, przynajmniej nie tak jak moja siostra Clara, zdaje się jednak, że miałam osobliwy wdzięk, który przykuwał ich do ścian.
Siostry ze śmiechem powtarzały mi zwierzenia tych chłopaków, którzy błagali je, by przemówiły za nimi, co też czyniły z lekką kpiną, opisując mi zabawne przejawy ich miłości, ich jąkanie, maślany wzrok. I śmiałyśmy się razem.
Ale ja myślałam o ich sterczącym członku, któremu nagle robiło się ciasno w spodenkach, i miotałam się między rozbawieniem a niesmakiem.
Mogłam wybierać, nie miałam ojca, który by mi narzucił małżonka. Jedynie Anita, najstarsza siostra, mogła mnie do czegoś przymusić.
Nigdy tego nie uczyniła. Czekała, bez ustanku odkładając na później własną noc poślubną.
Związana przysięgą, która od piętnastu lat trzymała jej męża z dala od łoża: „Najpierw wydamy za mąż wszystkie cztery…”.
Nie mogąc się zdecydować, do którego z tych podpieraczy ścian miałabym należeć, pewnego dnia upuściłam starą czarną chustę odziedziczoną po matce, obiecawszy sobie, że wezmę za męża tego, który ją podniesie, kimkolwiek będzie.
Była wtedy jesień.
Przez chwilę wpatrywałam się w ciemną plamę na ziemi barwy ochry, w kałużę czarnej tkaniny leżącą spokojnie u mych stóp.
Dopadli jej całą gromadą.
Stojąc bez ruchu w południowym słońcu, czekałam, aż wzbity kurz opadnie i z plątaniny zakochanych wyłoni się jedna dłoń. Ale kiedy chmura się rozproszyła, po pretendentach do mojej ręki pozostało tylko trochę wyszarpanych włosów, kilka wybitych zębów i długie strzępy czarnego materiału zapomniane w trakcie bitwy.
Miejsce było puste, a chusta potargana.
Zaczęłam wówczas grzebać w czerwonym pustynnym pyle, szukając skrawka tkaniny, na którym wyhaftowano imię i nazwisko mojej matki.
Frasquita Carasco.
Mama nigdy nie umiała pisać inaczej niż igłą. Każda wykonana przez nią robótka nosiła czułe słowo wpisane w tkaninę.
Nazwisko było nietknięte. Wsunęłam szmatkę pod spódnicę i dołączyłam do Anity, mojej starszej siostry, która zasiadała wśród innych kobiet zgromadzonych pośród mokrych prześcieradeł.
W cieniu pralni upał ucinał sobie drzemkę.
Przez chwilę stałam za siostrą, patrząc na jej piękne dłonie gawędziarki poruszające się na drewnianej tarze, pierzchnące w mydlinach. Nagle odwróciła się do mnie, niewątpliwie wyczuwszy ciężar mojego spojrzenia wbitego w swoje plecy, i uśmiechnęła się, machinalnie wycierając grzbiet dłoni w zawiązany w pasie jasny fartuch, cały poznaczony plamkami wody i światła.
Inne kobiety nastawiły ucha nad drewnianymi baliami. Uderzenia kijanek przycichły, praczki udawały nawet, że wyciągają z wody szczotki, które sunęły po płótnie ze stłumionym długim pomrukiem, poruszając ledwie zabrudzoną pianę.
– Nigdy nie wyjdę za mąż, zmusiłam do ucieczki wszystkich zakochanych – wyznałam siostrze.
– A jakże to zrobiłaś? – zapytała ze śmiechem.
– Upuściłam chustę. Pobili się i podarli ją.
– Tę straszną żałobną chustę? Podarują ci inną, weselszą. Jak się na nią złożą, wystarczy im pieniędzy. Chyba że któryś ukradnie chustę siostrze.
– Mój syn też za tobą łaził? – wydarła się Maria, wykręcając kołnierzyk męskiej koszuli, z którego mleczne mydliny spływały wzdłuż jej gołych grubych przedramion.
– Nie wiem, wszystko zasłonił bitewny kurz.
Moja obojętność uraziła kobiety. Znów rozległo się miarowe walenie kijankami, prześcieradła były mocniej bite, a rytm przyspieszał, póki ręce się nie zmęczyły i nie zwolniły.
– Patrzcie ją! Jeszcze jedna dziedziczka szwaczki! – wydzierała się Manuela. – Weźże wydaj za mąż siostrę, Anita! Przestanie w końcu kręcić tyłkiem przed wszystkim, co nosi portki, jak będzie miała chłopa w domu, który jej na to nie pozwoli!
– Twój chłop, Anita, na pewno nie przyłoży tej latawicy! – podchwyciła Maria. – Biedaczyna, taki z niego chłop, że przez piętnaście lat małżeństwa nie zmajstrował ci dzieciaka!
– Ta dziwka nie ma nawet ojca, a stawia wymagania! – dodała trzecia kobieta.
Moja siostra śmiała się serdecznie. Nic nie potrafiło umniejszyć radości, którą nosiła w sobie od dnia zamążpójścia.
Kobiety się złościły, obwiniając mnie, że rzuciłam czar na ich synów, braci, ojców… Anitę bawiła ich zazdrość. Znała paru mężów, którzy z pewnością należeli do grupy walczących.
– Uważajcie na sińce i inne znaki na ciele swoich chłopów! – przestrzegła. – Wrócą po zmierzchu zawstydzeni, że zebrali cięgi, ale tuląc do serca skrawek czarnego materiału.
Garbata Maria stanęła wtedy przed moją siostrą, podpierając się pod boki. Wejrzała w nią z głębi ciemnych studni, które dziurawiły jej twarz. Daleko w ich otchłani coś zgaszonego próbowało jeszcze błyszczeć.
– Wasza matka umarła, i dobrze! Zostały wam suknie, ale kiedyś będą spalone, spłoną suknie i chusty, które macie po niej, wszystkie obłożone urokiem! Zedrą je z was, a jeśli nie da się inaczej, spłoniecie razem z nimi. Tym razem diabeł was nie ochroni!
– Zapomniałaś o sukni ślubnej, którą matka ci uszyła tak, by ukryła twój garb, a ty za nią grosza nie zapłaciłaś? – odpowiedziała jej moja siostra. – Gdyby nie ta suknia, nigdy byś nie powiła syna. Bo w noc poślubną mąż posiadł cię ten jeden jedyny raz, prawda?
– Diabelska suknia, zeżarły ją mole w dniu śmierci tej wiedźmy, twojej matki. Zeżarły! Musiałam ją wrzucić do ognia, cała ruszała się od larw!
