Stuart Gibbs, czerpiąc wzorce z powieści szpiegowskich dla dorosłych, stworzył udaną serię powieści dla dzieciaków. Przygodowe fabuły z tego cyklu sprawią dużo radości młodym czytelnikom, szczególnie tym, którzy widzą siebie w zawodzie szpiega lub detektywa, gdy dorosną.


Marzenia o pełnym przygód życiu szpiega towarzyszą chyba każdemu kolejnemu pokoleniu od czasów, gdy James Bond, bohater stworzony przez pisarza Iana Fleminga, zawładnął masową wyobraźnią – najpierw za pośrednictwem książek, a następnie filmów. Lata płyną, dorastają kolejne pokolenia amatorów niezwykłych misji i ratowania świata od zagłady, a na karty nowych powieści trafiają kolejne postaci pozwalające brać udział w mrożących krew w żyłach zdarzeniach z poziomu własnego fotela.

Do grona tych postaci za sprawą Stuarta Gibbsa dołączył niedawno dwunastoletni Ben Ripley, bohater cyklu powieściowego „Szkoła Szpiegów”. Ten chłopiec obdarzony talentem matematycznym, otrzymuje propozycję dołączenia do tajnego oddziału rekrutacyjnego CIA. Ponieważ akurat on szpiegiem wcale być nie chciał, toteż decyzja o podjęciu szkolenia zajmuje mu trochę czasu. W końcu zgadza się: fajnie jest przecież być jak James Bond, zwiedzać egzotyczne miejsca, korzystać z wymyślnych szpiegowskich gadżetów i odlotowej broni. Jak się okazuje, w tych wyobrażeniach racji jest tylko trochę, bowiem, jak przekonuje się Ben, życie szpiega łatwe nie jest, a co gorsza można nawet doznać uszczerbku na zdrowiu!

O tym, co spotyka tego chłopca, a oczywiście jest to długa lista niezwykłych rzeczy, czytelnicy dowiadują się z powieści „Szkoła szpiegów” i „Szkoła szpiegów na wakacjach”. W pierwszym z tomów Ben dołącza do Szkoły Szpiegów, gdzie już od pierwszych chwil są testowane jego umiejętności reagowania na zagrożenie i radzenia sobie z pułapkami. Okazuje się jednak, że nie wszystkie groźne sytuacje były elementem treningu: ktoś, kogo tożsamość pozostaje zagadką, naprawdę próbował go schwytać. Wykładowcy lekceważą ten problem wobec czego Ben i nowi przyjaciele, poznani w szkole, biorą sprawy we własne ręce. Przy okazji ratują również szkołę przed zagładą. Na ratowanie całego świata przyjdzie czas później.

Tom drugi to wakacyjna przygoda. Ben miał wprawdzie odpoczywać od szkolnych zadań i treningów, planował, że przez całe lato wraz ze swoim najlepszym przyjacielem będą grać w gry wideo i marzyć o dziewczynach, ale jak to w życiu szpiega bywa, plan musiał ulec znaczącej modyfikacji, a to za sprawą pewnego wyjazdu na letni obóz, na którym adepci szpiegowskiego fachu mieli podnosić swoje umiejętności z zakresu przeżycia z dala od cywilizacji. Wiecie – namioty, kąpiele w potoku, jedzenie z kuchni polowej, nocne biegi na orientację i tym podobne atrakcje. I w tych okolicznościach grupa młodych szpiegów będzie musiała stawić czoła groźnym antagonistom wykazując przy tym więcej pomysłowości niż obozowa kadra.

W drugim tomie cyklu akcja nabiera rozmachu, autor kontynuuje interesujące opisy szczegółów szpiegowskiego życia, pojawia się nutka romansu – bo przecież szpiegom, nawet dwunastoletnim, obowiązkowo muszą towarzyszyć piękne kobiety, a sami bohaterowie są coraz ciekawsi, autor pozwala czytelnikom odkrywać ich nieznane wcześniej umiejętności i cechy. Zdaje się, że sam świetnie się przy tym bawi, puszczając oko do starszych czytelników, którzy będą podbierać te książki z dziecięcych pokojów, by czytać je potajemnie, ukrywając ten fakt przez wzrokiem nieletnich. Jak na szpiega przystało!

Stuart Gibbs doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że porusza się w gatunku literackim wyeksploatowanym już w każdy możliwy sposób. Nie powstrzymało go to jednak od stworzenia opowieści, które dzieciakom – niezaznajomionym przecież jeszcze z dorobkiem wielu pokoleń pisarzy opisujących perypetie szpiegów, zapewniają dobrą zabawę. Jego książki są lekkie, pisane w sposób przystępny i potoczysty. Cechuje je duża dawka humoru przeznaczonego dla dzieci, zaś między wierszami czekają smaczki dla dorosłych czytelników. Międzypokoleniowa rozrywka na wakacyjne wieczory zapewniona! Robert Wiśniewski

Stuart Gibbs, Szkoła szpiegów, Przekład: Jarek Westermark, Ilustracje: Mariusz Andryszczyk, Seria „Szkoła Szpiegów”, tom 1, Wydawnictwo Agora dla Dzieci, Premiera: 5 maja 2021
 
Stuart Gibbs, Szkoła szpiegów na wakacjach, Przekład: Jarek Westermark, Ilustracje: Mariusz Andryszczyk, Seria „Szkoła Szpiegów”, tom 2, Wydawnictwo Agora dla Dzieci, Premiera: 14 lipca 2021
 
 

Stuart Gibbs
Szkoła szpiegów
Przekład: Jarek Westermark
Ilustracje: Mariusz Andryszczyk
Seria „Szkoła Szpiegów”, tom 1
Wydawnictwo Agora dla Dzieci
Premiera: 5 maja 2021
 
 

Od:
Biuro ds. Dochodzeń Wewnętrznych CIA
Siedziba CIA
Langley, Wirginia
 
Do:
*****************
Dyrektor ds. Tajnych Operacji
Biały Dom
Waszyngton
 
Załączono poufne dokumenty
Poziom zabezpieczeń AA2
Tylko dla twoich oczu

  
W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji „Przyczajony borsuk” załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim „Tajniak”, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa.
Przyjęcie pana Ripleya do szkoły w bezprecedensowym trybie zostało zatwierdzone przez oraz Cartera Hubolda, dyrektora CIA, w ramach wspomnianej operacji.
Jako że operacja „Przyczajony borsuk” nie przebiegła zgodnie z planem, szczególnie ze względu na wydarzenia z ************* niniejsze śledztwo zostało wszczęte w celu ustalenia, co konkretnie poszło nie tak, dlaczego poszło nie tak i kto powinien z tego powodu stracić stanowisko.
Po zapoznaniu się z załączoną dokumentacją należy ją natychmiast zniszczyć, zgodnie z Dyrektywą Bezpieczeństwa CIA 163-12A. Omawianie zawartych w niej informacji będzie niedopuszczalne, z wyłączeniem audytu, który odbędzie się ********** Przypominam, że na spotkaniu nie wolno będzie mieć przy sobie broni.
Jestem bardzo ciekaw Pana przemyśleń.

Dyrektor ds. Dochodzeń Wewnętrznych
***************
 

Rozdział 1
REKRUTACJA

Rezydencja państwa Smithów
2107 Mockingbird Road
Vienna w stanie Wirginia
16 stycznia
Godzina 15.30

