Jubileuszowe wydanie z okazji 20-lecia publikacji „Czekolady”. Do małej mieściny na francuskiej prowincji, gdzie czas się zatrzymał, przyjeżdża tajemnicza młoda i piękna kobieta z córeczką…


CzekoladaMieszkańcy Lansquenet ze zdumieniem obserwują, jak Vianne z Anouk odnawiają starą piekarnię na rynku, by urządzić tam sklep z czekoladą. W dniu otwarcia właścicielka ofiarowuje zaglądającym do niej ciekawskim gatunek słodyczy, który każdy z nich lubi najbardziej, jak gdyby znała ich najskrytsze myśli i pragnienia. Czyżby ta dziwna kobieta była czarownicą?

Dla wielu mieszkańców miasteczka przyjazd Vianne jest prawdziwym darem losu, ale są i tacy, którzy zrobią wszystko, by opuściła Lansquenet. Zbliża się Wielkanoc i Vianne zamierza urządzić dla dzieci “festiwal czekolady”, lecz jej wrogowie za wszelką cenę chcą jej w tym przeszkodzić…

Joanne Harris – córka Francuzki i Anglika, urodziła się w 1964 roku w Yorkshire w Anglii, gdzie do tej pory mieszka razem z mężem i córką o egzotycznym imieniu Anouchka. Zanim całkowicie poświęciła się pisaniu, próbowała swoich sił w wielu dziedzinach: była zielarką, gwiazdą rocka, księgową i nauczycielką języka francuskiego. Po dwunastu latach nauczania w szkole męskiej w Leeds, doszła do wniosku, że skoro to wytrzymała, to już ze wszystkim sobie poradzi. Jej pierwszą powieść (“Nasienie zła”) opublikowano w 1989 roku, ale prawdziwy sukces odniosła dopiero dzięki “Czekoladzie” (1999 r.) zekranizowanej w 2000 roku przez Lasse Hallströma (w rolach głównych wystąpili Juliette Binoche, Johny Depp, Alfred Molina). Talent pisarski Joanna Harris został doceniony przez władze Uniwersytetu Huddersfield i Uniwersytetu Sheffield, które nadały jej doktorat honoris causa.

Joanne Harris
Czekolada
Przekład: Zofia Kierszys
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera w tej edycji: 7 listopada 2019
 
 