– Bzdura! Babskie zabobony! A ty, Manuela, byłaś już mocno gruba, kiedy Juan w kościele brał cię za żonę. Bez mojej matki nigdy byś ze swoim chłopem nie zamknęła ludziom ust. Wtedy dobre dwa miesiące nie wychodziłaś z domu, żeby nikt nie zauważył, co ci rośnie w brzuchu, i jedna moja matka wmówiła wszystkim, że jesteś jeszcze dziewicą. Nie ustrzegłabyś się skandalu bez pięknej sukni ślubnej, nad którą marnowała wzrok, zszywając ją z kawałków tkanin pozbieranych u was.
– Szelmutka wtedy ze mnie była, nie uważałam. Ale nie po chrześcijańsku było uszycie czegoś takiego ze skrawków. Alem się napłakała cztery lata później, kiedy mój dzieciak umarł. Wyciągnęłam wtedy suknię, żeby zobaczyć… i przeraziłam się strasznie. Była cała popruta! A błyszczenie materiału, przez które można było go wziąć za satynę, zupełnie znikło! Zostały tylko posczepiane ze sobą brudne szmaty.
W tej chwili wszystkie kobiety chórem zaczęły wrzeszczeć.
Pośród chlupania wody, pokrzykiwań, uderzeń kijanką i mlaśnięć mokrych prześcieradeł, będąc w samym sercu dźwięcznej histerii, w której język hiszpański z naleciałościami arabskiego i włoskiego mieszał się z francuskim, zdołałam wyszeptać siostrze słowa, które bez ustanku powtarzałam sobie w drodze do pralni:
– Anita, chcę pozostać panną. Nie musisz już czekać na zamążpójście ostatniej siostry. Zajmij się rodzeniem własnych dzieci! Chcę się dostroić do imienia Samotność, które nadała mi matka. Zwalniam cię z obietnicy, bo nigdy nie wyjdę za mąż.
Anita zrozumiała i odtąd nie miałam już zakochanych.
Tego dnia w dźwięku rozdzieranej tkaniny umarła moja młodość.
Była jesień.
Oznaki przyszły nagle.
Jeszcze tego samego wieczoru wyschłam. Moja skóra się pomarszczyła, spękała. Rysy twarzy się rozmyły i zrozumiałam, że już niczego nie muszę się bać ze strony czasu.
W ciągu jednej nocy moją twarz poorały mroki przyszłych lat. Ciało mi stwardniało niczym papier porzucony na słońcu. Zasnęłam z gładką miękką skórą dwudziestolatki, a obudziłam się w ciele staruszki. Stałam się matką dla moich starszych sióstr, babką dla siostrzeńców i siostrzenic.
Prawie wzruszająca jest taka zniszczona twarz, którą nagle widzisz, przygniatające zmęczenie, worki pod oczami, ślady walki przegranej pod twoją nieobecność, w czasie snu.
Byłam wykończona, budząc się po nocy. Rozpoznałam się jednak, rozpoznałam starowinkę, którą uśmiechniętą miałam przed sobą w lustrze.
Z pewnością tym sposobem została mi oszczędzona długa agonia tkanek, codzienne powolne umieranie, patyna, z wolna gasnąca świetlistość, niespieszna pieszczota czasu.
Opłakałam straconą urodę, opłakałam przepadłą barwę oczu. W wyschniętym ciele było jeszcze trochę wody. Łzy spływały mi bruzdami po twarzy. Sól i pora roku zaczerwieniły wszystkie moje zmarszczki.
Człowiek przywyka do życia w ciele „staruchy”.
Tak bym chciała, żeby było więcej drzew!
Jesień tutaj barwi krwawo, co tylko może.
Świat podążał naprzód beze mnie. Widziałam, jak się rodzą i rosną wszystkie dzieci mojej starszej siostry, w której domu nadal zajmuję miejsce. Żyłam sama i uśmiechnięta pośród gromadki siostrzeńców, we wspaniałej wrzawie otoczonej pustynią.
Cierpliwie czekałam, wiedząc, że nie ma już na co czekać.
Wciąż się boję tej samotności, która przyszła do mnie wraz z życiem, tej pustki, która mnie drąży, zużywa od środka, rozdyma się, poszerza jak pustynia i rozbrzmiewa martwymi głosami.
Matka uczyniła ze mnie swój żywy grobowiec. Mam ją w sobie, jak ona mnie miała, i w moim brzuchu nigdy nie zakwitnie nic oprócz jej igły.
Trzeba mi zejść do grobu, tam gdzie czas się skręca, owija, gdzie spoczywają odcięte nitki.
Dziś rano wreszcie otworzyłam skrzynkę, którą każda z moich sióstr otworzyła wcześniej, i znalazłam w niej duży zeszyt, atrament i pióro.
Zaczekałam więc znowu, zaczekałam na noc, zaczekałam, aż dom opustoszeje i pociemnieje. Zaczekałam, aż wreszcie nadejdzie godzina pisania.
Siadłam w mrocznej kuchni, zapaliłam lampę nad dużym drewnianym stołem. Oświetliła garnki, stare ścierki, powoli odgrzała zapachy posiłków. Usadowiłam się przy tym stole, otworzyłam zeszyt, wygładzając duże białe strony, lekko szorstkie, i słowa same przyszły.
Wzięło mnie tego wieczoru na pisanie.
Siedzę zatem za stołem przy swoim nocnym pisaniu i wiem, że to pisanie poczerni czas, który mi pozostał, że skrobaniem pióra przyćmię wielkie papierowe słońce. Dostał mi się atrament, gdy zabrakło łez. Już nie ma nic do opłakiwania. Już nie ma nadziei na nic prócz kawałka zeszytu. Już nie ma nic do przeżycia prócz tych papierowych nocy w pustej kuchni.
Wsunęłam między kartki skrawek chusty, którą okrywałam ramiona w czasach, gdy miałam adoratorów.
Zapach matki rozchodzi się z wyhaftowanego imienia z nazwiskiem.
Po tylu latach wciąż jeszcze się błąka w osnowie tkaniny.
Z przeprawy tylko to zachowała, tę bliznę na zapachu: odcisk przebytych pól, drzew oliwnych nocą, kwitnących drzewek pomarańczowych i narcyzów pokrywających górę z białego cukru. Przyjemne wonie kamieni, wyschniętej ziemi, soli, piasku. Moja matka składała się z tylu zmieszanych zapachów… W dzieciństwie, kiedy dopuszczała mnie do siebie, ukradkiem wędrowałam wśród jej włosów, usiłując sobie wyobrazić miejsca zawarte w sinych kosmykach.
Zapach i błysk igły w nieustannym ruchu palców: oto co z ciebie zapamiętali.
