Najwybitniejsze dzieło nowego nurtu New Weird. Fabuła inspirowana m.in. „Klubem Pickwicka”rozgrywa się w XIX wieku w industrialnej Anglii w środowisku lewicowego proletariatu.


Wieki światłaIan R. MacLeod pokazuje w powieści „Wieki światła” wpływ magii na rewolucję industrialną i na proces demokratyzacji systemu władzy.

Tylko że MacLeod odrzuca wszystkie ograniczenia konwencji gatunku i sprowadza swoją magię do postaci eteru – kopaliny wydobywanej z ziemi jak kolejny surowiec naturalny.

Wszelkie mechanizmy zmian społeczno-ekonomiczno-politycznych poddane są wpływom wynikającym z posiadania, i nieposiadania tego surowca.

System załamuje się, gdy złoża się wyczerpują i na moment znowu podlega prawom Historii, aż do odkrycia nowych źródeł eteru. Magia powraca i wszystko ponownie zamiera…

Dla wielbicieli SF powieść Iana R. MacLeoda stanie się z pewnością wielkim literackim odkryciem.

Ian R. MacLeod
Wieki światła
Przekład: Wojciech Próchniewicz
Seria „Uczta Wyobraźni”
Wydawnictwo MAG
Premiera: 11 grudnia 2021 (e-book)
 
 