Czekolada


1

11 lutego
Tłusty wtorek

Przywiał nas wiatr zapustów. Wiatr wyjątkowo ciepły w lutym, roznoszący zapachy smażonych na patelni naleśników i kiełbasek i słodkich od cukru pudru wafli na podgrzanym talerzu, wiatr rozrzucający konfetti w powietrzu i przetaczający papierowe kołnierze i mankiety w rynsztoku, wiatr będący jakąś idiotyczną odtrutką na zimę. Daje się wyczuć gorączkowe podniecenie ludzi, którzy tłoczą się z obu stron wąskiej głównej ulicy i wykręcają szyje, żeby zobaczyć pokryty karbowaną bibułką char z rozetami z papieru i pękami powłóczystych wstążek. Anouk patrzy szeroko otwartymi oczami, stojąc pomiędzy torbą do zakupów i smutnym brązowym psem. Nieraz już widywałyśmy, ona i ja, pochody karnawałowe – korowód dwustu pięćdziesięciu udekorowanych wozów w Paryżu w tłusty czwartek zeszłego roku i sto osiemdziesiąt wozów równie wspaniałych w Nowym Jorku i dwa tuziny maszerujących orkiestr w Wiedniu, klownów na szczudłach, Grosses Tˆetes, chwiejne głowy z papier mâché i majoretki kręcące roziskrzonymi batutami. Ale kiedy ma się sześć lat, świat jeszcze się objawia pełen szczególnego blasku. Drewniany wóz naprędce przystrojony bibułką i pozłotą, a na nim sceny z baśni. Łeb smoka na tarczy, Rapunzel w wełnianej peruce, piernikowy domek Baby-Jagi z lukrowanej i pozłacanej tektury i sama Baba-Jaga w drzwiach, grożąca niedorzecznie zielonymi paznokciami gromadce oniemiałych dzieci… Mając sześć lat, można postrzegać subtelności, które rok później są już niezauważone. Pod powłoką z papier mâché czy plastiku Anouk jeszcze widzi prawdziwą czarownicę, prawdziwe czary. Podnosi wzrok na mnie. Jej niebieskozielone oczy – jak ziemia z lotu ptaka – błyszczą.
– Zostaniemy? Zostaniemy tutaj?
Muszę ją upomnieć, żeby mówiła po francusku.
– Ale czy zostaniemy? Czy tak? – Czepia się mojego rękawa. Jej włosy, skołtunione w podmuchu wiatru, są jak wata cukrowa.
Zastanawiam się. Nie gorzej tu niż gdzie indziej. Lansquenet-sous-Tannes, miasteczko-wieś, dwieście dusz najwyżej, punkcik na trasie szybkiego ruchu pomiędzy Tuluzą i Bordeaux. Wystarczy mrugnąć i punkcik zniknie. Główna ulica, dwa rzędy burych, oszalowanych deskami domów chylących się ukradkiem ku sobie, kilka bocznych uliczek równoległych jak zęby wygiętego widelca. Kościół w kwadracie sklepików, świeżo pobielony. I wokół tej osady czujnie rozmieszczone farmy, sady, winnice, połacie ziemi zamknięte, skoszarowane zgodnie z surowym reżimem gospodarki wiejskiej: tutaj jabłka, tam kiwi, melony, cykoria pod szarymi pokrywami z plastiku, winorośle zmarniałe, martwe w rozrzedzonym słońcu lutego, ale oczekujące triumfalnego zmartwychwstania w marcu… Rzeka Tannes, niewielki dopływ Garonny, wytycza sobie drogę przez bagniste łąki. A tutejsi ludzie? Jak to ludzie; być może trochę za bladzi, w tym pozasezonowym słońcu, trochę zbyt szarzy. Chustki i berety mają koloru swoich włosów: brązowe, czarne, popielate. Twarze – pomarszczone jak jabłka z zeszłego lata, oczy wbite w zmarszczki jak rodzynki w ciasto. Nieliczne dzieci rzucają się w oczy dzięki kolorom: czerwonemu, jasnozielonemu i żółtemu, wydają się jakąś nietutejszą rasą.
Kiedy zbliża się ociężale traktor, który ciągnie wóz, duża kobieta w płaszczu w szkocką kratę, o zbolałej kanciastej twarzy chwyta się za ramiona i krzyczy coś w niezbyt dla mnie zrozumiałym miejscowym dialekcie. Na wozie stoi wśród wróżek, syren i chochlików przysadzisty Święty Mikołaj, chociaż to nie jego pora, i agresywnie, prawie niepohamowanie ciska w tłum cukierki. Podstarzały mężczyzna w pilśniowym kapeluszu, a nie w okrągłym berecie popularnym w tym rejonie, podnosi brązowego smutnego psa spomiędzy moich nóg i grzecznie przeprasza spojrzeniem. Ładne szczupłe palce wsuwa w psie kudły. Zwierzę skomli. Na twarzy jego pana maluje się czułość, niepokój, poczucie winy.
