Książka światowej sławy ekologa morskiego, która zmieni sposób, w jaki myślimy o świecie i o przyszłości.


Natura natury. Dlaczego potrzebujemy dziczyWszystko, co jest nam niezbędne do przeżycia – każdy kęs jedzenia, każdy haust powietrza, każdą kroplę czystej wody – zawdzięczamy innym gatunkom. Dostajemy od nich tak wiele, a czym się odpłacamy? Ignorancją, zniszczeniem siedlisk i całkowitą eliminacją.

Od dawna z pełną świadomością działamy na szkodę Ziemi. Ingerujemy w świat przyrody, gdzie każdy gatunek, żyjąc i umierając, podtrzymuje istnienie pozostałych.

W tej pełnej pasji, inspirującej książce światowej sławy ekolog morski Enric Sala przedstawia liczne dowody na to, że zachowanie bioróżnorodności jest uzasadnione – nie tylko racjonalnie i moralnie, ale także ekonomicznie.

Przetrwanie ludzkości zależy od wszystkich gatunków – od mikroorganizmów po ssaki, od wodorostów po rekiny. Każda żywa istota odgrywa ważną rolę w sieci powiązań tworzących biosferę.

Sala udowadnia, że ratując przyrodę, możemy ocalić siebie samych, spowolnić procesy, które doprowadziły do globalnego przegrzania, a także zapobiec przyszłym katastrofom.

To piękny i mądry list miłosny do naszej planety.

Enric Sala to wykładowca uniwersytecki, który miał dosyć pisania nekrologów życia oceanicznego, porzucił więc świat akademicki i czynnie włączył się w ochronę przyrody. Jako odkrywca-rezydent Towarzystwa National Geographic od 2008 roku prowadzi projekt Pristine Seas (Dziewicze Morza), który obejmuje wyprawy odkrywcze, badania naukowe i popularyzację wiedzy. Jego ambicją jest przekonanie światowych przywódców do ochrony ostatnich dzikich miejsc w oceanach. Przed dołączeniem do National Geographic był również wykładowcą w Scripps Institution of Oceanography oraz autorem publikacji w czasopismach naukowych i w mediach głównego nurtu. Laureat wielu nagród, w tym Światowego Forum Ekonomicznego, Hiszpańskiego Towarzystwa Geograficznego, The Explorers Club i Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Urodzony w Katalonii, obecnie mieszka w Waszyngtonie.

Enric Sala
Natura natury. Dlaczego potrzebujemy dziczy
Przekład: Paweł Dembowski, Marcin Wróbel, Piotr Grzegorzewski
Wydawnictwo Burda Książki
Premiera: 14 października 2020
 
 

Natura natury. Dlaczego potrzebujemy dziczy


WPROWADZENIE
W swojej fascynującej książce zatytułowanej Natura natury. Dlaczego potrzebujemy dziczy Enric Sala zabiera nas w podróż przez środowiska morskie ziemi, tym razem nie tylko zachwalając ich walory estetyczne, ale również ukazując ich życiodajną moc. Kondycja morza w nie mniejszym stopniu od stanu lądu odpowiada za każdy kęs, jaki wkładamy do ust, i za każdy nasz oddech. Nie potrafimy stworzyć ziemi ani morza, ale potrafimy je zniszczyć.
Na szczęście umiemy docenić przyrodę, mimo że dzięki nauce dopiero zaczynamy ją rozumieć. Czym właściwie jest Matka Natura, że nadajemy jej niemal boski status? Większą część swojego życia jako ekolog poświęciłem badaniu przyrody, mimo to wciąż nie potrafię jej zdefiniować słowami, a większość cudzych definicji podważam. Natura wzbudza w nas pewne uczucia, podobnie jak określony fizyczny obraz, dlatego pozwolę sobie na definicję, która więcej ma wspólnego z poezją niż z nauką.
Natura, czasami zwana Matką Naturą, to metaforyczna bogini wszystkich zjawisk we wszechświecie, które znajdują się poza ludzką kontrolą, od słodyczy jej zachodów słońca po furię jej burz i piorunów, od blasku świetności ekosystemów do czarnej otchłani kosmosu.
Oryginalność podejścia Enrica Sali do biologii morza (poza pięknem jego fotografii) polega na klarownej naukowej wizji ekologii morza, porównywalnej do tej, jaką wypracowano dla ekologii lądowej. Jest to szczególnie uderzające w opisach pochodzenia i ewolucji z jednej strony środowisk lądowych, takich jak lasy i obszary trawiaste, a z drugiej raf koralowych i innych środowisk morskich. Ekosystemy, z ich bajecznymi i przypominającymi origami sieciami powiązań, należą do najbardziej złożonych naturalnych struktur na ziemi. Zrozumienie ich pochodzenia i rządzących nimi praw należy do najważniejszych wyzwań nauki w obecnym stuleciu. Natura natury może nam w tym pomóc.
Edward O. Wilson

