„Realny świat” Sary Pennypacker to powieść o odwadze bycia sobą wbrew schematycznym oczekiwaniom otoczenia. Jeszcze piękniejsza niż „Pax”, który przyniósł pisarce międzynarodowy sukces.


„Realny świat” jest teoretycznie powieścią dla dzieci. Teoretycznie, bo długa lista problemów i wyzwań współczesności, jaka kryje się w pozornie prostej historii o niespodziewanym przebiegu wakacji dwunastoletniego chłopca, jest możliwa do odczytania i zrozumienia przez zdecydowanie starszych czytelników. Czyni to najnowszą powieść Sary Pennypacker lekturą familijną, inspirującą do przedyskutowania wielu kwestii lub samodzielnej refleksji nad nimi.

Jej głównego bohatera – Ware’a, czytelnik poznaje, gdy chłopiec spędza przyjemne chwile na osiedlu dla seniorów, gdzie wraz z babcią ma spędzić wakacje. Jego rodzice w tym czasie planują pracować na dwie zmiany, by zdobyć pieniądze na kupno domu. Dla Ware’a perspektywa tego wyjazdu początkowo nie wyglądała atrakcyjnie, jednak swoboda i zaufanie, jakim obdarzyła go babcia, sprawiły, że poczuł się usatysfakcjonowany. Uczucie to jednak, w wyniku pewnego wypadku, z czasem zostało zastąpione w umyśle chłopca przez poczucie winy. Czy wypadek mógłby się nie zdarzyć, gdyby rodzice szczerze z nim rozmawiali? Gdyby znał wszystkie istotne fakty?- o tym Ware będzie myślał w kolejnych tygodniach, a będzie miał na to sporo czasu, bo rodzice, pomimo powrotu syna do miasta, nie zmienią zdania w sprawie wytężonej pracy. Wyślą go jednak na półkolonie w lokalnym domu kultury, by mieć poczucie, że jest bezpieczny pod opieką dorosłych. Ware jednak nie widzi się pośród wrzeszczących dzieciaków, zmuszanych do zajęć zespołowych i nawiązywania „wartościowych interakcji społecznych”.

Już w tym, początkowym punkcie fabuły, Sara Pennypacker daje czytelnikowi przyczynek do refleksji nad tym, jak wyglądają schematy współczesnego świata, w które usiłuje się wtłoczyć nawet najmłodsze dzieci. Jakie dziecko postrzegane jest jako normalne, zasługujące na uznanie i aprobatę, a jakie nie? Jakie zainteresowania są postrzegane jako „dobre” a jakie jako „złe”? Tego typu pytania mnożą się w miarę rozwoju akcji, a nasuwające się odpowiedzi przynoszą spostrzeżenia o tym, jak bardzo zmienił się świat na przestrzeni zaledwie kilkunastu lat i jak to, co niegdyś było oczekiwaną normą, już nią nie jest.

Ware jest, pod względem psychologicznym, dzieckiem sprzed epoki smartfonów i kopiowania postaw z najgłupszych telewizyjnych programów. Jest samodzielny, kreatywny, pomysłowy. Analizuje sytuację zanim podejmie działanie, lubi zdobywać wiedzę, ma hobby wymagające gromadzenia informacji, czytania książek i namysłu. Czuje się odmieńcem wśród dzieciaków bezrefleksyjnie i bez sprzeciwu wykonujących najgłupsze nawet zadania, jakie narzucają im instruktorzy zajęć, dzieci trzymających się w stadzie i reagujących stadnie na wszystko, co się dzieje – reagujących, dodajmy, wszczynaniem wrzasków i innych hałasów, jakich Ware nie cierpi, bo przeszkadzają mu w myśleniu. Tyle tylko, że rodzice Ware’a nie uważają jego zachowania za powód do dumy, jak sądziłby każdy rodzic sprzed dwudziestu lat. Ich zdaniem Ware powinien stać się taki jak wszyscy.

Ware nie mogąc znieść atmosfery panującej na półkoloniach, w trakcie zajęć wymyka się na opuszczoną posesję obok domu kultury. Stoi na niej w połowie zburzony kościół, opuszczony plac zabaw i ogród pełen sadzonek papai, którym zajmuje się zrzędliwa dziewczynka o imieniu Jolene. To miejsce, pomimo niechęci okazywanej mu przez Jolene, staje się oazą dla Ware’a, który, bez wiedzy rodziców i opiekunów, spędza w nim czas zamiast w znienawidzonym domu kultury. Razem z Jolene pracują nad tym, aby stworzyć w ruinach własny świat, z zamkiem, fosą i ogrodem pełnym warzyw. Dla Ware’a zafascynowanego średniowiecznymi zamkami, szlachetnymi rycerzami i kodeksem rycerskim to wspaniała okazja do zrealizowania swojego marzenia – budowy makiety zamku i wykazania się rycerskością, gdy rycerskie ideały spotykają się z prawdziwymi problemami.