Owym zapachem przesiąkały tkaniny, które przechodziły przez twoje ręce. Panny młode zachowywały twój zapach na ciele aż do poranka po nocy poślubnej.
Bardzo szybko rozeszła się pogłoska, że suknie od Frasquity Carasco, szwaczki z przedmieścia Marabout, działają na mężczyzn jak eliksir miłości.
Domieszałaś swój zapach do wszystkich miesięcy miodowych w kraju. Setki sukni ślubnych, opadając, zalały sypialnie nowożeńców kosami, zbójcami, jaskiniami, lasami i falami wyjętymi z naszej wędrówki. W twoich czasach morze rozbijało się o drewno łóżek, a kochankowie kołysani falami pozostawiali pościel splątaną jako jedyny ślad na wodzie.
Wydaje mi się, że wzięłyśmy się wszystkie z twego drewnianego ciała. Że jesteśmy gałęziami zrodzonymi tylko z ciebie. Lubię czasem myśleć, że twoje długie ręce poprzestały na złapaniu w locie kilku ziaren mniszka i że mój ojciec był jedynie nasieniem niesionym przez wiatr, ciepłym podmuchem w zagłębieniu twojej dłoni.
Trzeba mi pisać do ciebie, abyś zniknęła, aby wszystko rozpuściło się w pustyni, abyśmy wreszcie zasnęli, nieruchomi i spokojni, nie bojąc się, że stracimy z oczu twoją postać rozdzieraną wiatrem, słońcem i kamieniami na drodze.
O matko, trzeba mi wydostać z głębin świat pogrzebany, aby wsunąć w niego twoje imię, twoją twarz i zapach, aby zgubić w nim igłę i zapomnieć o tak wyczekiwanym całusie, którego nigdy mi nie dałaś!
Trzeba mi cię zabić, aby dotrzeć do śmierci… nareszcie.
Mój świetlisty zeszyt będzie dużym oknem, przez które jeden po drugim uciekną dręczące nas potwory.
Na pustynię!

Księga I
Brzeg

Pierwsza krew

Na patiu stara Francisca prała koszulę i pościel córki w drewnianej balii.
Frasquita Carasco, moja matka, wówczas jeszcze dziewczynka, stała naga w środku letniej nocy, próbując pieluszką zatamować krew, która spływała jej po udach.
Chlupot poczerwieniałej wody wtórował temu, co mówiła stara:
– Teraz będziesz krwawiła co miesiąc. Kiedy przyjdzie Wielki Tydzień, wtajemniczę cię jak trzeba. Idź do łóżka, tylko nie pobrudź drugiej koszuli.
Wypchany słomą siennik Frasquita nakryła jutowym płótnem, które dała jej matka, i położyła się w nocnej ciszy.
Krew płynęła nadal, ona jednak nie czuła żadnego bólu. Czy po przebudzeniu nadal będzie krwawić? Czy we śnie jak z pękniętego dzbana nie wycieknie z niej wszystko? Już teraz uda wydawały się jej takie blade… Wolałaby nie zasnąć, wolałaby czuć, jak umiera…
Zerwała się o świtaniu. A więc jeszcze żyje!
W ramach okienka rozróżniała już położone poniżej inne domy w Santaveli, zaróżowione nieśmiałą pieszczotą wstającego słońca, które z wolna nabierało pewności siebie. Niedługo wszystkim przyjdzie wstrzymywać oddech, żyć na własnych rezerwach chłodu i zaszyć się za pobielałą skałą aż do końca popołudnia. Dopiero wtedy można będzie radować się światłem sączonym przez konającą gwiazdę, można będzie patrzyć, jak zawisa na suchym horyzoncie ostra jak klinga i pomalutku, w niebywałym rzężeniu barw, znika za wielkim mieczem krwistoczerwonych gór. Później od wschodu nadciągnie noc, sunąc dalej na zachód, i może jakiś podmuch poruszy rozpalone powietrze, podmuch przesycony słonymi mokrymi woniami. Całej wiosce zacznie się marzyć bezmiar wody zniebieściałej od wszystkich nieboskłonów, które się w niej przeglądały, wody, o której podrygach, chwilach gniewu i pięknie opowiadali nieliczni wędrowcy, kiedy na krętych drogach zabłąkali się aż
do Santaveli.
Frasquita, moja matka, spojrzała na żwirowisko porośnięte uschłymi drzewami, które otaczały jej świat, pomyślała, jak dobrze jest żyć nawet tutaj, i chociaż krew nadal z niej wypływała, teraz martwiła się już tylko tym, by niczego nią nie pobrudzić.
„Nie jedz fig ani morw w czasie miesiączki, bo ci się cera popsuje”. „Pilnuj się w tym tygodniu, żeby nie zjeść ani kawałeczka mięsa, inaczej wyrośnie ci broda!” Nie pij tego, nie dotykaj tamtego – zaleceń było bez liku.
Od tego się oczywiście nie umierało, życie jednak było prostsze przedtem.
Przez osiem miesięcy poprzedzających Wielki Post Frasquita mimo wytężonych wysiłków nie zdołała ani razu uniknąć przenikliwości matki, która wyczuwała, że zaraz popłynie krew, zanim jeszcze pojawiła się pierwsza kropelka, i natychmiast nadciągała z nowymi zakazami zebranymi przez minione trzy tygodnie od wszystkich starych kumoszek w wiosce.
Dziewczynka nade wszystko lękała się pierwszego dnia miesiączki. Matka wkraczała wtedy w środku nocy do jej pokoju, zarzucała jej koc na ramiona i prowadziła córkę na żwirowisko, gdzie niezależnie od pory roku myła ją, mamrocząc tajemnicze modlitwy.
A nazajutrz należało robić swoje jakby nigdy nic: wstać o świcie, wydoić kozy, zanieść mleko sąsiadom, upiec chleb, posprzątać, później popędzić wzgórzami bydlęta, szukając wśród tylu kamieni jakichś roślin, które mogłyby poskubać. I oczywiście sobie trzeba było odmawiać wszystkiego, co natura mogła zaoferować, ponieważ to, co w normalnym czasie wydawało się dobre, stawało się szkodliwe, kiedy płynęła krew.
W przeciwieństwie do innych dziewczynek, z którymi rozmawiała na wzgórzach i które każdemu, kto chciał słuchać, obwieszczały, że są już kobietami, Frasquita nie cierpiała swojego nowego statusu – widziała w nim same niedogodności i najchętniej pozostałaby dzieckiem.
Żadna z nich jednak nigdy nie mówiła o nocnych modłach ani o wtajemniczeniu w Wielkim Tygodniu. Frasquita nie zapomniała słów matki wypowiedzianych, gdy dostała pierwszej miesiączki, i czuła, że tym nie powinna z nikim się dzielić.
