Pod postacią trzymającego w napięciu thrillera Michał Śmielak opowiada o desperackiej walce ludzi chorych o życie i zemście wymierzanej uzdrowicielom, dającym złudne nadzieje na wyzdrowienie. Czytajcie jednak uważnie, bo w tej powieści nic nie jest tym, na co wygląda.


Znachor Michał ŚmielakKto poluje na współczesne czarownice – znachorów i uzdrowicieli – tajemniczy mściciel, który chce wyrównać rachunki czy zwykły seryjny zabójca? To pytanie stało się punktem wyjścia trzymającego w napięciu thrillera Michała Śmielaka. Nieszablonowa fabuła, osadzona w realiach współczesnej, prowincjonalnej Polski sprawia, że czytelnik z przyjemnością zagłębia się w lekturę przynoszącą powiew świeżości w kwestii wyboru tematu i samej konstrukcji tej nieoczywistej historii. Ale po kolei – zacznijmy od tego, co w ogóle dzieje się na kartach tej powieści.

Dwudziestoletni Krzysztof dowiaduje się, że przed nim wyrok śmierci w postaci nieuleczalnej odmiany nowotworu. Chłopak, uzyskawszy taką diagnozę, wie, że nie ma już nic do stracenia. Zaczyna na własną rękę szukać kogoś, kto mógłby go uratować i jest gotów na każde ryzyko. Racjonalne decyzje nie mają dla niego już żadnego znaczenia, a desperacja popycha go w ręce uzdrowiciela Jakuba Wilka. Gdy tych dwóch się spotyka, żaden z nich nie zdaje sobie sprawy, że im obu przyjdzie się zmierzyć z nieuchwytnym, okrutnym mordercą. W tym samym czasie policjanci z różnych województw zaczynają zmaganie z zagadką: kto morduje bioenergoterapeutów, uzdrowicieli i zwykłych naciągaczy obiecujących odzyskanie zdrowia chorym ludziom? Szalony, współczesny łowca czarownic czy jednak ktoś, kto zaznał krzywdy i morderstwa są za nią okrutną odpłatą?

Michał Śmielak w swojej debiutanckiej powieści “Znachor” sięgnął po temat dotąd nieobecny w tej skali w polskiej literaturze sensacyjnej. Desperacka walka ludzi chorych na nieuleczalne choroby choć o cień nadziei na wyzdrowienie, bezwzględne żerowanie szarlatanów, uzdrowicieli i znachorów na cierpiących ludziach, łudzących pacjentów wizją cudownego wyleczenia – wszystko to znalazło się w jego powieści i sprawiło, że groza tej historii jest głęboka i wielowymiarowa. Tragiczne położenie ludzi szukających ostatniej deski ratunku w zestawieniu z bezwzględną chciwością okazywaną im przez innych nawet w obliczu śmierci, przeraża jeszcze bardziej niż poczynania zabójcy. Przewrotność tej opowieści jest zaskakująca i niezwykła: czytając, raz po raz zadajemy sobie pytanie, kto tu tak naprawdę jest zły i czy to na pewno ta osoba, której szuka policja?

Przewrotność tej opowieści jest zaskakująca i niezwykła: czytając, raz po raz zadajemy sobie pytanie, kto tu tak naprawdę jest zły

Dodatkowo autor podszedł dość nieszablonowo do kreacji bohaterów – nie ma tu genialnych śledczych albo steranych życiem policjantów z problemami, jest za to cała plejada postaci zarówno pierwszoplanowych jak i epizodycznych, zapadających w pamięć właśnie z powodu ich nietypowości, cech czy specyficznego humoru. No i jest też Krzysiek, wybijający się z tła młody chłopak, obdarzony bystrym umysłem student historii, człowiek z żyłką detektywistyczną i – mimo ponurej diagnozy – wolą życia. Bohater, którego czytelnik polubi i będzie mu kibicował w napięciu. Z tych wszystkich powodów powieść wciąga od pierwszych stron.

Znachor

Michał Śmielak w ciekawy sposób spożytkował swoją niemałą wiedzę – morderca swoje ofiary traktuje w sposób znany z procesów czarownic na przestrzeni wieków, inscenizując spalenie na stosie czy łamanie kołem, dodatkowo autor wplata w powieściową fabułę sporą dawkę ciekawostek i faktów historycznych, choćby o procesach czarownic w niegdysiejszej Polsce, “kraju bez stosów”. Powieść jest też znakomicie osadzona w realiach współczesnej Polski, zwłaszcza tej prowincjonalnej, w tym aspekcie nie brakuje w niej humoru, odniesień do popkultury i specyfiki zachowań bohaterów.