Realty świat

Kiedy oboje patrzą na ruiny kościoła, betonowy parking i zapuszczony ogród, Jolene widzi plantację papai, która przyniesie dobry dochód po sprzedaży wyhodowanych owoców, a Ware widzi swój wymarzony zamek. Niestety nowy właściciel działki widzi coś zupełnie innego – wielkie centrum handlowe. Jolene, która widziała już wiele w życiu, jest przekonana, że ich projekt jest skazany na porażkę. Ale Ware, zawsze optymistycznie nastawiony, obmyśla plan, jak spróbować ocalić to wyjątkowe miejsce.

Długie godziny spędzone wspólnie na budowaniu ich wymyślonego świata sprzyjają nawiązywaniu przyjaźni i dla obojga nastolatków mają moc uzdrawiającą. Dla introwertycznego Ware’a to idealna ucieczka od świata, w którym czuje się źle, do takiego, gdzie może realizować swoje marzenia, bez oglądania się na zakazy i nakazy. Dla Jolene, stąpającej twardo po ziemi, to okazja do zderzenia własnych poglądów z pomysłami i idealizmem chłopca. Wydarzenia tego lata staną się dla obojga czymś, o czym już zawsze będą pamiętać.

W tej powieści nie ma telefonów komórkowych i mediów społecznościowych, to szczera, pełna wyobraźni książka, która pokazuje bogate wewnętrzne zasoby człowieka – inwencję, fantazję, pomysłowość, do których dzieci wciąż mają dostęp, a które współczesny sposób ich wychowywania wespół z modnymi obecnie masowymi rozrywkami, skutecznie w nich zabija. Przyczynia się do tego też powszechny brak ciszy, przestrzeni osobistej i możliwości odpoczynku w samotności – bez nich nie ma warunków do samorozwoju. W niekończącym się hałasie nie sposób zebrać myśli, w wiecznym ścisku i wrzawie, pośród narzucanych wzorców nie da się ukształtować swojej indywidualności. Czy naprawdę zależy nam na świecie, który taki stan rzeczy uważa za normalny? I gdzie jest w nim miejsce dla osób wrażliwych, pragnących samodzielnie analizować rzeczywistość, a nie powielać cudze spojrzenie na świat?

W tej powieści nie ma telefonów komórkowych i mediów społecznościowych, to szczera, pełna wyobraźni książka, która pokazuje bogate wewnętrzne zasoby człowieka – inwencję, fantazję, pomysłowość

Ware i Jolene znajdują takie miejsce w ruinach kościoła, lecz nie na długo, bo Sara Pennypacker ukazuje, że rozdęty do granic możliwości kapitalizm, żądza zysku, przerabiania każdego skrawka ziemi na wybetonowaną przestrzeń mającą przynosić jak największe dochody, odbierają ludziom – świadomym i nieświadomym potrzeby przestrzeni, gdzie można po prostu „być”, a nie tylko „mieć”, ostatnie oazy spokoju. Jeszcze jeden market, apartamentowiec, parking. Po co drzewa? Po co miejsce dla dzikich zwierząt? Po co park? Skoro można zarabiać jeszcze więcej, więcej i więcej. Powieściowa fikcja jest w tym punkcie całkowicie zbieżna z rzeczywistością i ten realizm przynosi przeszywający smutek. To nie tylko świat powieści, którą przeczytamy i odłożymy na półkę – to nasz świat, w takim żyjemy.

