W “Świecie Zofii” i pozostałych swoich książkach Jostein Gaarder zawsze zapraszał czytelników do refleksji nad istotnymi kwestiami. Nie inaczej jest w “Świecie według Anny”, jego najnowszej powieści, opowiadającej o nastolatce przerażonej przyszłością Ziemi.


Sny Anny były tak dziwne, że psycholożka z rodzinnej wsi dziewczyny zaleciła jej rodzicom umówienie wizyty u psychiatry w Oslo. Ona sama miała poczucie jakby wizje rodzące się w jej umyśle nie były jedynie wyobrażeniami, ale przekazem z przyszłości. A jednak psychiatra nie dopatrzył się żadnych objawów choroby psychicznej, gdy Anna wyznała w gabinecie: “boję się zmian klimatu spowodowanych przez człowieka. Boję się, że my, którzy żyjemy teraz, zniszczymy klimat i środowisko na naszej planecie, bo nie myślimy ani trochę o tych, którzy przyjdą po nas.” Jej sny, w których Nova – prawnuczka Anny, ma do jej pokolenia pretensje o to, że nie zatrzymało destrukcyjnych procesów, specjalista uznaje za uzasadnione obawy. I dodaje, że podobne myśli jego nękają także.

Ta powieść Josteina Gaardera w dorosłym czytelniku wzbudza żal i poczucie winy, choć ostatecznie rozpala też iskrę nadziei. Młode pokolenie odnajdzie w niej siebie, strach Anny jest ich strachem, którego nie można oswoić, dlatego, że jego źródło samo nie zniknie. Będzie coraz goręcej, będzie brakować wody, choć równocześnie jej poziom w oceanach podniesie się, zatapiając przybrzeżne miasta, rozpoczną się wielkie migracje, ponieważ wiele terytoriów całkowicie przestanie nadawać się do zamieszkania. I to ludzie będący dziś nastolatkami, jako pierwsi zmuszeni zostaną do poradzenia sobie z taką właśnie spuścizną po poprzednich pokoleniach. Nie dziwi więc, że wzbiera w nich bunt, pragnienie zmiany, a jednocześnie przerażenie. Tylko co można zrobić, skoro “chciwość jednak zazwyczaj nie martwi chciwych”, a to właśnie oni odpowiadają za bieżące i przyszłe zaburzenie równowagi ekologicznej na ziemi?

Współczesna Anna i jej wnuczka Nova z przyszłości na przemian opowiadają czytelnikowi o tym co czują i robią, w jaki sposób odnoszą się do zastanej rzeczywistości i jak szukają możliwości zmiany, działając na swoją miarę. Nova tęskni za bujną, zieloną i różnorodną planetą. Tak bardzo chciałaby ją odzyskać. Anna tu i teraz stara się nie poddać lękowi lecz działać.

Bohaterowie stworzeni przez Gaardera usiłują obmyślić odpowiednie sposoby ratowania planety, zwracając uwagę na fakt iż – aby były skuteczne – muszą one być zgodne z naturą ludzką. I to niekoniecznie z jej najbardziej chwalebną stroną. Skłonność do przechwałek, rywalizacji, niespecjalnie mądrych rozrywek – czy można je zaprząc do działania na rzecz ocalenia ekosystemów, powstrzymania zmian klimatycznych na ziemi?

Anna i jej nastoletni chłopak Jonas prześcigają się w rozmyślaniach na ten temat, zastanawiają się co należałoby zrobić, żeby przekierować uwagę opinii publicznej na istotne kwestie, jednocześnie nie pozbawiając ludzi rozrywki i zabawy, których tak szukają i na które nie szczędzą czasu ani pieniędzy. Te powieściowe pomysły są oczywiście dla czytelników zaproszeniem do samodzielnego poszukiwania rozwiązań. Być może pośród odbiorców „Świata według Anny”, kierowanego głównie do młodzieży, znajdzie się właśnie ta osoba, która wymyśli co zrobić, by zatrzymać postępującą katastrofę.Agnieszka Kantaruk

Jostein Gaarder, Świat według Anny, Przekład: Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Czarna Owca, Premiera: 13 lipca 2022
 
 

Jostein Gaarder
Świat według Anny
Przekład: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 13 lipca 2022
 
 

Kulig

Odkąd Anna się­gała pamię­cią, rodziny z wio­ski w syl­we­strowy wie­czór urzą­dzały kulig na let­nie pastwi­ska w górach. Konie były wycze­sane zgrze­błem i przy­stro­jone na powi­ta­nie nowego roku, a do sań moco­wano dzwo­neczki i pochod­nie roz­ja­śnia­jące nocny mrok. W nie­które zimy trasę przy­go­to­wy­wano za pomocą ratraka, żeby konie nie zapa­dały się w syp­kim śniegu, ale w góry wybie­rano się w każ­dego syl­we­stra, i to nie na nar­tach czy sku­te­rach śnież­nych, tylko wła­śnie saniami. Bo ow­szem, święta Bożego Naro­dze­nia miały swoją magię, lecz praw­dziwą zimową baśnią był wła­śnie ten kulig.