 
– Witaj, Benie – powiedział nieznajomy mężczyzna, którego zastałem w moim salonie. – Nazywam się Alexander Hale. Pracuję dla CIA.
I tak właśnie, w jednej chwili, moje życie nagle zrobiło się ciekawe.
Bo wcześniej wcale takie nie było! Ani trochę! Weźmy za przykład dzień, o którym mówię. Dzień 4583. – trwał siódmy miesiąc dwunastego roku mojej przyziemnej egzystencji. Wyczołgałem się z łóżka, zjadłem śniadanie, poszedłem do gimnazjum, wynudziłem się na lekcjach, pogapiłem się na dziewczyny, ale nie miałem odwagi do nich podejść, przebrnąłem przez WF, zasnąłem na matmie, dostałem po głowie od durnego Dirka, przyjechałem autobusem do domu…
I zastałem na mojej kanapie mężczyznę w smokingu.
Ani przez sekundę nie wątpiłem, że jest szpiegiem. Alexander Hale wyglądał dokładnie tak, jak zawsze sobie szpiegów wyobrażałem. No, był może troszkę starszy – pewnie jakoś po pięćdziesiątce – ale roztaczał wokół aurę uroku i nienagannych manier. Na jego brodzie zauważyłem maleńką bliznę. Pomyślałem, że pewnie po kuli, chociaż może po strzale z bardziej egzotycznej broni. Na przykład z kuszy. Zdecydowanie miał w sobie coś z Jamesa Bonda. Nie zdziwiłbym się, gdyby w drodze do mojego domu wziął udział w pościgu samochodowym i bez mrugnięcia okiem załatwił kilku bandziorów.
Rodziców nie było – nigdy nie zastawałem ich po powrocie ze szkoły. Alexander ewidentnie „sam sobie otworzył”. Na stoliku obok leżał nasz album rodzinny, otwarty na zdjęciach z wakacji w Virginia Beach.
– Mam kłopoty? – spytałem.
Zaśmiał się.
– Niby dlaczego? Przecież nigdy w życiu nie zrobiłeś nic złego. No, wrzuciłeś kiedyś Dirkowi Dennetowi pastylki przeczyszczające do pepsi, ale powiedzmy sobie szczerze: koleś sam się o to prosił.
Wybałuszyłem oczy ze zdziwienia.
– Skąd wiesz?
– Jestem szpiegiem. Mój zawód polega na zdobywaniu informacji. Masz w domu coś do picia?
– Jasne.
Przez głowę przemknęły mi wszystkie napoje, którymi dysponowaliśmy. Nie miałem pojęcia, co ten facet u mnie robił, ale poczułem, że koniecznie muszę mu zaimponować.
– Moi starzy są dobrze zaopatrzeni. Czego się napijesz? Martini?
Alexander znów się zaśmiał.
– To nie film, młody. Mam mało czasu.
Poczułem się jak dureń i zaczerwieniłem ze wstydu.
– Aha. No tak. Wody?
– Miałem nadzieję na napój energetyczny. Coś z elektrolitami, na wypadek gdyby nagle trzeba było ruszyć do akcji. W drodze do ciebie musiałem zgubić kilka niepożądanych osób.
– Niepożądanych? – Próbowałem udawać, że pytam od niechcenia. Jakbym codziennie omawiał takie kwestie. – Czyli konkretnie jakich?
– Obawiam się, że to poufne informacje.
– Oczywiście. Ma to sens. Może być gatorade?
– Wyśmienicie.
Ruszyłem do kuchni.
Alexander poszedł za mną.
– Centralna Agencja Wywiadowcza, CIA, ma na ciebie oko już od dawna – powiedział.
Przystanąłem, zaskoczony, z dłonią na uchylonych drzwiach lodówki.
– Dlaczego?
– Po pierwsze, sam nas o to prosiłeś.
– Tak? Kiedy?
– Ile razy odwiedziłeś naszą stronę?
Skrzywiłem się. Znów wyszedłem na durnia.
– Siedemset dwadzieścia osiem.
Alexander wydawał się odrobinę zaintrygowany.
– Zgadza się. Dokładnie tak. Zwykle grałeś jedynie w gry na podstronie dla dzieci – w których to grach, dodajmy, byłeś naprawdę dobry – ale regularnie przeglądałeś też działy dotyczące zatrudnienia i staży. Ergo, rozważałeś zostanie szpiegiem. Pamiętaj: kiedy dajesz do zrozumienia, że interesujesz się CIA, CIA zaczyna się interesować tobą. – Alexander wyciągnął z kieszeni smokingu grubą kopertę i położył ją na kuchennym blacie. – Byliśmy pod wrażeniem.
Na kopercie widniały słowa: „Przekazać do rąk własnych jedynie Benjaminowi Ripleyowi”. Kopertę zabezpieczono aż trzema pieczęciami. Jedna z nich była tak gruba, że musiałem ją rozciąć nożem do steków. W środku znajdował się plik kartek. Pierwsza strona była niemal pusta. Zobaczyłem na niej tylko jedno zdanie: „Zniszcz te dokumenty natychmiast po przeczytaniu”.
Druga strona zaczynała się od słów: „Szanowny Panie Benjaminie Ripley, mam ogromny zaszczyt przyjąć Pana do Akademii Szpiegostwa, działającej w ramach Centralnej Agencji Wywiadowczej, ze skutkiem natychmiastowym…”.
Odłożyłem list. Byłem jednocześnie wstrząśnięty i zmieszany. Pragnąłem zostać szpiegiem, odkąd pamiętam. Ale…
– Myślisz, że to żart. – Alexander najwyraźniej czytał w moich myślach.
– No… tak. Nigdy nie słyszałem o Akademii Szpiegostwa w ramach CIA.
– Bo jest ściśle tajna. Ale zapewniam cię, że istnieje. Sam ją ukończyłem. To wspaniała instytucja. Jej zadaniem jest szkolenie wybitnych przyszłych agentów. Gratuluję!
Uniósł szklankę gatorade i posłał mi śnieżnobiały uśmiech.
Stuknęliśmy się. Poczekał, aż wezmę pierwszy łyk, zanim wypił wszystko duszkiem. Uznałem, że to pewnie z przyzwyczajenia – normalna sprawa, jeśli przez całe życie musiał uważać, żeby nikt go nie otruł.
Zobaczyłem swoje odbicie w szybie mikrofalówki stojącej za Alexandrem… i znów poczułem falę zwątpienia. Trudno uwierzyć, żeby obu nas mogła wybrać ta sama organizacja. Alexander był przystojny, wysportowany, inteligentny i wyluzowany. A ja nie. Czy naprawdę nadawałem się do walki o światowe bezpieczeństwo i demokrację, skoro trzy razy w tygodniu szkolny dręczyciel zabierał mi pieniądze na lunch?
– Ale jak…? – zacząłem.
– Jak dostałeś się do akademii, do której nawet się nie zgłosiłeś?
– No… tak.
– Wiesz, po co istnieją podania o przyjęcie? Dają ci szansę opowiedzieć o sobie instytucji, do której się zgłaszasz. Tymczasem CIA sama zdobywa wszystkie niezbędne informacje.
Wyciągnął z kieszeni malutki przenośny komputer i spojrzał na ekran.
– Na przykład: w szkole dostajesz same szóstki, znasz trzy języki obce… i masz zdolności matematyczne na poziomie 16.
– Co to konkretnie znaczy?
– Ile jest 98 251 razy 147?
– 14 444 897 – odpowiedziałem bez namysłu.
Mam prawdziwy dar do matmy (a przez to przedziwną zdolność – zawsze wiem dokładnie, która jest godzina), choć przez większość życia nie zdawałem sobie sprawy, że to coś niezwykłego. Sądziłem, że wszyscy potrafią rozwiązywać w głowie skomplikowane równania albo momentalnie obliczać, od ilu tygodni czy minut żyją. Dowiedziałem się, że wcale tak nie jest, kiedy miałem 3832 dni.
– To właśnie poziom 16 – wyjaśnił Alexander i znów spojrzał na ekran komputera. – Z twojej dokumentacji wynika, że śpiewająco zdałeś PODeST-y, masz smykałkę do elektroniki i jesteś beznadziejnie zakochany w pannie Elizabeth Pasternak… choć ona, niestety, najwyraźniej nie ma pojęcia o twoim istnieniu.
Co prawda podejrzewałem, że właśnie tak wygląda sytuacja z Elizabeth, ale nie było mi zbyt przyjemnie to usłyszeć… tym bardziej z ust agenta CIA! Postanowiłem skierować rozmowę na inne tory.
– Podesty? Nie pamiętam, żebym zdawał taki egzamin…
– Nic dziwnego. Robiłeś to bezwiednie. Chodzi o Pytania Ogólne Dodawane do Standardowych Testów: PODeST-y. CIA umieszcza je we wszystkich centralnych egzaminach i sprawdzianach. Pozwalają wykrywać ewentualne predyspozycje do pracy w wywiadzie. Udzielałeś na nie samych poprawnych odpowiedzi, odkąd poszedłeś do trzeciej klasy.
– Dodajecie własne pytania do testów szkolnych? Czy Departament Edukacji o tym wie?
– Wątpię. Goście od edukacji w ogóle mało co kojarzą. – Odstawił pustą szklankę do zlewu i energicznie zatarł dłonie. – No, dosyć gadania. Pomogę ci się spakować. Czeka cię pracowite popołudnie.
– Znaczy, że ruszamy już teraz?
Alexander zdążył pokonać połowę odległości dzielącej nas od schodów. Teraz przystanął i odwrócił się powoli.
– W PODeST-ach sprawdzających percepcję miałeś wyniki w granicach 99,9 procent. Której części sformułowania „ze skutkiem natychmiastowym” nie rozumiesz?
Zająknąłem się. W głowie wirowały mi setki pytań. Chciałem zadać wszystkie jednocześnie.
– Ja… no… znaczy… Dlaczego się pakuję? Jak daleko stąd leży akademia?
– Och, jest całkiem blisko. W Waszyngtonie, na drugim brzegu Potomaku. Ale szkolenie szpiegowskie to praca na pełen etat, więc wszyscy uczniowie muszą mieszkać w kampusie. Kurs trwa sześć lat – od siódmego do dwunastego roku edukacji. Zaczniesz, rzecz jasna, na pierwszym roku. – Wbiegł po schodach do mojego pokoju.
Kiedy dotarłem tam dwadzieścia sekund później, zobaczyłem, że zdążył już otworzyć moją walizkę. Z pogardą przeglądał zawartość szafy.
– Ani jednego porządnego garnituru – westchnął.
Wybrał kilka swetrów i rzucił mi je na łóżko.
– Czy akademia działa wedle innego harmonogramu niż zwykłe szkoły?
– Nie.
– Więc czemu przyjęli mnie właśnie teraz? W połowie roku szkolnego?
Wskazałem na dziesięciometrową warstwę śniegu na parapecie za oknem.
Po raz pierwszy, odkąd go poznałem, Alexander Hale zapomniał języka w gębie. Nie trwało to długo. Mniej niż sekundę. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.
Zamiast tego rzucił:
– Zwolniło się miejsce.
– Ktoś zrezygnował?
– Wyleciał. Twoje nazwisko było następne na liście. Masz jakąś broń?
Potem zrozumiałem, że zapytał o to, żeby odwrócić moją uwagę. Doskonale mu się udało.
– No… mam procę.
– Z procy można strzelać najwyżej do wiewiórek. CIA rzadko z nimi walczy. Pytałem o prawdziwą broń. Pistolety, noże, nunczaku…?
– Nie.
Potrząsnął delikatnie głową, jakby był zawiedziony.
– Cóż, nieważne. Wypożyczą ci coś ze szkolnej zbrojowni. A tymczasem… to będzie musiało nam wystarczyć. – Wyciągnął z szafy moją starą, zakurzoną rakietę do tenisa i machnął nią jak mieczem. – Na wypadek kłopotów, sam rozumiesz.
Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że Alexander może być uzbrojony. Dostrzegłem wybrzuszenie materiału jego marynarki tuż pod lewą pachą. Zapewne znajdował się tam pistolet. W jednej chwili całe spotkanie – które dotychczas było tylko dziwne i ekscytujące – wzbudziło we mnie niepokój.
– Przed podjęciem tak ważnej decyzji powinienem chyba pogadać z rodzicami… – powiedziałem.
Alexander odwrócił się w moją stronę.
– Wykluczone. Istnienie akademii jest ściśle tajne. Nikt nie może się dowiedzieć, że będziesz do niej uczęszczał. Ani twoi rodzice, ani przyjaciele, ani Elizabeth Pasternak. Nikt. Jeśli o nich chodzi, zostaniesz uczniem Akademii dla Uzdolnionej Młodzieży imienia św. Smithena.
– „Dla uzdolnionej młodzieży”? – Zmarszczyłem brwi. – Mam ratować świat, a wszyscy pomyślą, że jestem frajerem!
– Czyli nic się nie zmieni.
Skrzywiłem się. Rzeczywiście dużo o mnie wiedział.
– Uznają, że nagle stałem się frajerem do kwadratu.
Usiadł na łóżku i spojrzał mi w oczy.
– Jeśli chcesz zostać elitarnym agentem, musisz być gotów na różne wyrzeczenia – powiedział. – To dopiero początek. Szkolenie nie będzie łatwe. A jeśli zdołasz je ukończyć, czeka cię zdecydowanie niełatwe życie. Wiele osób nie daje rady. Więc jeśli chcesz się wycofać… teraz masz szansę.
Uznałem, że to finałowy sprawdzian. Ostatni etap mojej rekrutacji. Okazja, żeby udowodnić, że nie zniechęci mnie perspektywa ciężkiej pracy i nadchodzących trudności.
Myliłem się. Alexander mówił szczerze, ale byłem zbyt podekscytowany tym, że mnie wybrano, żeby pojąć powagę sytuacji. Chciałem się stać taki jak on. Chciałem być elegancki i czarujący. Chciałem wchodzić do domów obcych ludzi jak gdyby nigdy nic, a pod marynarką smokingu nosić pistolet. Chciałem gubić „niepożądane osoby”, dbać o bezpieczeństwo świata i naprawdę zaimponować Elizabeth Pasternak. Zupełnie nie przeszkadzałaby mi też stylowa blizna na brodzie po strzale z kuszy.
Spojrzałem więc w stalowo-zielone oczy Alexandra i podjąłem najgorszą decyzję mojego życia.
– Wchodzę w to.
 