“Znachor” Michała Śmielaka to warta uwagi powieść, oferująca czytelnikowi lekturę dobrą od strony literackiej, przynoszącą trochę wiedzy historycznej i chwile refleksji na temat sprawiedliwej kary, pozostawiając go w oczekiwaniu na ciąg dalszy, który – jak zapowiada wydawca – nastąpi. Czekamy! Nikodem Maraszkiewicz

Michał Śmielak, Znachor, Wydawnictwo Initium, Premiera: 18 marca 2021
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

konkurs

Znachor Michał Śmielak

Michał Śmielak
Znachor
Wydawnictwo Initium
Premiera: 18 marca 2021
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Wielkie jest na czary zapotrzebowanie
W czasach niespokojnych królestwa bez stosów.
Wierzy w nie lud prosty, wierzą pretorianie
Rymując formuły na odmianę losu
I na pozbywanie się
Strapień i osób.

Jacek Kaczmarski, Czary skuteczne na swary odwieczne

Prolog

Znał datę swojej śmierci z dokładnością do jednego dnia.
Wiedział to nie dlatego, że był jasnowidzem lub planował na ten dzień samobójstwo, ale dlatego, że stał teraz skrępowany i zakneblowany na posadzce swojej stodoły z bolesnym przeczuciem zbliżającego się kresu. To dziś. Z ilu etapów by się nie składało życie, właśnie stanął oko w oko z tym ostatnim, całkowicie niewyczekiwanym i najmniej lubianym. Zwisający ze stropu łańcuch był zakończony pętlą i nie wróżył niczego dobrego. Bądźmy szczerzy, w obecnym położeniu taki łańcuch zwiastował same nieprzyjemne rzeczy, z których śmierć niekoniecznie jest tą najgorszą opcją. Nie ma się co oszukiwać, bo kiedyż jest lepszy moment na bycie szczerym do bólu jak nie wtedy, gdy jest się obezwładnionym, związanym i niechybnie w rękach szaleńca?
Łańcuch był przyczepiony do belki stropowej jego własnej stodoły, integralnej części rancza, na którym do tej pory czuł się bardzo bezpiecznie. W końcu wydał na nie tyle kasy, że musiał się tutaj czuć jak u Pana Boga za piecem. Nie do końca legalnej kasy, ale pieniądz jest pieniądz. Gość od zabezpieczeń antywłamaniowych o nic nie pytał, tylko sprawnie przeliczył gotówkę i uścisnął mu rękę. „Obama ma gorsze zabezpieczenia”, powiedział na odchodne. Pewnie miał rację, był najlepszy w Polsce (i najdroższy).
A jednak… To nie Obama witał się tutaj ze śmiercią, tylko Adam.
Ktoś go obezwładnił i związał. Ostatnie, co pamiętał, to wiśniowy rogalik z bajecznie chrupiącą skórką, który pałaszował w swoim salonie. Śniadanie mistrzów. Potem czarna dziura. Żarcie dowoził catering, może mu czegoś dosypali? Dobierze się do skurwysynów, nie ma co. Tylko najpierw musi ogarnąć sytuację i wydostać się z tego szamba. Całość nie prezentowała się w jasnych barwach, pewnie nawet James Bond miałby nielichą zagwozdkę, jak zwycięsko wyjść z tej opresji. Ale Adam dorobił się właśnie na konsekwentnym działaniu, wyraźnie wytyczonych celach, do których dążył po trupach. Czy to nie aby zbyt dosłowne określenie? – zastanowił się przez chwilę.
Napastnik nie pozostawił mu zbyt dużej swobody, przywiązał go do jednego z dębowych filarów podtrzymujących strop pięknej budowli, bo pomimo plebejskiej nazwy stodoła była małym góralskim majstersztykiem. Mógł zatem stać, oddychać i patrzeć przed siebie, wprost na zwisający łańcuch. Wzbudzało to niepokój, co tu dużo gadać, co tu kryć. Na ów niepokój składało się wiele czynników, oprócz wyżej opisanych nadmienić należy, że łańcuch nie wyglądał jak pospolity przyrząd do ograniczania wolności hałaśliwym kundlom, co to to nie. Ktoś się musiał srodze namachać młotem, żeby wykuć każde, lekko kanciaste ogniwo. To coś wyszło spod ręki kowala, tego był pewien, i to kowala artysty, człowieka z duszą, pasją, talentem i odrobiną wolnego czasu. Ktoś tu się postarał. W dodatku żelastwo ledwo zauważalnie bujało się na boki niczym popychane ową tajemniczą siłą z filmów grozy, napędzającą stare bujane fotele i skrzypiące huśtawki przed opuszczonymi domami.