CZĘŚĆ I
WIELKI MISTRZ CECHOWY

Cały czas mam ją przed oczyma. W naj­uboż­szych dziel­ni­cach Lon­dynu. Pod nowymi, żela­znymi mostami, po któ­rych mkną tram­waje, a niżej, tam gdzie Tamiza prze­cze­suje pal­cami błoto, płyną promy. Widzę ją tam, gdzie koń­czą się nawet naj­bar­dziej obskurne rudery Easter­lies, któ­rych nie znaj­dzie się na żad­nej mapie. Od nich, roją­cych się od much i smo­czow­szy, latem cuch­ną­cych miej­skimi ście­kami, zimą posza­rza­łych od smogu i lodu, odwra­cają się ple­cami nawet naj­brud­niej­sze fabryki.
Wła­śnie tam, wśród ruder i wysy­pisk, wyobra­żam sobie mojego odmieńca.
Mam ją przed oczyma, odda­la­jąc się uli­cami od mojego ele­ganc­kiego domu w pół­noc­nym śród­mie­ściu. Widzę ją, kiedy się dener­wuję, kiedy nie mogę się sku­pić, kiedy teraź­niej­szość wydaje mi się kru­cha i ulotna. Gdy mijam wyso­kie domy wokół Hyde. Gdy mijam ele­ganc­kie cech­mi­strzy­nie wypro­wa­dza­jące psy, które, na chu­dych nóż­kach, z nie­lot­nymi skrzy­deł­kami, okryte gadzimi łuskami lub omszone tęczo­wym futer­kiem, w ogóle mi nie przy­po­mi­nają psów. Gdy prze­cho­dzę obok ogrom­nych skle­pów na Oxford Road, nie­sa­mo­wi­tych drzew Parku West­min­ster­skiego, wśród któ­rych jak papie­rowe łódki dry­fują dzie­cięce wózki i para­solki, przez Che­ap­side, gdzie ulice zwę­żają się i ciem­nieją, podob­nie jak kur­czy się i ciem­nieje niebo nad nimi, w miarę zapa­da­ją­cego zmroku okry­wa­jąc cie­niem dachy i kominy. Cler­ken­well i Hounds­fleet. Whi­te­cha­pel i Ashing­ton. Tu pach­nie gumą i psami, teraz już brzyd­kimi i pospo­li­tymi. Sły­chać ich szcze­ka­nie. Nie można tego jesz­cze nazwać dziel­nicą ubó­stwa i hańby, choć widać sporą róż­nicę w porów­na­niu z oko­licą, w któ­rej zaczą­łem wędrówkę. W tej czę­ści Easter­lies wciąż jed­nak miesz­kają cech­mi­strzo­wie, a nie bez­ce­chowi par­ta­cze. Mają pracę, którą zawdzię­czają swemu cechowi; mają nale­ży­cie ume­blo­wane domy.
Wresz­cie, gdy Che­ap­side już dawno zmie­niła się w Doxy Street, daleko za pętlą tram­wa­jową na Step­ney, błot­ni­ste ulice zaczy­nają falo­wać, a domy ster­czą wzdłuż nich jak szczer­bate uzę­bie­nie. Tu nie ośmiela się zamiesz­kać żaden cechowy rze­mieśl­nik. Zer­kam na ludzi pośpiesz­nie podą­ża­ją­cych ulicą, w kra­jo­bra­zie wyglą­da­ją­cym, jakby dło­nie olbrzyma ści­snęły go jak har­mo­nię – kobiety oku­tane brud­nymi sza­lami, męż­czyźni owiani piwiar­nia­nym odo­rem, dzieci blade, zwinne i nie­uchwyt­nie groźne. Czy od tego zaczyna się praw­dziwa nędza?
Na moje dłu­gie wędrówki chyba zawsze wybie­ram sobie pochmurne dni, późne popo­łu­dnia, skwarne, mar­twe let­nie wie­czory czy zimowe nie­dziele. A przy­naj­mniej, kiedy tylko oddalę się od jasnego śród­mie­ścia, dzień wła­śnie taki się staje. Kolejne war­stwy lon­dyń­skiego dymu i mroku odda­lają mnie od porząd­nych dziel­nic. Więk­szość cech­mi­strzów zre­zy­gno­wa­łaby już z dal­szej wędrówki, nawet gdyby nagły kaprys kazał im dojść aż tutaj. Patrząc na twa­rze o nie­okre­ślo­nym wieku, zer­ka­jące z ukosa, pod­glą­da­jące mnie przez szcze­liny mię­dzy cegłami, czuję, że powi­nie­nem zacząć się bać. Jed­nakże tu też miesz­kają ludzie; i sam tu żyłem, choć było to w innym Wieku. Idę więc dalej, wzdłuż wyso­kich murów doków Tide­smeet, gdzie nie­gdyś prze­pra­co­wa­łem szczę­śliwe lato. Tupot dzieci uci­cha. Podobne gar­gul­com twa­rze już mnie nie obser­wują. Ktoś odziany tak jak ja – prak­tycz­nie i skrom­nie, w ciemny płaszcz oraz wyso­kie buty, któ­rym nie­straszne błoto – mimo woli bije w oczy bogac­twem, ktoś taki z pew­no­ścią ma pie­nią­dze. Ale prze­cież nie miałby ich przy sobie, prawda? Wyobra­żam sobie, że coś takiego poszep­tują mię­dzy sobą szare jak duchy dzie­ciaki w zauł­kach. I to na pewno jest wielki mistrz cechowy. Kon­se­kwen­cje, jakie spa­dłyby na nich ze strony bez­li­to­snej poli­cji, spra­wiają, że mor­der­stwo i rabu­nek wydają się bez sensu. Nie mam ani laski z ukry­tym ostrzem, ani pałki, żad­nej widocz­nej broni, nawet para­sola od desz­czu, któ­rym grozi zacią­gnięte niebo, ale czy zaczai się na mnie tam dalej, gdzie domy marsz­czą brwi…? Kto wie, jakie tajemne cechowe zaklę­cia mogę mieć w zana­drzu?
Zato­piony w myślach, zagu­biony, choć jed­no­cze­śnie pewien swego, podą­żam cuch­ną­cymi uli­cami nie­na­ga­by­wany przez nikogo. Mógł­bym dostać się na miej­sce ina­czej, omi­ja­jąc pery­fe­rie Easter­lies, jed­nak muszę przy­znać, że mam wobec tej dziel­nicy dług. Na River­side, na wałach, wzdłuż kej cze­kają prze­woź­nicy, cze­kają małe promy, które za dys­kretną, acz nie­małą opłatą zabiorą cię tutaj. Ale ich ładu­nek to na ogół pijani męż­czyźni, któ­rzy o pół­nocy wyta­czają się z klu­bów i domów cecho­wych, by ode­tchnąć cięż­kim od dymu powie­trzem, zapo­mnieć o domach, ocze­ku­ją­cych żonach, a nawet zamtu­zach i domach snów, wybrać inny spo­sób na zakoń­cze­nie dnia. Idą w dół, nad brzeg stę­chłej Tamizy, gdzie cech­mi­strzo­wie w czar­nych pele­ry­nach i cylin­drach tar­gują się i rzu­cają wyzwi­skami, aż w końcu gra­molą się jak wsta­wione nie­to­pe­rze na prze­cie­ka­jące pokłady pro­mów.
Chyba wszyst­kie dziel­nice nędzy spo­wija ta atmos­fera ocze­ki­wa­nia, ale tutaj szcze­gól­nie się to czuje, domy coraz bar­dziej mar­nieją, aż w pew­nym nie­okre­ślo­nym momen­cie, przy­po­mi­na­ją­cym nagły zwrot akcji we śnie, w ogóle prze­stają być domami, stają się nie­chluj­nymi szo­pami z kra­dzio­nej cegły, tek­tury i cementu. Przy­wo­dzą na myśl deko­ra­cje do sztuki teatral­nej, któ­rej praw­dziwy sens, mimo wszystko, na­dal mi umyka. A ich miesz­kańcy, nie­na­le­żący do cechu i zwani przez nas par­ta­czami, znaj­dują się w porów­na­niu ze mną tak głę­boko na dnie studni for­tuny, że aż mnie zaska­kuje, kiedy sły­szę echo ich gło­sów. Mówią wpraw­dzie zdła­wio­nym, ale na­dal angiel­skim. W ten szary, mroczny i senny dzień wzbu­dzam tu nie­skry­wane zain­te­re­so­wa­nie. Naj­dziw­niej­sze, że dzie­ciaki, teraz jesz­cze młod­sze, z łagod­nymi oczyma szcze­nia­ków w bie­le­ją­cych jak kość twa­rzach, pod­bie­gają do mnie i pro­po­nują mi… pie­nią­dze. Naprawdę widzę pie­nią­dze w wycią­gnię­tych wątłych palusz­kach. Mnó­stwo poły­sku­ją­cych pen­só­wek, ćwierćpen­só­wek i fun­tów.
– Pan weź­mie, pro­szę pana. Pens w zamian za pensa…
– Porząd­nie zro­bione, naj­lep­sze czary… – dodaje nieco star­sza wspól­niczka, dziew­czynka o wło­sach tak prze­rze­dzo­nych przez par­chy, że prze­świeca mię­dzy nimi goła skóra. Wyciąga ku mnie w swych gołę­bich łap­kach coś, co wygląda jak garść dia­men­tów. – Wytrzy­mają cały Wiek. Wytrzy­mają do końca życia…