 

Rozdział 2
INICJACJA

Akademia Szpiegostwa CIA
Waszyngton, DC
16 stycznia
Godzina 17.00

 
Akademia w ogóle nie wyglądała, jakby w środku szkolono agentów wywiadu. I o to oczywiście chodziło. Wyglądała na kiepską prywatną podstawówkę, która cieszyła się popularnością w trakcie II wojny światowej, ale czasy świetności miała już dawno za sobą. Była położona w równie kiepskim, rzadko odwiedzanym zakątku Waszyngtonu. Od świata odgradzał ją wysoki, kamienny mur. Podejrzenia mogłaby wzbudzić jedynie obecność grupy strażników przed frontową bramą, ale jeśli wziąć pod uwagę, że nasza stolica słynie z liczby popełnianych tu zabójstw, dodatkowa ochrona wokół prywatnej szkoły nie powinna nikogo dziwić.
Kiedy przekroczyliśmy bramę, naszym oczom ukazała się zaskakująco rozległa posesja. Połacie trawy musiały być wiosną bardzo piękne, ale teraz przygniatała je trzydziestocentymetrowa warstwa śniegu. Za budynkami znajdował się fragment dziewiczego lasu, nietkniętego ludzką ręką od chwili, gdy nasi przodkowie zdecydowali, że cuchnące bagna nad Potomakiem, pełne przenoszących malarię komarów, to miejsce w sam raz na stolicę kraju.
Same budynki były brzydkie. Utrzymano je w stylu gotyckim. Ewidentnie starały się imitować majestat miejsc takich jak Oxford i Harvard, ale absolutnie im nie wychodziło. Widziałem wieżyczki, łuki i przycupnięte tu i tam gargulce, ale całość i tak była szara i nieciekawa. Gdyby na budynki Akademii imienia św. Smithena trafił przypadkowy przechodzień, zaraz odwróciłby się na pięcie i zaczął myśleć o czymś innym. Nic dziwnego: właśnie tak zostały zaprojektowane.
A jednak w porównaniu z ogromną betonową trumną, w której mieściło się moje dotychczasowe gimnazjum, kampus był przepiękny. Przybyłem do niego z Alexandrem w niezbyt sprzyjających okolicznościach: kilka minut przed zmrokiem, w samym środku zimy. Światło było ponure i przyćmione, niebo ołowiane, a budynki majaczyły w ciemności. A jednak byłem zachwycony. To, że przyjechaliśmy luksusowym, odpicowanym sedanem, który miał na desce rozdzielczej sporo dodatkowych przycisków, na pewno potęgowało moją ekscytację. (Alexander kazał mi trzymać ręce przy sobie, żebym przypadkiem nie odpalił ciężkiej artylerii w godzinach szczytu).