– Czy wiesz, kim jestem?
Chrystusie Panie, o mało nie dostał zawału! Długą jak na jego wyczucie czasu, może i godzinną, ciszę przerwał chropowaty głos. Ktoś stał za jego plecami.
– Wiesz? – ponownie zabrzmiało pytanie.
Adam chciał odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że nie ma bladego pojęcia i jednocześnie prosi o łaskę, litość i cokolwiek, byleby nie umierał tu i teraz. Problem jednak stanowił fakt, że w jego ustach tkwił ohydny knebel. Postanowił więc nawiązać choćby szczątkowy dialog z obcym, bo widocznie ten takowego oczekiwał. Głową mógł kręcić może na pięć centymetrów w każdą stronę, ale to chyba wystarczyło, aby odpowiedzieć przecząco. Nie, ni chuja nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia.
– Jestem sługą ludu, głosem sumienia zamienionym w krzyk sprawiedliwości – powiedział nieznajomy spokojnym, lekko tylko tkniętym emocjami głosem.
No to już po mnie, pomyślał. Psychopata. Szajbus jak nic. Do tej chwili łudził się, że może ktoś to zrobił dla pieniędzy, a forsa to nie problem w jego przypadku, płacimy, ile pan sobie życzy, proszę nas tylko nie zabijać. Teraz na pierwszy plan wyszła koncepcja, że znęca się nad nim jakiś świr, ewentualnie mściciel. Możliwy także był koktajl psychola i mściciela, czemu nie, takie rzeczy się zdarzają. Gość widzi bogatego dupka mieszkającego w olbrzymiej willi, no tak nie może być. Gdzie się podziały ideały socjalizmu i równości, co by na to powiedział Lenin, jak by to skomentował Marks? Takie myślenie prowadzi do nagłej i nieposkromionej chęci wyrównania różnic społecznych, zatem jesteśmy tu i teraz, wyrównujemy owe różnice przy pomocy łańcucha. Na szczęście nie było haka, bo może by chciał go powiesić za poślednie ziebro, jak urządzili Janosika – pewnie nie była to ani przyjemna, ani szybka śmierć.
Kolejna minuta szczerości, szanowni państwo. Tak, priorytety się zmieniły, jeszcze minutę temu chciał zwyczajnie przeżyć, teraz nie chciał umierać w bólu, krwi i szczynach. Życzenie proste, z chęcią by je wygłosił, gdyby nie knebel. Miał ogólnie sporo do powiedzenia, całe mnóstwo rzeczy, w większości prośby, błagania i próby przekupstwa, jednak nie tylko knebel mu przeszkadzał, oprawca znowu przemówił:
– Jestem kimś, kto wykonuje wyroki, równając bogatych z biednymi, gdyż i jedni, i drudzy boso stają u wrót Pana.
Komuch i fanatyk religijny. To już chyba wolał poprzednią wersję: psychol łamane przez mściciel. Jeśli chodzi o religię, to nie można mówić o szajbie, to kalkulowana na zimno głupota mocno osadzona w realnym świecie. Tak uważał i nawet czerpał z tego korzyści, wiedział, ile ludzie są gotowi poświęcić w imię Boga, uwierzą w każdą brednię. Tutaj zdrowy rozsądek siada na kanapie i mówi: „Radź sobie, bracie, ja oglądam Familiadę”. Na nic pieniądze, fanatyka się nie przekupi. Może jednak szczery żal za grzechy i postanowienie poprawy? Może to zadziała? Okłamywał sam siebie, a miało być szczerze, bo kiedy jak nie teraz, tu, w tej chwili?
Zimny pot spłynął mu po plecach, bo żarty chyba się skończyły. Biorąc pod uwagę dzisiejsze zajście, to nikt tu nie żartował od dobrych kilku godzin, ale to już nie zakrawało na psikus czy wymuszenie. Jeśli ktoś mu chciał napędzić stracha, to robił to cholernie dobrze, czysta profeska, zawodowstwo. Zaraz umrze. To pewne.