Kiedy wyczu­wają moje waha­nie, zbiera się ich wię­cej; woń zgni­li­zny się wzmaga. Bły­ska­jąc biał­kami, uno­szą na mnie wzrok. Ubrane są w strzępy sta­rych zasłon, plan­dek z barek, wor­ków, a także w posza­rzałe fal­bany ze sta­rych koszul, przy­po­mi­na­jące kłęby brud­nej mor­skiej piany. Groźbę zasadzki, groźbę noża mogę znieść, ale taka pro­sta pro­po­zy­cja… Oczy­wi­ście monety zaraz bledną. Stają się lek­kie, rzad­kie, ziar­ni­ste, gdy tylko wezmę któ­rąś w dłoń, by się jej przyj­rzeć. Dzieci przy­glą­dają się temu bez słowa skargi.
Cie­kawe, kto się jesz­cze łapie na tę sztuczkę. Czy nocni goście są aż tak pijani, a może aż tak zde­spe­ro­wani? Ale i sam ule­gam. Wybie­ram dziecko, które było na tyle bystre, by stwo­rzyć coś bar­dziej war­to­ścio­wego z wyglądu – nie pie­nią­dze i kamie­nie, lecz pomięte świa­dec­twa cechowe, obli­ga­cje i weksle. Chwy­tam papiery, w dotyku przy­po­mi­na­jące zimową mgłę, zgnia­tam je w pię­ści, a w zamian rzu­cam wszyst­kie zna­le­zione w kie­szeni monety. Ruszam dalej, ciska­jąc jesz­cze tro­chę monet za sie­bie.
W tej oko­licy Tamiza w ogóle nie przy­po­mina rzeki, którą znam. Brzeg jest pła­ski, a woda lśni, opły­wa­jąc zde­wa­sto­wane nabrzeże. Jeśli się zasta­no­wić, jest dziw­nie czy­sta, a jed­no­cze­śnie czarna – i z wyglądu twarda – jak pole­ro­wany gagat. Promy, dale­kie drobne kształty na cyno­wym tle wie­czor­nego nieba, nie odwa­żają się zapu­ścić w tutej­sze prądy. Należą do innego świata, razem z lśnią­cymi dzi­wo­ża­rem wzgó­rzami Krańca Świata. Dzie­ciaki już gdzieś znik­nęły. Zbli­żam się teraz do upstrzo­nego śmie­ciami prze­smyku odle­głego od wszyst­kiego oprócz rzeki. Ota­czają mnie inne dźwięki, a mewy kołują i wzno­szą się w dziw­nej ciszy. Tutaj, jak powie­dzia­łaby ni­gdy nie­za­pi­sana histo­ria, zako­twi­czone mię­dzy wysy­pi­skami a odpły­wami ście­ków, ocie­nione kukuł­czym blusz­czem strze­lają w niebo ruiny nie­do­koń­czo­nego mostu kole­jo­wego, który w poprzed­nim Wieku usi­ło­wał prze­do­stać się przez rzekę do Rope­walk Reach. Most wciąż unosi się nad zwa­łami miej­skich śmieci niczym prze­krzy­wiona korona. Urywa się w miej­scu, gdzie dru­gie przę­sło kotwi­czy w rzece, wyma­chu­jąc bel­kami jak tonący owad. Idę w cie­niu żeber mostu, wspi­nam się na beto­nowe pira­midy i pełne cecho­wych zna­ków mosiężne zie­lon­kawe tuleje. Tu wid­nieje tar­cza her­bowa budow­ni­czego, pordze­wiała i obro­śnięta mał­żami, choć wciąż leciutko żarząca się ete­rową wolą spraw­czą. Ręka­wica nurka. Kółko od bloczka. I wszel­kie śmie­cie, jakie nanio­sła rzeka: puszki, zelówki butów, węgo­rze lin i pre­zer­wa­tyw, pstro­kate mozaiki z kafli i rur.
Wcho­dzę w górę po łuku przę­sła, uwa­ża­jąc, by nie zaha­czyć płasz­czem o żadną z kolumn. Pode mną poja­wiają się kłębki mgły led­wie widoczne nad bystrą czarną wodą. Wiją się pomię­dzy fun­da­men­tami, przy­po­mi­nają ręce, nogi, twa­rze. Sam most wygląda, jakby rósł, belki i dźwi­gary wirują wokół mnie. Już tu kie­dyś byłem, wiem co nieco o tym, jak chro­nią się odmieńcy. Choć serce mi wali, a dło­nie się śli­zgają, nie przy­staję; i wkrótce po raz kolejny gra­molę się na pomost ogra­ni­czony jedy­nie wodą, zie­mią i moją roz­pacz­liwą potrzebą.
Nie­mal na moim pozio­mie, bli­sko miej­sca, gdzie balu­strada mostu rap­tow­nie się urywa, do przę­sła przy­cze­piona jest plą­ta­nina mar­twego metalu, szkła i wyrzu­co­nego przez rzekę drewna. Dalej leży cały Lon­dyn: życie, promy, piękne drzewa i ele­ganc­kie budowle. Wspi­nam się na plat­formę i przy­kuc­nięty prze­ci­skam się dru­cianą klatką gale­ryjki, w którą ktoś powty­kał odłamki szkła i por­ce­lany. Żeby ozdo­bić albo żeby gro­zić. Jeśli zwa­żyć, gdzie się zna­la­złem, powie­trze jest tu zadzi­wia­jąco świeże. Pach­nie przede wszyst­kim rdzą.
Odmie­niec, który zwie się Niana, mieszka w cie­niach na końcu tego tunelu i zawsze na mnie czeka w swoim przy­po­mi­na­ją­cym tipi lokum. Wstrząsa się, kiedy pod­cho­dzę, i przy­zywa mnie ręką wycią­gniętą spo­mię­dzy zwo­jów złach­ma­nio­nej sukni ślub­nej.
– Mistrz… – Widzi mnie w świe­tle miski z kra­dzio­nym dzi­wo­bla­skiem. Przy­siada w naj­dal­szym, naj­ciem­niej­szym kącie. – W końcu posta­no­wił pan przyjść…
Jej głos, choć brzmi tylko w mojej gło­wie, jest nijaki, bez­barwny, pozba­wiony into­na­cji.
Prze­dzie­ram się przez war­stwy wil­got­nych kur­tyn, nie­zręcz­nie uświa­da­mia­jąc sobie, jakich cudów two­rze­nia trzeba było doko­nać, by uwić sobie to wci­śnięte mię­dzy umie­ra­jące belki gniazdo. Prze­krzy­wione deski, o które się opie­ram, łapiąc oddech, były pew­nie nie­gdyś paletą pod ładu­nek, przy­tro­czoną do koły­szą­cego się pokładu parowca z Mórz Bore­al­nych. A ściana naprze­ciwko, usiana punk­ci­kami świa­tła wpa­da­ją­cego przez tysiące otwo­rów po nitach, z pew­no­ścią sta­no­wiła część jakiejś wiel­kiej maszyny. Z ete­rycz­nym bla­skiem mie­sza się blade świa­tło dzienne, wpa­da­jące przez zmęt­niałe oko sta­rego ilu­mi­na­tora, poprzez plą­ta­ninę szkla­nych rur, któ­rych zasto­so­wa­nie – prze­cież wciąż led­wie lizną­łem praw­dzi­wych cecho­wych tajem­nic – jest dla mnie cał­kiem nie­wia­dome. Pró­buję wyobra­zić sobie, co się dzieje na wysy­pi­skach, ile­kroć zie­mio­stwory wyrzucą jakiś cenny eks­po­nat, jakie walki toczą kłó­tliwe mewy, ner­wowe smo­czow­szy, pod­ska­ku­jące dzie­ciaki. I wszystko to o zła­many trzo­nek, worek wygo­to­wa­nych kości, urwany kawał żelaza, stare, pogru­cho­tane lampy…
Wzru­szam ramio­nami i uśmie­cham się do Niany, jak zawsze roz­darty mię­dzy zdu­mie­niem, cie­ka­wo­ścią a lito­ścią. Obok niej leży długa podu­cha z wyła­żą­cym wło­siem. Podzwa­niam zasłonką z wiszą­cych na sznur­kach zakrę­tek od bute­lek i sado­wię się na końcu, który wygląda na solid­niej­szy. Sta­lowa pod­łoga zakrzy­wia się, wisząc dzie­sięć metrów nad gładką wodą. Ludzie mojego stanu nie powinni sia­dać w taki spo­sób. Mimo to cie­szę się, że znów tu jestem. Czy czę­sto spo­ty­kam odmień­ców, czy rzadko, zawsze mam to doj­mu­jące uczu­cie, że zaraz odkryje się przede mną jakiś nad­zwy­czajny, dawno zapo­mniany sekret.
Teraz Niana wstaje, stopy ma jak zawsze bose i brudne. Prze­cha­dza się po tej norze, na pół dziecko, na pół sta­ru­cha, nucąc pod nosem i grze­biąc w sta­rych skrzyn­kach po her­ba­cie. Wyj­muje figurę sza­chową, bia­łego gońca wyrzeź­bio­nego z pożół­kłej kości sło­nio­wej, i unosi do ust.
– Niana, co robisz, kiedy nikogo tu nie ma?
Jej chi­chot świ­druje jak pisk owada.
– Ile razy wy, ludzie, musi­cie zadać to pyta­nie?
– Aż dosta­niemy odpo­wiedź.
– A jaką chce pan dostać? Pro­szę powie­dzieć, to ja takiej udzielę.
– To nie­praw­do­po­dobne, że jeste­śmy sobą nawza­jem zafa­scy­no­wani… – mru­czę.
– Co wła­ści­wie nas fascy­nuje, mistrzu? – Bawełna sukni ślub­nej chrzę­ści jak pia­sek, kiedy Niana przy­suwa się do mnie. – Chcę to zro­zu­mieć. Co chciałby pan wie­dzieć? Mogę speł­nić każde pana życze­nie – dodaje kokie­te­ryj­nie. Jej twarz to rzu­cony przez szkło cień twa­rzy. Oczy ma czar­niej­sze niż u ptaka. – To chyba nie jest kło­po­tliwa pro­po­zy­cja?