Moi rodzice nie protestowali, kiedy dowiedzieli się, że wyjeżdżam. Alexander oczarował ich przygotowaną gadką na temat „akademii dla geniuszy” i uspokoił, że zamieszkam ledwie kilka mil od domu. Mama i Tata byli bardzo dumni, że dostałem się do tak prestiżowej instytucji – i zachwyceni, że nie będą musieli za nią płacić. (Alexander powiedział im, że zdobyłem pełne stypendium, a mnie, że wszelkie koszty poniesie rząd Stanów Zjednoczonych). A jednak zaskoczyło ich, że musiałem wyjechać tak szybko – Mama była zawiedziona, że nie może przygotować nawet pożegnalnej kolacji. Uwielbiała okolicznościowe przyjęcia. Organizowała je nawet po to, żeby uczcić zupełnie nieistotne wydarzenia, jak choćby wtedy, kiedy wybrano mnie na kapitana szkolnej drużyny szachowej, której byłem jedynym członkiem. Alexander uspokoił rodziców, mówiąc im, że już niedługo przyjadę z wizytą. (Kiedy spytali, czy będą mogli odwiedzić mnie w kampusie, zapewnił, że tak, ale po mistrzowsku uniknął udzielenia informacji, kiedy konkretnie miałoby to nastąpić).
Mike Brezinski nie zareagował na wiadomość o moim wyjedzie równie entuzjastycznie. Mike był moim najlepszym przyjacielem od pierwszej klasy, choć jeśli spotkalibyśmy się później, pewnie w ogóle byśmy się nie polubili. Wyrósł na luzaka, który olewał naukę. Spokojnie dałby sobie radę wśród najlepszych uczniów, ale wolał chodzić na zajęcia dla dzieciaków z problemami, bo prawie nic nie musiał tam robić. Gimnazjum traktował jak jeden wielki żart.
– Idziesz do akademii? – spytał, kiedy zadzwoniłem powiedzieć mu o wszystkim. Nawet nie krył obrzydzenia. – Równie dobrze możesz wytatuować sobie na czole słowo „przegryw”.
Ledwie się opanowałem, żeby nie powiedzieć mu prawdy. Kto jak kto, ale Mike na pewno byłby w szoku, że CIA wybrało właśnie mnie. W dzieciństwie całymi godzinami odgrywaliśmy na placu zabaw sceny z filmów o Jamesie Bondzie. Ale nie mogłem zdradzić się choćby słówkiem, bo Alexander siedział w moim pokoju i podsłuchiwał rozmowę. Powiedziałem tylko:
– To nie aż tak beznadziejne, jak ci się wydaje.
– No – odpowiedział. – Nie aż tak, tylko jeszcze bardziej.
Tak więc kiedy przybyłem do Akademii Szpiegostwa w towarzystwie agenta z prawdziwego zdarzenia, mogłem myśleć tylko o tym, że gdyby był ze mną Mike, po raz pierwszy w życiu to on zazdrościłby czegoś mnie.
– Wow! – rzuciłem z nosem przyklejonym do szyby.
– To jeszcze nic – powiedział Alexander. – Szkoła skrywa wiele tajemnic.
– To znaczy?
Nie odpowiedział. Zauważyłem, że z jego twarzy zniknął zwyczajowy wyraz pewności siebie. Spochmurniał.
– Coś nie tak? – spytałem.
– Nie widzę żadnych uczniów.
– Nie są na kolacji?
– Została jeszcze godzina. Popołudniami odbywają są zajęcia sportowe i kursy samoobrony. Kampus powinien być wypełniony ludźmi.
Niespodziewanie zahamował przed wielkim, czteropiętrowym budynkiem, na którym widniał napis „Internat imienia Armisteada”.
– Na mój sygnał rzucisz się biegiem do drzwi. Będę cię osłaniał.
Jak się okazało, rzeczywiście miał pod lewą pachą kaburę. Wyszarpnął z niej pistolet i sięgnął, żeby otworzyć drzwi po mojej stronie.
– Chwileczkę! – W jednej chwili moją radość zastąpiło przerażenie. – Czy nie byłoby bezpieczniej zostać w aucie?
– Kto tu jest agentem? Ty czy ja?
– Ty!
– Więc biegnij! – Jednym płynnym ruchem otworzył drzwi i właściwie wypchnął mnie na zewnątrz.
Natychmiast pomknąłem naprzód, ale prowadząca do budynku kamienna ścieżka była tak śliska od mokrego śniegu, zadeptanego przez setki par butów, że nie mogłem złapać porządnego oparcia. Zataczałem się na wszystkie strony.
Gdzieś daleko coś huknęło. Po lewej stronie zobaczyłem maleńką eksplozję, w powietrze poleciała garść śniegu.
Strzelali do mnie!
Momentalnie nabrałem wątpliwości, czy słusznie zgodziłem się wstąpić do akademii.
Kolejne strzały odbiły się echem w zimnym powietrzu. Tym razem huk doszedł tuż zza moich pleców. Alexander najwyraźniej odpowiedział ogniem – a przynajmniej założyłem, że tak się właśnie stało. Nie śmiałem zerknąć za siebie, żeby nie stracić cennych milisekund, które mogłem poświęcić na ucieczkę.
Kolejna kula odbiła się rykoszetem od kamieni tuż pod moimi stopami.
Uderzyłem w drzwi z pełną prędkością. Kiedy otworzyły się na oścież, wpadłem do niedużego przedsionka. Przede mną znajdowała się przeszklona stróżówka i kolejne, porządniejsze drzwi. Były uchylone, a w szybie widziałem trzy równe, okrągłe dziury po kulach. Przecisnąłem się przez szparę i znalazłem w przestronnym pomieszczeniu.

Wyglądało na miejsce, gdzie normalnie relaksowaliby się uczniowie. Wokół stały przetarte kanapy. Zauważyłem stary telewizor, krzywy stół bilardowy i starodawną konsolę do gier. W obie strony ciągnęły się korytarze, a wielkie, stare schody prowadziły na…
Poczułem nagły cios i podłoga uciekła mi spod nóg. Wylądowałem na plecach. Ułamek sekundy później ktoś przygwoździł mnie do ziemi. Był ubrany cały na czarno, tak że widziałem tylko oczy. Dociskał mi kolanami ramiona. Jego dłoń wystrzeliła do moich ust, zanim zdążyłem krzyknąć.
– A ty to kto? – wysyczał napastnik.
– B-B-Benjamin Ripley – wydukałem. – Uczę się w akademii!
– Nigdy wcześniej cię tu nie było.
– Przyjęli mnie dziś po południu – wyjaśniłem. Uznałem, że dodam jeszcze: – Proszę, nie zabijaj!
Napastnik jęknął.
– Nowy? Teraz?! A wydawało się, że gorzej już być nie może…
Kiedy agresję zastąpił sarkazm, głos napastnika stał się zaskakująco wysoki. Przyjrzałem się ciału, które dociskało mnie do ziemi. Było szczupłe i krągłe.
– Jesteś dziewczyną – powiedziałem.
– Wow! – odparła. – Nic dziwnego, że cię przyjęli. Nic ci nie umyka, bystrzaku. – Ściągnęła maskę, tak że zobaczyłem jej twarz.
Nie sądziłem, że moje serce może bić szybciej niż wtedy, gdy uciekałem przed gradem kul, ale teraz wrzuciło zupełnie nowy bieg.
Elizabeth Pasternak przestała być największą pięknością na świecie.
Dziewczyna siedząca na mojej piersi zdawała się o kilka lat starsza ode mnie. Wyglądała na czternasto- lub piętnastolatkę. Miała gęste, ciemne włosy i niewiarygodnie błękitne oczy. Skóra bez skazy, cudownie wyrzeźbione kości policzkowe, pełne usta. Była drobno zbudowana – niemalże delikatna! – a jednak miała dość siły, żeby w pół sekundy powalić mnie na ziemię. Nawet jej zapach był rewelacyjny. Stanowił odurzającą mieszankę bzu i prochu strzelniczego. Ale najbardziej atrakcyjne było w niej chyba to, jak spokojnie zachowywała się w sytuacji zagrożenia życia. Denerwowało ją tylko, że wpadłem w sam środek akcji. Zupełnie nie przejmowała się dochodzącymi z zewnątrz odgłosami strzelaniny.
– Masz broń? – spytała.
– Nie.
– A umiesz strzelać?
– Całkiem nieźle idzie mi z wiatrówką kuzyna…
Westchnęła ciężko i rozpięła kamizelkę kuloodporną. Pod spodem miała lśniący, skórzany, najeżony bronią pas. Widziałem pistolety, noże, chińskie gwiazdki do rzucania i granaty. Minęła je wszystkie dłonią i wybrała dla mnie małe kwadratowe urządzenie.
– To paralizator. Ma ograniczony zasięg, ale przynajmniej na pewno mnie nim nie zabijesz. – Wcisnęła mi go do ręki i szybko pokazała, co i jak. – Tu jest włącznik. Tu spust. A to elektrody, między którymi przeskakuje ładunek.
Wstała i nakazała mi gestem, żebym szedł za nią.
Tak zrobiłem. Nie miałem innych pomysłów. Minęliśmy główną klatkę schodową i ruszyliśmy korytarzem prowadzącym do południowej części internatu. Dziewczyna najwyraźniej wiedziała, co robi. W jej towarzystwie poczułem się trochę bezpieczniej. Starałem się naśladować jej ruchy, pełzłem za nią krok w krok, trzymałem paralizator tak samo, jak ona trzymała pistolet.
Pierwszy raz brałem udział w scenie rodem z filmów akcji, więc nie do końca umiałem się zachować. Uznałem, że się przedstawię.
– Tak w ogóle to jestem Benjamin.
– Już mówiłeś. Mam propozycję. Poznamy się lepiej, jeżeli przeżyjemy ten incydent.
– Okej. A co się właściwie dzieje?
– Najwyraźniej doszło do naruszenia bezpieczeństwa. Dziś po południu wszyscy uczniowie zgromadzili się na wykładzie z dyplomacji. Podczas zajęć wróg zinfiltrował kampus i otoczył aulę. Wzięli uczniów i nauczycieli na zakładników.
– Jak zdołałaś uciec?
– Nie uciekłam. Po prostu olałam wykład. Wisi mi dyplomacja.
– Masz ze sobą kogoś jeszcze?
– Z tego, co wiem, jesteśmy sami. Próbowałam wezwać wsparcie, ale nieprzyjaciel zdołał zakłócić moje sygnały.
– Ilu jest napastników?
– Naliczyłam czterdzieści jeden osób. Jak dotąd. Ci, których widziałam, są doskonale wytrenowani, uzbrojeni po zęby i ekstremalnie niebezpieczni.
Przełknąłem ślinę.
– Przyjechałem pięć minut temu. Mam walczyć z plutonem komandosów zabójców uzbrojony jedynie w paralizator?
Dziewczyna uśmiechnęła się po raz pierwszy, odkąd ją spotkałem.
– Witaj w szkole szpiegów.