W wie­czór syl­we­strowy wszystko wyglą­dało ina­czej. Dzieci i doro­śli bawili się razem, pano­wało ogromne zamie­sza­nie i w ten jeden jedyny dzień w roku sta­wali się wielką rodziną. W ten sam wie­czór opusz­czali jeden rok i wcho­dzili w inny. Prze­kra­czali nie­wi­dzialną gra­nicę mię­dzy tym, co już było, a tym, co dopiero miało nadejść. Szczę­śli­wego Nowego Roku! Dzię­ku­jemy za ten stary!
Anna uwiel­biała wie­czory syl­we­strowe, cho­ciaż nie bar­dzo potra­fiła się zde­cy­do­wać, co lubi naj­bar­dziej, czy drogę w góry, aby tam uczcić ostatni kawa­łe­czek sta­rego roku, czy też powrotną drogę w dół ku nowemu rokowi, kiedy jechała owi­nięta kocem w obję­ciach mamy, taty lub któ­re­goś z pozo­sta­łych miesz­kań­ców wio­ski.
Ale w syl­we­stra tego roku, kiedy Anna skoń­czyła dzie­sięć lat, nie było śniegu ani na pła­sko­wyżu, ani w doli­nach. Mróz już dawno ściął oko­licę, lecz oprócz nie­wiel­kich bia­łych plam tu i ówdzie góry pozo­sta­wały bez­śnieżne. Nawet potężny masyw gór­ski wyra­sta­jący z pła­sko­wyżu wzno­sił się bez­wstyd­nie nagi pod otwar­tym nie­bem, roze­brany z bia­łego zimo­wego płasz­cza.
Wśród doro­słych poszep­ty­wano coś o „glo­bal­nym ocie­ple­niu” i „zmia­nach kli­matu”. Anna zapa­mię­tała te nowe okre­śle­nia. Pierw­szy raz w życiu zaczęła prze­czu­wać, że na świe­cie zapa­no­wał brak rów­no­wagi.
Ale w góry w syl­we­stra musieli się wybrać, lecz tego roku jedy­nym moż­li­wym środ­kiem trans­portu oka­zał się trak­tor. Poza tym tra­dy­cyjna wizyta w gór­skich zagro­dach miała się wyjąt­kowo odbyć w ciągu dnia, ponie­waż bez śniegu na pła­sko­wyżu syl­we­strowa noc byłaby tak ciemna, że nie widzie­liby nic na wycią­gnię­cie ręki. Nawet pochod­nie w niczym by nie pomo­gły. Poza tym głu­pio by wyglą­dały na trak­to­rze czy na przy­cze­pie.
Dla­tego w syl­we­strowy pora­nek pięć trak­to­rów wyru­szyło w śli­ma­czym tem­pie w góry po poro­śnię­tym brzo­zami zbo­czu. Zabrano ze sobą dużo dobrego jedze­nia i picia. Jest śnieg czy go nie ma – trzeba wznieść toast za nowy rok, no i tro­chę się zaba­wić na ścię­tych mro­zem halach.
Tego roku roz­ma­wiano nie tylko o braku śniegu. W okre­sie mię­dzy­świą­tecz­nym dwu­krot­nie zauwa­żono w pobliżu gospo­darstw dzi­kie reni­fery i żar­to­wano, że to Miko­łaj po dowie­zie­niu gwiazd­ko­wych pre­zen­tów zapo­mniał zabrać swoje reny.
Anna zorien­to­wała się jed­nak, że ta histo­ria z reni­fe­rami ma w sobie coś nie­do­brego i nie­po­ko­ją­cego. Dotych­czas dzi­kie reni­fery ni­gdy nie zapusz­czały się do wio­sek. W jed­nym z gospo­darstw pró­bo­wano nawet kar­mić takie prze­ra­żone zwie­rzę, a w gaze­cie poja­wiły się zdję­cia z pod­pi­sem: „Dzi­kie reni­fery sztur­mują gór­skie wio­ski”…
W ostatni dzień grud­nia kon­wój trak­to­rów z przy­cze­pami kie­ro­wał się w góry. Na pierw­szej przy­cze­pie sie­działa Anna wraz z gro­madką innych dzieci. Im wyżej wjeż­dżali, tym bar­dziej szklany wyda­wał się zmro­żony kra­jo­braz, a to ozna­czało, że deszcz musiał padać tuż przed nadej­ściem mrozu, który skuł wszystko, co pły­nęło.
Na widok tru­chła zwie­rzę­cia przy dro­dze trak­tory się zatrzy­mały. Oka­zało się, że to reni­fer, sztywny z mrozu. Któ­ryś z męż­czyzn wyja­śnił, że zwie­rzę padło z głodu.
Anna nie bar­dzo mogła to zro­zu­mieć. Ale nieco póź­niej, gdy już dotarli w góry, zoba­czyła, że cała oko­lica zamar­zła. Z oko­wów mrozu nie dało się wyrwać żad­nego kamyka, żad­nej roślin­nej resztki.