– I oczy­wi­ście niczego mi nie obie­casz?
– Natu­ral­nie. Obiet­nice są zbyt sta­now­cze. Zna pan zasady.
Wzdy­cham. Chciał­bym, żeby mnie tak nie trak­to­wała, chciał­bym poczuć na skó­rze jej oddech, a nie ową pustkę. Wyczuwa moje spię­cie, może nawet jest tym ura­żona. Wstaje i oddala się ode mnie. Jej roz­warte noz­drza zieją ciem­no­ścią, jak mówią kapłani.
– Masz coś dla mnie?
– Nie­wy­klu­czone, panie. Zależy, co pan jest gotów mi dać.
– Niana, ostat­nio mi mówi­łaś…
– Pro­szę wysi­lić wyobraź­nię, panie. Jest pan czło­wie­kiem boga­tym. Co zwy­kle pan rzuca na szalę?
Trudne pyta­nie. Zapewne potęgę mego cechu. Oraz siłę mej woli, umie­jęt­no­ści ciała i umy­słu, jakie dzięki niej naby­łem. A może cho­dzi jej o coś bar­dziej sub­tel­nego. Wpływy, które muszę mieć, skoro osią­gną­łem taką rangę. Myślę o let­nich ban­kie­tach i zimo­wych zgro­ma­dze­niach wokół sto­łów z pole­ro­wa­nego cedru kamien­nego, w wyło­żo­nych drew­nem salach; dys­kretny szmer gło­sów, brzęk krysz­ta­łów, potężne przy­pływy i odpływy wła­dzy, pie­nię­dzy, gdy czy­jeś zaufa­nie idzie o lep­sze z czy­jąś zdradą.
– Pro­szę, panie. Na pewno to coś, co się u pana naj­bar­dziej rzuca w oczy. Coś, co przy­ciąga do pana ludzi…
– …Chyba nie cho­dzi o moje spoj­rze­nie…
– Więc może pouda­wajmy przez chwilę zwy­kłych ludzi i doko­najmy tej wymiany? – cią­gnie, wcho­dząc mi w słowo. – Mistrzu, niech mi pan da tro­chę pie­nię­dzy.
Powstrzy­muję się od ścią­gnię­cia brwi. Niana jest jak dziecko. Dam jej pie­nią­dze, a ona ude­ko­ruje nimi tę norę, kupi za nie eter i będzie pokpi­wać ze mnie tak jak teraz…
– Pro­szę zapo­mnieć o swo­ich uprze­dze­niach – odpo­wiada, pra­wie nie poru­sza­jąc ustami. – My naprawdę nie jeste­śmy trol­lami. A już na pewno nie potwo­rami.
Wiercę się na poduszce, grze­bię po kie­sze­niach, aby poka­zać jej, że są puste. Wyma­cuję jed­nak coś chłod­nego. Przy­po­mi­nam sobie, wyj­muję, patrzę, jak roz­kwita na mej dłoni lek­kie niby mgła. Tan­det­nie wycza­ro­wany weksel, który dosta­łem od tej bied­nej dziew­czynki. Słowa i pie­czę­cie iskrzą się i bledną.
– Widzi pan?
Wyrywa mi z ręki papier i staje się bez­cie­le­sna jak wiatr, choć powie­trze ani drgnie. Potem odpływa, przy­ty­ka­jąc go do nosa, jakby to rze­czy­wi­ście był kwiat, wcią­ga­jąc powie­trze, jak robił to chyba każdy, wcze­śniej czy póź­niej, pró­bu­jąc spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście ist­nieje zapach bogac­twa, wła­dzy, aro­mat pie­nię­dzy. Zapach, który w isto­cie składa się z potu, dymu, otę­pia­ją­cego alko­holu i niczego wię­cej. Ten sam nie­świeży odór, któ­rym cuchną ubra­nia po balu, choćby w naje­le­gant­szym z domów.
Niana wchła­nia wszystko, co pozo­stało z nik­ną­cej mate­rii doku­mentu. Zaczyna się ściem­niać, popo­łu­dnie nasyca się mro­kiem, Niana też. Cha­rak­te­ry­styczny dzi­wo­blask bijący z mosięż­nej misy z ete­rem wzmaga się w odpo­wie­dzi, Niana zaś płyn­nie prze­suwa się mię­dzy wiszą­cymi pusz­kami, butel­kami i zasło­nami. Oba­wiam się jed­nak, że to wciąż jakiś odgry­wany przede mną żart. Przez nie­skromne roz­dar­cia i dziury w przed­wiecz­nej ślub­nej sukni widzę zie­jącą czarną pustkę. Boję się, że każe mi cze­kać bez końca.
– Wiem, panie, że mię­dzy nami zieje prze­paść, pustka. Ale pro­szę pomy­śleć o swoim dzi­siej­szym spa­ce­rze przez Easter­lies. Nie­ważne, czy pój­dzie się w dobrą, czy złą stronę, do wyma­rzo­nego miej­sca ni­gdy nie jest zbyt daleko. Kto wie, gdzie tak naprawdę koń­czy się ta gra­nica albo gdzie zaczyna? Pan jed­nak zauwa­żył zwy­kłych ludzi. Panu podobni czę­sto świa­do­mie ich igno­rują. Par­ta­cze z Easter­lies. Wie pan, jak otę­piali mogą się stać, mimo że ciało w ogóle im się nie zmie­nia… – Jej chi­chot dźwię­czy mi w czaszce. – Gdyby tylko pan mógł się zoba­czyć, w tej mrocz­nej pele­ry­nie, w ciem­nych butach, z dziu­rami zamiast oczu, obwi­słą szczęką, z noc­nym zapa­chem sta­ro­ści i śmierci, który trzyma się pana nawet teraz…
Przez mętny ilu­mi­na­tor już pra­wie nie wpada świa­tło. Cał­kiem jak­bym tu był sam, jeśli nie liczyć jej szeptu jak szmer morza. Nawet stara suk­nia ślubna zlała się z cie­niami. Niana, obło­czek mgły, zagląda do skrzynki po her­ba­cie. Kiedy wyciąga z niej grze­cho­czące oszczepy ze sta­rych kar­ni­szy, kłęby szmat i wió­rów, sta­ram się zapa­no­wać nad pod­nie­ce­niem, które zawsze ogar­nia mnie w takich momen­tach.
– Gdzieś tu było, na pewno… – mru­czy pro­za­icz­nie.
Bez­wied­nie wzdy­cham. Dziwne, ale w tej chwili chcę stąd uciec, pędzić uli­cami do mego ele­ganc­kiego domu na Lin­den Ave­nue, z powro­tem do roli wiel­kiego mistrza cecho­wego. To uczu­cie pozo­staje stłu­mione, w końcu cał­kiem zanika, gdy Niana pod­pływa ku mnie, lśni, zmie­nia się, jest wszyst­kimi stwo­rze­niami naraz, dzi­wami, które strach sobie wyobra­zić, uśmie­cha się coraz sze­rzej. Lepiej zostać tutaj – cze­kać, aż dokona się wymiana.
– Powiedz, Niano, nie tęskni ci się za…
– Zapa­chem świe­żej trawy na wio­snę, panie. Doty­kiem klej­no­tów z lodu na Boże Naro­dze­nie. Żukami poły­sku­ją­cymi jak bro­sze. Chmu­rami bez końca zmie­nia­ją­cymi ubra­nia. Bie­giem z górki, kiedy zaśmie­wasz się i nie możesz prze­stać. A ja zado­wa­lam się moją miseczką gwiazd. I cie­szę się, że tu przy­cho­dzi­cie – pan i panu podobni, nawet jeśli wasze drobne prośby, wasze życze­nia budzą we mnie litość. Dla­czego wy, cechowi, po wszyst­kim, co musi­cie przejść, chce­cie jesz­cze być nawie­dzani przez trolle, odmień­ców, pół­rze­czy­wi­ste wiedźmy, wam­piry, syreny stare jak Matu­za­lem?
– To nie tak. Ja nie chcę…
– A czego pan chce, mistrzu?
– Wie­dzieć…
– Obda­rzy­łam już pana, kiedy wzię­łam, co pan mi pro­po­no­wał. Zro­bi­łam wszystko, o co pan pro­sił. Teraz pana kolej. Aby wziąć, co mam, musi pan rów­nież coś dać.
Otóż to – typowe, śmie­chu warte targi z odmień­cem. Jestem na pustym moście, ponad bystrą rzeką, a Niana rysuje w powie­trzu sym­bole, któ­rych nie zna żaden cech­mistrz. Roz­le­wają się wokół mnie sre­brem. Zakwi­tają let­nią burzą. Czuję, jak sta­lowa budowla napręża się i rośnie, ruina mostu wraca do życia, któ­rego nie dane jej było zaznać przez upa­dek poprzed­niego Wieku, nabiera kształtu i olbrzy­mieje nad wodą. Całe mia­sto się prze­obraża, wysy­pi­ska śmieci zni­kają. Docho­dzi do tego napa­wa­jący dresz­czem pomruk zbli­ża­ją­cej się maszyny. Łosko­cze nad bel­kami i dźwi­ga­rami, sypiąc dym i iskry.
Niana przy­siada przede mną; głę­bo­kie otwory jej oczu widzę tuż przed twa­rzą. Mruga raz, drugi. Uśmie­cha się.
– Więc pro­szę mi powie­dzieć, mistrzu… – Jej palce wiją się wokół mnie jak dym. – Jak to było, że stał się pan czło­wie­kiem…

