„Tkanki miękkie” to nieoczywista opowieść o zwierzęcym przywiązaniu między ojcem a synem.


Tkanki miękkiePowieść autorki głośnej i znakomicie przyjętej „Krótkiej wymiany ognia”.

Leczenie jak kochanie, to nie są sterylne czynności. Upadek Don Juana i bezkompromisowa rozprawa z mitem uwodziciela.

„Tkanki miękkie” to nieoczywista opowieść o zwierzęcym przywiązaniu między ojcem a synem. A także o tym momencie życia, gdy ze wszystkich ważnych uczuć pozostaje obowiązek miłości wobec rodzica.

 
Zyta Rudzka
Tkanki miękkie
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 14 października 2020
 
 

Tkanki miękkie


To chyba z tydzień, jak moja żona chciała się zabić, umieranie jak umieranie – ogłady w tym żadnej.
Dobyłem zza książek grube faje, schowane, by okopcić czarną godzinę. Kilka machów na stojaka. Mało nie umarłem. Bluzgałem ohydą słowa i obiadu. A całkiem niedawno dymiłem i dymałem pół nocki. Ta zima mnie zabierze.
Wyprowadziłem się na spacerek. Krokiem liczonym, by myśli rozchodzić. Mróz dorzucał do pieca. Wróciłem zziębnięty.
Kolacja solo.
Trochę lektury przed snem: Stany napadowe ilustrowane. Literatura branżowa nie zawodzi.
Po robocie pojechałem do hotelu Bristol popatrzeć na kobiety pochodzenia zagranicznego. Wodzić nie było za czym.
Za ciężkie pieniądze wyżłopałem francuską wodę, spłukałem się tą francą.
Wypić też już nie lubię, etanol, jak anestetyk, tylko usypia. Swego czasu przespałem dwa lata, z przerwami na pracę oraz kilka męskich wizyt. Szczęściem nie wywiązało się nic poważnego. Ze skutków ubocznych: kac samotności, taka ekstaza.
Okazano mi menu. Zakąsek nigdy tu nie biorę, z wypiekami zachowuję daleko posuniętą ostrożność. Kolejna fałszywa szarlota, co nie odsuwa myśli o ciastach mamy, które piekły pomoce domowe. A choćbym i dziś miał na słodkie ochotę – nie wypada, nie, nie w tym gorzkim miesiącu. Chociaż już lata temu zapowiadałem się na dziada, co wszędzie czuje niesmak.
Uporządkowałem włosy, tkwiłem bez żadnej myśli. Zastygłem po próżnicy. Tego typu wytchnienie przysługuje mi z racji obciążeń zawodowych. Wczoraj, co jest tego przykładem, jakiś dzieciak – na środku miasta – zaczął na mój widok krzyczeć. To się wydarza, to się zawsze wydarzało, to się będzie wydarzać. Jednakże kiedy byłem dzieckiem, bachory pokazywały tylko język i w nogi. A i tego się szybko oduczyłem.
Schowaj jęzor, bo ci utnę – powiedziała babcia – i zagroziła kozikiem. Wystarczyło.
Teraz nie uciekają, stoją i drą mordę ile wlezie. Nauczyłem się z tym żyć, kwestia wyregulowania wewnętrznej głośności.
Ten hotel jest najlepszą stacją węzłową w kraju. Dla tych, co dysponują środkami, żeby nie siedzieć na Głównym. Oto miejsce pełnego spoczynku.
Chciałbym, żeby pewnego uroczego popołudnia całkiem ustały mi tu czynności życiowe.
W enklawie tego kalibru, wbrew temu, co chcą wmówić reklamy, dzieci się już prawie nie widuje. Wielka zaleta. Naprawdę ujmujące, nie zdarzają się często.
Ponadto w mojej branży występuje kompleks Heroda, zduszona fantazja, by wyrżnąć w pień wszystkie niewiniątka w okolicy. Po alkoholu owa predylekcja wzbiera z każdym kielichem.
W hotelu użyźniam się. Tu mi najlepiej, nikt się nie domaga, nie pcha, nie nagabuje.
Umiem tak siedzieć, jakbym na kogoś niecierpliwie czekał. Postawa pastucha elektrycznego na klekotów, co im tęskno do czczych konwersacji.
Podszedł kelner. Ciągle ten sam, młody, a już siarczyście ponury. Adonisa z pucharem nie oczekuję, jednak ordynans w zacnych lokalach winien być rekrutowany nieco po urodzie. Przybyłem dla pełnego rozluźnienia, a nachyla się nade mną przegroda nosowa wygięta na kwintę, od czego i zimnym zdrojem zgrzać się można na smutno.