Stuart Gibbs
Szkoła szpiegów na wakacjach
Przekład: Jarek Westermark
Ilustracje: Mariusz Andryszczyk
Seria „Szkoła Szpiegów”, tom 2
Wydawnictwo Agora dla Dzieci
Premiera: 14 lipca 2021
 
 

Od:
Biuro ds. Dochodzeń Wewnętrznych CIA
Siedziba CIA
Langley, Wirginia
Do:
Dexter L. Hudnutt
Dyrektor ds. Tajnych Operacji
Biały Dom
Waszyngton
Załączono poufne dokumenty
Poziom zabezpieczeń AA2
Tylko dla twoich oczu

Pora znów ruszyć z tematem. Jak Pan zapewne wie, na skutek wydarzeń z 10-16 czerwca tego roku, kiedy to Pająk totalnie wklepał CIA, przeprowadzono wewnętrzne śledztwo na wielką skalę. W centrum wydarzeń po raz kolejny znalazł się pan Benjamin Ripley, pseudonim „Tajniak”, uczeń pierwszego roku Akademii Szpiegostwa. Załączam zapis wydarzeń sporządzony na podstawie jego 54-godzinnego przesłuchania.
Opisywany epizod nie był co prawda częścią żadnej oficjalnej operacji CIA, ale po fakcie został sklasyfikowany jako operacja „Wściekły szakal”. Niestety, jego przebieg pozwala dostrzec pewien niepokojący trend: agenci Pająka infiltrują nasze placówki, korumpują naszych agentów i sieją zamęt. Jeśli wierzyć panu Ripleyowi i pozostałym uczestnikom wydarzeń, niewiele brakowało, by prezydent Stanów Zjednoczonych wyleciał w powietrze.
Po zapoznaniu się z załączonym dokumentem należy go natychmiast zniszczyć, zgodnie z Dyrektywą Bezpieczeństwa CIA 163-12A. Omawianie zawartych w nim informacji będzie niedopuszczalne, z wyłączeniem audytu, który odbędzie się w hotelu Huntington w Waszyngtonie 11 czerwca 2011 roku. Przypominam, że na spotkaniu nie wolno mieć przy sobie broni.
Jestem bardzo ciekaw Pana przemyśleń.
Eugene K. Flutterblast
Dyrektor ds. Dochodzeń Wewnętrznych
DW:
Alexander Hale
J. Worthington Tentpole
Desiree Krupp
Dorrington Foxbender

Rozdział 1: Kontakt


Akademia Szpiegostwa CIA
Waszyngton, DC
Internat im. Armisteada
10 czerwca
Godzina 15.00

Ostatniego dnia w Akademii Szpiegostwa wszystkie moje nadzieje na normalne, spokojne lato przekreśliło nadejście dwóch listów.
Pierwszy czekał na mnie w pokoju, gdy wróciłem z końcowego egzaminu z samoobrony. Spakowałem już swoje rzeczy i miałem nadzieję szybko zmyć się z kampusu, gdy na szczycie sterty walizek zastałem taką oto kartkę:
Benjaminie,
natychmiast zgłoś się do mojego gabinetu.
– Dyrektor