ROZDZIAŁ 1
ODTWARZANIE NATURY

Dwudziestego szóstego września 1991 w miejscowości Oracle w Arizonie cztery kobiety i czterech mężczyzn zostało zamkniętych w budynku wielkości dwóch boisk piłkarskich. Projekt ten nosił nazwę Biosfera 2 i miał sprawdzić, czy jesteśmy w stanie stworzyć samowystarczalną ludzką kolonię. Prawdziwa biosfera – ta z numerem 1 – jest samowystarczalną siecią organizmów, które tworzą żywy naskórek naszej planety i umożliwiają naszą egzystencję. Sukces drugiej biosfery byłby kolejnym krokiem w stronę kolonizacji innych planet.
Plan zakładał zbudowanie uproszczonego modelu ziemskiej biosfery zdolnego zapewnić przetrwanie 8 osobom. Wewnątrz futurystycznej konstrukcji ze szkła i stali nierdzewnej odtworzono las deszczowy, pustynię mgielną, kolczaste zarośla, sawannę, bagno, las namorzynowy oraz rafę koralową; wydzielono także strefę rolną, gdzie mieszkańcy mogli uprawiać rośliny jadalne. Poszczególne siedliska zaprojektowano w zgodzie z najnowszą wiedzą z zakresu ekologii i całkowicie odizolowano od świata zewnętrznego. Wszystko jednak dość szybko zaczęło się sypać.
Po 16 miesiącach zawartość tlenu w atmosferze Biosfery 2 spadła z prawidłowych 21% do 14%, co sprawiło, że niektórzy „biosferonauci” zaczęli odczuwać objawy choroby wysokościowej. Gleby wykorzystane w projekcie były bogate w materię organiczną, co miało zapewnić długotrwałe dostarczanie pierwiastków biogennych niezbędnych do wzrostu roślin. Obecne w glebie mikroorganizmy, przetwarzając materię organiczną, pobierały jednak tlen z powietrza i uwalniały dwutlenek węgla. Niestety uprawiane w obiekcie rośliny były zbyt małe, by wyprodukować taką ilość tlenu, która zrekompensowałaby nadprogramowe CO2. Co gorsza, nadmiarowy dwutlenek węgla wchodził w reakcję z betonem wykorzystanym do budowy obiektu, tworząc węglan wapnia i pozbawiając tym samym organizmy wewnątrz obiektu dostępu do zawartego w nim tlenu i węgla. Aby utrzymać mieszkańców i rośliny przy życiu, trzeba było wpompować do systemu dodatkowy tlen.
Do największych problemów w zamkniętym obiekcie należało rosnące stężenie dwutlenku węgla – sytuacja prorocza, biorąc pod uwagę, że dziś jest to jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla naszej planety. Ale w Biosferze 2 problemem była nie tylko atmosfera, zawiodły również organizmy żywe. Gatunki wymierały szybciej, niż przewidywano, i zaledwie kilka zwierząt dotrwało do końca eksperymentu. Do zapylania roślin postanowiono wykorzystać pszczoły, ćmy, motyle i kolibry, z kręgowców wybrano zaś między innymi węże, jaszczurki, żółwie oraz nietoperze. Niestety pszczoły i kolibry zginęły, co oznaczało, że rośliny straciły możliwość rozmnażania się. Tymczasem jak szalone mnożyły się mrówki i karaluchy, a powojowate rosły w takim tempie, że zagłuszyły całą roślinność.
Plewienie upraw zajmowało mieszkańcom ponad połowę czasu, a z 25 gatunków małych kręgowców do końca eksperymentu dotrwało zaledwie 6.
Pierwsza misja Biosfery 2 skończyła się po 2 latach. Druga, rozpoczęta w 1994 roku, potrwała zaledwie 6 miesięcy, głównie ze względu na konflikty interpersonalne: część mieszkańców domagała się otwarcia śluz, a burzliwa debata między głównym sponsorem a kierownictwem projektu zakończyła się usunięciem tych ostatnich przez władze federalne z kompleksu doświadczalnego oraz oficjalnym zakazem zbliżania się do niego.