Nikt tutaj na nas nie patrzy. Równie dobrze mogłybyśmy być niewidzialne, a przecież nasz wygląd świadczy, że jesteśmy tu tylko przejazdem. Ci ludzie są grzeczni, nikt się na nas nie gapi – na kobietę z długimi włosami wsuniętymi pod kołnierz pomarańczowej kurtki i w długim jedwabnym szaliku trzepoczącym wokół szyi i na dziecko w żółtych, wysokich nad kolana butach i niebieskim jak niebo nieprzemakalnym płaszczyku. Nasz koloryt, nasze ubranie – tutaj egzotyczne, nasze twarze – może za blade, może za śniade – nasze włosy świadczą, że jesteśmy inne, cudzoziemskie, nieokreślenie dziwne. Ludzie w Lansque­net opanowali sztukę obserwowania nie wprost. Czuję ich spojrzenia jak oddech na karku, nie wrogie, ale zimne. Stanowimy dla nich ciekawostkę, część widowiska karnawałowego, powiew z obczyzny. Czuję ich wzrok, kiedy się odwracam, żeby kupić galette od przekupnia. W papierze gorącym i przetłuszczonym ten pszenny placek jest kruchy na brzegach, ale w środku pulchny i dobry. Odrywam kawałek i daję Anouk, wycieram jej z podbródka roztopione masło. Otyły, łysawy przekupień ma grube okulary i twarz lśniącą od pary buchającej z gorącego półmiska. Mruga do Anouk, drugim okiem ogarnia wszystkie szczegóły. Wie, że później padną pytania.
– Na wczasach, madame? – Małomiasteczkowa etykieta pozwala mu zagadnąć. Pod jego obojętnością handlowca widzę rzeczywisty głód wiadomości. Wiedza jest tutaj walutą, Agen i Montauban są tak blisko, że turyści rzadko tu zaglądają.
– Chwilowo.
– Więc z Paryża? – mówi, oceniając po ubraniu. Na tej krzykliwej wsi ludzie są bezbarwni. Kolor to luksus, źle wygląda. Jaskrawe kwiaty przydrożne to chwasty nachalne i bezużyteczne.
– Nie, nie. Nie z Paryża.
Char już dojechał prawie do końca ulicy. Mała orkiestra – dwie piszczałki, dwie trąbki, puzon i bęben – idąc za wozem, gra nie wiadomo jakiego marsza. Za orkiestrą gromada dzieci zbiera z bruku niewyłapane cukierki. Niejedno z nich jest w przebraniu. Czerwony Kapturek i coś kudłatego – wilk – kłócą się po koleżeńsku.
Tyły zamyka jakaś czarna postać. W pierwszej chwili myślę, że należy do parady – Doktor Plaga, być może – ale potem rozpoznaję staromodną sutannę wiejskiego księdza. Ten ksiądz ma niewiele ponad trzydzieści lat, chociaż sztywno wyprostowany wydaje się starszy. Odwraca się do mnie i widzę, że on też jest tu obcy; ma wysoko osadzone kości policzkowe, jasne oczy człowieka z północy i długie palce pianisty, które trzyma na srebrnym krzyżu zwisającym mu z szyi. Może właśnie ta jego nietutejszość daje mu prawo przyglądania mi się. W jasnych zimnych oczach nie ma jednak powitania. Jest kocia nieufność, obawa o swoje terytorium. Uśmiecham się do niego. Zaskoczony, odwraca wzrok i skinieniem przywołuje dwoje kłócących się dzieci. Wskazuje im zaśmieconą jezdnię. Niechętnie zaczynają zgarniać pomięte chorągiewki i przenosić je do pobliskiego śmietnika. Kiedy się do nich odwracam, on znów patrzy na mnie, wydawałoby mi się nawet, że taksująco, gdyby nie był księdzem.
Lansquenet-sous-Tannes to właściwie wieś bez komisariatu policji, a więc i bez przestępstw. Usiłuję wejrzeć w istotę rzeczy jak Anouk, teraz jednak wszystko mi się zamazuje.
– Zostaniemy? Maman, zostaniemy? – Anouk natarczywie ciągnie mnie za rękaw. – Mnie się tu podoba. Zostaniemy?
Biorę ją w objęcia i całuję w czubek głowy. Pachnie dymem, smażonymi naleśnikami i ciepłą pościelą w zimowy poranek.
– Czemuż by nie? Tu nie gorzej niż gdzie indziej.
– Tak, oczywiście – mówię w jej włosy – zostaniemy. – To niezupełnie kłamstwo. Tym razem to może nawet prawda.