Aż do tamtej chwili mój dzień zapowiadał się dobrze.
Po pierwsze: czułem, że sprawdziany poszły mi naprawdę spoko. Odkąd przybyłem do Akademii, przykładałem się do nauki i przez kilka miesięcy zrobiłem postępy we wszystkich dziedzinach. Przez egzamin końcowy z historii szpiegostwa przeszedłem jak burza, a szyfry i kryptologię machnąłem lewą ręką. Jakimś cudem udało mi się prześlizgnąć na praktycznym sprawdzianie z podstaw broni palnej (ani razu nie zdobyłem maksimum punktów, ale – w przeciwieństwie do niektórych pierwszoroczniaków – przynajmniej trafiałem w tarczę i zdołałem się nie postrzelić). Najbardziej martwił mnie egzamin ze wstępu do samoobrony, bo byłem z niej najsłabszy, ale tego popołudnia zdołałem przetrwać ponad godzinę na poligonie, gdzie polował na mnie tuzin „wrogich agentów” uzbrojonych w karabiny do paintballa. Tymczasem większość uczniów z mojej klasy skończyła egzamin umazana niebieską farbą już po pięciu minutach. Uznałem, że na pewno należy mi się przynajmniej szóstka z minusem.
Czułem ulgę na myśl, że szkoła się skończyła i pora na wakacje. Wiedziałem, że będzie mi brakowało przyjaciół z Akademii Szpiegostwa, ale cieszyłem się na powrót do domu: miałem nareszcie zobaczyć rodziców i po raz pierwszy od pięciu miesięcy zjeść porządny, domowy posiłek. W dodatku do moich trzynastych urodzin został już tylko tydzień. Planowałem, że spędzę je ze starymi przyjaciółmi i że nikt nie będzie próbował mnie w tym czasie zabić czy zmasakrować.
Liścik od dyrektora stanowił jednak zapowiedź kłopotów.
Podniosłem go nieufnie, jakby mógł w każdej chwili wybuchnąć. Szczerze mówiąc, wolałbym mieć teraz w pokoju bombę, bo przynajmniej wiedziałbym, jak sobie z nią poradzić. Dyrektor był znacznie bardziej nieprzewidywalny.
Wrzuciłem kartkę do niszczarki, po czym spaliłem wszystkie pocięte kawałeczki. Miałem wrażenie, że to przesada, ale w Akademii Szpiegostwa właśnie tak postępowało się z korespondencją – a nawet z karteczkami samoprzylepnymi. Potem ruszyłem do gabinetu dyrektora.
Na zewnątrz świeciło piękne słońce, zapowiedź wspaniałego lata. Kampus, który zimą sprawiał tak ponure wrażenie, teraz był znacznie bardziej atrakcyjny. Majestatyczne gotyckie budynki, otoczone pierścieniami kwiatów, stały wśród zjawiskowych, zielonych trawników. Zajęcia już się skończyły, więc moi koledzy – także przyszli szpiedzy – cieszyli się ciepłą pogodą. Dostrzegłem, że kilkoro z nich gra w Ultimate Frisbee2 na głównym dziedzińcu. Z położonej kawałek dalej strzelnicy dochodził do mnie charakterystyczny stukot broni półautomatycznej.
– Ej, Tajniak! – zawołał świdrujący głos. Należał do Zoe Zibbell, także uczennicy pierwszego roku, mojej najlepszej przyjaciółki. Zoe stała w dużej grupie znajomych. To właśnie ona nadała mi pseudonim „Tajniak”, bo zdawało jej się, że jestem niewiarygodnie uzdolnionym szpiegiem – takim, który na każdym kroku zgrywa fajtłapę, żeby wrogowie zaczęli go lekceważyć. Za każdym razem, gdy wykazywałem się najprawdziwszą niekompetencją, Zoe była pewna, że to zasłona dymna.
– Będziemy grać w nogę na dziedzińcu Hammonda! Dołączysz? – zapytała.
– Nie mogę – rzuciłem. Wskazałem na Budynek Administracyjny imienia Nathana Hale’a. – Dyrektor chce mnie widzieć.
Skrzywiła się. Pozostali tak samo. Zupełnie jakbym powiedział, że czeka mnie pluton egzekucyjny.
– Coś nie tak? – drążyła Zoe.
– Oby nie – odparłem.
– Cóż, jeśli będziesz miał ochotę, przyjdź do nas później! – zawołała tak radośnie, jak tylko dała radę. – Przydałby nam się jeszcze jeden napastnik.
Skinąłem głową, po czym wszedłem do budynku administracji. W środku panował półmrok i było zdecydowanie bardziej ponuro niż na zewnątrz, a mój nastrój też stał się ponury i mroczny. Powlokłem się po schodach na piąte piętro, gdzie zeskanowano mi siatkówkę, po czym wszedłem na teren zabezpieczony. Stanąłem przed drzwiami do gabinetu dyrektora, których pilnowało dwóch strażników.
Jeden z nich obszukał mnie, żeby sprawdzić, czy nie mam broni. – Podaj nazwisko, stopień i sprawę, w jakiej przychodzisz.
– Benjamin Ripley, uczeń pierwszego roku. Wezwał mnie dyrektor.
Drugi strażnik podniósł słuchawkę zabezpieczonego telefonu i dał znać, że już jestem. Kilka sekund później drzwi otworzyły się z cichym szczęknięciem.
Kiedy wszedłem, dyrektor siedział za biurkiem. Z przesadnym skupieniem przeglądał jakieś ściśle tajne dokumenty. Prezentowałby się naprawdę godnie, gdyby wrażenia nie psuł jego przekrzywiony tupecik. Do tego wiedziałem już przecież, że jest skrajnie niekompetentny. Fakt, że dyrektor akademii, w której CIA szkoliła przyszłych agentów wywiadu, nie grzeszył inteligencją, może zaskakiwać… ale pamiętajmy, że zarówno CIA, jak i akademia są organizacjami rządowymi. To wiele wyjaśnia.
– Siadaj, Ripley – powiedział dyrektor.
Posłusznie usiadłem na kanapie po przeciwnej stronie biurka. Pachniała potem i chloroformem.
– Moje źródła donoszą, że zamierzasz spędzić wakacje w domu – powiedział dyrektor.
– Źródła? – spytałem. – Jakie konkretnie?
– Te, co zwykle. Na pewno wiesz, że mamy wszystkich naszych uczniów na oku. Ukryte mikrofony, podsłuchy telefoniczne. Takie tam…
Nie miałem o tym pojęcia.
– Założyliście mi podsłuch w telefonie?
– To standardowa procedura. Musimy mieć się na baczności. Jak wiesz, na terenie szkoły działał podwójny agent.
– Coś kojarzę. Przecież to ja go dla was złapałem! Po tym wszystkim chyba nie sądzi pan, że pracuję dla naszych wrogów?
– Chcieli cię zwerbować, pamiętasz?
– Ale odmówiłem. A chwilę później pomogłem rozbroić bombę, której wybuch skasowałby przywódców wszystkich organizacji szpiegowskich w tym kraju.
Wzruszył ramionami, jakby w ogóle go to nie ruszyło.
– Ostrożności nigdy zbyt wiele – powiedział. Potem przekartkował leżący na biurku gruby raport, który najwyraźniej zawierał zapis kilku moich prywatnych rozmów telefonicznych. – Z tego, co tu widzę, zamierzałeś spędzić lato w domu z rodzicami i odwiedzać z Mikiem Brezinskim miejsce o nazwie… Kraina Zabawy?
– Zgadza się – odparłem. – Chociaż mógł mnie pan po prostu zapytać, co planuję…
– Jak zamierzałeś uniknąć kary?
– Eee… kary za co?
– Za urwanie się z letniej szkoły.
Poczułem nagły przypływ mdłości, co zdarzało mi się o wiele za często, odkąd przybyłem do szkoły szpiegów.
– Akademia organizuje letnią szkołę?
– Oczywiście. Zło nie robi sobie wakacji, więc my też nie powinniśmy.
– Nikt mi o tym nie mówił – stwierdziłem.
– Nie żartuj. Każdy nowy rekrut zostaje poinformowany o obowiązkowych letnich zajęciach na pierwszym apelu danego roku szkolnego.
– Nie było mnie na pierwszym apelu – przypomniałem. – Zostałem zwerbowany dopiero w styczniu.
Dyrektor wbił we mnie tępe spojrzenie. Zazwyczaj tak właśnie wyglądał, gdy orientował się, że ktoś zawalił sprawę i że zapewne był to… on sam. Przez pięć miesięcy, odkąd przybyłem do szkoły szpiegów, widziałem tę minę nie raz. Ostatecznie dyrektor zareagował tak samo jak po każdej dotychczasowej wpadce: zrzucił winę na swoją ofiarę.
– Cóż, powinieneś był się zorientować – stwierdził. – Przecież uczysz się u nas, żeby zostać szpiegiem! A istnienie akademii to żadna tajemnica!
– To ściśle tajna tajemnica – sprostowałem.
– Przestać pyskować! – warknął. – Chcesz zacząć letnią szkołę od zawieszenia w prawach ucznia?
Potrząsnąłem głową. Potem przyszła mi do głowy pewna myśl.
– Widziałem, że inni uczniowie się pakują. Czy oni są zwolnieni?
– Jasne, że nie. Letnie kursy są obowiązkowe dla wszystkich. Ale nie odbywają się tutaj.
– A gdzie?
– W naszej placówce edukacji terenowej.
– Edukacji terenowej? – powtórzyłem.
– Właśnie. Latem kładziemy nacisk na praktykę, a nie teorię. Koncentrujemy się na ćwiczeniach fizycznych i nauce przetrwania. Bądź co bądź 90 procent świata znajduje się pod gołym niebem. Dobry szpieg musi wiedzieć, jak sobie radzić w takich warunkach.
– Więc… to taki obóz dla szpiegów?
– Żaden obóz! – ryknął dyrektor. – To elitarna placówka edukacji terenowej! Po prostu wygląda jak obóz. To wszystko! Ale swojej rodzinie, bliskim i każdemu, kto zapyta, masz mówić, że wyjeżdżasz pod namiot na obóz letni dla chłopców i dziewcząt „Wesoła przygoda”.
Dyrektor przeszukał szufladę biurka, aż znalazł w niej dokument, który wyciągnął i podsunął mi pod oczy.
Była to pojedyncza kartka. Widniał na niej waszyngtoński adres, pod którym miałem czekać, aż zgarnie mnie pojazd, który przewozi uczniów akademii do obozowiska. Oraz lista zapasów i sprzętu survivalowego, który miałem ze sobą zabrać. Na samym dole znajdował się standardowy dla szkolnych dokumentów zapis, nakazujący zapamiętanie wytycznych i zniszczenie kartki.
– Kiedy zaczynają się zajęcia? – spytałem.
– Za trzy dni – odparł dyrektor. – Jedź do domu. Możesz spędzić miły weekend z rodziną. Ale nie mów nikomu, co naprawdę dzieje się w naszej placówce, bo…
– …bo będzie mnie pan musiał zabić – dokończyłem. Nie pierwszy raz słyszałem tę gadkę.
– Właśnie. Do zobaczenia w poniedziałek punktualnie o dziewiątej rano. – Dyrektor znów skupił się na tajnych dokumentach, jakbym nagle rozpłynął się w powietrzu. Spotkanie zakończone.
Wyszedłem z gabinetu i ruszyłem z powrotem do mojego pokoju. Świadomość, że mam obowiązkowe letnie zajęcia, początkowo przybiła mnie i sfrustrowała. Ciężko pracowałem przez ostatnich pięć miesięcy. Tęskniłem za rodziną, przyjaciółmi i czułem, że kilka tygodni odpoczynku od nauki po prostu mi się należy. Jednak chwilę później, kiedy szedłem przez kampus, mój nastrój zaczął się poprawiać. Pierwsze tygodnie w szkole szpiegów były trudne – mało brakowało, a padłbym ofiarą zamachowca, prawie mnie porwano i wysadzono w powietrze – ale potem, kiedy nikt już nie chciał mnie zabić, zrobiło się o wiele fajniej. Polubiłem szkołę, zdobyłem wielu przyjaciół. Po raz pierwszy w życiu byłem uznawany za spoko gościa. Fakt, że udaremniłem zniszczenie szkoły i schwytałem agenta, który to planował, bardzo dobrze wpłynął na moje życie towarzyskie. Tymczasem w domu nikt nie wiedział, że szkolę się na szpiega. Wszyscy sądzili, że chodzę do beznadziejnej akademii dla zdolnej młodzieży. Nie było opcji, żebym nie stał się przez to jeszcze mniej popularny niż przed wyjazdem. Dlatego myśl o spędzeniu kolejnych miesięcy z innymi kandydatami na szpiegów nie była aż tak zła. A wisienką na torcie był fakt, że zamiast kisić się w szkole, miałem ćwiczyć gdzieś na otwartym terenie.
Kiedy dotarłem do internatu, byłem już przekonany, że letni obóz dla szpiegów może być naprawdę całkiem spoko.
A potem znalazłem drugi list.
Był w tym samym miejscu co pierwszy – ktoś położył go na samym szczycie mojej sterty walizek. A przecież zaryglowałem drzwi, zanim ruszyłem na spotkanie z dyrektorem.