„Realny świat” jest książką mogącą dorastać wraz z czytelnikiem. Jedną z tych, w których zależnie od własnego wieku i doświadczenia, można dostrzec zupełnie inne znaczenia i przesłanie. To zaś czyni ją lekturą ponadczasową i może zapewnić jej stałe miejsce na liście książek, po które z przekonaniem sięgają kolejne pokolenia. Czy tak się rzeczywiście stanie, czas pokaże. Agnieszka Kantaruk

Sara Pennypacker, Realny świat, Przekład: Teresa Tyszowiecka-Tarkowska, Wydawnictwo IUVI, Premiera: 28 października 2020
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

konkurs

Sara Pennypacker
Realny świat
Przekład: Teresa Tyszowiecka-Tarkowska
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 28 października 2020
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

1

Ware pogładził dwie cegły leżące na brzegu basenu.
Znalazł je podczas porannej przechadzki. Jutro rozłupie je na mniejsze części i użyje do budowy murów obronnych swojego zamku, ale teraz planował wykorzystać je w inny sposób. Pomachał nogami w wodzie, która o zmierzchu nabierała odcienia turkusu, i punktualnie o 19:56 włożył maskę do nurkowania i mocno dociągnął pasek.
Chłopiec zaczął się szykować do wielkiej przygody, powiedział głosem narratora w filmie, ale tylko w myślach, na wypadek gdyby ktoś miał otwarte okno albo gdyby Dwaj Królowie kręcili się w pobliżu.
Dwaj Królowie nie byli prawdziwymi królami, tylko parą starszych panów, którzy ubierali się w podobne kraciaste szorty i wędkarskie kapelusze. Jak tandem władców absolutnych przechadzali się po Wiosce Seniora Sunset Palms, uprzykrzając życie wszystkim napotkanym.
Ware przerabiał w szkole średniowiecze. W tamtych czasach jedni królowie byli mądrzy i dobrzy, drudzy okrutni i szaleni. Słudzy i rycerze trafiali lepiej lub gorzej i musieli się z tym pogodzić.
Gdy Dwaj Królowie po raz pierwszy natknęli się na Ware’a, leżąc z policzkiem przy ziemi obserwował sznur mrówek, które cierpliwie wspinały się na kamień, żeby zaraz zejść po drugiej stronie. Dumał nad tym, o ile łatwiej jest być człowiekiem, bo ludzie wiedzą, że pewne przeszkody można obejść. Przezwali go „kosmonautą”, bo był ponoć tak odleciany, że musieli krzyknąć do niego trzy razy, zanim podniósł głowę.
Teraz, ilekroć natknęli się na niego, rzucali jakiś żart, który ich tak bawił, że zginali się wpół i klepali po udach. Tyle że ich dowcipy wcale nie były śmieszne, lecz złośliwe. To jeszcze pół biedy – Ware był przyzwyczajony, że ludzie nabijają się z jego skłonności do błądzenia myślami. Najgorsze było to, że Szefowa wyszła na próg i jedno jej groźne spojrzenie wystarczyło, by Królowie wzięli nogi za pas. W wieku jedenastu i pół roku chłopak powinien bronić swojej babci, a nie na odwrót.
– Są zupełnie nieszkodliwi – powiedziała wczoraj ze śmiechem Szefowa, co tylko pogłębiło jego upokorzenie. – Śmiertelnie boją się zarazków, więc powiedz im, że jesteś chory. Najlepiej, że masz biegunkę.
A teraz, jak na zawołanie, Dwaj Królowie wytoczyli się zza rogu z rękami splecionymi na swoich królewskich brzuszyskach.
– Widzę, że szykuje się kolejny odlot! – zarechotał niższy. – Uważaj, żeby ci rurki nie wessało do kratki odpływowej.
Ware spojrzał na mieszkanie babci, a potem na Królów.
– Nie radzę się do mnie zbliżać. Jestem chory. – Chwycił się za brzuch, jęcząc boleśnie. Dwaj Królowie czmychnęli z powrotem za róg.
Ware ponownie spojrzał na zegar. 19:58. Wymachami nóg w wodzie odliczał sekundy. O 19:59 podniósł cegły, nabrał w płuca powietrza pachnącego kremem do opalania – ciepłego i słodkiego, jakby ktoś smażył w pobliżu kokosy – i wskoczył do wody. Cegłówki, które zdawały się teraz ważyć dwa razy więcej, ściągały go pomalutku na dno.
Nigdy jeszcze nie dotarł na samo dno z powodu wyściółki ochronnej, która stanowiła coś w rodzaju wbudowanego koła ratunkowego.
– Dziecięce sadełko – mawiała jego mama. – Z wiekiem zamieni się w mięśnie.
Studiując codziennie w babcinym lustrze swoje odbicie w kąpielówkach, zauważył, że mama pomijała pewien kluczowy szczegół, mianowicie jak ma dojść do tego, że tłuszcz zamieni się w mięśnie. To chyba wymaga ćwiczeń. Może zacznie od jutra?
Powiódł wzrokiem po czterech wielkich palmach daktylowych posadzonych przy czterech rogach basenu. Ich przysadziste pnie odbite w pomarszczonej powierzchni wody przypominały gargulce, które nagle ożyły. O ósmej wieczorem zapalały się migocące lampki oplatające pnie palm. Dziś obejrzy to z dna basenu. No dobra, to nie było nic nadzwyczajnego, ale zauważył, że wszystko wygląda ciekawiej przez warstwę wody – kształty zmieniają się dziwnie, a kontury jakby się wyostrzają. Potrafił wytrzymać bez oddechu ponad minutę, więc będzie miał dość czasu, żeby podziwiać efekt.
Po pięciu sekundach ni stąd, ni zowąd liście palmy rozjarzyły się czerwienią. Od razu się domyślił: karetka pogotowia. Podczas paru tygodni, które spędził w Sunset Palms, już trzy razy zbudziło go pulsujące czerwone światło – rzecz na porządku dziennym w osiedlu dla emerytów. Znał już przebieg wydarzeń: wjeżdżając na teren, karetka wyłączała syrenę, żeby nie wywołać kolejnych ataków serca. Stawała między budynkami, a potem załoga uwijała się od strony basenu, gdzie drzwi do mieszkań były rozsuwane i łatwiej było wjechać noszami i wywieźć chorego na zewnątrz.
Nie bój się, zadepeszował w myślach, jak to miał w zwyczaju, do osoby, która leżała na noszach. Przestraszeni ludzie przypominali mu surowe jajka, które bez skorupki rozlewały się, trzęsąc jak galareta. Cierpiał na samą myśl, że ktoś się boi.
Przyglądając się pulsującym daktylowcom, zaczął dla odmiany myśleć o tym, co znaczy być szczęśliwym. Jak to jest, gdy rozpiera cię szczęście, kiedy twoi rodzice wysyłają cię na wakacje do babci i jesteś pewien, że nie będzie ci się tam podobało, tymczasem jest na odwrót, bo pierwszy raz w życiu całymi godzinami możesz być sam i robić, co tylko zechcesz. No, może czasem napatoczy się dwóch starszych panów, ale tak nieszkodliwych, że można ich przegonić bakteriami.
Po czerwonawym niebie przeleciała czapla, biała i gładka, jak z mydła. W filmie samotny ptak lecący nad głową sugerowałby, że bohater wyrusza w podróż. Jak zawsze, gdy był świadkiem czegoś niezwykłego, Ware żałował, że nie ma się z kim podzielić wrażeniami. Widziałeś? Wow! Ale nie miał tutaj znajomych – oprócz babci, a babcia nie czuła się dzisiaj dobrze, prawie nie wstawała z…
Wypuścił cegły z rąk i wyskoczył na powierzchnię. Szklane drzwi mieszkania Szefowej były rozsunięte na oścież, jakby chciały zaczerpnąć tchu, a w środku dwójka sanitariuszy nachylała się nad noszami. Jeszcze jedna sanitariuszka, mrużąc oczy, patrzyła w stronę basenu, a jej biały fartuch w światłach karetki pulsował różem, jakby w jej sercu płynął neon. Obok, z gniewną twarzą, stała pani Sauer spod czwórki, ściskając szlafrok na piersi. Podniosła kościstą rękę jak karabin i wycelowała palcem w Ware’a.
Dopadł drabinki, wytrząsnął wodę z jednego i drugiego ucha i zaczął się wspinać.
– To jej wnuk. Wiecznie buja w obłokach – usłyszał, wychodząc na brzeg.
Punkt o ósmej zapłonęły światełka na palmach.

2

W pierwszej chwili po przebudzeniu Ware nie wiedział, gdzie jest. Okazało się, że leży we własnym łóżku, a nie na szorstkiej kanapie u babci. W pamięci przewinęła mu się noc – ponura jazda w milczeniu starym buickiem pani Sauer do szpitala w ślad za karetką pogotowia; klimatyzowana poczekalnia, w której trząsł się i z nerwów, i dlatego że był ciągle mokry, dopóki jakaś pielęgniarka nie narzuciła mu koca na ramiona; jego mama, która parę godzin później wparowała do szpitala z wysuniętą wojowniczo szczęką.
Odrzucił kołdrę na bok i wstał.
W połowie schodów dobiegła go z dołu rozmowa rodziców w kuchni.
– Przecież uznałaś, że lepiej tego nie robić – powiedział ojciec.
– To prawda – odparła matka. – Ale żałuję…
Ware resztę schodów pokonał biegiem.
– Czego żałujesz, mamo? Nic się nie stało Szefowej?
Ojciec odsunął się od stołu.
– Dobrze się czujesz? Masz za sobą ciężką noc.
– Mamo, co z Szefową?
– Jest przytomna – odparła mama ze wzrokiem wbitym w filiżankę kawy. – Wyjdzie z tego.
– Uff, to dobrze. To kiedy wracam?
– Wracasz…?
W tym momencie zadzwoniła komórka i mama wzięła ją do ręki, drugą chwytając się za czoło, jakby się bała, że mogłoby się rozpaść na części. Zniknęła w sypialni. Ojciec odprowadził ją niespokojnym wzrokiem. Swoją drogą, niepokój był normalnym stanem u ojca Ware’a.
– To skutki mojej pracy – mawiał często takim tonem, jakby uważał, że to jakiś powód do dumy. Praca sygnalisty kierującego ruchem samolotów na pasie startowym wymaga skłonności do wyobrażania sobie potencjalnych katastrof.
Teraz Ware też się zaniepokoił. Jego mama pracowała na kierowniczym stanowisku w miejskim centrum zarządzania kryzysowego. Koordynowała harmonogramy dwudziestu wolontariuszy, przekonywała ludzi, żeby nie skakali z mostów, i organizowała odbiór porodów. Brała sprawy w swoje ręce, jakby były zaadresowaną do niej paczką, którą ktoś jej podrzucił na próg. Nie łapała się za czoło, jakby się miało rozpaść.
– Tato? Mama mówi, że wszystko w porządku z Szefową. To kiedy wyjdzie?
– Aha. Wszystko w porządku, tylko cukier za bardzo jej wczoraj spadł. To niebezpieczne przy jej chorobie. Będą musieli…
– Chorobie? To Szefowej coś jest?
– No, ten… nie jest młoda. Ale upadła, w tym…
– Starość to choroba?
– Upadła, w tym rzecz. Muszą sprawdzić, czy nic jej się nie stało.
– Aha. Rozumiem. To co w tej sytuacji z planem?
– Jakim planem?
– Miałem u babci spędzić lato, żebyście z mamą mogli pracować na dwie zmiany dziennie, żeby wykupić nasz dom. Z tym planem.
– Rozumiem. Cóż, to był plan A – stwierdził ojciec, biorąc ze stołu ulotkę reklamową akcji „Lato w mieście”. – Plan B może być troszkę inny.

3

Ware stał przy drzwiach ogrodowych w kuchni, przyciskając czoło do siatki. Szukał w myślach argumentów.
Mógł zostać sam w domu, więc zdecydowanie nie musiał kolejny raz lądować na półkoloniach, jeżeli o tym mowa. Półkolonie to nic innego jak tylko przechowalnia, która w pakiecie usług oferuje bonus w postaci swędzącej wysypki i niezliczonych upokorzeń. Pierwszy raz wysłano go na półkolonie, kiedy szedł do drugiej klasy. Pewne niemiłe wydarzenie utkwiło mu na dobre w pamięci.
– Dołącz do innych – nalegał nastoletni wychowawca.
Kiedy ja jestem dołączony do innych – odparł zdziwiony Ware.
– Chodzi mi o to, żebyś był wewnątrz grupy, a nie na zewnątrz.
Ware rozejrzał się dookoła, próbując zobaczyć to co opiekun, ale chyba zobaczył coś innego, bo widział wielką przestrzeń, po której kręciło się mnóstwo dzieci.
– Przecież u ludzi to, co na zewnątrz, dzieje się wewnątrz – próbował się tłumaczyć, a potem zaczęły go piec policzki, kiedy wychowawca nachylił się do swojego kolegi i obaj ryknęli śmiechem.
Właśnie w tamtej chwili Ware odebrał lekcję, że pozycja, którą zawsze uważał za słuszną – stanie w takiej odległości, która pozwala śledzić rozwój sytuacji – a którą później zaczął kojarzyć z wieżą obserwacyjną zamku, była czymś niewskazanym. Próbował wymazać z pamięci ten niechlubny epizod, lecz niestety musiał skonfrontować się ze złośliwością mechanizmu pamięci: mimo zdolności zapominania – Ware jako sześciolatek notorycznie zapominał się uczesać i przynieść ze szkoły swoją śniadaniówkę – im bardziej starasz się wykasować wspomnienie, tym głębiej zapada ci w pamięć.
Inne dzieci też nie zapomniały. Przylgnęła do niego łatka outsidera i ciągnęła się za nim, rok za rokiem, niewidzialna, ale wyczuwalna jak brzydki zapach. Pozostał już na zawsze kimś z zewnątrz.
W ogóle mu to nie przeszkadzało, chociaż od tamtej chwili nauczył się udawać, że należy do grupy, kiedy dorośli patrzyli. To wcale nie było trudne – „bycie w grupie” dla dorosłych sprowadzało się głównie do lokalizacji. Wystarczyło zrobić parę kroków w jedną lub drugą stronę.
Tak czy owak nie wróci tam za żadne skarby, nawet na tydzień czy dwa, do czasu gdy będzie mógł wyjechać do Sunset Palms, gdzie czuł się świetnie. Basen był wprawdzie tak wąski, że prawie mógł dotknąć obu brzegów naraz, a woda ledwie przykrywała mu czubek głowy, ale wystarczyło się zanurzyć i już czuł się dobrze. Naprawdę dobrze, a to, nie wiedzieć czemu, działało pobudzająco na jego wyobraźnię. W wodzie miał zawsze dziesiątki, setki wspaniałych pomysłów.
Co więcej, kiedy powiedział babci o swojej pracy rocznej „Średniowieczne zamki obronne” i o tym, że chciałby zbudować makietę zamku, by uzmysłowić sobie, jak wyglądało życie rycerzy, babcia natychmiast machnęła rękami nad stołem i powiedziała:
– Buduj tutaj, a jeść będziemy przy blacie.
W Sunset Palms spędzał całe upojne dni, buszując po okolicy i zbierając części do swojej makiety. Wieczory schodziły mu na budowaniu. Jasne, że trochę tęsknił za domem. Ale jakiś węzeł, który zawsze miał w środku, rozluźnił się.
Wyszedł do ogrodu na tyłach domu, szukając czegoś, co mogłoby przekonać jego rodziców, że przez tydzień czy ile tam trzeba będzie miał się czym zająć. Ogród spojrzał na niego przepraszająco. Przed oczyma chłopca rozciągał się ugór, odezwał się lektor w jego głowie.
Może trochę przesadził z tym „ugorem”, ale niewiele. Pan Shepard nie należał do właścicieli-którzy-ładują-kasę-w-wystrój-ogródka, a jego rodzice nie należeli do rodziców-którzy-w-wolnych-chwilach-pielęgnują-trawnik, więc ogród był po prostu kawałkiem gołej ziemi. Jedynym wyposażeniem, jeśli nie liczyć starej szopy z rupieciami po poprzednich najemcach, którzy wyprowadzili się przed dziesięciu laty, było kilka zardzewiałych krzeseł ogrodowych i rozchybotany stół piknikowy. Sprzęty wyglądały, jakby miały wkrótce zatonąć w morzu chwastów.
Ugór, powtórzył w myślach.
Nagle dotarło do niego, że to jest dokładnie to, o co mu chodziło.
Zeskoczył ze schodków. Właśnie wpadł na fantastyczny pomysł, nawet bez pomocy inspirującego basenu. Kiedy jego rodzice pod koniec lata wykupią dom, ogród też stanie się ich własnością. Będzie mógł połamać krzesła i przerobić na zbroję. Stół piknikowy po odpiłowaniu nóg posłuży za zwodzony most. Wąski pas ziemi z boku domu przerobi na barbakan pełen czyhających na wroga groźnych zasadzek. Oczywiście bez wrzącej oliwy, ale na pewno z katapultą. Wytnie w płocie otwory, które pozwolą mu się błyskawicznie wdrapać na samą górę – to znaczy wspiąć się na mury obronne. Ten ostatni obraz tak mu się spodobał, że Ware powtórzył go w wyobraźni, wzbogacając o elementy rycerskiej musztry: głowa do góry, pierś dumnie wypięta, naprzód marsz!
Przysiadł na blacie stołu i przeciągnął się. Czasem żałował, że nie urodził się w średniowieczu. Wszystko było wtedy o wiele prostsze, zwłaszcza gdy się było rycerzem. Rycerze mieli swój regulamin – zwany kodeksem rycerskim – który zawierał instrukcje na każdą okoliczność: „Czyń zawsze to a to, nigdy nie czyń tego a tego”. Będąc rycerzem, człowiek wiedział, na czym stoi.

 
Wesprzyj nas