Co dał nam ten eksperyment? Część biosferonautów uznaje go za sukces, nauczył ich bowiem samowystarczalności i rozwiązywania niespodziewanych problemów. Jest w tym odrobina racji. W dłuższym czasie odizolowany habitat mógł stać się samodzielnym działającym ekosystemem, choć pewnie różnym od tego, co wyobrażali sobie jego twórcy. W końcu przez 2 lata pierwszej misji projekt nie obrócił się w ruinę.
Co ważniejsze – tak właśnie wygląda postęp naukowy. Eksperymentujemy, ponosimy porażki, wyciągamy z nich wnioski i, korzystając z nowo zdobytej wiedzy, próbujemy innych rozwiązań. I zwykle to porażka jest lepszą szkołą niż sukces. Biosfera 2 była śmiałym, innowacyjnym eksperymentem, który dobitnie nam uświadomił, jak trudno jest zaprojektować i utrzymać względnie prosty ekosystem z umożliwiającą przeżycie atmosferą. Nie udało się odtworzyć warunków do życia, jakie panują na ziemi, a eksperyment okazał się pokazem ludzkiej ignorancji w kwestii tego, jak działa nasza planeta.
Podsumowując: udało się dowieść, że ziemia jest cudem, niezależnie od tego, czy wierzy się, że nasza planeta została stworzona przez wszechmocne bóstwo, czy że powstała z gwiezdnego pyłu, który okrążał nowo narodzoną gwiazdę, albo że jest efektem komputerowej symulacji (istnieje grupa fizyków teoretycznych skłaniających się ku takiej koncepcji). Ten „kosmiczny pojazd” pędzi z prędkością 107 800 kilometrów na godzinę wokół gwiazdy rozpędzonej do 69 200 kilometrów na godzinę. Śmiga po rubieżach naszej galaktyki, która mieści około 400 miliardów planet orbitujących wokół co najmniej 100 miliardów słońc. Tym, co sprawia, że ziemia jest w tym towarzystwie wyjątkowa, jest życie. Ten zdumiewający, niezwykle złożony proces jest największym cudem, jaki zna ludzkość.
Gdybyśmy jednak mieli skatalogować wszystko, co wiemy o ziemskich organizmach żywych, 99% kart tego katalogu byłoby pustych. Do dziś naukowcom udało się opisać niecałe 2 miliony organizmów wielokomórkowych – roślin i zwierząt. Całkiem dobrze znamy się na ptakach. Sporo wiemy o ssakach, rybach, koralowcach oraz roślinach okrytonasiennych, jednak co roku do katalogu dołącza jakieś 6 tysięcy nowych gatunków. Szacuje się, że pełna lista powinna liczyć około 9 milionów gatunków, przy czym nie ma na niej organizmów jednokomórkowych, takich jak bakterie i archeony, które żyją zarówno w naszych wnętrznościach, jak i wysoko w chmurach oraz do 3 kilometrów w głąb ziemi. Razem z nimi wykaz ten objąłby bilion pozycji, a my poznaliśmy zaledwie jego ułamek.
Mamy za to całkowitą pewność, że wszystko, co jest nam niezbędne do przeżycia – każdy kęs jedzenia, każdy haust powietrza, każdą kroplę czystej wody – zawdzięczamy innym gatunkom. Dostajemy od nich tak wiele, a czym się odpłacamy? Ignorancją, zniszczeniem i całkowitą eliminacją.
Unicestwiając w zastraszającym tempie kolejne gatunki, czynimy to tysiąc razy szybciej niż naturalne procesy wymierania gatunków. W 2019 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych ostrzegała, że w ciągu najbliższych dekad działalność człowieka doprowadzi do zagłady miliona gatunków roślin i zwierząt (jednego na dziewięć istniejących!). Wypełniamy tę tworzoną przez nas samych pustkę, zastępując zróżnicowane organizmy tym, co jest nam niezbędne do przetrwania. Dziś 96% masy ssaków lądowych stanowią ludzie i zwierzęta hodowlane. Cała reszta – od słoni przez bizony po pandy – to zaledwie 4%. Od 1970 roku straciliśmy 60% dzikich zwierząt, a cały XX wiek pochłonął 90% dużych ryb oceanicznych (rekinów, tuńczyków i dorszy); 70% ptaków to udomowiony drób – głównie kurczaki – a zaledwie 30% stanowią ptaki dzikie.