Cześć, Benie!
Chcieliśmy, żebyś wiedział, że już wkrótce Cię zgarniemy.
– Twoi kumple z Pająka

Usiadłem na łóżku. Czułem, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch.
Pająk3 to złowroga organizacja, która umieściła na terenie szkoły podwójnego agenta, nasłała na mnie profesjonalnego zabójcę i próbowała wysadzić w powietrze przywódców wszystkich organizacji wywiadowczych w Ameryce. Nie odzywali się do mnie, odkąd pomogłem pokrzyżować ich niecne plany. Aż do teraz.
Myśl o nadchodzącym lecie nagle jakoś przestała mnie cieszyć.

3 PAJĄK, ang. SPYDER – Spies Power Yogurt Destruction Evil Rivals

Rozdział 2: Kolaboracja


Strzelnica artyleryjska imienia Eisenhowera
10 czerwca
Godzina 16.00

Choć list od złej organizacji, która już raz próbowała mnie zabić, to nic przyjemnego, byłem też w pewien dziwny sposób podekscytowany.
List mógł być pretekstem, by porozmawiać z Ericą Hale. Erica była zdecydowanie najsprawniejszą i najbystrzejszą przyszłą szpieżką w całej szkole, a przy okazji najładniejszą dziewczyną, jaką w życiu spotkałem. Pochodziła z rodziny szpiegów wywodzącej się od samego Nathana Hale’a. Chociaż jej ojciec, Alexander Hale, był dowodem na to, że talent nie zawsze się dziedziczy, przodkowie niewątpliwie nauczyli ją wielu sztuczek. Bardzo pomogła mi w walce z Pająkiem, ale choć zdołaliśmy się przy okazji zaprzyjaźnić – na tyle, na ile z Ericą w ogóle było to możliwe – wkrótce znowu oddaliliśmy się od siebie. Przez całą wiosnę nawet nie zerknęła w moją stronę.
Nie wymyśliłem jak dotąd żadnego sposobu, żeby się do niej zbliżyć. Nie należała do osób, które się tak po prostu odwiedza. Choćby dlatego, że drzwi do jej pokoju były najeżone pułapkami. Jednak wiadomość od przeciwnika stanowiła świetny temat do rozmowy.
Znalazłem ją na strzelnicy. Nie musiałem się wykazać zmysłem detektywa; Erica poświęcała więcej czasu na naukę sztuki przetrwania niż na sen. Teraz ćwiczyła właśnie walkę z terrorystami, którzy wzięli zakładników. Kasowała ich z odległości trzystu metrów. I to z kuszy!
Inni uczniowie trzymali się z daleka. Otaczająca ją aura chłodu zdawała się w tajemniczy sposób mroźniejsza niż zwykle, jakby coś ją martwiło. Nawet Greg Hauser, najtwardszy dzieciak w szkole, wolał się do niej nie zbliżać. Gdy ruszyłem w jej stronę, wszyscy popatrzyli na mnie, jakbym zamierzał wejść do bazy terrorystów.
Erica rzuciła mi tylko przelotne spojrzenie. Przeładowała kuszę i strzeliła. Trafiła cel prosto między oczy, rozszczepiając przy tym poprzedni bełt niczym Robin Hood.
– Jak było u dyrektora? – spytała.
– Skąd wiesz, że mnie wezwał? – wyrwało mi się, choć oczywiście znałem odpowiedź.
– Chcę zostać szpieżką – odparła. – Zdobywanie informacji to mój zawód.
– Szkoda, że dopiero dziś dowiedziałem się o letniej szkole.
Wzruszyła ramionami.
– Też chcesz zostać szpiegiem. Więc też musisz zdobywać informacje.
Znów naciągnęła cięciwę i przyłożyła się do strzału.
Wyciągnąłem plastikową torebkę na dowody rzeczowe, w której umieściłem liścik od Pająk-a.
– Właśnie znalazłem to w pokoju.
Przeczytała wiadomość przez plastik. Starała się ukryć zaskoczenie, ale kiedy znów strzeliła, nie udało jej się trafić celu w serce: spudłowała o milimetr.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć. Zaskoczona Erica jest jak zaćmienie słońca: to rzadki widok, którym należy się delektować.
Jednym ruchem złożyła kuszę i wsunęła ją do pokrowca.
– Chodźmy pogadać w jakieś cichsze miejsce.
Odeszła, zanim zdążyłem zareagować.
Ruszyłem za nią. Zostawiliśmy za sobą strzelnicę i dotarliśmy do stojącego w pobliżu budynku, w którym uczono o broni chemicznej i biologicznej. W tym semestrze nie prowadzono już lekcji, więc budynek stał pusty. A jednak Erica i tak nie uznała go za wystarczająco bezpieczną przestrzeń. Podeszła do automatu z napojami i wprowadziła kod na wyświetlaczu. Automat odsunął się od ściany, ukazując ukryte schody. Ruszyliśmy w dół, aż trafiliśmy do tajnych szkolnych podziemi. Erica podeszła do drzwi, na których widniał napis „WSTĘP TYLKO DLA UPOWAŻNIONYCH”. Szybko rozprawiła się z zamkiem i weszła jak gdyby nigdy nic.
Niechętnie poszedłem za nią. W pomieszczeniu było cicho jak w kostnicy – i nic dziwnego, bo była to właśnie kostnica. Wyglądała jak na filmach. Ze ścian wystawały uchwyty ogromnych chłodzonych szuflad.
– W środku są ciała? – spytałem ostrożnie.
– Pewnie tak. – Erica znalazła jałową pęsetę i ostrożnie wyciągnęła kartkę od Pająka z torebki na dowody rzeczowe. – Niektórzy uczniowie na piątym roku mają tu zajęcia z medycyny sądowej, ale wygląda na to, że latem budynek jest zamknięty. A że kostnice przyprawiają wielu ludzi o ciarki, uznałam, że będziemy mogli tu bezpiecznie pogadać.
Sam dostałem ciarek, ale zgrywałem twardego.
– Myślisz, że to naprawdę wiadomość od agentów Pająka? – spytałem.
Erica położyła kartkę na stole do autopsji i przyjrzała jej się uważnie.
– A od kogo innego?
– Może ktoś robi sobie ze mnie żarty – odpowiedziałem z nadzieją.
– Kto mógłby uznać, że podszywanie się pod wrogą organizację jest zabawne?
– Chip Schacter. Albo ktoś z jego świty. – Tak naprawdę nie sądziłem, żeby Chip chciał mi w ten sposób dopiec. Nasza znajomość nie zaczęła się najlepiej, ale potem, kiedy udowodniłem, że to nie on był działającym w szkole agentem Pająka, nasze relacje nieco się ociepliły. Nie byliśmy najlepszymi kumplami ani nic w tym stylu. Czułem się raczej jak mysz, która wyciągnęła cierń z łapy lwa i zdobyła w ten sposób jego wdzięczność. Chip już się nade mną nie znęcał, ale czasem trudniej było być jego przyjacielem niż wrogiem. Swoich przyjaciół lubił obrażać i wyśmiewać. Regularnie im dokuczał. I kochał kiepskie psikusy.
– W zeszłym tygodniu zamroził moją książkę do chemii ciekłym azotem – powiedziałem Erice. – Zorientowałem się dopiero, kiedy upuściłem ją w stołówce i rozpadła się w drobny mak.
Erica potrząsnęła głową.
– Notka nie pochodzi od ucznia. Ze wszystkich uczniów tylko ty i ja wiemy o istnieniu Pająka. Nawet prawdziwi agenci w większości nie mają o tym pojęcia.