Dotarli do jeziora Bre­avat­net i tu pięć trak­to­rów znów się zatrzy­mało, ale teraz kie­rowcy wyłą­czyli już sil­niki. Stwier­dzono, że lód jest bez­pieczny, więc i doro­śli, i dzieci wybie­gli na jezioro. Lód był prze­zro­czy­sty i kolejne osoby nie posia­dały się z rado­ści, w miarę jak odkry­wały, że mogą zoba­czyć pstrągi pły­wa­jące pod lodową pokrywą.
Na lód wynie­siono piłki, kije do gry w bandy i sanki. Anna jed­nak cho­dziła samot­nie wzdłuż brzegu jeziora, oglą­da­jąc zmro­żoną roślin­ność. Widziała pokryte cie­niutką war­stewką lodu mech i poro­sty, krze­winki, bażyny i czarne owocki mącz­nicy, oto­czone ogni­ście czer­wo­nymi list­kami. Wyglą­dało to prze­ślicz­nie, pra­wie tak, jakby zna­la­zła się w szla­chet­niej­szym, bar­dziej wyra­fi­no­wa­nym świe­cie niż jej wła­sny. Zaraz jed­nak dostrze­gła mar­twą mysz… Tuż obok drugą. A pod kar­ło­watą brzózką leżał nie­żywy leming. Wtedy Anna już wszystko zro­zu­miała i w jed­nej chwili znik­nęła cała atmos­fera baśni. Wie­działa prze­cież, że myszy i lemingi mogą prze­trwać zimę w górach wśród krze­wów i zaro­śli pod mięk­kimi koł­der­kami śniegu. Ale gdy śnież­nych koł­de­rek bra­kuje, to trudno sobie pora­dzić, gdy się jest lemin­giem albo myszą.
Anna uświa­do­miła sobie, dla­czego dzi­kie reni­fery zeszły w doliny. To nie miało żad­nego związku z Miko­ła­jem.

Doktor Benjamin

Sześć lat póź­niej Anna sie­dzi razem z rodzi­cami w sta­rym domu z drew­nia­nych bali. Na dwo­rze już od wielu godzin jest ciemno, a tata zapa­lił chyba wszyst­kie świeczki, jakie miał do dys­po­zy­cji, i pousta­wiał je na półce nad komin­kiem i na para­pe­cie. Jest dzie­siąty grud­nia i tylko dwie noce dzielą ich od dnia, w któ­rym Anna skoń­czy szes­na­ście lat.
Rodzice sie­dzą na kana­pie i oglą­dają tele­wi­zję, film krę­cony na Oce­anie Spo­koj­nym, baśń dla doro­słych z epoki żaglow­ców. A może to jed­nak doku­ment o któ­rymś z legen­dar­nych osiem­na­sto­wiecz­nych kapi­ta­nów? Anna nie ma pew­no­ści, bo zerka na ekran tylko od czasu do czasu.
Sie­dzi przy stole, led­wie kątem oka patrząc na widoki oce­anu poka­zy­wane na ekra­nie. W ręku trzyma wiel­kie nożyce i wycina coś z gazet, któ­rych cały plik leży przed nią…
W sierp­niu Anna zaczęła cho­dzić do pierw­szej klasy liceum i już po kilku dniach w nowej szkole poznała Jonasa, który był o rok wyżej. Od razu się zaprzy­jaź­nili, przez kilka dni uda­wali zako­chaną parę, aż w końcu sobie uświa­do­mili, że rze­czy­wi­ście się w sobie zako­chali.
Anna sie­działa nad wycin­kami z dużym kub­kiem her­baty i uśmie­chała się do sie­bie. Życie potrafi odmie­nić się tak nagle!
Ale na to, co stało się dziś, była jed­nak dobrze przy­go­to­wana. Dostała wresz­cie stary pier­ścio­nek po ciotce Sun­ni­vie! Od dawna wie­działa, że odzie­dzi­czy go w dniu swo­ich szes­na­stych uro­dzin. Samo wrę­cze­nie odbyło się jed­nak z dwu­dnio­wym wyprze­dze­niem, ponie­waż mama naza­jutrz wyjeż­dżała na kon­fe­ren­cję. Całą rodziną zje­dli uro­czy­sty obiad, a na deser mama podała kupiony w cukierni tort mar­ce­pa­nowy ozdo­biony czer­woną różą i dopiero po posiłku pier­ścio­nek z czer­wo­nym rubi­nem został wyjęty ze sta­rego etui na biżu­te­rię i wrę­czony. Przez resztę wie­czoru Anna miała ów dro­go­cenny klej­not na palcu i szy­ku­jąc wycinki, zer­kała na pier­ścio­nek cztery albo pięć razy na minutę.
Pier­ścio­nek miał z pew­no­ścią ponad sto lat, a nie­któ­rzy uwa­żali, że nawet kil­ka­set. Ze sta­rym klej­no­tem wią­zało się ponadto mnó­stwo ogrom­nie cie­ka­wych opo­wie­ści.
W ramach pre­zentu na szes­na­ste uro­dziny Anna dostała rów­nież nowy smart­fon, który był jej wiel­kim marze­niem. Cho­ciaż speł­nił jej ocze­ki­wa­nia, to jed­nak przy­ćmił go nieco ten wspa­niały rodzinny klej­not. Ale Annie i tak trudno było pojąć, że wystar­czy lekko dotknąć ekranu, a już ma dostęp do całego inter­netu.