CZĘŚĆ II
ROBERT BOR­ROWS

1

To było naj­więk­sze roz­cza­ro­wa­nie mojego życia. W doj­rza­łym wieku ośmiu lat, w mroźny, jak zawsze, paź­dzier­ni­kowy pią­tek zabrano mi wszyst­kie marze­nia. Sta­łem potem u stóp scho­dów Miej­skiej Szkoły i patrzy­łem na kole­gów z klasy, wymie­nia­jąch piskliwe szczek­nię­cia ulgi i weso­ło­ści pośród dymu i mgły. Dla nas wszyst­kich był to dzień szcze­gólny, Dzień Próby. Na dowód tego wszy­scy mie­li­śmy na nad­garst­kach Znak, styg­mat, wzdęty krwa­wiący pęcherz jak po przy­pa­le­niu papie­ro­sem.
Parowy cią­gnik zagwiz­dał i poto­czył się, tur­ko­cząc na bruku cięż­kimi kołami. Twarz paro­mi­strza przy­po­mi­nała czarną maskę. Prze­jęte matki prze­py­chały się przez tłum, wykrzy­ku­jąc imiona swo­ich potom­ków. „Widzisz, nie mówi­łam, że nie ma się czego bać?”. Mojej matki jed­nak tu nie było. Cie­szy­łem się, że nie przy­szła, unik­ną­łem cało­wa­nia w czoło, czysz­cze­nia twa­rzy pośli­nio­nym pal­cem, emo­cjo­no­wa­nia się czymś, co prze­cież, jak nam w kółko powta­rzano, było zwy­kłe, nor­malne, powsze­dnie. Inne matki zaraz wdały się w plotki albo pobie­gły z powro­tem do pra­nia, dzieci zaś zbiły się we wro­gie gro­madki, przy­po­mi­na­jąc sobie cechy i patro­nów swo­ich ojców. Wymie­niono spoj­rze­nia, kuk­sańce, pchnięto tego i owego. Wie­dzia­łem, że zaraz sam się w to wmie­szam, więc odwró­ci­łem się i wsze­dłem na hałdę ziemi przed szkołą, skąd miał­bym dobry widok na cmen­tarz i dolinę, gdyby tylko nie prze­sła­niała ich mgła.
Pod­wi­ną­łem lewy rękaw. Była tutaj. Bli­zna, którą miał każdy, kto osią­gał mój wiek, wciąż świeże wspo­mnie­nie bólu. Bli­zna, która zosta­wała na całe życie, sta­no­wiąc nie­zma­zy­walny dowód peł­nego czło­wie­czeń­stwa. Znak Star­szych, jeśli wie­rzyć ojcu Fran­ci­sowi, był naj­wyż­szym boskim bło­go­sła­wień­stwem. Pier­ście­nie zaczer­wie­nio­nej skóry wokół niego wciąż lśniły drob­niut­kimi krysz­tał­kami maszy­no­wego lodu. Oczy­wi­ście ni­gdy się w pełni nie zagoi. I o to cho­dzi. Zawsze pozo­sta­nie leciutko lśniący strup, który można, dla swego rodzaju pocie­sze­nia, macać i badać w ciem­no­ści.
Cie­szy­łem się na przy­jazd trol­lo­wego, mimo że zwia­sto­wał cier­pie­nie. Naj­pierw roze­szły się plotki, że przy­bę­dzie. Póź­niej poja­wili się poli­cjanci – ich listy nazwisk w skó­rza­nych note­sach, tupot bucio­rów w zauł­kach, łomot pałek o drzwi. To… i plotki. Kale­kie dzieci ukrywa-ne w lochach i na stry­chach; sześć­dzie­się­cio­letni lub starsi paste­rze z Brown­he­ath, któ­rzy w jakiś spo­sób unik­nęli tego przez całe życie. Oraz trolle, odmieńcy – tak wielu, że można by spo­dzie­wać się kilku na każ­dym rogu ulicy, a nie tylko na obrze­żach marzeń sen­nych. Te opo­wie­ści poja­wiały się z taką samą regu­lar­no­ścią co pan trol­lowy, ale wtedy jesz­cze tego nie wie­dzia­łem.
Nazy­wał się zwy­czaj­nie, Tatlow, do tego był zale­d­wie zwy­kłym mistrzem Cechu Zbie­ra­czy. Aby zaro­bić w swój dziwny spo­sób na życie, musiał zjeź­dzić całe Brown­he­ath z torbą podróżną i małą maho­niową skrzy­neczką z narzę­dziami, bły­ska­jąc prze­pustką każ­dego wie­czoru w innym zajeź­dzie. Następ­nego ranka budził go tur­kot wozów, prze­su­wał pal­cem po pra­co­wi­cie spi­sa­nej liście spraw na dany dzień, aż w końcu, jak sobie wyobra­ża­łem, zatrzy­my­wał krótki, gruby paluch nad moim nazwi­skiem: Robert Bor­rows…
– Wejdź, chłop­cze. Co się tak gapisz? I zamknij te cho­lerne drzwi…
Posłu­cha­łem, wsze­dłem do gabi­netu dyrek­tora.
– I czemu się tak trzę­siesz? Chyba nie jest zimno?
W kominku trza­skał ogień. Czu­łem jego cie­pło na policzku.
– Nazwi­sko, chłop­cze? Adres…?
Oczy­wi­ście musiał już je znać. Wie­rzy­łem w mądrość cechów.
– No?
– Ro… Robert Bor­rows – wyją­ka­łem. – Bric­ky­ard Row trzy.
– Bor­rows… Bric­ky­ard Row. Przejdź na tę stronę biurka, dobrze?
Zro­bi­łem, co kazał trol­lowy. Zauwa­ży­łem, że spodnie miał wyświe­cone, pognie­cione, wypchane na kola­nach. Jego twarz też była błysz­cząca, pomarsz­czona, zno­szona.
– Kalec­twa? Oso­bliwe zacho­wa­nia? Czy wia­domo ci, byś ty lub kto­kol­wiek z two­jej rodziny był kie­dy­kol­wiek nara­żony na kon­takt z suro­wym ete­rem? Jakieś naro­śle, zna­miona?
Mia­łem na ciele kilka małych kro­pek i pie­przy­ków, o któ­rych chęt­nie bym mu powie­dział, lecz mistrz Tatlow odczy­ty­wał listę z wyświech­ta­nej kartki i już prze­szedł do następ­nego punktu. Otarł nos.
– No, chłop­cze, pod­wiń rękaw.
Moje palce zaczęły zma­gać się nie­zdar­nie z guzi­kiem pra­wego man­kietu, aż powstrzy­mało mnie wes­tchnie­nie trol­lo­wego. Czer­wie­niąc się jak burak, pod­wi­ną­łem lewy rękaw. Nad­gar­stek był chudy i blady jak obdarta z kory gałązka. Mistrz Tatlow odpiął pokrywę zszar­ga­nej skó­rza­nej torby, wycią­gnął mały słoik i zwi­tek waty. Kiedy ją zwil­żał, powie­trze wypeł­nił inten­sywny, ostry zapach.
Zdzi­wi­łem się, kiedy podał mi watkę.
– Potrzyj tym nad­gar­stek.
Sma­ru­jąc rękę, poczu­łem ogar­nia­jący mnie zimny powiew prze­zna­cze­nia. Tego się spo­dzie­wa­łem. Ale nie bolała, nawet skóra się nie zaczer­wie­niła. Uka­zał się jesz­cze biel­szy skra­wek skóry, z błę­kit­nymi żył­kami.
Mistrz Tatlow pozo­stał nie­wzru­szony.
– Wyrzuć to do kosza.
– Czy to…?
Źle mnie zro­zu­miał i uśmiech­nął się sztucz­nie.
– Pew­nie sły­sza­łeś od kole­gów, że Próba boli. Nie wierz w takie rze­czy. To musi przejść każdy. Nawet ja… – Wycią­gnął z tej samej skó­rza­nej torby następny pojem­ni­czek, mniej­szy. Przez chwilę wyda­wał się pusty, ale zaraz wypeł­nił go srebrny blask. Poczu­łem dziwne dźwię­cze­nie w uszach, ucisk za oczami. Teraz sło­iczek już mocno świe­cił cha­rak­te­ry­stycz­nym ete­rycz­nym dzi­wo­świa­tłem, jaskra­wym w pół­mroku, rzu­ca­ją­cym cie­nie w świe­tle. Gdy mistrz Tatlow roz­kła­dał urzą­dze­nie będące skrzy­żo­wa­niem bran­so­lety i koń­skiej uzdy, a potem wsu­nął mi je na rękę, zapa­dła taka cisza, że wyraź­niej niż kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem dud­nie­nie ete­ro­wych maszyn Bra­ce­bridge – szum, bum, szum, bum…
Pojem­ni­czek z ete­rem, kie­lich, miał gwint, który łączył się z mosiężną wypustką skó­rza­nej opa­ski na moim prze­gu­bie. Mistrz Tatlow mocno przy­trzy­mał mnie za ramię.
– No, chłop­cze, wiesz, co masz powie­dzieć?
Przez ostat­nie dwa pra­co­kresy nic innego nie ćwi­czy­li­śmy.
– Pan mój Bóg Naj­star­szy w swej Mocy przy­znał mi Bło­go­sła­wień­stwo, za które dzię­kuję Mu całym ser­cem i które czcić będę i uświę­cać swym tru­dem. Uro­czy­ście przy­rze­kam sza­cu­nek dla wszyst­kich cechów, a zwłasz­cza dla wła­snego cechu, cechu mojego ojca, jego ojca i wszyst­kich jego przod­ków. Nie będę mówił złego świa­dec­twa prze­ciwko mistrzom, u któ­rych pobie­ram nauki. Nie będę han­dlo­wał z demo­nami, odmień­cami, skrza­tami ani wiedź­mami. Będę chwa­lił Boga Naj­star­szego i wszyst­kie Jego dzieła. Będę świę­cił Jego imię w każdą nie­dzielę… i… i będę… i przyj­muję to zna­mię jako znak bło­go­sła­wień­stwa pły­ną­cego z nie­skoń­czo­nej Bożej miło­ści oraz jako styg­mat mojej ludz­kiej duszy.
Mistrz Tatlow, wciąż trzy­ma­jąc mnie za ramię, zakrę­cił kie­li­chem.
Przez chwilę nie działo się nic. Ale jego uwaga była tak sku­piona na mnie, że aż zatch­ną­łem się ze zdu­mie­nia. Jakby prze­bi­jał mnie lodo­waty gwóźdź. Pędził ku moim ustom krwa­wym, bole­snym ostrzem, szum, bum… A potem wszystko się uspo­ko­iło i znów sta­łem przed biur­kiem, twa­rzą w twarz z mistrzem Tatlo­wem, który bły­ska­wicz­nie szczęk­nął zaci­skami i zabrał z mojej ręki narzę­dzie tor­tur.
– No widzisz, wcale nie było tak źle, prawda? – mruk­nął. – Teraz jesteś taki sam jak my wszy­scy. Gotów wstą­pić do cechu ojca.
Wysze­dłem ze szkoły i ruszy­łem przez zimną, szybko gęst­nie­jącą jesienną mgłę, zatrzy­mu­jąc się tylko, by zer­k­nąć na spa­ty­no­wany pomnik Joshui Wash­staffe’a, Wiel­kiego Mistrza z Pain­swick, który, tak samo jak we wszyst­kich angiel­skich mia­stach, przed­sta­wiony był w nie­zde­cy­do­wa­nej pozie, w pół gestu. Nie, nie wini­łem go za odkry­cie eteru. Jeśli nie on, zro­biłby to ktoś inny, prawda? – myśla­łem sobie. A jeśli eteru nikt by nie odkrył, to jaki byłby świat? Podobno nawet Fran­cuzi z ogo­nami i kozio­ocy ludzie z Kitaju też mają swoje zaklę­cia i swoje cechy. Mgła wokół mnie zawi­ro­wała, prze­obra­ża­jąc ludzi w duchy, a drzewa i domy w wizje krain, któ­rych ni­gdy nie odwie­dzę. Kiedy dotar­łem na Bric­ky­ard Row, do domu, kop­nia­kiem otwo­rzy­łem kuchenne drzwi i wpa­dłem do środka, robiąc ślady na pod­ło­dze.
– A, jesteś… – Matka pole­ro­wała garnki szmatką nasą­czoną octem. – Zasta­na­wia­łam się, co to za rumor.
Opa­dłem na trój­nożny zydel koło pieca i ścią­gną­łem buty. Nagle poczu­łem złość na nią: że nie przy­szła przed szkołę, żeby mar­twić się o mnie.
– No i…? Pokaż!
Wycią­gną­łem rękę. Póź­niej na pewno będę ją jesz­cze poka­zy­wał ojcu i Beth. Rana, w porów­na­niu z tymi, które mie­wa­łem na kola­nach i łok­ciach była nie­wielka, a jed­nak matka oglą­dała ją dziw­nie długo. Wcze­śniej cały czas mówiła, że to wiele hałasu o nic, a teraz naprawdę była zain­te­re­so­wana. W pół­mroku naszej ciem­nej kuchni eter wciąż się żarzył. Wresz­cie matka wypro­sto­wała się, oparła dło­nie na zim­nej pły­cie pieca i wydała prze­cią­głe, zaska­ku­jące sap­nię­cie, jak wynu­rza­jący się pły­wak.
– Wiesz, to ważny krok. Teraz jesteś jak my wszy­scy.
– Kto my? – pisną­łem.
Matka znów się nade mną pochy­liła. Poło­żyła mi na kola­nach cie­płe, poczer­niałe dło­nie, aż w końcu unio­słem na nią wzrok. Uśmiech­nęła się do mnie tajem­ni­czo.
– Rober­cie, powi­nie­neś być zado­wo­lony, a nie roz­cza­ro­wany. To dowód, że…
– Że co?!
Krzy­cza­łem i byłem bli­ski pła­czu. Nor­mal­nie dostał­bym natych­miast klapsa i sie­dział przez długą godzinę na górze, zasta­na­wia­jąc się nad swoim zacho­wa­niem, ale dziś matka chyba rozu­miała, że to coś poważ­niej­szego i – mimo pozo­rów – nie tak cał­kiem bez­sen­sow­nego.
– Próba to część naszej toż­sa­mo­ści, w Anglii, w Bra­ce­bridge. Poka­zuje, że nada­jesz się na cecho­wego, tak jak twój ojciec. On jest cechowy, ja jestem panią cechową. To poka­zuje, że… – Już powoli odwra­cała ode mnie wzrok. Przy­ćmiony blask ognia za moimi ple­cami ryso­wał w jej tęczów­kach dwie czer­wone iskierki. – Poka­zuje, że… – Cof­nęła się tro­chę i otarła kącik ust wierz­chem dłoni, bo palce miała brudne od śnie­dzi. – Że dora­stasz.
– A te wszyst­kie histo­rie, które mi opo­wia­da­łaś?
– To histo­rie na let­nie wie­czory. Wyj­rzyj przez okno, idzie zima.