Zastępowanie tysięcy dzikich gatunków kilkoma gatunkami hodowlanymi to jeszcze nie wszystko – przekształcamy naszą planetę w stopniu porównywalnym tylko z ruchami tektonicznymi. Obecnie ponad połowa nadających się do zamieszkania terenów zajęta jest przez uprawę i hodowlę – zniknęły lasy i łąki wzbogacające glebę, a prawie 80% terenów uprawnych służy hodowli i wykarmieniu zwierząt.
Jeśli sytuacja się nie zmieni, jedynymi dużymi zwierzętami na całej planecie będziemy my, nasze udomowione jedzenie oraz nasi pupile, a zamiast oszałamiających lasów tropikalnych i borealnych zostaną olbrzymie monokultury roślin uprawnych istniejące już dziś na Środkowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych. Czy tak ma wyglądać przyszłość? Czy zdołamy przeżyć na planecie pozbawionej dzikiej przyrody? Czy będziemy w stanie stworzyć samowystarczalne ludzkie kolonie na innych planetach, gdyby sprawdziły się najgorsze scenariusze dotyczące ziemi?
Od eksperymentu Biosfera 2 upłynęło ćwierć wieku. W tym czasie nauka i technologia poczyniły fenomenalne postępy. Już w listopadzie 2000 mieliśmy pierwszych ziemskich „kolonistów”, którzy mieszkali przez dłuższy czas w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ang. International Space Station – ISS). Jest to prawdziwy majstersztyk inżynierii orbitujący wokół Ziemi na wysokości 409 kilometrów i działający dzięki niezwykle złożonej współpracy centrów dowodzenia w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Francji, Niemczech, Rosji i Japonii, które starają się utrzymać przy życiu od dwojga do ośmiorga astronautów zamieszkujących stację. Oprócz 100 miliardów dolarów, które pochłonęła budowa tego obiektu, NASA rokrocznie wydaje 3 kolejne miliardy na pokrycie kosztów funkcjonowania ISS. Dzięki temu kilka osób orbitujących wokół naszej planety może liczyć na stałe dostawy tlenu, wody i jedzenia oraz ochronę przed próżnią i promieniowaniem kosmicznym. Kosmos jest dla życia bezlitosny. Jeśli nauczyliśmy się czegoś z Biosfery 2 i codziennej pracy osób utrzymujących przy życiu mieszkańców ISS, to tego, że powinniśmy czcić naszą naturalną biosferę, która utrzymuje nas przy życiu.
Mieszkając na ziemi, nie musimy się przejmować promieniowaniem kosmicznym (i nie znam nikogo, kto by się nim martwił) ani brakiem tlenu do oddychania (poza tym nikt nie każe nam za niego płacić). Długo wielu z nas nie musiało płacić też za wodę; spadała z nieba lub tryskała z naturalnych źródeł. Niewiele kosztuje nas także pożywienie – promienie słoneczne i pszczoły zapylające nasze uprawy nie pobierają żadnych opłat – a do niedawna mogliśmy ignorować również koszty powstałe w wyniku przemysłowej produkcji żywności.
Skoro tak trudno jest utrzymać stabilność nawet niewielkiego ekosystemu podtrzymującego życie kilku ludzi, to jak powstał system, w którym współżyje 9 milionów gatunków roślin i zwierząt oraz bilion gatunków mikroorganizmów, umożliwiając nasze przetrwanie? Jak doszło do tego, że pierwotna biosfera utrzymywała wszystko w równowadze? W jaki sposób nasze własne przetrwanie uzależnione jest od całej reszty żywych organizmów?
Niniejsza książka postara się odpowiedzieć na te pytania.