– Na mnie spłynie grzech zabójstwa, jednak, tak jak moi poprzednicy, przyjmę go z godnością i pochyloną głową.
Robił wszystko, by nie łkać i – kontynuując łańcuch szczerych wyznań (kiepskie określenie w obecnej sytuacji) – żeby się nie zlać w spodnie. Było blisko, naprawdę blisko – coraz bliżej. Wszystko przez hipnotyzujący głos oprawcy, ten jeden na milion, który gwarantuje karierę w radiu lub telewizji. To dla niego ludzie każdego ranka, jadąc samochodem, szukają w radiu swojej rozgłośni, kiwają głowami, zgadzając się z nim w kwestiach polityki, śmieją się z kiepskich dowcipów i nie chcą słuchać nikogo innego podczas szarego początku dnia. Miękki, ale stanowczy głos mówi: „Dziś piękna pogoda na spacer”, a ty już widzisz siebie w Bieszczadach na słonecznej połoninie. Robił zatem wszystko, aby umrzeć z godnością, ale to i tak było zdecydowanie za mało. Zaczął łkać.
– Jesteś w o tyle lepszej sytuacji, że płacisz tylko za swoje grzechy, ja natomiast za wasze wszystkie. Gdybyś nie skalał się zabójstwem, ciebie by tu nie było, a ja bym spał spokojnie.
Hola, hola! Jakie zabójstwo? Szarpnął się z całej siły. Gdyby nie zatkane usta, krzyknąłby głośno i wyraźnie: Jakie zabójstwo, co ty pierdolisz?! Miał niejedno na sumieniu, jego majątek nie został zdobyty do końca uczciwie. No dobrze, miało być szczerze, nie zarobił uczciwie ani złotówki, ale żeby od razu morderstwo? Za to miał umrzeć? A raczej zdechnąć, bo przecież umiera się z godnością, a nie z oszczanymi portkami. Szarpnął się więc jeszcze raz, najmocniej, jak mógł, żeby całym sobą zaprotestować przeciwko temu, co tu się, do jasnej cholery, wyrabia.
Ciemność. Nagle w stodole zgasło światło. Zaczął głębiej oddychać i poczuł, że może za chwilę jeszcze bardziej się upokorzyć. Szczerze mówiąc, zaraz potwierdzi stare porzekadło, że można zesrać się ze strachu. Był pewien, że można. Drodzy widzowie, za moment Adam Kownacki przedstawi jedyny i niepodważalny dowód, że tchórz potrafi zesrać się ze strachu. Proszę przygotować aparaty i pilnować dzieci. A może to ratunek, wybawienie, ktoś niespodziewanie przerwał tę farsę? Pojawi się trzeci aktor dramatu, wybawca, choćby przypadkowy, niezamierzony, bohater wbrew swej woli. Bogaty bohater, bo ozłoci gościa, co do tego nie miał wątpliwości.
Jednak to chyba nie to, nie ratunek. Ciemność rozdarł snop światła, w którym malowniczo zawirowały drobinki kurzu, swoisty taniec śmierci ku jego czci. Przypomniało mu się dzieciństwo, gdy oglądał z mamą bajki puszczane z rzutnika. Najbardziej lubił Trzech Muszkieterów, pamiętał jeden obrazek, jak d’Artagnan był rozbrajany przez złych gwardzistów kardynała. Bezbronny jak on w tej chwili.
Na ścianie przed nim pojawił się olbrzymi kwadrat światła. Jedno się zgadzało, to był rzutnik. O co tu chodziło, miał w końcu umierać czy żyć? Zlituj się, srogi losie, czy to jakaś wkrętka? Może go nagrywają, a potem będzie niezła beka? Ale kto, jak, dlaczego, przecież nie miał przyjaciół, którzy mogliby mu urządzić przyjęcie niespodziankę…
Pierwszy slajd, jaki pojawił się na ścianie, przeraził go.
– Ania. Piętnaście lat. Uśmiecha się – odezwał się nieznajomy, opisując to, co i tak Adam dobrze widział.
Znał tę dziewczynę. Uśmiech też. Pamiętał ją dokładnie, jej rodziców również, z opuchniętymi i sinymi oczami, pieczęcią nieprzespanych nocy. Tak właśnie, dokładnie tak się uśmiechnęła, kiedy wręczył jej do picia swój pierwszy koktajl. Rodzice także się cieszyli, a radość nie znikała z ich twarzy, nawet jak wręczali mu pieniądze, dużo pieniędzy.