Życzy pan sobie precla? Prezent od szefa kuchni dla stałego klienta.
Wydmuchał. Nozdrza jak miechy.
O, na pewno, przytaknąłem w nieprzychylnym grymasie ust.
Niestety ludzie tego pokroju nie rozumieją ironii, precel został przyniesiony. Sumienie mam bardziej osmolone niż ten wypiek.
Dziad ze strony matki miał stolik z tabliczką w Bristolu, ja mam precla. Oto jak kończą stare poznańskie pieniądze.
A co do tej lokacji, mają tu dobre grzanie podłogowe. Rozciepliłem się w nogach, nadto podgrzałem się w ogólnym samopoczuciu, w którego szczegóły dawno nie chcę wchodzić.
Przy recepcji jakaś kobieta patrzyła na mnie. Pewnie Federacja Rosyjska: fryzura w stylu wolnej Amerykanki, cała w panterce, usta i cycki – bogactwa nienaturalne.
A co ma powiedzieć mężczyzna, który lubi klasykę pod dłonią. Dobrze, że w tym kierunku nie odczuwam już żadnej pulsacji. Mam to szczęście od organizmu, że nie muszę nawiązywać bliższych wejrzeń.
Podobno kobiety golą sobie łona, od kiedy zaczęły golić pachy, wiedziałem, że to się dobrze nie skończy.
Zamyśliłem się, przyzwoliłem kelnerowi sobą zarządzić – zjadłem precel.
I dzień minął.
Przypuszczalnie zastygłem w półśnie, w jakimś ustnym grymasie na wzór wykresu skoku gorączki. Pod wieczór świeczka mi gaśnie, urabiam się we wrzasku ludzkim.
Nie spałem cztery noce i za każdym razem budziłem się z żalem, że nie padłem ofiarą bezdechu sennego. Może dawniej również przysypiałem w dzień, bez wiedzy na ten temat, małżeństwo jest pewną odmianą narkolepsji.
Nie wiem, co ten fotel ma, czego łóżko podwójne w domu nie ma, zasypiam błyskawicznie. Nawet w porze dobranocki. Tej dziecinady jestem całkiem świadomy.
Ocknąłem się rozdziawiony w implantach, nadto w nieostrożnym rozwarciu kończyn dolnych. Nadmiarowo roztroczyłem się w udach, do szczętu rozcapierzyłem w rzeczy samej, i by się przywołać, spiąłem kolana.
Kilka razy spojrzałem na mój Восток.
Godzina, jak wszystko, okazała się przewidywalna.
Mebel miał krótkie nóżki. Leżakując, musiałem sprawiać wrażenie lekko podciętego, jakiś bywalec zaciamkał, błysnął mi zajączka oczami.
Odpowiedziałem niemrawym manewrem barku.
Uczułem się pozdrowiony bez żadnego poszanowania, a takie tytułem położenia przysługuje człowiekowi, który odrzucił ładne miejscówki, by utkwić w kącie – ostrym i brzydkim.
Do łatwej uprzejmości nie przychylam się. Pokłonów na prawo i lewo nie rozdaję. Z nikim się nie chcę rozmówić. W obrębie życia prywatnego również pozostaję dość milkliwy.
Wydarła się komórka. Okiem rzuciłem, co się dobija. Nie odebrałem.
Wiem, po kim jestem całkiem do niczego. Są ludzie, którzy dzwonią, by nudny dzień wyterkotać, jakby to był film płaszcza i szpady.
To nie był ten przypadek, ale też się kwalifikuje do odrzucenia.
Siostry. Siostry do mnie dzwonią, jakbym był ich braciszkiem mniejszym – i mogą sobie moim czasem rozporządzać. Przetrzymałem telefon w dłoni, zaraz przyjdzie wiadomość w formie spisanej. Siostry, znam je.
I jest. Nie czytając – odgoniłem, wygasiłem telefon. Dobijają się tylko w jednej sprawie.
Pewnie ojciec znowu umarł.
W tym roku śmierci nie zabraknie. W jednym rzucie zostanę wdowcem i sierotą. Jestem na ostatniej prostej do Hioba.
Pogrzebałem w torbie, wyciągnąłem proch na chybił trafił i na język.
Mam wprawę, by tego nie memłać, rozpada się na kapiszony, strzela w gębie. Niestety nie na wiwat, ale czego się spodziewać od witamin dla małoletnich.
Za chwilę będę starszym człowiekiem, wiary w suplementację nie przejawiam – zażywam bez wskazań i popitki. Przełknąłem szybko, na sucho.