***

A potem przy­szła nie­dziela i ojciec Fran­cis stał przed wej­ściem do kościoła Świę­tego Wil­freda, wita­jąc się z para­fia­nami i roz­da­jąc nam, obśli­nio­nym dzie­cia­kom, białe szarfy. Stło­czeni w przed­nich ław­kach posztur­chi­wa­li­śmy się łok­ciami i oglą­da­li­śmy nawza­jem swoje świeże rany. Przed nami stała, nie­chluj­nie wyrze­zana z mar­muru przez miej­sco­wego rze­mieśl­nika, figura Boga Naj­star­szego, naj­więk­szego mistrza wśród cech­mi­strzów. Spo­glą­dała w dół na nas. Gdy zaczęły się śpiewy, gapi­łem się na zło­cone skle­pie­nie i sceny przed­sta­wione na witra­żach. Znu­dzony Jerzy nie­chęt­nie zabi­jał smoka. Inni święci cier­pieli potworne tor­tury w imię swo­ich cechów.
Ojciec Fran­cis musiał wygła­szać to kaza­nie w każdy Dzień Próby, a jego mono­tonny głos pły­nął nad ław­kami, dobrze znany jak koły­sanka. I wtedy zaczął nas przy­wo­ły­wać do ołta­rza. Gdy przy­szła na mnie kolej, prze­ci­sną­łem się wzdłuż ławki, cudem nie zaha­czy­łem szarfą o kra­wędź ołta­rza, ale kiedy po raz pierw­szy trzy­ma­łem w dło­niach kie­lich z hym­nicz­nym winem, a ojciec recy­to­wał nie­biań­skie obiet­nice, myślami byłem daleko. Czu­łem na sobie wzrok wszyst­kich wier­nych i drże­nie ziemi pod sto­pami. Widzia­łem smugi, które usta innych dzie­cia­ków zosta­wiły na srebr­nym brzegu kie­licha. Zasta­na­wia­łem się, co by się stało, gdy­bym to wypluł. Jed­nakże wzdry­gną­łem się i prze­łkną­łem cierpki czer­wony płyn. I było dokład­nie tak, jak wszy­scy zawsze powta­rzali: ujrza­łem niebo, gdzie ist­nieje tylko jeden wielki cech i nie trzeba pra­co­wać, gdzie pociągi z czy­stego sre­bra pędzą przez nie­skoń­czone łany zbóż, a wśród chmur żeglują uskrzy­dlone statki. Zda­wa­łem sobie sprawę, jak łatwo uza­leż­nić się od cho­dze­nia do kościoła, ale nawet doświad­cza­jąc tych wizji, wie­dzia­łem, że wywo­łuje je domieszka eteru w winie.