Naj­dziw­niej­szy tej jesieni był jed­nak wyjazd do Oslo w poło­wie paź­dzier­nika. Ów roz­dział życia Anny zaczął się nieco wcze­śniej tego roku.
Od dzie­ciń­stwa sły­szała, że ma bujną wyobraź­nię. Na pyta­nie, o czym myśli, potra­fiła snuć nie­koń­czące się opo­wie­ści, lecz wszy­scy uwa­żali, że to czyni ją bogat­szą. Minio­nej wio­sny zaczęły się jed­nak poja­wiać histo­rie, które Anna odbie­rała jako praw­dziwe i rze­czy­wi­ste. Miała wra­że­nie, że to prze­kaz z jakichś innych cza­sów albo nawet z innej rze­czy­wi­sto­ści.
Wresz­cie dała się namó­wić na kilka roz­mów z psy­cho­lożką, które były kon­ty­nu­owane też jesie­nią. Lekarka po pew­nym cza­sie stwier­dziła, że dobrze by było, aby Annę zba­dał psy­chia­tra w Oslo. Anna nie miała nic prze­ciwko temu, uwa­żała, że nie ma się czego wsty­dzić, a bada­nie przez psy­chia­trę trak­to­wała nie­mal jak zaszczyt.
Zażą­dała jed­nak, by pozwo­lono jej jechać bez rodzi­ców, a Jonas zaraz się zaofia­ro­wał, że będzie jej towa­rzy­szyć. Rodzice jed­nak pozo­stali nie­ugięci, uparli się, że któ­reś z nich musi jechać z mło­dymi. Kom­pro­mi­sowo sta­nęło na tym, że Anna poje­dzie z Jona­sem, ale rów­nież z mamą, pod warun­kiem że mama w pociągu będzie sie­działa w innym prze­dziale.
Wcze­snym popo­łu­dniem we troje sta­wili się w Szpi­talu Cen­tral­nym, gdzie Annie wyzna­czono wizytę u psy­chia­try. Do gabi­netu jed­nak nikt nie mógł z nią wejść, przy­naj­mniej na początku. Anna zro­zu­miała, że mama potrak­to­wała to jako wielką klę­skę. Bar­dzo chciała uczest­ni­czyć w tym bada­niu duszy swo­jej córki, musiała się jed­nak pogo­dzić z sie­dze­niem w pocze­kalni razem z Jona­sem.
Anna od pierw­szej chwili polu­biła dok­tora Ben­ja­mina. Miał jakieś pięć­dzie­siąt, sześć­dzie­siąt lat i dłu­gie szpa­ko­wate włosy zwią­zane w kucyk. W płatku jed­nego ucha nosił maleńką fio­le­to­wo­nie­bie­ską gwiazdkę, a z kie­szonki na piersi jego czar­nej mary­narki wysta­wał czer­wony fla­ma­ster. Dok­tor miał żar­to­bliwy błysk w oku i w trak­cie roz­mowy cały czas patrzył na Annę z zain­te­re­so­wa­niem.
Wciąż pamię­tała jego pierw­sze słowa wypo­wie­dziane po przy­wi­ta­niu i zamknię­ciu drzwi do pocze­kalni. Oświad­czył, że mają dużo szczę­ścia, ponie­waż nie­ocze­ki­wa­nie odwo­łano bada­nie wyzna­czone tuż po wizy­cie Anny, dzięki czemu będą mogli spę­dzić razem wię­cej czasu.
Do poma­lo­wa­nego na biało pokoju wpa­dało słońce, a przez okno Anna widziała czer­wone i żółte liście na drze­wach. W pew­nym momen­cie roz­mowy dostrze­gła wie­wiórkę bie­ga­jącą w górę i w dół po sośnie.
– Sciu­rus vul­ga­ris! – zawo­łała. – Czyli wie­wiórka pospo­lita. Ale w Anglii już nie są wcale takie pospo­lite. Tam rudo­brą­zową wie­wiórkę wyparły ame­ry­kań­skie wie­wiórki szare.
Psy­chia­tra zro­bił wiel­kie oczy, a Anna pomy­ślała, że naj­wy­raź­niej zaim­po­no­wała mu swoją zna­jo­mo­ścią przy­rody. W chwili, gdy dok­tor obra­cał się na krze­śle, żeby spoj­rzeć na wie­wiórkę, Anna zauwa­żyła zdję­cie pięk­nej kobiety. Stało na biurku w czer­wo­nej ramce. Córka czy żona? Anna zde­cy­do­wała, że spyta, ale moment póź­niej dok­tor znów się obró­cił, zasła­nia­jąc zdję­cie, i cała sprawa ule­ciała jej z pamięci.