OSTATNIE TRZY DEKADY POŚWIĘCIŁEM badaniu naturalnych ekosystemów, przede wszystkim oceanicznych. Powyższe pytania krążyły mi po głowie od 1986 roku, kiedy to zacząłem studiować biologię, i sporą część mojego życia pochłonęły próby nadania sensu temu zdumiewającemu cudowi, jakim jest życie na ziemi.
Jeszcze podczas studiów zainteresowałem się biologią morską, badając glony, które żyły na skalistych wybrzeżach Costa Brava w Hiszpanii. Najpierw musiałem je zidentyfikować – odróżnić jeden gatunek od drugiego, tak jak każdy botanik potrafi odróżnić dąb od sosny. Na katalońskim wybrzeżu występuje ponad 500 gatunków glonów, więc nie było to najłatwiejsze zadanie. Zanim upowszechnił się internet, jedynym źródłem wiedzy umożliwiającej ich oznaczenie były specjalistyczne monografie w czasopismach naukowych dostępnych wyłącznie w bibliotekach uniwersyteckich lub – częściej – u profesorów zajmujących się ich badaniem. Miałem to szczęście, że jeden z nich, Lluís Polo, uczył mnie botaniki na II roku biologii na uniwersytecie w mojej rodzinnej Gironie.
W letnie wieczory pracowałem w należącej do mojego wuja restauracji tuż przy plaży. Po wyjściu ostatniego klienta (czyli, jak to nad Morzem Śródziemnym, zazwyczaj po północy) musiałem podliczyć wszystkie rachunki oraz napełnić lodówki. Gdy reszta załogi wracała do domów albo szła imprezować w miejscowych klubach, ja nosiłem skrzynki z napojami, piwem i wodą z zaplecza do baru przy wejściu do restauracji. Zwykle zamykałem lokal około pierwszej w nocy i wyczerpany kładłem się do łóżka. Często nie mogłem jednak zasnąć, podniecony tym, co czekało mnie rano. Wiedziałem, że muszę być nad wodą jak najwcześniej, nim pobliskie zatoczki zostaną skolonizowane przez turystów.
Tuż po ósmej rano mijałem pozamykane o tej porze restauracje i sklepy z akcesoriami plażowymi oraz dopiero co otwarte kioski. W siatce niosłem maskę, rurkę do oddychania, płetwy, tępy kuchenny nożyk, stare rajstopy oraz ręcznik. Schodziłem po wykutych w skale schodkach, po czym lawirowałem między pomarańczoworóżowymi klifami porośniętymi pochyłymi sosnami, które zdawały się kłaniać morzu. U stóp schodów tworzyły się niewielkie piaszczyste zatoczki okolone skalistymi cyplami. Delikatne poranne fale obmywały piasek z taką regularnością, że gdybym tylko przysiadł, zasnąłbym po minucie ukołysany ich szumem. Ja jednak zanurzałem się w szmaragdową toń i z nożem oraz rajstopami w dłoniach ruszałem na poszukiwanie glonów, starając się znaleźć ich jak najwięcej, najlepiej takich, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Był to mój mały prywatny raj.
Dwa razy w tygodniu jechałem porannym autobusem do oddalonej o prawie 40 kilometrów Girony, żeby odwiedzić laboratorium profesora Polo. To on jako pierwszy pokazał mi fascynujący świat glonów. Najpierw nauczyłem się wyróżniać trzy podstawowe grupy dużych glonów: brunatnice, krasnorosty i zielenice. Tyle że część tych, które były brunatne, należała do krasnorostów. Drapiąc się z zaskoczeniem po głowie, zacząłem sobie uświadamiać, że natura może nie być tak oczywista, jak nam się wydaje. Ich różnorodność była zdumiewająca: brunatnice wyglądające jak miniaturowe świąteczne choinki, zielenice – niektóre wyglądające jak liście sałaty o grubości dwóch komórek, i krasnorosty cieńsze od ludzkiego włosa, które pod mikroskopem prezentowały perfekcyjnie symetryczną strukturę rozgałęziających się pasm czerwonych i przezroczystych komórek. Pod względem glonów Morze Śródziemne jest równie zróżnicowane jak rafa koralowa. Kolejny z miejscowych ekspertów, który z czasem został moim mentorem i najbliższym przyjacielem, Enric (Kike) Ballesteros pobrał kiedyś próbkę z głębokości 40 metrów i na powierzchni dna wielkości bufetowej tacy zidentyfikował 149 różnych gatunków glonów.
Bardzo szybko uświadomiłem sobie, że glony nie występują wszędzie. Każdy rodzaj ma swoje ulubione zakątki. Niektóre rosną na innych glonach, tworząc czasem wielowarstwowe kompozycje, przy czym ten na samym spodzie może być przytwierdzony do skały, pąkla lub małża. Występuje jednak pewna regularność: różne gatunki – i tworzone przez nie charakterystyczne „społeczności” – występują na różnych głębokościach, gdzie podlegają odmiennym wpływom fal oraz mają zróżnicowany dostęp do światła słonecznego (na przykład wierzch podwodnego głazu versus krawędź skalistej przewieszki). Polo i Ballesteros nauczyli mnie, że różne grupy glonów tworzą na przewidywalnych głębokościach charakterystyczne pasy. Niektóre – jak wspomniane „choinki” – pojawiały się jedynie na styku skał i morza, w strefach przybojów, bo tylko tam mogą znaleźć schronienie przed żarłoczną salpą, morską rybą okoniokształtną o charakterystycznym wydłużonym ciele ze złotymi pasami (przy okazji: jedzenie jej mięsa może wywołać halucynacje). Inne glony porastają obficie górną powierzchnię podwodnych głazów. Nie potrzebują do obrony gwałtownych fal ani skał, ponieważ wytwarzają substancje chemiczne, dzięki którym są niesmaczne dla ryb.
Gdy przeglądałem glony w laboratorium, odkryłem między ich miniaturowymi gałązkami tysiące drobniutkich istot – krabów, krewetkopodobnych obunogów, stonóg, robaków, ślimaków oraz przeróżnych innych stworzeń. Niektóre z nich żywiły się glonami, inne sobą nawzajem, a glony wszystkim zapewniały ochronę przed rybami. Im więcej się dowiadywałem, tym szerszy wydawał mi się ten nowy świat. Zawsze miałem chłonny umysł i biologia morska stała się moją pasją i życiem.