2

Uro­dzi­łem się jako Robert Bor­rows w Bra­ce­bridge, w hrab­stwie Brown­he­ath w zachod­nim York­shire, pew­nego póź­nego szóst­ko­wego popo­łu­dnia w sie­dem­dzie­sią­tym siód­mym roku trze­ciego Wieku Prze­my­słu, jako dru­gie dziecko i jedyny syn młod­szego mistrza w Niż­szym Cechu Ślu­sa­rzy. Bra­ce­bridge było wtedy śred­niej wiel­ko­ści mia­stem nad rzeką Withy. Pro­spe­ro­wało na swój spo­sób, dla podróż­nych z eks­pre­so­wych dyli­żan­sów, które mijały naszą sta­cję bez zatrzy­my­wa­nia, było zapewne nie­odróż­nialne od wielu innych prze­my­sło­wych miast pół­noc­nej Anglii. A jed­nak przy­naj­mniej pod jed­nym wzglę­dem było nie­zwy­kłe. Der­by­shire miało kopal­nie, Lan­ca­shire młyny, Dudley fabryki, a Oxford pro­fe­so­rów w powiew­nych pele­ry­nach, lecz w tym zakątku Anglii naszym życiem rzą­dził eter. Każ­dego, kto przy­by­wał wtedy do Bra­ce­bridge, ude­rzała jedna rzecz nie do prze­ocze­nia: dźwięk-niedź­więk prze­ni­ka­jący całe mia­sto. Prze­ni­kał wszyst­kich miesz­kań­ców, sta­wał się ryt­mem naszego życia.
Szum, bum, szum, bum…
Odgłos ete­ro­wych maszyn.
Koła wodne, które napę­dzały pierw­sze ete­rowe maszyny na Rain­har­row, już dawno stały bez­czynne; tłoki i pier­ście­nie rdze­wiały, zlew­nie były puste, okna maszy­nowni z powy­bi­ja­nymi szy­bami gapiły się na fabryki, które zajęły ich miej­sce. Dolinę zawsze wypeł­niały dym, hałas i łuna od pie­ców. W budyn­kach firmy Maw­din­gly & Clawt­son zarządcy krę­cili się jak der­wi­sze, syczały wie­lo­krążki, szczę­kały łań­cu­chy. Z Pokładu Maszy­no­wego wbi­jała się w zie­mię potężna pio­nowa oś, dłu­go­ści stu metrów, nie­ska­lana jak klej­not, choć gruba jak maszt żaglowca i dzie­sięć razy od niego cięż­sza. Krę­cąc się, prze­ka­zy­wała siłę napę­dową na Pokład Środ­kowy w dole, gdzie uszy i płuca robot­ni­ków stale ata­ko­wał basowy, sza­lony rytm potrój­nych ramion maszyn ete­ro­wych. I oni, i fabryka – a w ten czy inny spo­sób całe Bra­ce­bridge – ist­nieli po to, by im słu­żyć.
Roz­cho­dząc się pro­mie­ni­ście, trzy sta­lowo-gra­ni­towe tłoki z dud­nie­niem poru­szały się wte i wewte – szum, bum, szum, bum… – eks­tra­hu­jąc ze skały eter. Z tło­kami łączyły się cien­kie jak paję­czyna nici maszy­no­wego jedwa­biu wyno­szące sub­stan­cję na górę, gdzie ener­gia roz­pra­szała się w męt­nej wodzie pierw­szej z wielu kadzi stu­dzą­cych. Potem eter mie­szano, fil­tro­wano, na koniec gotowe fiolki pako­wano do wyło­żo­nych oło­wiem skrzyń i łado­wano na powolne pociągi jadące na wschód, zachód i pół­noc, a przede wszyst­kim na połu­dnie. Tam eter zosta­nie użyty na dzie­sięć tysięcy moż­li­wych spo­so­bów, z któ­rych, co zawsze mnie ude­rzało, wła­ści­wie nie korzy­stało samo Bra­ce­bridge.
Oczy­wi­ście mówiło się wtedy, że eter jest dla nas czymś natu­ral­nym, ale w Bra­ce­bridge dla nas czymś natu­ral­nym było to wydo­by­wa­nie eteru – łoskot żelaza, wycie syren zmia­no­wych, ciężki tupot bucio­rów, zgrzyt maszyn, sadza na suszą­cym się pra­niu, a ponad wszystko pod­ziemne dud­nie­nie maszyn. Ubi­jało mąkę w spi­żarni, prze­krzy­wiało kamie­nie posadzki w holu. Pękały od niego doniczki i wyszczer­biała się por­ce­lana. Kurz ukła­dał się w fali­ste wzory, a oka tłusz­czu w śmie­ta­nie tań­czyły tęczo­wymi wzo­rami. Por­ce­la­nowe pie­ski nad komin­kiem pota­jem­nie zamie­niały się miej­scami, aż w końcu spa­dały na pod­łogę. Szum, bum, szum, bum… Ten dźwięk mie­li­śmy we krwi. Nawet gdy opusz­cza­li­śmy Bra­ce­bridge, on zabie­rał się z nami.

***

Dom, w któ­rym miesz­ka­łem – trzeci z kolei wzdłuż Bric­ky­ard Row, tara­sowo opa­da­ją­cej w stronę przed­mieść, poprzez gęste brzo­zowe zagaj­niki, z wie­loma innymi ulicz­kami nazwa­nymi Row, Back czy też Way, pną­cymi się na wzgó­rze Coney Mound powy­żej – stał przez więk­szość trze­ciego Wieku Prze­my­słu, zanim wpro­wa­dzili się do niego moi rodzice. Bra­ce­bridge było wtedy na eta­pie gwał­tow­nego roz­ro­stu, a takie tara­sowo usta­wione domy, prze­dzie­lone podwór­kami, zauł­kami i bla­sza­nymi dachami zewnętrz­nych toa­let, uwa­żało się za naj­wy­daj­niej­szy spo­sób ulo­ko­wa­nia robot­ni­ków nie­zbęd­nych do obsługi nowych, pod­ziem­nych maszyn ete­ro­wych, które wła­śnie budo­wano, żeby dostać się do głęb­szych żył eteru. Poza moja klitką na górze były po dwa pokoje na par­te­rze i na pię­trze i mnó­stwo dziw­nych zaka­mar­ków, alków, kre­den­sów i powy­gi­na­nych prze­wo­dów komi­no­wych. Naj­waż­niej­sza była kuch­nia, z któ­rej cie­pło, dźwięki i zapa­chy uno­siły się na mój stry­szek. W niej z kolei naj­waż­niej­szy był czarny żela­zny piec. Ponad nim wisiały na ogół szmaty, buty zwią­zane sznu­ro­wa­dłami, pęki szał­wii i gałą­zek iwy, kawałki szynki i sło­niny, obwi­słe pęche­rze wod­nych jabłek, mokre płasz­cze i co tylko wyma­gało susze­nia. Z dru­giego, ciem­niej­szego kąta nie­chęt­nie popa­try­wał dębowy stół – rywal i pomniej­sze bóstwo.
Na pię­trze mie­li­śmy sypial­nię od frontu, gdzie spali rodzice, i pokój od tyłu, zaj­mo­wany przez Beth, moją star­szą sio­strę. Tył domu wycho­dził na pół­noc, wąskie okienka dawały widok tylko na ściany, śmiet­niki i zaułki. Ja naprawdę mia­łem szczę­ście, bo mogłem zająć pokoik na pod­da­szu od frontu. Moje wła­sne, oso­bi­ste tery­to­rium. Na Bric­ky­ard Row ludzie tło­czyli się cia­sno. Ściany były cien­kie, a przez cegły prze­ni­kały zapa­chy, dym, głosy. Gdzieś w oddali zawsze pła­kało dziecko, gdzie indziej krzy­czał męż­czy­zna albo szlo­chała kobieta.
Moi rodzice – tak jak wielu innych ludzi miesz­ka­ją­cych na sto­kach Coney Mound, w ści­śnię­tych dol­nych war­stwach wciąż góru­ją­cej nad Anglią nie­bo­tycz­nej hie­rar­chii kla­so­wej, powy­żej nie­szczę­snych, bez­ce­cho­wych par­ta­czy, ale nie­wiele ponad to – przez lata zma­gali się z pracą i życiem codzien­nym. Nad komin­kiem we fron­to­wym pokoju wisiało stare zdję­cie zro­bione w dniu ich ślubu. Było tak znisz­czone przez dym i wil­goć, że wyglą­dało, jakby byli pod wodą. I rze­czy­wi­ście wyda­wało się, że wstrzy­muje oddech, sztywno pozu­jąc w cie­niu brzozy obok kościoła Świę­tego Wil­freda. Ale to było dawno, zanim uro­dziła się Beth, zanim uro­dzi­łem się ja. Ojciec nie miał wtedy wąsów, a dziar­sko unie­siony łokieć i spo­sób, w jaki obej­mo­wał moją matkę, suge­ro­wał, że mają przed sobą cie­kawe życie. Matka nosiła wia­nek ze świe­tli­ków i piękną koron­kową suk­nię spły­wa­jącą na trawę pie­ni­stymi falami. Bar­dzo piękna para, nawet dla moich dzie­cię­cych oczu oboje wyglą­dali zbyt młodo, by brać ślub. Poznali się w fir­mie Maw­din­gly & Clawt­son, wiel­kiej kopalni eteru na Withy­brook Road. Matka prze­nio­sła się tutaj z pod­upa­da­ją­cej rodzin­nej farmy w Brown­he­ath, a ojciec wstą­pił, za przy­kła­dem swo­jego ojca, do Trze­ciego Niż­szego Oddziału Niż­szego Cechu Ślu­sa­rzy. Jeśli wie­rzyć matce, ich ścieżki skrzy­żo­wały się wiele razy, zanim w ogóle się zauwa­żyli, a w bar­dziej marzy­ciel­skiej wer­sji ojca spoj­rzeli sobie w oczy poprzez stół w malarni, gdzie on przy­szedł z jakąś sprawą, i natych­miast się zako­chali.
Choć brzmi to śmiesz­nie, na­dal wolę opo­wieść ojca. Widzę matkę wśród wielu innych mło­dych kobiet, w dłu­giej źle oświe­tlo­nej sali, pra­cu­jącą nad drob­nymi prze­kaź­ni­kami, zanu­rza­jącą pędzle w misecz­kach z ete­rem, włosy wysoko upięte, głowa opusz­czona. Wyma­lo­wuje linie i zwoje, które napeł­nią wolą spraw­czą cech­mi­strza jakieś narzę­dzie czy maszynę. Dla ojca, wpa­da­ją­cego tu wprost z hała­śli­wej odlewni po dru­giej stro­nie placu, musiał to być cie­ni­sty ogród. A matka była pod­ów­czas ładna, może nawet piękna, z poły­sku­ją­cymi ciem­nymi wło­sami, łagod­nymi nie­bie­skimi oczyma, białą cerą, drobną, zgrabną figurą i małymi, ner­wo­wymi dłońmi. Jeśli pomi­nąć konek­sje cechowe jej rodziny, pracę w malarni dostała zapewne dla­tego, że z wyglądu nada­wała się do takich pre­cy­zyj­nych zadań; naprawdę jed­nak była nie­zręczna, robiła szyb­kie, gwał­towne ruchy, o któ­rych jej umysł dowia­dy­wał się dopiero po fak­cie. W dzie­ciń­stwie Beth i ja nauczy­li­śmy się trzy­mać z daleka od jej ruchli­wych łokci. Ale i tak musiała błysz­czeć, w każ­dym sen­sie, pośród kapią­cych ete­rem zuży­tych pędzli, gdy dzień zmie­niał się w wie­czór.
I tak oto moi rodzice spo­tkali się, zarę­czyli w Noc Świę­to­jań­ską, po czym mijały pra­co­kresy i lata. W moich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnie­niach oboje wciąż są dużo za mło­dzi, by być rodzi­cami; i dużo za sta­rzy, bo matka ma przy­gar­bione plecy i siwe włosy. Oboje znu­żyło Bra­ce­bridge i potężne ciśnie­nie angiel­skiej hie­rar­chii cecho­wej. Ojciec miał nie­stały cha­rak­ter, skłonny do gniewu i sło­mia­nego zapału, do roz­po­czy­na­nia nowych przed­się­wzięć, inte­re­sów, które zaraz porzu­cał na rzecz cze­goś innego. Kiedy odkrył, że sztywne, tajne struk­tury Niż­szego Cechu Ślu­sa­rzy nie pozwolą mu na speł­nie­nie ambi­cji, zatra­cił ową ener­gię i inte­li­gen­cję, które zapewne przy­cią­gnęły matkę do niego. Pra­wie każ­dego dnia po dro­dze do domu z fabryki zacho­dził do „Bac­ton Arms” na jed­nego szyb­kiego, który łatwo prze­obra­żał się w kilka dużych piw, a w dzie­sią­tek, pół­dzielę i dni świą­teczne zata­czał się po ulicy, z rumo­rem wpa­dał do domu i chwiej­nie lazł na górę. Tam ze śmie­chem krą­żył wokół matki, leżą­cej w łóżku i sta­ra­ją­cej się nie zwra­cać uwagi, i żar­to­wał o tym, co któ­ryś kolega powie­dział albo zro­bił. W końcu tra­cił humor i wyco­fy­wał się na zydel przed piec, gdzie spę­dzał noc, gapiąc się na żar w pale­ni­sku i zio­nąc alko­ho­lem. W powsze­dnie wie­czory, spo­so­biąc się do łóżka, roz­ma­wiali ze sobą skrzek­nię­ciami, chrząk­nię­ciami, pomru­kami, jak dwie pustułki nawo­łu­jące się na bagnach – wszyst­kimi tymi zda­niami, któ­rych mał­żeń­stwa ni­gdy nie potrze­bują koń­czyć. Ojciec wie­szał spodnie za szelki na opar­ciu krze­sła, zie­wał, prze­cią­gał się i dra­pał przez pod­ko­szu­lek po piersi, zanim wgra­mo­lił się do pościeli.
Widzę ich teraz. Lampa naf­towa na komo­dzie, zabrana przez ojca z dołu, wciąż się żarzy. Matka nie kła­dzie się od razu, jesz­cze cho­dzi boso po domu, szar­pie i targa włosy wielką srebrną szczotką, potem prze­gląda się w wybla­kłym lustrze i na moment zamiera, jakby zdzi­wiona, że widzi sie­bie po dru­giej stro­nie. Ojciec trze­pie poduszkę, kła­dzie się i mru­czy. Matka odkłada szczotkę i zdej­muje z wie­szaka koszulę nocną, wkłada ją, strze­pu­jąc sza­rymi falami, zanim spod spodu wycią­gnie bie­li­znę. Wresz­cie gasi lampę i gra­moli się do łóżka.
I leżą tak, dwie syl­wetki do połowy przy­kryte ciem­nymi kocami i brze­mie­niem kolej­nego pra­co­wi­tego dnia, oni, któ­rzy kie­dyś trzy­mali się za ręce, wio­sną cho­dzili na spa­cery, ze śmie­chem cho­wali się pod estradą przed desz­czem. Zapa­dła cisza, na Bric­ky­ard Row zmę­czone rodziny śpią w kom­ple­cie, bez­pieczne w swych łóż­kach, gdy gwiazdy oświe­tlają dachy, a od strony podwó­rza wscho­dzi księ­życ w nowiu. Nie zaszczeka pies. Podwó­rza są puste. Ostatni pociąg dawno odje­chał. Gęsta, aż sycząca cisza opada śnież­nymi falami. A potem, gdy ojciec wes­tchnie, chrząk­nie i zacznie chra­pać, sły­szalny staje się głęb­szy dźwięk. Matka leży na wznak, nie­ru­chomo, lśnią­cymi w ciem­no­ści oczyma wpa­tru­jąc się w sufit. Pal­cem lewej ręki pociera bli­znę we wnę­trzu pra­wej dłoni, w rytm tego nie­skoń­czo­nego dud­nie­nia, przed któ­rym nie ma ucieczki.
Szum, bum, szum, bum…

 
Wesprzyj nas