Wcze­śniej zasta­na­wiała się, jak się odbywa takie bada­nie psy­chia­tryczne. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, w jaki spo­sób psy­chia­tra zaj­rzy do jej głowy, ale wymy­śliła, że przede wszyst­kim za pomocą jakie­goś spe­cjal­nego narzę­dzia optycz­nego uważ­nie obej­rzy jej oczy, bo prze­cież oczy są zwier­cia­dłem duszy. Poza tym doszła do wnio­sku, że dok­tor na wszelki wypa­dek spró­buje zaj­rzeć do wnę­trza jej głowy przez uszy, nos albo usta, bo psy­chia­tra to prze­cież lekarz, a nie tylko psy­cho­log. Nie bar­dzo wie­działa, do jakiego stop­nia wie­rzy w te swoje fan­ta­zje, krą­żyły jej po gło­wie tro­chę jak krót­kie fil­miki. Na poważ­nie bała się tylko, że dok­tor ją zahip­no­ty­zuje, by wycią­gnąć z jej duszy wszyst­kie tajem­nice. Miała cichą nadzieję, że obej­dzie się bez hip­nozy, bo nie podo­bała jej się myśl o utra­cie kon­troli nad sobą i wyja­wie­niu wszyst­kich tajem­nic. Niech już lepiej ten psy­chia­tra bar­dziej przy­łoży się do uży­cia swo­ich narzę­dzi.
Ale oni po pro­stu roz­ma­wiali! Dok­tor zada­wał jej wiele inte­re­su­ją­cych pytań, roz­mowa z cza­sem stała się tak luźna, że Anna odwa­żyła się zadać kilka pytań rów­nież jemu. No bo jak to jest z dok­to­rem? Czy jemu od czasu do czasu nie przy­cho­dzą do głowy jakieś intry­gu­jące histo­rie, któ­rymi może się podzie­lić z oto­cze­niem? Czy zda­rzało mu się rów­nież śnić, że jest kimś innym? I czy kie­dy­kol­wiek miał pro­ro­czy sen?
W końcu dok­tor Ben­ja­min pod­su­mo­wał ich roz­mowę.
– Anno – zaczął. – Nie widzę u cie­bie żad­nych oznak cho­roby. Masz nie­zwy­kle bujną fan­ta­zję i wręcz zadzi­wia­jącą zdol­ność wyobra­ża­nia sobie sytu­acji, któ­rych nie prze­ży­łaś. Nie­kiedy może to być dla cie­bie męczące, ale to nie cho­roba.
Anna rów­nież tak uwa­żała. Już wcze­śniej była prze­ko­nana, że nie jest chora. Dla porządku przy­po­mniała jed­nak, że cza­sami wie­rzy w swoje fan­ta­zje. Powie­działa, że odnosi wra­że­nie, jakby to, o czym myśli i co sobie wyobraża, było jej prze­ka­zy­wane, a nie powsta­wało w jej umy­śle.
Dok­tor Ben­ja­min poki­wał głową.
– Wydaje mi się, że rozu­miem – powie­dział. – Masz tak sza­loną wyobraź­nię, że to jakby na cie­bie spływa, i nie możesz uwie­rzyć, że sama to wszystko wymy­śli­łaś. Ale fan­ta­zja to wła­ści­wość ludzka, którą w mniej­szym lub więk­szym stop­niu ma każdy. Wszyst­kim nam prze­cież coś się śni, tyle że nie każdy rano następ­nego dnia pamięta, o czym. To wła­śnie w tym punk­cie masz nie­wąt­pli­wie wielki talent. Zabie­rasz ze sobą to, co ci się śniło w nocy…
Anna posta­no­wiła wyło­żyć wszyst­kie karty na stół.
– Ale jed­no­cze­śnie mam nie­kiedy wra­że­nie, że te sny przy­cho­dzą do mnie z jakiejś innej rze­czy­wi­sto­ści albo z innego czasu.
Psy­chia­tra dalej kiwał głową.
– Rów­nież zdol­ność wiary w prze­różne rze­czy tkwi głę­boko w ludz­kiej natu­rze. Ludzie zawsze doświad­czali kon­taktu z siłami nad­przy­ro­dzo­nymi, z bogami, anio­łami czy przod­kami. Nie­któ­rzy ponadto twier­dzili, że na wła­sne oczy widzieli istoty ze świata duchów bądź oso­bi­ście się z nimi zetknęli. Zda­rza się, że ktoś potrafi inten­syw­niej wie­rzyć w takie rze­czy niż inni. To tak jak ze wszyst­kimi róż­ni­cami mię­dzy ludźmi. Są tacy, któ­rzy poko­nują innych w sza­chy czy w licze­niu w pamięci. A są i tacy, któ­rzy poko­nują pra­wie wszyst­kich pod wzglę­dem wyobraźni czy wiary. Wśród tych być może Anna Nyrud zaj­muje jedno z pierw­szych miejsc.
Anna znów wyj­rzała na świa­tło słońca bawiące się wśród kolo­ro­wych liści na drze­wach za oknem.
– Gdy­byś nato­miast wie­rzyła, że wszyst­kimi psz­czo­łami i trzmie­lami w twoim ogro­dzie ste­ruje CIA, oraz w to, że te owady krążą wokół two­jego domu wyłącz­nie po to, by cię szpie­go­wać, to być może cier­pia­ła­byś na poważną cho­robę psy­chiczną.
– Skąd pan wie, że mam ogród? – prze­rwała mu Anna.