– Chorowała na białaczkę. Jej rodzice zaciągnęli kredyt na czterdzieści tysięcy, aby kupić twoje cudowne mikstury. I kupili. Ania umarła, oczywiście, że tak, ostatecznie to było końcowe stadium białaczki, cudów nie ma. Nie było żadnych szans, prosta sprawa, a kredytu nie musieli brać, wystarczyło, żeby sprzedali tę piękną terenówkę, którą przyjechali.
Nie zapłacili mu tej kasy za uleczenie dziewczyny, przecież to jasne, on to wiedział, ona to wiedziała i oni też. Wystarczyło rozsądnie pomyśleć, tak bez emocji. Zapłacili za to, że i oni, i ta gówniara do ostatnich dni mieli nadzieję, za to, że nie umierała w żalu, strachu i rozpaczy. Nie można było jej uleczyć, ale dać kredyt z nadziei na te straszne ostatnie chwile – już tak. On go udzielił. W innym przypadku uśmiech by nie gościł do samego końca ani na jej, ani na ich twarzach.
Przecież jej nie zabił.
Klik.
Kolejny slajd.
– Adam. Twój imiennik.
Cholera, jego też pamiętał. Mały zasraniec, chyba osiem lat. Dokuczliwy i pyskaty, mimo strasznego stanu. Co mu tam było? Czerniak? Chyba czerniak. Ojciec też nie lepszy, pewnie kawał chuja, drogi garnitur, zadbane paznokcie, w przeciwieństwie do rodziców Ani zero śladów zmartwienia. Taki pan prezes, co to za kasę ma wszystko i którego dzieci nie chorują. No to dostał słoiczki za kupę prezesowskiej forsy.
– Twoje słoiczki z cudami nie pomogły. Ojciec Adasia rzucił się z mostu Świętokrzyskiego w Warszawie.
A to ci zaskoczenie. Niby taki Pan Garnitur, a tu proszę, coś tam w nim drzemało, jakieś uczucia. Ale zapewne prędzej fiknął z mostu, bo ktoś pierwszy raz w życiu zrobił go na dużą kasę. Może… Małego szkoda, fakt.
Klik.
– Aneta.
Zdjęcie przedstawiało rozbawioną blondynkę, może miała dwadzieścia pięć lat, może mniej. Próbowała objąć dwóch bliźniaków, najwyżej pięciolatków. Ci jednak tak się wyrywali, że chyba nie dała w końcu rady. Fotograf idealnie uchwycił moment ucieczki spod opiekuńczych matczynych ramion dwóch małych łobuzów, coś w stylu „na chwilę przed”.
– Osierociła dwójkę dzieci. Wychowują się w domu dziecka. Mogły mieć własny dom, ale Anecie nie pomogły specyfiki kupione za pieniądze z jego sprzedaży. Chłopcy nazywali ją Mamutką. Po jej śmierci mąż rozpił się, a sąd odebrał mu maluchy i umieścił w ośrodku opiekuńczym.
Czy ją pamiętał? Owszem. Mało tego, przypominał sobie co chwilę kolejnych „pacjentów”, którzy skuszeni dobrą akcją marketingową, przychodzili do niego jako ostatniej deski ratunku. Jeśli ktoś był nieuleczalnie chory, kostucha już stała za rogiem, a lekarze rozkładali ręce – on pomagał. Ludzie przekazywali sobie wieści o tajemniczym specyfiku, który rzekomo stawia na nogi, przegania chorobę, niszczy raka, ratuje życie. Oczywiście, nie wszystkich, żeby nie było reklamacji, ale setki zadowolonych z kuracji biło się w piersi i zapewniało o cudownych efektach. Wystarczyło przeczesać internet i fora dotyczące uzdrowicieli, nic więcej. Rzecz jasna nie było łatwo się do niego dostać, należało trochę pogrzebać za informacjami, no, ale chodziło o to, że to usługa ekskluzywna. Nie dla każdego. I nie od każdego brał pieniądze. Biedakom nie robił nadziei, ale jak miałeś kasiorę, to mogłeś liczyć na słoiczek ze specyfikiem podobno czyniącym cuda. Tak mówiły internety, bo tak serio to czesał na kasę każdego.