Nic mi nie jest, uczułem tylko grdykę.
Nie uskarżam się na żaden organ, z wyjątkiem jednego, zwykła niedoczynność metrykalna. Miałbym problemy, gdyby w miednicy wyskakiwała nadczynność oddolnych ruchów.
Mam zdrowie konia, a serce woła. Trudno, bym to leczył. Takim jak ja – żaden lekarz niczego nie zabroni.
Ponadto w mojej sytuacji zbydlęcenie stanowi rodzaj postępowania naprawczego. Ja się trochę znam na różnych kuracjach.
Wygląda, że trzeba mi się zbierać.
Finito!, zarządziłem sobą.
Wstałem całkiem raźno. Włoskie finito ma w sobie więcej życia niż polskie: Do dzieła.
Uregulowałem rachunek odłożoną gotówką. Karty nie poważam. Nie chcę, by mnie ktoś tu namierzał. Nie stać mnie na to miejsce. Dlatego tu żłopię.
Udałem się do toalety. Wystrój pomieszczenia – więcej tu luster niż pisuarów – sprzyja powrotnym galopom do baru, by urżnąć cię całkiem i na cztery łapy.
Znam te lustra i znam te pisuary. W każdym lustrze mi się odbijało, w każdym pisuarze się odlewałem.
Kinkiety w kryształkach, kameralne oświetlenie, a i tak bez trudu zobaczyłem, że lata świetlności dawno mam za sobą. Mimo tego unieruchomiłem się, przyświecał mi cel, by przeszmuglować coś ze wspomnień, zobaczyć się w dawnej krasie.
Zwątliłem się. Nic z dawnych lat nie dałem rady unieść. Nie chodzi o metrykę, ale o ciężar. Żadną miarą nie myślę o ciężarze gatunkowym – bałamutnych wspomnień nie poważam.
Moja pamięć jest ciężka, oczerniona, dumna i upadła jak kampania węglowa, która zresztą też upadła.
Okazałem sobie język. Precel dawał o sobie znać, w sposób grubiański. Nie będę tego menu w przyszłych wizytach utrwalał.
Obejrzawszy jamę, wykrztusiłem trochę z siebie, by spuścić nieco z gorzkiego tonu.
Oddałem mocz. Honorowo, w pozycji wyprostowanej, jak do hymnu. Wolną ręką wzmocniłem się – podbudowany ścianą, ciurkałem wieki całe, sztywny w stawach kolanowych, pozostając złamasem w innym rejonie. Fiucina w lustrzanych kafelkach, interes przypominał lewe interesy. W ręku został mi jeno lejek, dzióbek konewki albo inny przedmiot nieużytku domowego. Fiucina finito.
Po odstąpieniu od pisuaru – nadal gorzej.
Umyłem dłonie. Mój ojciec, lekarz medycyny jak najbardziej ogólnej, praktykował pogląd, że doktor powinien szorować łapy w gabinecie tak często, jak umywa ręce po kobiecie. Dla niepoznaki – mydlił się bez końca, na co dzień i od święta. Nigdy nie odżałował, że nie zapadł na zanik linii papilarnych, odnajdywałem jego wzrok na kobiecych tyłkach – wydymał wargi, grymas fałszywej wzgardy ułagadzał rozgoryczenie.
Wysuszyłem się w dmuchawie, trzymając kończyny jak somnambulik. Szum potwierdzał rozpoznanie – zostało mi jedno pragnienie: zatrzasnąć się w kabinie desensorycznej.
Świat mnie przegonił i z tej porażki jestem najbardziej dumny. Wolę być słabiej do szamba podłączony.
Zatem pokuta i pisuar, coraz dłużej przy tym mi schodzi, oto nowa życia osnowa.
Na wyjście obejrzałem się w lustrze. Gdybym wiedział, co zobaczę – podałbym sobie narkozę.
Tego widoku nie mogę pamięci odjąć. Gorzej niż w Czarnobylu. Czuję się zakopcony. Myślą, uczynkiem i zaniedbaniem. Określenie „śmiertelnie zmęczony” przestało być metaforą.
Starość wcześniej czy później wybuchnie, jestem uzbrojony po zęby – wstawiłem implanty. Słono zapłaciłem, wpakowałem w gębę włoski samochód. Moje życie nigdy nie było dość uroczyste, intencjonalnie. Lubię skromność – z wyjątkiem obszaru jamy ustnej.
Pilnuję, by się za bardzo nie uśmiechać, garnitur zębów dominuje i wyglądam jak happy plastik.
Poprawiłem fryzurę.
Ostatnimi laty znacznie się odwłosiłem. Z magii koafiury pozostał mi kabotyński gest poprawiania wyimaginowanej grzywki z przodu do tyłu.