– Podobno kie­dyś powie­dzia­łaś swo­jej psy­cho­lożce, że wola­ła­byś nie spo­tkać reni­fera w swoim ogro­dzie.
Anna się roze­śmiała.
– Ona nie miała poję­cia, o czym mówię. Ale bar­dzo kocham ten ogród. No i psz­czoły…
– Tak?
– Psz­czoły to natura, tak jak pan i ja. Oczy­wi­ście nie ste­ruje nimi CIA, rzą­dzą nimi ich wła­sne geny. Poza tym uwa­żam psz­czoły za coś w rodzaju przed­sta­wi­cie­lek Matki Ziemi.
– No wła­śnie – potwier­dził męż­czy­zna z kucy­kiem. – A tego, co teraz mówisz, nie można nazwać sza­lo­nym wymy­słem czy też, jak się to fachowo okre­śla, „uro­je­niem”.
W trak­cie roz­mowy dok­tor Ben­ja­min od czasu do czasu zer­kał na moni­tor kom­pu­tera. Teraz znów to zro­bił, a Anna zro­zu­miała, że pew­nie zagląda do obszer­nego raportu psy­cho­lożki z jej rodzin­nej wio­ski. Spy­tał:
– Boisz się cze­goś, Anno?
– Glo­bal­nego ocie­ple­nia – odparła natych­miast.
Opa­no­wany dotąd psy­chia­tra lekko drgnął. Był ewi­dent­nie doświad­czo­nym leka­rzem i tylko ten jeden jedyny raz tak go zasko­czyła udzie­lona przez Annę odpo­wiedź, że zare­ago­wał natych­miast:
– Co powie­dzia­łaś?
– Cho­dzi mi o to, że boję się zmian kli­matu spo­wo­do­wa­nych przez czło­wieka. Boję się, że my, któ­rzy żyjemy teraz, znisz­czymy kli­mat i śro­do­wi­sko na naszej pla­ne­cie, bo nie myślimy ani tro­chę o tych, któ­rzy przyjdą po nas.
Psy­chia­tra przez kilka sekund sie­dział zamy­ślony, zanim odpo­wie­dział:
– To chyba realny lęk, któ­rego nie­stety nie mogę zdjąć z two­ich bar­ków. Gdy­byś wyznała, że boisz się pają­ków, sprawa przed­sta­wia­łaby się nieco ina­czej. W takich wypad­kach mówimy o fobii i wów­czas można wdro­żyć pewną tera­pię, na przy­kład stop­niowo przy­zwy­cza­jać pacjenta do tego, czego się boi. Ale nie leczymy ludzi z lęku przed glo­bal­nym ocie­ple­niem.
Anna spoj­rzała dok­to­rowi Ben­ja­mi­nowi w oczy, potem znów zer­k­nęła na gwiazdkę, którą nosił w uchu.
– Czy pan ma świa­do­mość, ile miliar­dów ton dwu­tlenku węgla ludz­kość wypu­ściła do atmos­fery w ciągu zale­d­wie ostat­nich dzie­się­cio­leci?
Ku wiel­kiemu zdu­mie­niu Anny psy­chia­tra odpo­wie­dział na to pyta­nie bez namy­słu:
– Wydaje mi się, że obec­nie w atmos­fe­rze jest o czter­dzie­ści pro­cent dwu­tlenku węgla wię­cej, niż było, zanim na poważ­nie zaczę­li­śmy spa­lać ropę, węgiel i gaz, wyci­nać lasy, a poza tym tak inten­syw­nie upra­wiać zie­mię, jak robimy to dzi­siaj. Rów­nie wysoki poziom dwu­tlenku węgla w atmos­fe­rze był sześć­set tysięcy lat temu, a przy­czyną obec­nego stanu jest emi­sja spo­wo­do­wana przez czło­wieka.
Zaim­po­no­wał Annie. Naprawdę nie­wiele osób zna się na takich kwe­stiach, mimo że są takie ważne. Poka­zała dok­to­rowi unie­siony kciuk, a potem powie­działa:
– W atmos­fe­rze już jest tyle gazów cie­plar­nia­nych, że nikt nie potrafi powie­dzieć, jakie to będzie miało kon­se­kwen­cje dla kli­matu i śro­do­wi­ska na naszej pla­ne­cie. A emi­sja nie ustaje…
Dok­tor Ben­ja­min poło­żył obie dło­nie pła­sko na biurku przed sobą i przez sekundę albo dwie sie­dział nachy­lony do przodu, patrząc w blat, zanim znów pod­niósł wzrok na Annę. Wyglą­dał nie­mal na zakło­po­ta­nego.
– Bar­dzo się odda­li­li­śmy od tego, co jest moją spe­cjal­no­ścią tu, w szpi­talu, ale mogę ci się zwie­rzyć, że mnie rów­nież mar­twi całe to spa­la­nie węgla i kon­se­kwen­cje, jakie to może mieć dla życia na Ziemi. Cho­ciaż wła­ści­wie te kwe­stie wcale nie są tak cał­ko­wi­cie pozba­wione związ­ków z psy­chia­trią…
Zawa­hał się, a Anna wtedy popro­siła:
– Niech pan mówi dalej, chęt­nie posłu­cham.