Dlaczego medycyna konwencjonalna owego środka nie stosowała? Przecież to spisek koncernów farmaceutycznych, w których interesie nie leży leczenie ludzi chorych na raka. NFZ już zadba o to, żebyś chorował jak najdłużej, jasna sprawa, każdy użytkownik forum ci to powie. Forum, które niemałym staraniem stworzył i wypromował, aby być jak najbardziej wiarygodnym.
Klik.
Dorota.
Klik.
Weronika.
Klik.
Jasio.
– Mam pokazywać dalej?
Klik.
Klik.
Klik.
– Trzydzieści pięć osób.
Klik.
Klik.
Klik.
– Jesteś winny śmierci trzydziestu pięciu osób. Tyle naliczyłem.
Klik.
Oni i tak umierali. Nie mógł tego wykrzyczeć, a bardzo chciał. Oni i tak żegnali się z życiem, nic by im nie pomogło, a dzięki niemu nie umarli w poczuciu totalnej beznadziei. Takiej, w jakiej on teraz tkwił. Nie popuścił w spodnie. Po prostu się popłakał.
– Zatem z punktu widzenia zwykłej ludzkiej moralności zasłużyłeś, aby zdechnąć jak bydlę.
Mężczyzna zrobił krok i stanął przed nim, w smudze światła z rzutnika. Adam dalej nie widział jego twarzy. Zadziwiające, jak zmieniały się jego pragnienia – wiedząc, że zaraz umrze, pragnął już tylko, aby stało się to bezboleśnie, no i chciał zobaczyć twarz swego oprawcy. Tymczasem dłoń w rękawiczce przecięła jasny promień, zmuszając pyłki kurzu do szalonego tańca, i pchnęła łańcuch.
– Tak kiedyś kończyli szarlatani. Wieszano ich na łańcuchu. Zwykły stryczek przerywa rdzeń kręgowy i umiera się od razu, bezboleśnie. A nie o to chodziło. Nikt nie wierzył w brednie o resocjalizacji. Ludzie umierali z głodu każdego dnia, w takiej sytuacji nikt nie zamierzał żywić skazańca do końca jego dni. Ktoś, kto morduje, zasługuje na śmierć. Tylko i wyłącznie. Nie na ciepłą celę, siłownię i regularne posiłki. Chwasty się wyrywa. Kwiaty pielęgnuje.
Mężczyzna podszedł do niego bliżej. Twarz nadal miał skrytą w cieniu.
– Dobry kat potrafił tak powiesić skazanego, że ten konał przez wiele godzin.
Błysnął nóż. Oprawca przeciął jego więzy, ale w niczym to nie pomogło, po prostu odpadły sznury, którymi był przywiązany do belki. Dalej nie mógł się ruszyć, miał ciasno skrępowane ręce i nogi. Został zarzucony na ramię jak worek ziemniaków i przeniesiony w pobliże łańcucha. Na szyi poczuł jego chłodny dotyk.
– Cała sztuka polega na tym, żeby umieścić skazańca kilka centymetrów nad podłogą, tak aby mógł stać na palcach. Jednak kiedy braknie mu sił… Gdy nogi ścierpną, kiedy w końcu złapią go skurcze i już nie będzie mógł utrzymać się na palcach… Wiesz, łańcuch dokończy robotę. Pętla z łańcucha sama się nie zaciśnie. Proste. Skuteczne. Piękne! Takie powinno być prawo.
Pomimo tej całej sytuacji głos jego oprawcy skojarzył mu się z Krystyną Czubówną i programami edukacyjnymi. Jak to działa? Zaraz odpowiemy!
– Nogi cierpną, tracisz siły, łańcuch napiera na krtań, brakuje ci powietrza. Spinasz się, walczysz o życie, myślisz, że dasz radę, ale tak naprawdę toczysz bój jedynie o kilka kolejnych oddechów. W końcu organizm się poddaje, ucisk łańcucha jest coraz silniejszy, zaczynasz się dusić, dławić, tlen przestaje dopływać do mózgu. Ból jest nie do zniesienia. Uwierz mi, w tym momencie postanowisz się poddać, ale twój organizm na to nie pozwoli. Będziesz się dusił jeszcze kwadrans, cierpienie będzie wręcz nie do opisania. Aż wreszcie nastąpią ostatnie sekundy, przypominające porażenie prądem, jakby każda twoja komórka umierała osobno. Ból, który przerodzi się w błogi spokój. Tak się umiera na łańcuchu.
Wierzył w każde słowo. Już zaczynał się dusić.
– Tak robili najlepsi mistrzowie w katowskim fachu.
Łańcuch zaczął go powoli dławić, gdy czubki jego butów pierwszy raz lekko ślizgnęły się po podłodze.
– A ja jestem bardzo dobrym katem.

Rozdział 1

Czubki butów, następnie sprane dżinsy, paznokcie, rękawy koszuli – no bo wypada ładnie wyglądać, szczególnie dzisiaj – komórka. Wzrok Krzyśka prześlizgiwał się zgodnie z wypracowanym ostatnio schematem. Nie chciał czytać, nie chciał niczego oglądać, pozostała mu rozrywka w postaci lustrowania samego siebie. Może i by posłuchał muzyki, no, ale jak założy słuchawki, to nie usłyszy, że go wywołują. To już lepiej zjednoczyć się z szumem poczekalni, przyjrzeć się po raz tysięczny tym samym ludziom, którzy zresztą przewijali się przez ten przybytek niczym wschody i zachody słońca.
Zatrzymał wzrok na pierwszej lepszej twarzy, lekko pulchnej buzi Hani, którą mąż pieszczotliwie nazywał Hanulą. Oprócz używania uroczego zdrobnienia mąż lubił także Hanulę walnąć akurat tym, co miał pod ręką. Raz trafił w nogę, już Hania nie pamięta czym, ale zrobił się potężny krwiak, no a teraz jest nowotwór. Pojawił się po dwudziestu latach od uderzenia i po sześciu od śmierci tego skurwysyna. To dobry chłop był, a jak szedł do ślubu, to nawet portek nie miał. Żonie za to pozostawił kredyt wzięty na grobowiec, raka oraz nerwicę. No i wspomnienie dwudziestu pięciu lat bicia, powrotów w oszczanych spodniach i domowych awantur. Takie historie poznaje się w poczekalni, bo ludzie się tu nudzą, a jak się nudzą, to gadają. O wszystkim.
Grabowski!
W szmer głosów wdarł się krzyk pielęgniarki, wyprany z uczuć tak bardzo, że producenci pralek mogliby poczuć zazdrość. Grabowski wstał, raz się uśmiechnął, a raz zasmucił – no bo fajnie, koniec czekania, ale też do dupy, ponieważ pozna diagnozę. Westchnął, zniknął za drzwiami. Klasycznymi, białymi, z kartką o treści: „Nie wchodzić bez wezwania”. Równie dobrze mógłby tu wisieć każdy inny napis, chociażby: „Wejście karane wbiciem na pal”, bo ludzie i tak włazili na przekór kartce, na tak zwanego chama. Że niby „tylko zapytać”, a tak naprawdę podejmowali z góry skazaną na porażkę misję pod tytułem: „ominę kolejkę”. Jedyne, co na tym zyskiwali, to wrogość pozostałych bywalców. Specyfika poczekalni.
No i tu kolejna myśl. Czy każda szpitalna poczekalnia miała w standardzie ten nieuchwytny klimat zwątpienia pomieszanego z nadzieją, z dominującą nutą wkurwienia na NFZ? Tutaj czas się zatrzymywał, a problemy świata znikały, niekiedy tylko odświeżane przez szeleszczące strony gazet czytanych przez zagubionych pacjentów. Czas stał w miejscu, bez dostępu światła słonecznego nie miało znaczenia, czy jest szósta rano, czy dziewiąta wieczorem, tak samo się siedziało, czekało i marudziło. Jak Polska długa i szeroka korytarze wypełnione małymi plastikowymi krzesełkami okupowali chorzy, przymusowi podróżnicy w czasie, istni łowcy przygód, którzy zamiast zamków oblegali gabinety lekarzy, a swe miecze w postaci skierowań wyciągali tylko w obliczu bestii żądającej od nich pełnej uległości – pani w rejestracji. Ich wyprawy w nieznane w krainie szpitalnych labiryntów były pełne niebezpieczeństw, pułapek, a tylko najwytrwalsi odchodzili dumnie, dzierżąc nagrodę: receptę, skierowanie lub zwolnienie. Jeśli nie potrafiłeś stać wciśnięty w kąt poczekalni sześć godzin w oczekiwaniu na swoją kolej, nie miałeś tu czego szukać. To nie zabawa dla niecierpliwych. Tutaj nie można sobie pozwolić na chwilę słabości, wizyta w toalecie mogła cię kosztować powrót na koniec kolejki albo, co gorsza, jej bezpowrotne opuszczenie. Pięć sekund szczęścia, gdy słyszysz swoje nazwisko zza uchylonych drzwi. Drugiej szansy nie będzie. Ostatnich gryzą psy. Najbardziej rozchwytywana gra planszowa w historii świata.