– Mieliśmy już wcześniej wycieki informacji.
– Tak, ale ta jest ściśle tajna. Pamiętasz, jak przemaglowali nas ludzie z Biura do spraw Dochodzeń Wewnętrznych.
Skinąłem głową. Po tym jak Erica i ja zeszłej zimy pokrzyżowaliśmy plany Pająka, w CIA przeprowadzono wewnętrzne śledztwo na wielką skalę. Szefów wszystkich krajowych agencji wywiadowczych mocno zirytowało to, że niewiele brakowało, a straciliby życie. Chcieli wiedzieć, kto odpowiadał za naruszenie bezpieczeństwa na tak wielką skalę. Ericę i mnie męczono na przesłuchaniach przez długie godziny. Śledczy byli w szoku, gdy dowiedzieli się, że mieliśmy kontakt z Pająkiem. Kazali nam milczeć na ten temat pod groźbą wydalenia z akademii. Nawet rozmawiając w cztery oczy, mieliśmy nie wspominać o Pająku. Co oznaczało, że właśnie łamaliśmy tuzin różnych procedur bezpieczeństwa, ale sytuacja była wyjątkowa: nikt chyba nie przypuszczał, że wrogowie podrzucą mi liścik.
– Cóż, Biuro do spraw Dochodzeń Wewnętrznych przycisnęło wszystkich, którzy brali udział w tamtych wydarzeniach – ciągnęła Erica. – Informacje o Pająku objęto klauzulą tajności o poziomie AA1.
– A jednak ktoś mógł poznać prawdę.
– Ktoś, kto byłby na to wystarczająco bystry, nie działałby tak nonszalancko. Tylko kretyn wykorzystałby ściśle tajne informacje, żeby zrobić głupi żart… A do naszej szkoły nie przyjmują kretynów. Mamy przestępców, łotrów i łajdaków, ale kretynów brak.
Kiwnąłem głową.
– Czyli to naprawdę wiadomość od Pająka.
– Tego nie powiedziałam.
– Więc od kogo?
– Być może od innej wrogiej organizacji, która chce, żebyś myślał, że to wiadomość od Pająka.
Spojrzałem na notkę zmartwionym wzrokiem. Wyglądała tak niewinnie, gdy leżała na stole do autopsji! Ot, kawałek papieru, dwanaście słów. A jednak myśl, że do mojego pokoju dostał się wrogi agent, rodziła wiele niepokojących pytań.
– Jak sądzisz, w jaki sposób udało im się dostarczyć wiadomość? – spytałem. – Kampusu strzeże wiele systemów bezpieczeństwa.
– Pająk udowodnił, że potrafi je obejść – odparła. – Jak może pamiętasz, w twoim pokoju pojawił się kiedyś zabójca.
– Tak, ale od tego czasu ochronę wzmocniono, i to porządnie.
– A jednak nie jest nie do przejścia.
– Zabójca zinfiltrował kampus w środku nocy. Teraz wiadomość pojawiła się w biały dzień. Wszyscy byli na nogach.
– To akurat nie problem – zastrzegła Erica. – Łatwiej zinfiltrować miejsce zatłoczone niż puste. Co wygląda bardziej podejrzanie: ktoś, kto przechadza się po kampusie ciepłym, letnim popołudniem, czy ktoś, kto skrada się tam w środku nocy?
– Słusznie. – Denerwowało mnie, że sam na to nie wpadłem, ale pierwsze zajęcia z wrogiej infiltracji miałem mieć dopiero w przyszłym semestrze. – A jednak nie mogło im być łatwo dostać się do mojego pokoju. Po kampusie krążą uzbrojone patrole. Na tym terenie znajduje się wiele budek strażniczych, jedna z nich przy samym wejściu do internatu, a ja zaryglowałem drzwi.
– Racja – przyznała Erica. – Więc musimy uznać, że wróg wykorzystał najłatwiejszą metodę, żeby sobie z tym poradzić.
– To znaczy?
Zmierzyła mnie spojrzeniem. Najwyraźniej uważała, że odpowiedź jest oczywista. A jednak dojście do niej zajęło mi dobrych kilka sekund.
– No nie – jęknąłem. – Mają agenta w kampusie?
– To rozsądny wniosek. Jeśli zdołali zwerbować jednego kreta, mogli i drugiego. Załóżmy, że udaje nam się złapać pierwszego… bo przecież się udało. Jesteśmy z siebie tak dumni, że tracimy czujność. Wtedy drugi kret może po cichu siać zamęt.
– W takim razie czemu on…
– Lub ona – wtrąciła Erica.
– …postanowił się ujawnić? – dokończyłem. – Podrzucanie listów to nie działanie po cichu.
– Prawda. – Erica wydęła usta. – To dziwne zagranie. Ale w Pająku nie działają idioci. Na pewno mają doby powód, żeby się ujawnić. Musimy go tylko poznać.
– Chyba że jest tak, jak mówiłaś, i jakaś inna grupa podszywa się pod Pająka – podsunąłem. – Żeby odwrócić naszą uwagę.
– Ktokolwiek jest winny, musi mieć w szkole swojego agenta – powiedziała Erica. – Taki agent miałby dostęp do internatu, a zamek w twoich drzwiach nietrudno przecież otworzyć.
– Skąd wiesz? – spytałem. – Robiłaś to już?
– Niby czemu miałabym chcieć się do ciebie włamać? Po prostu wiem, że w internacie zamontowane są rygle zasuwkowe Pearson Alfa. To kpina. Uczyłam się je otwierać jeszcze w przedszkolu. – Brzmiało to jak przesada, ale w przypadku Eriki na pewno nią nie było. Wyobraziłem sobie, jak w dzieciństwie włamuje się do słoika z ciastkami.
– Kret musiał też wyminąć kamery – powiedziałem. – W kampusie są ich przecież tysiące.
– Tak, ale wiesz już, że nie stanowią ogromnego problemu. Na wszelki wypadek włamię się jednak do centralnego systemu bezpieczeństwa i przejrzę nagrania, żeby sprawdzić, czy nie zarejestrowały nic podejrzanego. Hmm. – Wyglądała, jakby coś zauważyła. Złapała wielkie szkło powiększające i spojrzała przez nie na kartkę.
– Jakaś wskazówka? – spytałem.
– Możliwe. Liścik jest właściwie jałowy. Nie ma na nim ani odcisków palców, ani w ogóle nic! Ani kurzu, ani brudu, ani włosów. Jakby trzymano go w próżni. Co pasuje do dotychczasowych metod działania Pająka. Ale spójrz na to! – Użyła pęsety, żeby podnieść coś, co najwyraźniej było na papierze. A przynajmniej taki zrobiła ruch, bo kiedy podsunęła mi pęsetę, nic nie zobaczyłem.
– Nic nie widzę.
– Daj spokój! – w jej głosie zabrzmiało rozczarowanie. – Przecież ma dobre pół milimetra szerokości!
Spojrzałem przez lupę. Na samym koniuszku pęsety znajdowała się kropeczka. Wyglądała jak coś, co mogłaby z siebie wykaszleć mucha.
– Co to?
– Wskazówka na temat tożsamości autora listu. – Erica wyciągnęła własną torebkę na dowody rzeczowe i wrzuciła do środka maleńkie ziarenko. – Było wbite głęboko w papier, jakby leżało na stole, do którego ktoś go docisnął. Stało się to prawdopodobnie wtedy, gdy przygotowywano wiadomość, a nie, kiedy wrogi agent albo ty mieliście ją w rękach. Wygląda mi to na fragment ziemi lub drobny kamyk. Jeśli odkryję, skąd pochodzi, będziemy o krok do przodu.

 
Wesprzyj nas