Karnawałowa parada się skończyła. Raz w roku ta wieś jaśnieje przelotnym blaskiem, ale teraz ciepło zmieniło się w chłód, ludzie się rozchodzą. Przekupnie pakują swoje markizy i gorące półmiski, dzieci wyrzucają papierowe stroje i ozdoby. Przeważa nastrój zakłopotania, zawstydzenia po nadmiarze hałasu i kolorów. Podobnie latem ustaje deszcz, wsiąka poprzez spieczone kamienie w spękaną ziemię, prawie nie zostawiając śladu. W dwie godziny później Lansquenet-sous-Tannes jest znowu niewidoczne jak zaczarowana wioska, która ukazuje się tylko raz na rok. A co do tej parady, jest tak, jakbyśmy wcale jej nie oglądały.
W nasz pierwszy tu wieczór nie mamy elektryczności, za to jest gaz. Zapalam świecę. Smażę dla Anouk naleś­niki i jemy przy kominku. Za talerze służą nam stronice starego magazynu, bo dopiero jutro będą mogli nam dostarczyć rzeczy. Ten lokal sklepowy był niegdyś piekarnią i jeszcze widać wyrzeźbiony nad wąskimi drzwiami kłos zboża. Podłogę pokrywa mączny pył i wchodząc, musiałyśmy przejść przez zaspę reklam dostarczonych przez pocztę. Przyzwyczajona jestem do cen miejskich, tutaj dzierżawa wydaje mi się śmiesznie tania, chociaż i tak zauważyłam bystre, podejrzliwe spojrzenie kobiety w agencji, kiedy odliczałam banknoty. Umowę dzierżawną podpisałam jako Vianne Rocher hieroglifem, który mógłby nic nie znaczyć.
Ze świecą zwiedzamy nasze nowe terytorium. Stwierdzam, że stare piece pod warstwą tłuszczu i sadzy pozostają w zdumiewająco dobrym stanie. Na ścianach znajduje się sosnowa boazeria, podłogi są z glinianych kafli. W pokoju na zapleczu Anouk znalazła starą markizę, więc ją stamtąd wyciągamy. Spod wyblakłego płótna rozbiegają się pająki. Mieszkanie nad sklepem to dwa pokoje z łazienką i niedorzecznie maleńkim balkonikiem, który zdobi skrzynka z terakoty i w niej uschnięte geranium.
Anouk się krzywi.
– Tu bardzo ciemno, maman – mówi chyba zalękniona, niepewna w obliczu takiego zapuszczenia. – I pachnie smutno.
Ma rację. Ten zapach jest jak światło dzienne zamknięte przez tyle lat, że skwaśniało, zjełczało – zapach mysich odchodów i duchów rzeczy zapomnianych, nieopłakiwanych. Echo odbija się jak w jaskini. Małe ciepło naszej obecności tylko przyciemnia każdy cień. Woda z mydłem i farba, i blask słońca sprawią, że brudu nie będzie, ale ten smutek to co innego, beznadziejny oddźwięk domu, w którym od lat nikt się nie śmiał. Blada i wielkooka w blasku świecy, Anouk zaciska dłoń na mojej ręce.
– Czy musimy spać tutaj? – pyta. – Pantoufle’owi się nie podoba. On się boi.
Uśmiecham się i całuję ją w złocisty, wydłużony powagą policzek.
– Pantoufle nam pomoże.
Zapalamy świece, żeby paliły się w każdym pomieszczeniu: złotą, czerwoną, białą i pomarańczową. Ja wolę sama robić moje kadzidlane, ale kiedy ich nie mam, te kupne ostatecznie się nadają, rozsnuwają woń lawendy, cedru, palczatki kosmatej. Potem chodzimy po całym domu, każda ze świecą w ręce. Anouk ma trąbkę, więc trąbi, ja potrząsam starym rondlem, w którym grzechocze metalowa łyżka, i wykrzykujemy, śpiewamy wniebogłosy:
– Precz! Precz! Precz!
Aż ściany się trzęsą, oburzone duchy uciekają, zostaje po nich tylko słaby zapaszek spalenizny i sporo odpadającego tynku. Patrz poza te ściany spękane, sczerniałe, poza ten smutek rzeczy porzuconych i zacznij widzieć nikłe zarysy, taki obraz, jaki ma się w oczach jeszcze przez chwilę po iskrzeniu się sztucznych ogni. No i proszę, ściana już olśniewa farbą złocistą, dość nędzny fotel nabiera triumfalnie koloru pomarańczy, stara markiza nagle ukazuje spod brudu i kurzu łunę swoich kolorów.
– Precz! Precz! Precz!
Anouk i Pantoufle tupią i śpiewają, nikłe obrazy są coraz ostrzejsze – czerwony stołek przy obitej winylem ladzie, sznur dzwonków wzdłuż drzwi wejściowych. Oczywiście wiem, że to tylko zabawa dla uspokojenia przerażonego dziecka. Trzeba tu ciężko popracować, zanim cokolwiek z tego się urzeczywistni. A jednak wystarcza bodaj chwilowe wrażenie, że ten dom wita nas miło, tak jak my go witamy. Chleb i sól na progu, żeby udobruchać mieszkające tu bogi, drewno sandałowe na poduszeczce, żeby osłodzić nasze sny.
Potem Anouk mi mówi, że Pantoufle już się nie boi, zatem wszystko w porządku.
Kładziemy się razem na białym od mąki materacu i śpimy ubrane przy wszystkich palących się świecach, a kiedy się budzimy, jest już poranek.