Nie inaczej było w poczekalni oddziału onkologicznego warszawskiego szpitala na Podgórnej. Elitarny szpital, elitarny oddział, nowe budynki, tynki, kolory, wielki świat. A ludzie mimo tych wydanych milionów tak samo jak przed remontem gadali, łazili, jedli kanapki, odkręcali termosy, płakali, dzwonili do znajomych, czytali. Pierwszego dnia to byli ludzie – stłoczona i smutna masa, natomiast po kilku tygodniach to już byli „ludzie” – jednostki z twarzami i imionami, swoimi historiami, planami, traumami, marzeniami, lękami i własną porcją beznadziejności.
Obok Krzyśka dzisiaj akurat siedziała Kasia, mała dziewczynka z zadziornymi warkoczykami, która przychodziła tutaj z dziadkiem. Miała siedem lat, pozdzierane kolana i minę dumnego z siebie sapera, który właśnie przebiegł całe pole minowe na oczach kolegów i wygrał spory zakład. Jej dziadek miał galopującego raka płuc i płakał za każdym razem, gdy przychodził bez Kasi; nie mógł znieść myśli, że niedługo opuści wnuczkę. Takie rzeczy się wie, bo w ciągu tygodni koczowania na korytarzach człowiek mimochodem poznaje wszystkich bywalców. Ludzie muszą i chcą się wygadać, Krzysiek wolał słuchać. Kasia natomiast była bezpośrednią dziewczynką i przysparzała dziadkowi wielu zmartwień, komentując szpitalne życie z właściwą dla dzieci bolesną szczerością.
– Dziadku, ta pani idzie jak zombie! – wykrzyknęła uradowana, wskazując palcem powłóczącą nogami staruszkę, a dziadek załamał ręce i począł strofować dziewczynkę. Krzysiek się roześmiał, bo faktycznie babcia zasuwała korytarzem jak rasowy zombie, omiatała wzrokiem pacjentów w poszukiwaniu najsmaczniejszego mózgu.
– Uważaj, bo zje twój mózg! – Krzysiek złapał małą za warkoczyki i próbował wgryźć się w jej włosy. Ta piszczała i ze śmiechem uciekała.
– Dziadku, ja wiem, że nie ma zombie – powiedziała, gdy już się uspokoiła. – A jak już umrzesz, dziadku, to Pan Jezus cię wskrzesi? Bo tata mówi, że nie ma chuja, że dziadek na pewno się przekręci, a przekręci to znaczy umrze.
Dziadkowi Walentemu stanęły łzy w oczach, dlatego Krzysiek postanowił ratować sytuację.
– Powiedz tacie, że prędzej zobaczy zombie niż spadek – uśmiechnął się. – Zapamiętasz?
– Pewnie, Ksysiu! – rzuciła Kasia. – Ale ty weź nie umieraj, co?
– Umrę i zostanę zombie, a potem będę cię odbierał ze szkoły. Chwycisz mnie za rękę, a ta odpadnie, potem złapię twoich kolegów i co zrobię?
– Mózgi! – krzyknęła mała.
– Tak jest! – Wstał i wyciągnął ręce przed siebie. – Idę szerzyć zarazę zombie!
Dokądkolwiek miał się udać, by szerzyć zarazę, musiał odłożyć plany, bo usłyszał swoje nazwisko wyczytane przez pielęgniarkę.
– Szorca!
– Jest! – odpowiedział, żeby rozwiać wątpliwości reszty kolejkowiczów, pełnych nadziei, że jednak Szorcy nie ma, a co za tym idzie, czas oczekiwania uległ skróceniu. Małe zwycięstwo w tej żmudnej walce z chorobą. Jednak nie dzisiaj, kochani, nie dzisiaj.
A to wszystko przez cwaniactwo. Nie słyszałby swojego nazwiska wykrzykiwanego przez bezduszną pigułę, gdyby nie zwykłe cwaniactwo. Chytry dwa razy traci – tak mawiał jego dziadek. Coś w tym musiało być. Zemściło się, chociaż mnożnik w jego przypadku był o wiele większy niż przysłowiowe „dwa razy”. Zaczęło się niewinnie od piwa otwartego w złym towarzystwie.

 
Wesprzyj nas