Komu zresztą mogłaby się zwierzyć?
Była jedynaczką. Jej rodzinę po kądzieli zdziesiątkowała tajemnicza choroba, która zabrała też połowę wioski, a Francisca, jej matka, zżyta już z myślą, że nie będzie miała dzieci, w wieku czterdziestu pięciu lat nagle wbrew oczekiwaniom stwierdziła, że brzuch się jej zaokrągla.
Matka i córka zdawały się nierozłączne, jakby trwale spojone przez cud tych późnych narodzin. Długo w jednym rytmie podążały drogami ramię w ramię. Najpierw krok matki dostosowywał się do kroku dziecka, później wydłużył się niepomiernie, aż matka opadła z sił, dziewczyna zaś poddała się ograniczeniom zmęczonego ciała maszerującego obok. Kiedy Frasquita była mała, wiedziała, że jest zbyt delikatna, by samotnie stawić czoło spojrzeniom mieszkańców wioski, matka natomiast czuła, że koniecznie musi mieć dziecko przy sobie, aby nigdy nie zwątpić w jego istnienie.
Ich ciała poruszały się ożywiane tym samym pędem, tak że niepodobna było rozpoznać, które nadaje tempo ruchów drugiemu.
Frasquita nikomu nie zdradziła dziwactw matki i pytania pozostały w niej, coraz więcej się ich gromadziło.
Od pierwszego dnia Wielkiego Postu ta, która miała dostąpić wtajemniczenia, żywiła się wyłącznie przaśnym chlebem, mlekiem i owocami. Wychodziła tylko na niedzielną mszę. Wyrzezany z drewna oliwnego krzyżyk, który ściskała w prawej dłoni, wychodząc za próg domu, oraz kanciaste kamyki, które matka wsypywała jej do butów, sprawiały, że szła z miną świętej.
Pod wpływem tych rytuałów i aury tajemniczości Frasquita w końcu wciągnęła się w zabawę. Nie obchodziło jej, że bolą ją podeszwy stóp, nie obchodziły jej zamknięte okiennice w pokoju ani mrok, ani milczenie, na które matką ją skazywała – ciągnęło ją ku ostatecznemu celowi, ku inicjacji mającej uczynić z niej kobietę. Już prawie nią była i modliła się do Pana Boga i do Najświętszej Panienki z zapałem zwielokrotnionym postem i samotnością. W niektóre dni miewała nawet pewność, że Maryja i jej Syn stoją tuż obok. Popadając wtedy w swego rodzaju ekstazę, osuwała się na kolana z błędnym wzrokiem. W tych błogosławionych chwilach, kiedy pusta izba nagle wydawała się jej przepełniona Ich obecnością, Frasquita rozpływała się w modłach zanoszonych z pasją dwunastolatki głodzonej od kilku tygodni. Cała pogrążona w słowach wyuczonych na pamięć, w ofiarowywanych Matce Bożej i Synowi wierszach, które recytowała, sprowadzała się do ust skierowanych ku temu, co niezgłębione.
Serce jej wówczas biło w tym samym rytmie co świat, który nagle wypełniał jej ciemną izdebkę. Wkraczał orszakiem przez szpary w okiennicach, pęknięcia w ścianach. Wylewał się w zamkniętej przestrzeni izby, koncentrował w niej, zgniatał ją ze wszystkich stron. Czuła jego tętnienie w klatce piersiowej, drżenie pod powiekami. Niebo przepadało naraz, zrywały się wiatry, wypełzały chmury, później defilowały góry nanizane jedna za drugą niczym perły z naszyjnika przeciągniętego pod drzwiami, nadciągało następnie pełne morze i mury się kołysały jak wykonane z bibuły. Całe stworzenie gromadziło się wokół niej, w niej, i dziewczynka stawała się niebem, górami i morzem. Przychodziła na świat, a świat przychodził do niej.
Wtedy jednak matka otwierała drzwi i wszystko znikało.
Wieczorem w Wielki Wtorek Frasquita śpi zmęczona zbyt długim oczekiwaniem.
Matka stoi w ciemności naprzeciw łóżka córki. Rozsypuje grubą sól, rytmicznie coś recytując. Czuć mocny zapach czosnku. Kościste dłonie poruszają się nad uśpioną młodą buzią, teraz rozluźnioną. Sny uciekają. Białe palce przesuwają się po twarzy. W czarnej nocnej suchości rozlega się nagle zgrzytliwy głos.
Krzyk martwo urodzonego dziecka.
Byle nie obudzić ojca. Cicho.
Pantomima matki przyspiesza.
Frasquita się waha, czy się śmiać, czy bać. Nie śmieje się, idzie tylko w noc za drobną postacią matki. Boso, lekkim krokiem nieobciążonym ciszą. Leciutkie cienie suną z nimi.
Idą obydwie drogą prowadzącą na cmentarz. Kiedy wchodzą między groby, matka znów zaczyna się modlić. Głos wypływa z niej niczym woda. Tryska urywanie. Wzbiera, sięga ust. Robi się go coraz więcej do wyplucia. Rozlega się kobiecy krzyk i na poły obnażona para, która tu przyszła, by uciec od uszu żywych i radować się ciszą martwych, ucieka ile sił w nogach. Frasquitę przebiega dreszcz przy tej kobiecie, która zwraca się do swoich przodków i której głosu ani mowy nie rozpoznaje.
W pustych rękach matki pojawiają się dwie czarne opaski.
– Teraz muszę zasłonić nam oczy. Wszystkie modlitwy, które odtąd usłyszysz, masz zapamiętać. Pochodzą z czasów sprzed pierwszej Księgi, a my przekazujemy je z matki na córkę, szepczemy sobie do ucha. Można ich uczyć tylko w Wielkim Tygodniu. Musisz wszystkie zapamiętać i kiedyś przekazać je tym swoim córkom, które okażą się ich godne. Tych modlitw nie wolno ani zapisywać, ani powtarzać w myślach. Wypowiada się je na głos. Taka jest ta tajemnica. Niektórym modlitwom towarzyszą gesty, których nauczę cię później.
Oczy zostają zawiązane.
Matka kilkakrotnie obraca ją wokół własnej osi. Frasquita traci orientację. Ziemia usuwa się jej spod nóg. W głowie się jej zawraca. Oczy szukają, szukają światła. Uciec stąd.
I wtedy w noc wzbija się głos. Nie matki. Głos, który zdaje się wychodzić z jądra ziemi, głos zza grobu, głos potężny, który szepcze, zarazem bliski i odległy, zarazem poza Frasquitą i pod jej skórą, zarazem dźwięczny i głuchy. Dziewczynka będzie musiała wszystko powtarzać. Wszystko zapamiętać. Ma tylko cztery noce, aby posiąść tysiącletnią wiedzę.