MINĘŁO DZIESIĘĆ LAT. Po obronie doktoratu przeniosłem się do prestiżowego Instytutu Oceanografii Scrippsów w La Jolla w Kalifornii. Jako wykładowca akademicki miałem uczyć przyszłe pokolenia specjalistów w zakresie ekologii i ochrony mórz, prowadzić badania i publikować w specjalistycznych czasopismach. Ale miejsca będące przedmiotem moich badań, miejsca, które tak mocno ukochałem, padły kolejną ofiarą bezlitosnej ludzkości. Koralowce i trawy morskie wymierają na całym świecie, a ryby odławiamy szybciej, niż są w stanie się rozmnażać. Baśniowe podwodne ogrody, w których roiło się od dużych zwierząt, zmieniły się w ponure martwe rafy.
Pewnego dnia uświadomiłem sobie, że moja praca jest w istocie pisaniem nekrologu życia oceanicznego. Właściwie ja i moi liczni koledzy po fachu wciąż piszemy ten nekrolog, doprecyzowując coraz drobniejsze szczegóły. Czułem się z tym jak lekarz, który drobiazgowo wyjaśnia wam, na co umrzecie, i mówi, że nie ma na to żadnego lekarstwa.
To dlatego porzuciłem życie akademickie i postawiłem sobie za cel odwrócenie procesów prowadzących do zniszczenia życia w oceanach. Przez ostatnie 12 lat pracowałem jako badacz dla National Geographic, pomagając w ramach projektu Dziewicze Morza (Pristine Seas) chronić ostatnie dzikie zakątki oceanu. Odwiedziny w tych miejscach pozwoliły mi i mojemu zespołowi zobaczyć nietknięte, w pełni funkcjonalne podmorskie ekosystemy. Nurkowałem i prowadziłem badania w wodach od regionów polarnych przez umiarkowane po akweny tropikalne. Widziałem miejsca całkowicie zniszczone i zupełnie nietknięte oraz wiele pośrednich. Obserwowałem cudowne odradzanie się przełowionych miejsc, gdy tylko zaprzestano tam połowów. Widziałem, jak natura kwitnie i jak gaśnie. Byłem świadkiem rzeczy dostępnych nielicznym i rozumiem zarówno na poziomie racjonalnym, jak i duchowym, dlaczego potrzebujemy tych wszystkich gatunków wokół.
A zaczęło się od umiejętności odróżnienia jednego gatunku od drugiego i poznania tych nowych przyjaciół. Potem obserwowałem, kto żyje z kim, jak i gdzie. Kto kogo zjada. Ostatnio zaś skupiłem się na ogromnym wpływie ludzkości na świat naturalny.
Książka Natura natury pokazuje, jak działa ów naturalny świat, opisuje konsekwencje działalności człowieka i oferuje praktyczne rozwiązania, skupiając się na ich społecznych i gospodarczych korzyściach. Kolejnych dziesięć rozdziałów to przyspieszony kurs ekologii – możesz go nazwać „ekologią dla zabieganych”. Wyjaśniam w nim, jaka jest rola poszczególnych gatunków, jak ze sobą współżyją, a także jak funkcjonuje świat natury w porównaniu ze środowiskiem stworzonym przez człowieka. Sugeruję też, jak wydajniej pokierować naszym społeczeństwem i gospodarką. Przed tobą mieszanka doświadczeń z pierwszej ręki i opowieści o herosach nauki, z których kilku miałem zaszczyt poznać.
W rozdziale 12 omawiam moralne powody ochrony ziemskiego życia, ponieważ nie można patrzeć na świat jedynie z perspektywy jego użyteczności. Mówiąc w skrócie: pytam, czy inne gatunki mają prawo do życia i dlaczego. W rozdziale 13 tłumaczę, dlaczego z ekonomicznego punktu widzenia sensowniej jest chronić świat natury, niż ciągle go eksploatować.
Rozdział 14 podsumowuje wszystkie lekcje zawarte w tej książce i przynosi praktyczne podpowiedzi, jak lepiej strzec naszej biosfery oraz całej ludzkiej społeczności. To miał być ostatni rozdział. Tuż po zredagowaniu całości i skierowaniu książki do druku wybuchła jednak pandemia COVID-19. Wraz z wydawcami postanowiliśmy opóźnić publikację i dołączyć do niej rozdział na temat nowego koronawirusa. Okazał się bowiem najpotężniejszym sygnałem alarmowym pokazującym, jakie zagrożenia dla ludzkiego zdrowia przyniosło nasze oderwanie od natury.
Odwołując się do rozumu i serca, a także do portfela, mam nadzieję pokazać, z czego wynika mój szacunek wobec wszystkich form życia na ziemi, wlać w wasze dusze trochę więcej pokory i pomóc w zrozumieniu, dlaczego potrzebujemy dziczy.

 
Wesprzyj nas