– Zadaję sobie pyta­nie, czy nasza kul­tura nie wypiera pew­nych pod­sta­wo­wych prawd. Rozu­miesz, co mam na myśli?
– Chyba tak. Uwa­żamy, iż coś jest tak nie­przy­jemne, że sta­ramy się o tym zapo­mnieć.
– Otóż to.
Annie nagle przy­szło coś na myśl. Nie miała poję­cia dla­czego, jakby coś po pro­stu wpa­dło jej do głowy z rze­czy­wi­sto­ści innej niż ta, w któ­rej prze­by­wała teraz. Usły­szała wła­sny głos zada­jący pyta­nie:
– A co by pan powie­dział, gdy­bym oświad­czyła, że boję się Ara­bów?
Dok­tor się roze­śmiał.
– Zapro­po­no­wał­bym, żebyś od czasu do czasu pobyła tro­chę z Ara­bami. Sądzę, że to byłaby naj­sku­tecz­niej­sza tera­pia.
– Faj­nie…
– Ale mówi­łem już, że nie leczymy pacjen­tów z lęku przed glo­bal­nym ocie­ple­niem. Pyta­nie, czy nie powin­ni­śmy raczej rozej­rzeć się za czymś w rodzaju recepty na brak takiego nie­po­koju. Bo prze­cież nie możemy stop­niowo oswa­jać tego zagro­że­nia, prze­ciw­nie! Musimy sta­rać się go pozbyć.
Anna przez cały czas miała wra­że­nie, że psy­chia­tra roz­ma­wia z nią jak z doro­słą, i bar­dzo jej się to podo­bało. Dok­tor uwa­żał ją za osobę równą sobie. Tro­chę się jed­nak zdzi­wiła, kiedy pod koniec spy­tał, czy Anna należy do jakiejś orga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cej się ochroną śro­do­wi­ska. Nie spo­dzie­wała się takiego pyta­nia w gabi­ne­cie lekar­skim. No ale prze­cież sama zaczęła mówić o zmia­nach kli­matu spo­wo­do­wa­nych dzia­ła­niami czło­wieka.
Odparła, że w jej wio­sce nie ma żad­nej takiej orga­ni­za­cji. Tam w zasa­dzie wszystko kręci się jedy­nie wokół szkoły i pracy, tunin­go­wa­nia samo­cho­dów i moto­cy­kli, no i oczy­wi­ście impre­zo­wa­nia i pijań­stwa w week­endy.
– Ten młody czło­wiek, z któ­rym tu przy­szłaś, to może twój brat?
Anna się roze­śmiała.
– Nie, nie, to Jonas. To tylko mój chło­pak.
Uwa­żała, że zabrzmiało to wspa­niale: „To tylko mój chło­pak”.
Dok­tor śmiał się razem z nią.
– Czy Jonasa też zaj­mują kwe­stie kli­matu?
– On jest już w dru­giej lice­al­nej i ma dużo fizyki, che­mii i bio­lo­gii. Może się sporo nauczyć o świe­cie.
– No tak, na pewno.
– Glo­balne ocie­ple­nie to nie jest kwe­stia tego, co się uważa, tylko tego, co się wie. Albo ktoś się cze­goś nauczył i zro­zu­miał, albo żyje w nie­świa­do­mo­ści.
– Wydaje mi się, że masz cał­ko­witą rację, Anno. Nie zdzi­wi­łoby mnie, gdyby mniej niż jeden pro­cent ludzi w naszym kraju potra­fił choć mniej wię­cej przed­sta­wić kwe­stię rów­no­wagi obiegu węgla.
Annie serce pod­sko­czyło w piersi. O tym cał­kiem nie­dawno roz­ma­wiała z Jona­sem. W dodatku w ostat­niej, dzie­sią­tej kla­sie pod­sta­wówki pisała pracę na temat glo­bal­nego ocie­ple­nia.
– A pan potrafi? – spy­tała. – Potrafi pan omó­wić pro­blem rów­no­wagi obiegu węgla?
I miły dok­tor od spraw duszy w trak­cie wyłą­cza­nia kom­pu­tera i zbie­ra­nia jakichś papie­rów z biurka zro­bił Annie krótki wykład. Naj­pierw powie­dział kilka słów o obiegu dwu­tlenku węgla w przy­ro­dzie. Rośliny w pro­ce­sie foto­syn­tezy czer­pią dwu­tle­nek węgla z powie­trza i w ten spo­sób wiążą węgiel z żywymi orga­ni­zmami, nato­miast ten sam gaz jest uwal­niany do powie­trza w pro­ce­sach oddy­cha­nia zwie­rząt i roz­kładu mate­rii orga­nicz­nej. Przez rów­no­wagę obiegu węgla dok­tor rozu­miał przede wszyst­kim tę rów­no­wagę, jaka ist­nieje mię­dzy tą ilo­ścią dwu­tlenku węgla, która prze­nika do atmos­fery w wyniku wybu­chów wul­ka­nów, a tą, która ulega roz­kła­dowi w wyniku dzia­ła­nia pogody i wia­tru, na koniec zaś zostaje zwią­zana w sko­ru­pie ziem­skiej. Rów­no­waga ta była nie­za­chwiana przez wie­le­set tysięcy lat i ludzie na ten cykl nie mieli żad­nego wpływu, nie musieli więc się tym przej­mo­wać.