Z trudem przystaję na przeznaczenie, że już nigdy w życiu – choćby trąba powietrzna mnie zassała – wiatru we włosach nie poczuję.
O tupetach i innych doczepach męskich – słyszałem. Aplikować nie zamierzam.
Mam niemało do emerytury, trochę więcej do zgonu, ale czuję się w wieku zaprzeszłym. Dużo od życia dostałem, źle to dopiąłem. I z takim fałszywie wysiudanym bagażem, ale wyciurkany, opuściłem hotelową toaletę w nastroju, jakby to był szalet na zadupiu.
Zbliżyłem się do recepcji, wykonałem fikcyjne połączenie telefoniczne, ordynarnie besztając osobę, na którą czekałem, w domyśle syna.
Pracownicy – oraz inni słuchacze – łowili z rozwijającym się uniżeniem – ciskanym półszeptem zdradzałem, że trudnię się chirurgią kardiologiczną i przez ostatnie dwanaście godzin stałem przy stole, odwalając mokrą robotę na otwartym sercu, a opowiedziałem to tak, że serce się kraje.
Nie wiem, skąd ta potrzeba fałszywego wyznania.
Zapiąłem się wszędzie. Szanuję porządne ubrania. Braku odzieżowej kindersztuby nie można mi zarzucić. Ubieram się smacznie, wykwintnie, nie w modę, co jest przypadkiem ponadczasowej elegancji. Nawet w sytuacjach zakrawających na zbliżenie, kiedy się człowiek – chcąc nie chcąc – po całości obnaża, wolałem pozostać w górnych tekstyliach męskich.
Wadą hotelu jest mnogość zwierciadeł. W lobby lustra pozostają nad lamperią. Zawsze pamiętam, by tafli okiem nie złapać. I notorycznie to sobie uczynię, by zobaczyć rozklekotanego eleganta w rumieniu okolicznościowym na trzewioczaszce.
Wyszedłem.
Jeden krok w miasto, dech zaparło.
Zaraz mnie rozpizgnie w kawałkach po najgorszych dzielnicach, z rechotem i flakiem balonu z kinderbalu, co wplątał się w nogawicę.
Wysupłałem przystanek. Za każdym razem zajmuje mi to więcej czasu, a przecież pozostaję tu kilka razy w miesiącu.
Nadjechał tramwaj. Wsiadłem, rozejrzałem się, towarzysze podróży w Bristolu nigdy nie byli. Wysiadłem oczko wcześniej.
Wróciłem do domu nieoczywistą trasą. Udałem się w inną stronę, niż wynika z meldunku. Wstąpiłem na pewne podwórko. Przystanąłem. Zadarłem głowę.
Świeciło się, co mnie zagasiło.
Nie dojrzałem diagnostycznie obojętnego zwisu sufitowego. Wypatrzyłem blady krąg od lampki na stoliku nocnym, to ten rodzaj światełka, który każe myśleć wyłącznie o tunelu.
Zrobiłem ósemki w świeżym puchu, myśli nie zelżały. Teren krajowy jest tak ukształtowany, że niezależnie od perypetii wszystko się w tkankach napina.
Do domu szurałem rozgorączkowany oraz wyziębiony. Owe odczucia da się połączyć, problem pojawia się przy próbie rozłączenia.
Baba Kapo, takie imię jej dałem, bezdomna, siedziała na skrzynce obok rury ziejącej wrzątkiem.
Kod domofonu, skupienie sapera.
Schodami na górę. Niestety tylko w wymiarze fizycznym.
Rozebrałem się z wierzchniego. Oczyściłem buty z soli, włożyłem prawidła.
Natrysk, chciałem się sparzyć.
By pobudzić soki, kilka razy otwierałem lodówkę. Szeroka na dwa ramiona, sięgam jej do zamrażalnika – jest w rozmiarze kobiet, za którymi się oglądam. Nie robię tego. Wykręcić się łatwo, gorzej z odkręceniem. Już nie ten atlas.
Kolacja na stojąco, nie zamykam chłodni.
Po tym, co się tu wydarzyło, nie powinienem nic przełknąć. Jednakże z powodu metryki wymagania żywieniowe zastąpiły wszystkie inne.
Na deser usiadłem z pajdą. Jadłem miąższ na sposób francuski, bawiąc się palcami chlebem. Mam zręczne dłonie. Ostatnimi razy sama się prosiła – przystałem. Pozostała sucha jak pieprz, a udzielanie rozkoszy zaprawdę mam w małym palcu, tamtej nocy postanowiłem – do tej utopii ręki nie będę przykładał.

 
Wesprzyj nas