2

12 lutego
Środa popielcowa

Rzeczywiście obudziły nas dzwony. Niezupełnie zdawałam sobie sprawę, że jesteśmy tak blisko kościoła, dopóki nie usłyszałam grzmiącego dummm i zaraz melodii dzwonów fla-di-dadi.
Dummm fla-di-dadi-dumm.
Spojrzałam na zegarek. Szósta. Zza połamanych okiennic przesączało się złotoszare światło. Wstałam i podeszłam do drzwi balkonowych. W porannym słońcu rynek lśnił mokrymi kocimi łbami, naprzeciwko, za rynkiem kwadratowy kościół jaśniał swoją bielą, wznosząc się nad kotliną ciemnych fasad sklepów. Piekarnia, kawiarnia, sklep z zaopatrzeniem cmentarnym – płytkami kamiennymi, kamiennymi aniołkami, wiecznymi różami z blach – i ich wystawy dyskretnie zasłonięte, jak gdyby przywarowały poniżej punktu sygnalizacyjnego, białej wieży kościelnej, na której zegar, wskazówkami połyskującymi czerwono na rzymskich cyfrach, obwieszczał, że jest dwadzieścia po szóstej, zapewne żeby zdezorientować diabła, i Matka Boska z zawrotnej wysokości patrzyła na rynek trochę znudzona. Na krótkim szpicu wieży obracała się z zachodu na północny zachód, przepowiadając pogodę, obleczona w długą szatę postać z kosą. Po chwili znad uschniętego geranium zobaczyłam pierwszych wiernych w drodze na mszę. Rozpoznałam płaszcz w szkocką kratę i pomachałam ręką do tej kobiety, ale tylko szczelniej otuliła się płaszczem i przyśpieszyła kroku. Za nią szedł człowiek w pilśniowym kapeluszu ze swoim smutnym brązowym psem. Kiedy uśmiechnął się do mnie, zawołałam rześko „dzień dobry”, najwidoczniej jednak małomiasteczkowa etykieta nie pozwalała na taką bezceremonialność, bo nie odpowiedział, też przyśpieszył kroku i z psem wszedł do kościoła.
Potem nawet nikt nie spojrzał na moje okna, chociaż naliczyłam sześćdziesiąt głów – w beretach, chustkach, kapeluszach nasuniętych głęboko, żeby ich nie zerwał niewidzialny wiatr. Nikt nie spojrzał, a przecież wyczuwałam ciekawość w ich sztucznej obojętności. Mamy ważne sprawy do przemyślenia, mówiły pochylone głowy i zgarbione ramiona. Nogi uparcie niosły ich po kocich łbach jak nogi dzieci, kiedy idą do szkoły. Nie moja rzecz, oczywiście. Ale pomyślałam, że jeśli gdzieś potrzeba trochę czarów, to właśnie… Stare nawyki nigdy nie zanikają. Kto raz zajmował się spełnianiem pragnień, nigdy nie będzie całkowicie wolny od takich odruchów. W dodatku ten wiatr, ten wiatr zapustów jeszcze dmucha, niosąc ze sobą słaby zapach tłuszczu i waty cukrowej, i prochu, i gorące mocne zapachy przełomu, sprawiając, że dłonie swędzą, serce bije szybciej.
Na jakiś czas więc zostaniemy. Na jakiś czas. Dopóki nie zmieni się kierunek wiatru.

W sklepie z towarami mieszanymi kupiłyśmy farbę, pędzle, wałki, mydło i wiadra. Zaczęłyśmy od góry. Zdzierałyśmy firanki, wyrzucałyśmy zepsute wyposażenie na rosnącą stertę w maleńkim ogródku na tyłach domu, myłyśmy podłogi i wąskie, brudne od sadzy schody, aż fala potopu je zalewała i kilka razy przemokłyśmy do suchej nitki. Szczoteczka do szorowania Anouk stała się łodzią podwodną, moja szczotka – tankowcem, i puszczałyśmy po schodach do sieni mydlane torpedy. W tym zamęcie usłyszałam brzęk dzwonka. Zapracowana, ze szczotką w jednej ręce i mydłem w drugiej, podniosłam wzrok i ujrzałam wysoką postać księdza. A zastanawiałam się, jak długo będzie zwlekał, zanim przyjdzie. Teraz patrzył na nas z uśmiechem. Z uśmiechem władczym, oględnym, przychylnym. Pan dziedzic wita wieśniaków przybyłych nie w porę. