Debiutant Tomasz Kamiński w powieści “Polowanie” podąża utartymi szlakami gatunku, prezentując mroczną historię o starciu prawych i szlachetnych z arogancją władzy, przemocą i złem.


Życie w wiosce pośród bagien nie jest łatwe. Wszechogarniający marazm, brak perspektyw i trud utrzymania się przy życiu, sztywne reguły życia społecznego określone przez jedynie słuszną religię oraz bezwzględne rządy skorumpowanego wójta – to codzienność Bermeld. Na domiar złego w okolicy grasuje Bestia, giną ludzie zmuszani do pracy na bagnach a w wiosce panoszą się brutalni najemnicy zatrudnieni przez wójta. W tej niewielkiej odciętej od świata społeczności rządzą przemoc, zabobony i Rygor – zbiór zasad trzymających w ryzach mieszkańców, a wyrocznią w sprawach doktrynalnych jest Elkra, wiedźma współpracująca z wójtem.

Do wioski przybywa z tajemną misją Strażnik Kadrian, rycerz Zakonu Płonącej Wstęgi, który dzieciństwo spędził w Bermeld, a po opuszczeniu wioski w niejasnych okolicznościach słuch po nim zaginął. Teraz powraca w nowej roli, a na jego drodze staną wspomnienia i przyjaciele z dzieciństwa. Nie trzeba długo czekać, by Kadrian – odważny, waleczny i prawy rycerz miał szansę wykazać się swoimi przymiotami. Okazało się bowiem, że tuż przed przybyciem Strażnika miało miejsce dramatyczne zdarzenie – Bestia z bagien porwała chłopca o imieniu Gessan, raniąc przy okazji kilka osób. Kadrian stawia sobie za punkt honoru uwolnienie dziecka z łap bestii, co jak się szybko okaże wymagać będzie pomocy mrocznego Łowcy, przyjaciela Kadriana z dzieciństwa, tropiciela i sprawnego zabójcy, kierującego się instynktami.

Na polowanie w dziczy wyrusza dwóch bohaterów, o charakterach i poglądach skrajnie odległych. Kadrian to człowiek z poczuciem misji, głęboko wierzący w ideały Zakonu, prawy i szlachetny, a Łowca Zankeld to nastawiony na przetrwanie za wszelką cenę, arogancki i wyprany z uczuć autochton. Czy ta dwójka będzie w stanie współpracować?

Dzielni bohaterowie wyruszają na poszukiwania, a czytelnik podąży ich tropem, śledząc wędrówkę przez bagna, potyczki i bitwy a także stopniowe przemiany zachodzące w bohaterach pod wpływem wydarzeń, z którymi przyjdzie im się zmierzyć. Na czytelnika czeka sporo akcji, zasadzek, brutalnych pojedynków, niezwykłych zdarzeń i tajemnic do odkrycia.

Powieść Tomasza Kamińskiego to mroczna opowieść o naturze dobra i zła, z typowymi dla gatunku fantasy archetypicznymi postaciami, wątkami i klimatem. Mamy tu dwóch głównych bohaterów, którzy mimo różnic poglądów i charakterów muszą współpracować, by osiągnąć założony cel, a w trakcie wspólnej wędrówki zmieniają się – na lepsze lub na gorsze, a dokonane przez nich wybory wpływają na losy wielu osób. Zły wójt terroryzujący mieszkańców z pomocą wynajętych zbirów wywołuje skojarzenia z miasteczkiem z westernu lub opowieści samurajskich, w których koteria nikczemnych ludzi zostaje w końcu pokonana przez samotnego, szlachetnego protagonistę.

Warto zwrócić uwagę na wykreowany przez autora świat. Znalazły się w nim nawiązania do wierzeń i zabobonów słowiańskich, z ich bóstwami chroniącymi przed czającym się w mroku złem. W powieści dobrze oddany został klimat mrocznego bagniska i leśnych ostępów, odciętych od świata, nieprzyjaznych ludziom, zamieszkałych przez dziwne stworzenia. Autor kreuje świat bogaty w detale, momentami nie szczędzi szczegółów w opisach, wytracając nieco rytm narracji. Są w powieści sceny z dobrze zbudowanym napięciem, nie brakuje precyzyjnie i wiarygodnie opisanych pojedynków, potyczek i bitew. Przewijające się motywy kultów i religii rywalizujących ze sobą, odgrywają w powieści ważną rolę, stanowiąc podstawę motywacji kierujących postaciami, bez trudu można w nich znaleźć inspiracje wierzeniami pogańskich Słowian i ich pierwszych kontaktów z chrześcijaństwem.

Ciekawym pomysłem jest postać Bestii, która z czasem okazuje się być czymś więcej niż tylko bezrozumnym potworem wiedzionym pierwotnymi instynktami. Również najmłodszy z bohaterów – chłopiec Gessan, przyciąga uwagę swoją odmiennością od innych dzieci mieszkających w wiosce i zachowaniem wskazującymi na posiadanie umiejętności, które zapewne objawią się w dalszym ciągu opowieści.

I właśnie, czy będzie ciąg dalszy? Zakończenie pierwszego tomu sugeruje, że przygoda na bagnach, pomimo zamknięcia pewnego etapu, wcale nie dobiegła końca, a na Kadriana i Zankelda po powrocie do wioski czekają kolejne wyzwania. Czas pokaże czy autor ponownie zaprosi czytelników do stworzonego przez siebie uniwersum. Robert Wiśniewski

Tomasz Kamiński, Polowanie, Wydawnictwo Initium, Premiera: 21 września 2020
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

konkurs

Tomasz Kamiński
Polowanie
Wydawnictwo Initium
Premiera: 21 września 2020
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

2.
Samotna wyspa

Samotna łódka rybacka sunęła strumieniem wielkiej północnej rzeki z dwójką ludzi na pokładzie. Płynęła spokojnie i pewnie, niesiona powoli po tafli wody. Łódka była prostej, lekko topornej konstrukcji, płaskodenna, tak by ułatwić utrzymanie równowagi i pomieścić dużo sprzętu potrzebnego do połowów. Zupełnie nie pasowała do tego miejsca, gdzie nie można było liczyć na dużą rybę.
Za burtą przesuwał się leniwie krajobraz gęstych borów przeplatanych dzikimi polami wysokich traw. Kraina miała w sobie dużo pierwotnego piękna pełnego surowości. Nie nosiła na sobie widocznych blizn tych smutnych czasów w postaci wypalonych drzew czy śladów po przemarszu wojsk. Szalejące wojny nie okaleczyły tych ziem. Również magia, która parę lat temu wyrwała się spod władzy człowieka, nie sprofanowała tego miejsca i nie uczyniła go groteskowym, pełnym dziwacznych, wypaczonych stworzeń i wszelkich aberracji.
Pierwsza osoba na łódce – starzec, który swoim prostym strojem i faktem, że pewnie dzierżył wiosło, zdradzał obeznanie z rybactwem – był skupiony na wiosłowaniu. Krajobraz malujący się na linii rzeki intrygował drugą osobę – tajemniczego pasażera, skrywającego się w połach luźnego płaszcza. Kraina wydała mu się czysta, niezmącona i niedotknięta przez żadne zło. Stworzona tak, jak zaplanowali to bogowie. Luźny płaszcz i kaptur szczelnie go zakrywały, ale po bliższym przyjrzeniu się dało się dostrzec, że ten człowiek o twarzy młodzieńca nosił pod tkaniną solidny pancerz. Również wielki miecz leżący na łodzi zdradzał, że jego właścicielowi nieobcy był fach rycerski. Był Strażnikiem, ostrzem w ręku Veltriuuma. Rycerzem wyszkolonym w walce i we władaniu mocą świętych pieczęci, które pozwalały mu napełnić duszę boskim ogniem.
Skończył kontemplować krajobraz. Coś mąciło jego myśli, nie mógł wypatrzyć w nim subtelnego planu bogów. Spojrzał spod kaptura w stronę rybaka.
Tored, stary człowiek o skołtunionej czarnej brodzie i poznaczonej zmarszczkami twarzy, nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród innych rybaków, a w miejscu, z którego obaj przybyli, jego przeciętność kłuła wręcz w oczy. Nawet chciwy uśmieszek i błysk w oku, który Strażnik dostrzegł u niego przy pierwszym spotkaniu, wydawały się pospolite. Mimo to było w tym człowieku coś zastanawiającego. Coś jak wstydliwy sekret skrywany na samym dnie duszy, ukryty za wypluwanymi z ust zdaniami. Strażnik nie umiał ubrać tego w słowa. Po prostu czuł. Było to coś na kształt intuicji – dodatkowego zmysłu, który wyrobił w sobie podczas licznych misji i pielgrzymek. Już nie raz miał styczność z doskonale ukrytą wrogością wobec Zakonu Świętego Płomienia. A ten człowiek nieco zbyt łatwo i szybko zgodził się na tę niebezpieczną i bezsensowną wyprawę, nawet jak na mendę, która sprzedałaby swoją matkę za równowartość w złocie.
Strażnik myślami wrócił do zdarzeń wczorajszego dnia.
Przybył do portowego Athrit w dniach dość niespokojnych i burzliwych, które nastały po szybkich zaślubinach władającej miastem hrabiny z jednym z zacniejszych lordów Kestern. Politycznie była to decyzja dobra. Ślub umożliwił związanie ze sobą rodów szlacheckich i dał możliwość włączenia państwa-miasta w struktury arcykapłaństwa Kestern, które było lepszym sojusznikiem i protektorem dla Athrit niż niesławny Azyl, rządzony przez wiecznie skłóconych i walczących ze sobą pirackich lordów, stanowiący w istocie zbitek kilku nadmorskich miast i wysp pełnych bezprawia, w którym świetnie czuli się piraci. Arcyksięstwo, ze swoją doktryną wojskową i wszechobecnym ładem, ufundowanym na kodeksie wiary, było gwarantem stabilności dla Miasta Mostów. To zaś nie mogło odnaleźć się w nowych, niepewnych czasach. Najlepszym tego dowodem miał być widok, jaki Strażnik ujrzał, przechodząc przez centrum miasta, tam, gdzie znajdowały się wielkie fontanny. Piękny ogród z roślinami z całego świata, przestronne deptaki oraz czarne, spalone zgliszcza, które były pozostałościami Wielkiego Uniwersytetu, tej szczypty cywilizacji, jaką magowie wprowadzili do Azylu, jedynego rezerwuaru wiedzy miasta. Nikt nie wiedział dokładnie, kto i dlaczego podłożył ogień pod katedrę nauki, ale popularna była teoria o tym, że zrobili to piraci, którzy niszcząc akademię, chcieli pozbyć się reliktu panowania Magów z Latających Miast. Lubili się obnosić z tym, że za pomocą swojej floty i armat byli w stanie przeciwstawić się czarodziejom, a następnie zmusić ich do wycofania się. Zniszczenie uniwersytetu było dla nich po prostu kolejną formą triumfu, mało chwalebną – zważywszy na czas i okoliczności. Nie wiadomo, czy była to prawda i jakie rzeczywiście były okoliczności tego zdarzenia, ale na pewno ten dzień, gdy ciemny dym dobywał się z płonącego gmachu uniwersytetu nad Miastem Mostów, był dniem, gdy wszyscy zaczęli się zastanawiać, czy Athrit, miasto typowo handlowe, faktycznie powinno wiązać swoje losy z bandytami i piratami.
Przejście na stronę Kestern pozwoliło uniknąć interwencji zbrojnej, do której na pewno by niebawem doszło. Azyl i Kestern z uwagi na głębokie różnice nie przepadały za sobą. Te dwa kraje, po Wojnie Złamanych Różdżek, były jak kochający trunek i wojaczkę wilk morski i bogobojny kapłan, którzy musieli mieszkać obok siebie. Athrit było też furtką, która dawała Arcykapłaństwu szeroki dostęp do morza, czego władca Kestern tak bardzo pożądał. Było to dużo lepszą opcją dla miasta, które po upadku barier straciło swoją bezpieczną i wygodną pozycję i nie mogło liczyć na dobrą wolę władców Azylu, którzy coraz bardziej pogrążali się w wewnętrznych sporach. Wystarczyło tylko, aby mieszkańcy miasta, podobnie jak ich władczyni, otworzyli serca na Veltriuuma, nauczyli się go kochać i stosować do jego surowych zasad. Tak uważał Strażnik, jednak – jak to często bywa – ludzie bardzo powoli i niechętnie otwierali się na światło i dobroć jego boga.
Lokalni możnowładcy i gildie kupieckie – ludzie, którzy najwięcej mogliby stracić na zmianie ośrodka władzy przeniesionego do Farhold – stolicy Kestern, oraz nałożeniu nowych podatków, byli pierwszymi, którzy podjudzali obywateli do buntu i anarchii. Posuwali się nawet do organizowania band szabrowników, siejących chaos w mieście, czy organizując skrytobójcze ataki na ważnych ludzi, którzy popierali nowy ład. Szybko wyszło na jaw, iż Athrit oprócz tego, że w istocie było bramą prowadzącą do szerokich wód morskich, okazało być także gniazdem pełnym wściekłych szerszeni.
Niedawna wizyta w Athrit rzeczywiście wstrząsnęła Strażnikiem. Kilku władających magiczną mocą czarodziejów zostało przyjętych przez Athrit po wojnie. Zorganizowani w Gildię znajdującą się w murach miasta, ofiarowali mu swoją lojalność i pomoc. W zamian pragnęli tylko tego, co było dla takich jak oni najcenniejsze – wysokiej wieży, z której mogli spoglądać z góry na miasto, możliwości używania magii bez prześladowań z żadnej strony, a także… realnego wpływu na władzę w mieście. O takich rzeczach jak worki ze złotem i wszelkie wygody już nie wspominając.
Gdy Gildia Magów dowiedziała się o przybyciu Strażnika do miasta, czyli kogoś ze znienawidzonego przez nich Zakonu Płonącej Wstęgi, stróża wiary niosącego porządek, zagrozili wypowiedzeniem hrabinie lojalności, uznając to za otwartą spolegliwość wobec Arcykapłaństwa i obawiając się prześladowań. Magowie, ludzie kontrolujący moce niewyobrażalne dla przeciętnego śmiertelnika, byli niczym ostrze kata wzniesione nad miastem. Ostrzem, które na jedno skinienie hrabiny mogło spaść na wszystkich zagrażających miastu wrogów pod postacią nieprawdopodobnych mocy: deszczu ognia, rozwierających się mrocznych otchłani czy nawet tak silnych podmuchów lodowatego wiatru, że mógł zamrażać krew w żyłach. Groźba straszliwego gniewu magów do tej pory skutecznie hamowała buntowników, wrogów Kestern i być może nawet samo Bandyckie Państwo Azyl przed atakiem na nielojalne miasto. Teraz, gdy ostrze nagle przestało być dzierżone przez hrabinę, nie było już pewne, jak długo uda się utrzymać miejscowość bezpieczną od widma zamieszek, a w konsekwencji uniknąć zbrojnych starć wewnątrz i na zewnątrz.
Strażnik, jak przystało na przykładnego sługę Niosącego Słowo, pałał awersją do czarodziejów. Doktryna jego Zakonu i przyjęta przez niego wiara nakazywały mu uznawać magów za heretyków i odstępców, władających mocą, której nie powinni posiadać – niepochodzącą od bogów. Jego awersja miała podłoże nie tylko czysto ideologiczne. Znał dobrze historię, jak każdy członek Zakonu. Wojna Złamanych Różdżek, to ten właśnie konflikt udowodnił, że magii pozostawionej we władzy człowieka nie wolno ufać, bo korumpuje i plugawi ludzi. Sama zaś magia bez imperatywu woli boskiej okazała się nieokiełznanym żywiołem, niszczącym stojących jej na drodze głupców, którzy próbowali stawiać tamy, aby ją okiełznać. Mimo wszystko, przy całej swojej wrogości dla magów, Strażnik musiał przyznać, że grupa czarodziejów, służąca miastu pod jego względną kontrolą, była mniej groźna, niż gdyby czarodzieje mieli rozejść się po świecie i, dążąc do zaspokojenia swoich chorych ambicji, prowadzili eksperymenty w mrocznych pracowniach lub szukali spełnienia jako hersztowie bandytów albo jeszcze gorzej – jako doradcy na służbie tyranów.
Strażnik nie chciał burzyć tego kruchego i osobliwego pokoju, jaki panował w Athrit. Wolał, aby nie doszło do zamieszek lub buntu magów, przez które ucierpiałoby wielu ludzi. Miał też na uwadze to, że Kestern, któremu poprzysiągł lojalną służbę, poczyniło wiele dyplomatycznych wysiłków i poświęciło dosłownie lata na przygotowania, aby przekonać mieszkańców małego państewka-miasteczka do swoich dobrych intencji i szczerości w kwestii chęci zjednoczenia; by ostatecznie w łagodny sposób włączyć je w swoje struktury. Nie chciał niszczyć tej długo i starannie plecionej pajęczynki dyplomacji i dworskich intryg. Mimo tych niezbyt przychylnych okoliczności musiał udać się do Athrit.
„Miasto Mostów” zawdzięczało swój przydomek pięciu kamiennym mostom, które znajdowały się w obrębie jego murów. Każdy z mostów był solidny i bogato zdobiony masywnymi figurami legendarnych postaci i bohaterów, którzy zapisali się na kartach historii Athrit. Wśród posągów można było dopatrzyć się również mitologicznych stworzeń, nawet smoków, co dla Strażnika było wyjątkowo gorszące i świadczyło o zepsuciu miasta. Cztery wielkie mosty o nazwach pochodzących od czterech stron świata oraz piąty, zwany centralnym, były dumą i chlubą tej miejscowości, przejawem nowoczesnej myśli ludzkiej, arcydziełem sztuki i architektonicznego geniuszu. Jednak przede wszystkim były symbolem bogactwa i poziomu cywilizacyjnego miasta, które dzięki swej przedsiębiorczości, długoletniej neutralności i wpływowym oraz często samowolnym gildiom kupieckim stało się zamożne jeszcze w latach, gdy istniały bariery kontrolowane przez magów. Było wówczas znaczącym partnerem handlowym z potężną flotą morską. Wszystko to jednak okazało się kruche i wkrótce mogło przeminąć, zwłaszcza teraz, gdy pękły magiczne bariery, które wydawały się mieszkańcom Athrit wieczne i niezniszczalne. Teraz przestały odgradzać miasto od reszty kontynentu, odsłaniając tym samym jego wstydliwy sekret – brak silnej i zdyscyplinowanej armii.
Złośliwy los sprawił, że Miasto Mostów, mimo ciężkiego nastroju politycznego, stało się dla młodego Strażnika koniecznym przystankiem w podróży. Tylko stąd wiodła bezpośrednia droga wodna do miejsca, ku któremu w istocie zmierzał – do Upadłych Mokradeł. Przybył w przebraniu, nie zwracając na siebie uwagi, z fałszywymi dokumentami w kieszeni przepastnego płaszcza. Podając się za wędrownego kupca z odległych krain, dostał się bez problemu do miasta. Jednak jego przybycie zostało dostrzeżone. Niebawem na jednym z mostów Athrit został zaatakowany przez trzech świetnie wyszkolonych podrzynaczy gardeł. Niewątpliwie byli to obywatele Azylu, zza morza, jak można było wywnioskować z ich strojów oraz stylu walki opartej na sztyletach. Co prawda, udało mu się odeprzeć przeciwników i jednocześnie nie zdradzić swojej tożsamości, tak że wszyscy gapie mogli to uznać za porachunki gildii, ale Strażnik wiedział już, że nie może czuć się bezpiecznie. Cały czas miał wrażenie, że ktoś patrzy na niego z cienia. Wiedział, jak cenny dla wielu ważnych osobistości może być Strażnik zamordowany w mieście.
Nie marnował więc czasu na zwiedzanie miasta i powolne szukanie transportu na bagna. Chciał jak najszybciej opuścić to niebezpieczne miejsce i ruszyć w dalszą drogę. Jedyne, czego udało mu się dowiedzieć, to to, że nikt z miejscowych nie zapuszcza się na bagna od czasu upadku. Nikt też dokładnie nie wie, co się dzieje w Bermeld. Jedyne plotki, jakie zasłyszał, dotyczyły tajemniczego potwora z bagien i szlaków budowanych przez mieszkańców osady. Nie było to dla niego nic nowego, wszystko to wiedział już z raportów, które czytał jeszcze w Farhold. Mimo to udało mu się zyskać cenną informację. Pewna osoba w mieście mogła mu pomóc w wyprawie. Właśnie wtedy na jego drodze stanął stary Tored. Znalazł go nad kuflem piwa w karczmie o uroczej nazwie Dziurawy Kielich. Po krótkiej rozmowie z brodatym starcem stwierdził, że dobrze trafił. Tored wyznał mu, że wychował się w Bermeld, ale opuścił je dawno temu, z powodów, których wolał nie wyjawiać, znał też bagna jak własną kieszeń.
Podczas rozmowy, gdy omawiali już szczegóły wyprawy, Strażnik rozchylił płaszcz tak, by stary rybak mógł ujrzeć pancerny kołnierz jego zbroi i symbol Płonącej Wstęgi na torsie. Tored przyjął to wyjątkowo lekko. Sakiewka, którą Strażnik celowo odsłonił, aby Tored mógł ją dojrzeć swoimi chciwymi oczkami, z pewnością również miała niebagatelny wpływ na jego decyzję. Jak się dowiedział, stary człowiek nie przepadał za Kestern, jednak nieudolne rządy hrabiny też mu nie odpowiadały. Mimo to załatwienie spraw przed ołtarzem i oddalenie wojny uważał za najlepsze możliwe wyjście w tych dziwnych i niespokojnych czasach. Teraz, bez Latających Miast i barier, miasto nie mogło już liczyć na wygodne życie z handlu morskiego, prowadzonego pod kuratelą straszliwych magów. Athrit musiało dostosować się do nowej sytuacji. Było oczywiste, że nie może sobie pozwolić na wygodną neutralność. Miasto Mostów nie da rady obronić się samo w razie inwazji, będąc w dodatku kością niezgody między Bandyckim Państwem Azyl a kierującym się dogmatami i żelaznym kodeksem Arcyksięstwem. Dlatego Tored, jak sam twierdził, zgodził się na tę wyprawę. Właśnie w tym momencie wzbudził podejrzenia Strażnika. Ludzie tacy jak on, rybacy na małych łodziach, zwykli szarzy mieszkańcy, ucierpieli najwięcej przez sojusz i wrastanie w struktury Kestern. Nowe podatki, atmosfera tlącej się rebelii, ograniczenia połowów (hrabina za namową małżonka wolała skoncentrować się na flocie handlowej i nowych stoczniach) musiały być uciążliwe również i dla niego. Tacy jak on nie interesowali się wielką polityką i dworskimi intrygami.
Ten stary człowiek powiedział mu dokładnie to, co Strażnik chciał usłyszeć. Coś mu tu jednak nie pasowało i wyczuwał podstęp, ale nie miał wielkiego wyboru. Chciał jak najszybciej opuścić miasto i ruszyć dalej. Jeszcze tego wieczoru Tored w towarzystwie swojego tajemniczego zleceniodawcy udali się do portu, aby cichaczem, pod osłoną nocy, opuścić miasto. Teraz, gdy wpłynęli na kręte rzeczułki, niewielkie zbiorniczki i pomiędzy małe, porośnięte rzadką roślinnością wysepki, zdarzenia zeszłej nocy wydały mu się bardzo odległe. Musiał skoncentrować się na swojej misji.
– Nie boisz się? – odezwał się chłodnym głosem Strażnik.
– Nie, nie – odpowiedział stary jakby wyrwany ze snu. – Niby czego mam się bać?
– O Upadłych Mokradłach krążą liczne opowieści, zwłaszcza po tym, jak zalała je magia z barier.
– Aaa, o to chodzi – uśmiechnął się, jakby Strażnik opowiedział kiepski kawał. – Opowieści o wielkich pijawkach, które wciągają ludzi pod wodę, i przerośniętych żółwiach błotnych, potrafiących roztrzaskać łodzie, to legendy i bajdurzenia.
– Tagolt nie są bajdurzeniem.
Tored przez chwilę milczał.
– Nie. Nie ma ich już tutaj, panie.
– Jak to? Byli na mokradłach od zawsze, na długo przed ludźmi. Podobno mieli tu swoje wylęgarnie.
– Tak było, ale to się zmieniło. Sporo się na bagnach zmieniło – odparł lakonicznie.
Mężczyzna w płaszczu pochylił się lekko w jego stronę. Dał tym samym znać przewodnikowi, że słucha go dalej.
– Bo widzicie, panie… Łuskoskórych już nie ma. Podsłuchałem kilka ciekawych plotek…
– Mianowicie?
– Do wioski na bagnach przybyła grupa najemników. Odzianych w solidne pancerze i dobrze wyekwipowanych. Podobno przepędzili z bagien Tagolt. Zmasakrowali ich i zniszczyli ich siedliska. Tak by stwory więcej tu nie wracały. Nie wiem, czemu postanowili bawić się z nimi w wojnę.
– To zastanawiające, nie sądzisz? Przetransportowanie oddziału najemników przez mokradła nie jest łatwe, a walka z rdzennymi mieszkańcami bagien na ich własnym terenie na pewno też była trudna. Te łuskoskóre diabelstwa były ogromne, szybkie i wręcz ociekały jadem. A broniły swoich terenów zajadle niczym zdziczałe psy. Po co ktoś miałby robić coś tak nieopłacalnego, kosztownego i trudnego do zorganizowania?
Przez chwilę mężczyzna z mieczem zdawał się nad czymś rozmyślać.
– Sporo wiesz – skwitował krótko. – Wiedziałeś o tym, że w drodze na mokradła unikniemy spotkania z Tagolt?
– Gdybym tego nie wiedział, nigdy nie zgodziłbym się na tę podróż.
Słowem, nie okłamał go. Tored wiedział, że w czasie tej idiotycznej wyprawy nie spotkają rdzennych mieszkańców bagien, co go cieszyło, bo spotkanie z tymi pokracznymi ni to płazami, ni to gadami udającymi ludzi na pewno źle by się skończyło. Jednak tak samo jak miał pewne informacje, że Tagolt nie ma już na mokradłach, tak samo wiedział, że tamtego wieczora w tawernie zjawi się osoba, która będzie szukała transportu do Bermeld. Jednak tą informacją już nie zamierzał się dzielić ani tym bardziej tym, kto i dlaczego wynajął go do dostarczenia Strażnika do Bermeld. Wiedział tylko, że jeśli wycofa się z powierzonego mu zadania albo powie Strażnikowi o wszystkim – czekają go straszliwe konsekwencje. Musiał cały czas grać swoją rolę, chociaż czuł, że rycerz coś podejrzewa.
Moment, w którym ujawnił mu, że jest Strażnikiem, i pokazał swoją wypraną z wszelkich emocji twarz, był dla niego przerażającą chwilą. Całe jego ciało krzyczało do niego, że dał się władować w niezłą kabałę i jeśli popłynie z tym człowiekiem, to na pewno nic dobrego z tego nie wyniknie. Jednak wiedział też, że nie może się już wycofać.
Teraz, gdy już wpłynęli między wystające z wody czarne drzewa, szczelnie zakrywające słońce gęstym, zgniłozielonym listowiem, i zaczęły do nich docierać dzikie odgłosy bagniska, starał się mieć nadzieję, że ta cała wyprawa nie okaże się jednym wielkim błędem. Tajemniczy pasażer wyrwał go z zadumy, ponownie zwracając się do niego.
– Bardzo lubisz złoto, starcze – rzekł, wpatrując się w niego swoim chłodnym spojrzeniem. – Ciekawe, jak wiele byś dla niego zrobił…
Właśnie wtedy Tored poczuł autentyczny, niczym nieokiełznany strach przed Strażnikiem.

 
Wesprzyj nas