Struchlała Frasquita wykonuje polecenie. W ciemnościach powtarza to, co jest jej podszeptywane, i ciężkie słowa uderzają mocno, odciskając się w niej, w miarę jak je wygłasza.
Tamtej pierwszej nocy moja matka nauczyła się na pamięć modlitw o usunięcie słońca z głowy, za ciała pocięte, za ciała oparzone, za chore oczy, modlitw na kurzajki, o sen… Za każdą najdrobniejszą ludzką dolegliwość była modlitwa.
W drugą noc modlitwy, nie tak liczne, wydały się jej trudniejsze do zrozumienia, wypowiedzenia i zapamiętania. Odnosiły się do uwalniania od złego oka i ochrony od niedowiarków, białej damy, nocnych istot.
Trzeciej nocy głos nauczył ją dwóch modlitw tak skomplikowanych, tak hermetycznych, że Frasquita nie zdołała nawet pojąć, do kogo są adresowane. Starała się powtarzać niespójne dźwięki, niemal nie do wymówienia. Tajemniczy język wypełnił jej usta, miał gęstość materii, którą długo przeżuwała. W miarę jak wypowiadała słowa, odnosiła wrażenie, że osobliwe smaki drażnią jej podniebienie, łechcą kubki smakowe.
Były to inkantacje, które podnoszą potępionych jak drożdże ciasto i pozwalają przerzucać mosty między światami, otwierać bramy grobów, budzić to, co się zakończyło.
Wreszcie ostatniej nocy głos, który dobył się z mroków, lecz stał się już znajomy, coś jej ofiarował.
– Umiesz teraz leczyć dolegliwości cielesne przy pomocy świętych, umiesz uwalniać dusze przy pomocy tej, którą tutaj nazywa się Marią, lecz gdzie indziej nosi wiele innych imion, nauczyłem cię słuchać skarg i pouczeń martwych. Ale uwaga! Masz oszczędnie korzystać ze swoich mocy: modlitw z pierwszej nocy będziesz mogła używać, kiedy ci się spodoba, ale z drugiej, jeżeli nie chcesz ich stracić, wolno ci używać tylko wtedy, kiedy obcy poprosi cię o pomoc, nie będziesz mogła ich wykorzystywać na rzecz swoich bliskich. Jeśli chodzi o inwokacje z trzeciej nocy, to mogą być stosowane tylko raz na sto lat: kiedy wymówisz którąś, natychmiast ją zapomnisz. Ale uważaj, wzywanie na pomoc zaświatów niesie ze sobą zagrożenia: nie wszyscy zmarli są życzliwi, a ostatnie inwokacje dysponują własną wolą. Pamiętaj, że istnieją żywe słowa palące umysł, który opanowały. Powierzam ci tę skrzynkę. Otworzysz ją za dziewięć miesięcy co do dnia, nie wcześniej. Jeśli nie oprzesz się pokusie, wszystko, czego cię dotąd nauczyłem, stracisz tak jak twoja matka przed tobą. Żegnaj.

SKRZYNKA
Już w dzieciństwie Frasquita siadała na uboczu, aby szyć. Matka szybko zauważyła zręczne palce córki, zadziwiającą spontaniczność nadawaną igle. Śmiała się, widząc, jak jej córka nadzwyczaj starannie przyszywa guzik lub zeszywa mankiet.
Frasquita zdobywała szlify, zszywając spodenki, i z każdą sztuką nitka biegła coraz pewniej, ścieg stawał się drobniejszy, ruchy dłoni szybsze, a oko lepsze.
W czasie Wielkiego Postu przed inicjacją nie wolno było jej szyć. To poświęcenie wiele ją kosztowało. Dlatego zaraz po Wielkiejnocy dziewczynka ze zwielokrotnionym zapałem wróciła do prac ręcznych.
Dotąd zszywając coś, Frasquita starała się naśladować osnowę tkaniny, odtwarzać ją, a udawało się jej to tak znakomicie, że ścieg stawał się niewidoczny. Ojciec, który na próżno szukał śladów cerowania na kolanach czy w kroku spodni, odnosił wrażenie, że to nowa odzież. Jednakże po Wielkim Tygodniu, zmęczona taką dozą potulności, dziewczynka coraz częściej pozwalała, by jej równiutkie ściegi były widoczne. Drobne białe kwiatuszki ozdabiały wtedy pościel, dyskretne ptaszki baraszkowały na łatach, zamykając boki rozdarć tkaniny. Biel na bieli, czerń na czerni, reperowanie pozwoliło jej się nauczyć haftu i odtąd na chustach matki wykwitały liczne rozetki.
Jedynie te robótki pomagały Frasquicie stawić opór okrutnej pokusie, jaką była skrzynka postawiona wprost na ziemi w kącie jej izdebki.
Czarny masywny prostopadłościan wyrzezany z surowego drewna, z wierzchu delikatny w dotyku z powodu upływu czasu, czekał niewzruszenie. Co prawda w ciągu stuleci krawędzie się zaobliły, lecz żaden robak, żaden kornik nigdy nie pozwolił sobie pokosztować tego ciemnego ciała.
Z początku Frasquita siadała naprzeciw skrzynki i godzinami ją obserwowała. Usiłowała wniknąć w czarną materię, w którą się wpatrywała. Niedługo znała już każdy jej słój. Tak mocno się koncentrowała na przedmiocie, że doświadczała zawrotów głowy.
Skrzynka jednak stawiała opór. Nie ujawniała swoich tajemnic.
Frasquita mogła teraz opuszczać izdebkę, kiedy tylko miała ochotę. Przemierzała okolicę ze swoim stadkiem, a zaraz po powrocie pomagała matce w pracach domowych, później zaś z pasją zszywała i zszywała, aby zapomnieć o szkatule.
Najpierw sądziła, że za nic nie zdoła przez dziewięć miesięcy opierać się przemożnemu pragnieniu, aby ją otworzyć. Kilka­krotnie o mało nie podniosła wieka, którego nie zabezpieczał żaden zamek. Ale wtedy na myśl przychodziła jej matka, która popełniła ten błąd, i to wstrzymywało jej dłoń.
W dziesiątą niedzielę po Wielkiejnocy Francisca zaczęła ją w kuchni uczyć gestów.
– Widzisz, znam muzykę, zapomniałam natomiast słów. Nie mogę ci wyrecytować modlitw, ale każdej, którą teraz znasz, muszą towarzyszyć gesty, których cię nauczę. Dziś przerobimy carne cortada. Do wyleczenia skaleczeń wystarczy, że wygłosisz odpowiednią inkantację i wykonasz ruchy, które ci pokażę.
Po czym wzięła dwa dorodne jajka w białych skorupkach, rozbiła je o brzeg miseczki, rozbełtała i wlała do żeliwnego garnka.
– Zdejmij je z ognia, spalą się! – zaniepokoiła się Frasquita.
– Muszą się spalić, widzisz, a kiedy już całkiem sczernieją, zmoczysz szmatkę oliwą z oliwek i poczernisz ją tym, co zostanie z jajek. Później narysujesz trzy krzyże, o tak, na ranie, żeby szybciej się zabliźniła.
Frasquita, która uważnie obserwowała matkę, zauważyła wówczas, jak bardzo w ostatnim czasie włosy jej posiwiały, jak zwiędły dłonie. Odkryła, że jej matka stała się staruszką.
– Mamo, jak straciłaś dar?
– Kiedy byłam w twoim wieku, dostałam tę skrzynkę, którą tobie dano. Ale otworzyłam ją trzy miesiące przed końcem próby, sądząc, że nikt się o tym nie dowie. Skrzynka była pusta, a ja w jednej chwili zapomniałam wszystkie modlitwy, których mnie nauczono.
– Ale skoro je zapomniałaś, kto mnie ich nauczył? Głos, który słyszałam wśród grobów, nie był twój?
– Nie. Kiedy otworzyłam skrzynkę, wydało mi się, że otwieram własną czaszkę. W jednej chwili wyleciały z niej wszystkie słowa, które zostały w niej zamknięte kilka miesięcy wcześniej. Natychmiast zatrzasnęłam wieko. W głowie została mi tylko jedna modlitwa z tych z trzeciego wieczoru. Słyszałaś, jak ją recytowałam na cmentarzu. Straciłyśmy ją na sto lat.
– Kto cię wtajemniczył?
– Matka. Chciałabym cię poprosić o przysługę. Ukryj w pewnym miejscu skrzynkę, którą dostałaś.
– Gdzie mam ją schować?
– Nie wiem, ale ukryj ją. Boję się siebie, dziecko. Musisz oddalić swój sekret od matki, umieścić go poza jej zasięgiem! I pilnuj się, żebym nie podglądała!
Człowiek nazwiskiem Heredia rządził wówczas okolicą. Należał do niego najdrobniejszy kamyk. Nikt nie wiedział, jak dawno i w jakich okolicznościach objął w posiadanie tę krainę położoną z dala od ludzkich dróg i boskich świateł. Bogu Heredia pozostawił jedynie odlegle błękitne niebiosa. Usadowione na wzgórzu białe muszelki Santaveli zakleszczyły się między lazurem a kamieniami. Niebo należało do Pana Boga, kamienie do señora Heredii, dzięki któremu wieśniacy żyli. Bywało, że ludzie sami już nie wiedzieli, do którego z nich adresować modlitwy.
Jeszcze tego wieczoru Frasquita niechętnie zakopała skrzynkę w gaju oliwnym tegoż pana.
Po raz pierwszy znalazła się sama nocą pośród pól. Nie rozpoznawała ścieżek, które przemierzała od zawsze. Nawet najlepiej znane przedmioty przybierały w ciemnościach osobliwe formy. Potykała się na każdym kamieniu, zawadzała o stopnie, wymachując długimi rękami w wyboistym mroku. Nie znajdywała punktów odniesienia, dziwowała się wielkości domów, kształtowi drzew. Wszystko zdawało się rozpuszczać, rozpływać powoli w nocy: liście się ze sobą mieszały, okna dziurawiły nieforemną bryłę fasad, kontury przedmiotów się zacierały, rozpraszały w cieniu, ziemia kamienie pożerała, a niebo pożerało ziemię. Świat pokrył się niewyraźnymi ciemnymi plamami niczym dziury. A frędzle nieba spryskanego światłem i rozciętego piłą gór opadały aż do ziemi. Niektóre figowce, już najeżone dużymi zielonymi owocami w kształcie kuli, patrzyły, jak Frasquita przemyka w cieniu ich muru.
W prawej ręce niosła łopatę ojca, w lewej wiklinowy koszyk. Bardzo się bała, gdy taka malutka szła na poły pożartą przez noc wąską ścieżką, której kawałki wyglądały jak poszarpane zębami. Na niebo wyszedł ogromny księżyc. Na drzewa oliwne, które trzeszczały jak wyłamywane palce, wylał piękne zamglone światło.
Frasquitę zdziwiło, że noc jest taka głośna. Przystanęła pod największym drzewem, jakie znalazła, i zaczęła kopać. Wstawiła skrzynkę do dość głębokiego dołka, po czym zasypała go, a suchą ziemię dobrze ubiła rękami. Uważnie rozejrzała się dokoła, aby zapamiętać drzewo oliwne, któremu powierzyła swój skarb. Jego pień, podwójny u podnóża, wyżej scalał się w jeden, jakby dwa drzewa przez kilka lat rosły obok siebie, a później się splotły.
Pochłonięta oglądaniem podwójnego drzewa, powoli zapominała o strachu, gdy nagle zza pleców dobiegł ją męski głos wypowiadający liczbę. Ledwie zdążyła się schować za pniem, któremu się przypatrywała. Jakiś cień zmierzał wprost na nią.
Cień, który miał zachwycającą twarz młodego mężczyzny.
Wyrostek zatrzymał się przed bliźniaczym drzewem oliwnym dokładnie w miejscu, gdzie Frasquita zakopała skrzynkę, i wrzasnął gromko:
– Sto dziewięćdziesiąt osiem!
Pięknego chłopca o delikatnych rysach twarzy, który tak ją wystraszył, Frasquita odprowadzała spojrzeniem, kiedy odchodził długim krokiem. Zobaczyła, że staje na baczność przed następnym drzewem i krzyczy donośnie: „Sto dziewięćdziesiąt dziewięć!”, po czym szybko idzie dalej, by liczyć kolejne drzewa. Kiedy tylko zniknął jej z oczu, dziewczynka uciekła z łopatą i koszykiem.
Biegła do samej wioski, nie oglądając się za siebie.
Dotarłszy do pierwszych domów, natrafiła na błyszczące spojrzenie jakiegoś diablika przebranego za kota, by przeganiać trzódkę myszy polnych, i przerażona stanęła jak wryta. Żółte oczy migotały między ziemią a niebem, wpatrywały się w nią przez kilka sekund, przypięły ją do nocnego pejzażu niczym pospolitą ćmę, po czym się odwróciły, zwinna postać zeskoczyła z drzewa, na które się wspięła, i zniknęła w ciemności. Frasquita się otrząsnęła, acz niezupełnie przekonana, że miała do czynienia z kotem sąsiadów, i pobiegła dalej. Zdyszana pchnęła wąskie drzwi swojego domu, po omacku przeszła przez izbę i padła na łóżko.
Mijały dni, tygodnie. Frasquita, wciąż wystraszona nocną eskapadą, nie próbowała odszukać bliźniaczego drzewa oliwnego, pod którym ukryła swój skarb.
Za to jej matka wynajdywała co rusz jakiś nowy pretekst, aby niewielki domek przetrząsnąć od dołu po sam dach albo przesuwać stare kamienie na patiu. Ciekawość jej nie odstępowała. Dosłownie traciła głowę, tak mocno ją nękało gorące pragnienie, by zgłębić tajemnicę skrzynki.
– Mam nadzieję, że nie zapodziałaś tego, co ci powierzono, tylko ukryłaś to w bezpiecznym miejscu. Gdyby ktoś znalazł skrzynkę i otworzył ją przed nami, Bóg wie, co mogłoby się stać. Czy nadal jest w domu? – zapytała w końcu Frasquitę.
– Nie, dawno jej tu nie ma. Pójdziemy po nią za trzy miesiące tam, gdzie teraz leży, i nikt przed nami jej nie otworzy, możesz być spokojna.
– Zakopałaś ją na podwórku?
– Ani na podwórku, ani w wiosce. Jest za daleko, żebyś znalazła ją sama, bez mojej pomocy.
– Powiedz, gdzieś ją wetknęła! Wezmę ją i ukryję w pewnym miejscu, skąd nikt nigdy jej nie wyjmie.
– Dobrze jej tam, gdzie jest.
– Jak możesz nie ufać starej matce?
– Mamo, w skrzynce nie ma jeszcze tego, co się znajdzie na zakończenie okresu wyznaczonego przez głos, rozumiesz? Jeżeli otworzysz ją teraz, będzie tak samo pusta jak czterdzieści lat temu, kiedy popełniłaś ten sam błąd. Dar, który mi obiecano, rośnie w ciemności. Daj mu tyle czasu, ile potrzebuje!
Matka zalała się łzami i rozpłynęła w przeprosinach, lecz już trzy dni później ponowiła pytanie.
Po pytaniach nastała pora rozkazów, po rozkazach przyszły ciosy.
Frasquita przez miesiąc pozwalała się bić. Wszystko wytrzymała: żaden szantaż, obietnica ani brutalność nie zdołały jej złamać. Była równie milcząca i nieprzenikniona jak sama skrzynka. Sama stała się skrzynką, a matka codziennie bezskutecznie usiłowała sforsować jej wieko. Nawet ojciec, który rzadko się mieszał w babskie sprawy, musiał kilka razy interweniować, by matka jej nie zabiła.
Po trzydziestu dniach przemocy matka całkowicie zmieniła podejście. Zapadła w milczenie i całymi dniami nawijała tylko na palec swe długie szpakowate włosy. Przestała jeść, przestała się czesać, przestała wychodzić z domu – na własne życzenie umierała.
Druga faza trwała tyle samo co pierwsza.
Wreszcie pewnego pięknego poranka kobietę, już wyraźnie wychudzoną, poderwało – teraz dla odmiany rzuciła się przemierzać drogi. Mówiąc do siebie półgłosem, zaczęła kopać dołki byle gdzie w okolicy wioski.
Wtedy do młodziutkiej Frasquity zawitał proboszcz.
Pochodził z tej wioski, był człowiekiem odpornym na wszelkie babskie wierzenia. Nie znosił jazgotu, guseł, wszystkich tych wioskowych zabobonów, które praktykowała część jego parafianek, choć kobiety te były pobożne.
Był z niego osobliwy proboszcz, nieskory do karania. Nie wierzył w diabła.
„Jeśli moja modlitwa jest oschła, znaczy, że nie pojadłem sobie na obiad albo że jest zimno w kościele, nigdy nie obwinię diablęcia z kopytami, że ponosi odpowiedzialność za moje człowiecze uchybienia. Piotr zaparł się Jezusa, ponieważ się bał. Diabeł nie ma z tym nic wspólnego! Jeżeli diabeł w ogóle istnieje, to tylko w ludzkiej głowie!” Tak lubił mawiać.
Z ambony nigdy nie czytał ustępów o opętanych, w żadnym z kazań nie wspominał o Złu, nade wszystko bowiem obawiał się wywołania epidemii opętań. Chociaż jego owieczki nie rozumiały ani słowa po łacinie, nie było potrzeby dolewać oliwy do ognia. Aby nie obudzić diabła, najlepiej było o nim wcale nie mówić.
Długo zwalczał miejscowe zabobony wprawiające w drżenie duszyczki, które miał pod swoją pieczą, nie zdołał jednak sprowadzić wiernych na ścieżkę oświecenia. Uciszył ich tylko: już mu nie opowiadano o rzuconych klątwach ani o kurzych zakrwawionych łebkach, którymi potrząsano wokół łóżka chorego dziecka. O niczym mu nie mówiono ze strachu przed wybuchami gniewu człowieka myślącego racjonalnie.
Wysłuchawszy zwierzeń Frasquity i jej matki zaraz po Wielkiejnocy, ksiądz westchnął przeciągle, ale wywinęły się dwiema, trzema godzinami modlenia się na kolanach w głębi kościółka. Kiedy jednak zobaczył, jak wychudzona staruszka całymi dniami kopie dołki gołymi rękami – mąż zabrał jej łopatę – domyślił się łatwo, że to nagłe szaleństwo wzbudziła śmieszna historia, którą mu opowiedziały kilka miesięcy wcześniej, i udał się do Frasquity.
– Frasquito, czego twoja matka szuka? – zapytał.
– Skrzynki – odpowiedziała dziewczynka, nie owijając w bawełnę.
– A co jest w tej skrzynce? – drążył el padre.
– Nie wiemy.
– Czyli twoja matka nie wie, czego szuka tak zapalczywie, aż żal patrzeć, jak przez cały okrągły dzień wygrzebuje kamienie. Stare dłonie ma pokaleczone od rycia w ziemi.
– No właśnie, tak, zgadza się, ona szuka nie wiadomo czego, co nawet jeszcze nie istnieje.
– A więc ta osławiona skrzynka, która ją opętała, nie istnieje?
– Nie, skrzynka istnieje, ale na razie jest pusta. Znaczy tak przypuszczam.
– Posłuchaj, nic z tego nie rozumiem. Ale przyniesiesz tę skrzynkę i dasz matce, zanim nam zemrze ze zmęczenia w samym środku kamienistego pola.
– Nie.
– W imieniu Boga żądam tego!
Frasquita patrzyła na proboszcza, kręcąc wolno głową z lewa na prawo.
– Uparciuch z ciebie, dziecko. Czy nie widzisz, że nie tylko twoja matka jest zagrożona? Jak znam tutejszych, nie będziemy długo czekać, aż kolejna kobieta zacznie ryć dołki wszędzie dokoła, a potem ludzie przestaną nazywać twoją matkę la fada i wymyślą jakiś dobry powód jej kopania w ziemi. Uwierzą, że zobaczyła we śnie jakiś skarb czy nie wiadomo co, i nikt nie będzie już pracował w gaju oliwnym, tylko łopatami przekopią całe to wzgórze, aż się obsunie.
– Trzeba jeszcze poczekać, ale już niedługo. Za dwadzieścia dni będziemy mogły otworzyć skrzynkę i matka odzyska spokój.
– Ale za tydzień będzie już za późno! Bujna wyobraźnia podsunie ludziom jakąś bezsensowną historię. Za tydzień nic się nie da zrobić dla nikogo, kto wyruszy na te bezprzedmiotowe poszukiwania. Uważaj, Frasquito, jesteś zbyt uparta!
I rozzłoszczony proboszcz wyszedł, nie dodając ani słowa więcej.
Spełniły się jego przewidywania, albowiem nazajutrz już nie tylko matka kopała. Z dnia na dzień kopiących przybywało, a dziewczynka na próżno powtarzała każdemu, że nic nie ma w skrzynce, której szukają – nikt jej nie słuchał. Łopaty wgryzały się w zmarzniętą ziemię, twardą jak skała.
Heredia daremnie próbował powstrzymać armię mężczyzn, kobiet i dzieci, która przekopywała jego posiadłość w poszukiwaniu domniemanego skarbu. Ani jego autorytet, ani jego synów, ani nawet ich psów nie były w stanie pokonać tego marzenia. Gorączka pustoszyła głowy, a oliwki gniły, ponieważ nie było komu ich zbierać.
Niektórzy ryli ziemię tak głęboko, że spędzali po kilka dni w wykopanych dołach, zanim ktoś ich znajdywał i uwalniał ze żwirowego więzienia. Zdarzały się osunięcia, bijatyki, odmrożenia. Kobiety i dzieci wydobyły na powierzchnię tysiące koszy napełnionych ziemią, pyłem, kamieniami.
Po tygodniu tej działalności nigdzie w okolicy nie dało się zrobić kroku, by nie skręcić sobie kostki albo nie wpaść do dołka. Nie znaleziono jednak niczego oprócz kilku rozbitych dzbanków, nielicznych skamielin i wspaniałej twarzy z brązu. Ta bardzo wiekowa maska przedstawiała niepokojącej urody rysy młodego mężczyzny, którego oczy wściekle skuto młotkiem. Nikt się nie przejął starożytnym arcydziełem. Oddano je do przetopienia. Znalazca kazał z tego wykonać ozdoby dla żony i córki. Piękny młodzieniec przemienił się w kobiece precjoza.
Wówczas zaczęto się zastanawiać, czego właściwie wszyscy szukają od ponad tygodnia. Uświadomiono sobie, że nikt nie ma pojęcia, i pomyślano, że kobieta, która nadal w milczeniu kopie, ma zdecydowanie dziwny wzrok.
Powoli wioska oprzytomniała i poszła za radą proboszcza. Ludzie wrócili do pracy i tylko matka Frasquity kopała dalej.
Wreszcie upłynął termin wyznaczony przez głos.
Frasquita poczekała do ciemnej nocy, kiedy to zabrała matkę do pobielałego od szadzi gaju oliwnego Herediów.
Bez większego trudu odnalazła bliźniacze drzewo oliwne. Ziemia tu i ówdzie była na chybił trafił rozkopana łopatą i dołki, których jeszcze nie zasypano, nadawały pejzażowi księżycowy charakter.
Frasquita, której nie udało się wytropić ojcowskiej łopaty, kopała bez pośpiechu kamieniem. Wkrótce dotarła do wieka skrzynki, po czym wydobyła ją z dziury w zimnej ziemi.
Matka uśmiechała się szeroko, odsłaniając wszystkie zęby, okazywała iście dziecięcą radość, a otoczone zmarszczkami oczy błyszczały jej jak dwie czarne kulki.
– Otwórz, no otwórz!
Zgrabiałymi palcami Frasquita podniosła pokrywę.
Skrzynkę wypełniały szpulki z nićmi we wszystkich kolorach i setki szpilek wbitych w poduszeczkę, jaką szwaczki noszą na nadgarstku w charakterze ozdoby. Do wieka od spodu przymocowano skórzanymi cieniutkimi paskami nożyczki filigranowej roboty w etui z czerwonego aksamitu, prosty naparstek i kilka igieł różnej grubości równiutko wpiętych wzdłuż niebieskiej szerokiej wstążki.
– To zwykły przybornik do szycia – wyszeptała matka. – Zwykły przybornik!
– Zobacz, jakie kolory! – zachwyciła się Frasquita. – Jaki mdły wydaje się nasz świat w porównaniu z tymi nićmi! U nas wszystko przyćmiewa kurz, a kolory pożera palące słońce. Jakie to cudowne! Nawet w tym szarym świetle szpulki jaśnieją! Gdzieś muszą być światy przepełnione kolorami, różnobarwne, tak radosne, jak zawartość tej skrzynki.
– Całymi dniami kopałam w ziemi, szukając przybornika do szycia!
Stara matka zsunęła z głowy wełnianą chustkę i jej srebrzyste włosy, których od tak dawna nie czesała, opadły kaskadą na ciemną tkaninę na ramionach. Wybuchnęła wtedy szczerym wyzwalającym śmiechem. Długo się tak śmiała, aż naraz pojaśniała w nocnych ciemnościach niczym drugi księżyc. Śmiała się ona, obok śmiała się jej córka, obydwie tarzały się po ziemi, nie bojąc się, że zniszczą sobie ubrania.
W końcu Francisca się wyprostowała, po czym usiadła pod drzewem. Jej oczy straciły niezdrowy blask, źrenica nie rozszerzała się już na całą tęczówkę, rzęsy nie drżały wokół białek jak nozdrza niespokojnego zwierzęcia. Jej spojrzenie się uspokoiło. Frasquita rozpoznała dawną spokojną aksamitną szarość matczynych oczu, których nie mąciła już pożądliwość. Wyczuła, że jej matka znowu jest wolna.
– Późno już. Wracajmy do domu.

 
Wesprzyj nas