– Rów­nież cały węgiel – cią­gnął psy­chia­tra – który przez miliony lat pozo­sta­wał zma­ga­zy­no­wany w ropie, węglu i gazie, był „zapar­ko­wany”, czyli wyłą­czony z obiegu. Ale ta deli­katna, cie­niutka jak wło­sek rów­no­waga…
Anna weszła mu w słowo:
– …tę deli­katną rów­no­wagę zakłó­cili ludzie, spa­la­jąc ropę, węgiel i gaz, a tym samym pom­pu­jąc dwu­tle­nek węgla do atmos­fery.
– Ow­szem, wła­śnie to zamie­rza­łem powie­dzieć. Cho­ciaż ta ilość dwu­tlenku węgla, która zostaje uwol­niona poprzez dzia­łal­ność czło­wieka, sta­nowi zale­d­wie uła­mek tego, co jest w obiegu natu­ral­nym, to jest nad­wyżką, któ­rej przy­roda nie ma czasu zwią­zać w sko­ru­pie ziem­skiej. Przez to w atmos­fe­rze stale przy­bywa dwu­tlenku węgla.
– Ponie­waż on się tam gro­ma­dzi – uzu­peł­niła Anna.
– Otóż to. Wiesz to rów­nie dobrze jak ja. Jeśli codzien­nie będziesz zja­dała tro­chę wię­cej kalo­rii, niż twój orga­nizm potrze­buje do utrzy­ma­nia swo­ich funk­cji, z cza­sem zaczniesz tyć. W taki sam spo­sób przy­bywa dwu­tlenku węgla w atmos­fe­rze.
– A przez to Zie­mia coraz bar­dziej się ocie­pla. Im wię­cej dwu­tlenku węgla w atmos­fe­rze ziem­skiej, tym jest cie­plej. Zaczy­nają top­nieć lodowce, co jesz­cze pogar­sza sprawę, ponie­waż śnieg i lód odbi­jają więk­szość świa­tła sło­necz­nego w prze­ci­wień­stwie do morza i skał. Przez to Zie­mia jesz­cze bar­dziej się nagrzewa…
– Wła­śnie tak jest. Ten pro­ces nazy­wamy wzmac­nia­ją­cym sprzę­że­niem zwrot­nym.
– …a może dopro­wa­dzić do roz­mar­z­nię­cia wiecz­nej zmar­z­liny w tun­drze. Wtedy do atmos­fery uwol­nią się metan i dwu­tle­nek węgla. A metan to rów­nież inten­syw­nie dzia­ła­jący gaz cie­plar­niany, więc Zie­mia dalej się będzie nagrze­wać. W atmos­fe­rze przy­bę­dzie pary wod­nej i zrobi się coraz cie­plej. Przyj­dzie kolej na lodowce Gren­lan­dii i może na lód na Antark­ty­dzie…
Dok­tor Ben­ja­min uniósł rękę, a Anna zro­zu­miała, że psy­chia­tra pró­buje ją poha­mo­wać. Ona jed­nak nie mogła prze­pu­ścić takiej szansy na powie­dze­nie wszyst­kiego do końca:
– Efekt cie­plar­niany może kom­plet­nie wymknąć się spod kon­troli i śred­nia tem­pe­ra­tura Ziemi w naj­gor­szym razie wzro­śnie o sześć albo nawet o osiem stopni. Wtedy może nawet cały lód na naszej pla­ne­cie stop­nieje i poziom mórz pod­nie­sie się o kil­ka­dzie­siąt metrów… W mito­lo­gii skan­dy­naw­skiej ist­niało osobne słowo na to, co może się stać z Zie­mią. Nazwano to ragnarök.
Dok­tor Ben­ja­min wstał, żeby się poże­gnać i odpro­wa­dzić Annę do drzwi. Zanim jed­nak je otwo­rzył, zapro­po­no­wał:
– A czy nie mogli­by­ście we dwoje z Jona­sem zało­żyć orga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cej się ochroną śro­do­wi­ska, jakiejś eko­grupy? Mam na myśli takiego lokal­nego roz­złosz­czo­nego tygry­ska w waszej oko­licy. To chyba naj­lep­sza rzecz, jaką możesz zro­bić, żeby zara­dzić swo­jemu lękowi przed znisz­cze­niem kli­matu. Tłu­mie­nie lęku jest na dłuż­szą metę nie­zdrowe. W końcu może zacząć poka­zy­wać zęby, a mówię to znów jako psy­chia­tra. Jeśli mam ci dać jakąś radę, to musi ona brzmieć: wyrzuć to z sie­bie! – Pogrze­bał w kie­sze­niach i wrę­czył Annie swoją wizy­tówkę. – Dzwoń do mnie albo przy­ślij e-mail, jeśli będziesz chciała coś prze­dys­ku­to­wać. Nie mam już w domu małych dzieci, więc będę się cie­szył, jeśli się ze mną skon­tak­tu­jesz.

 
Wesprzyj nas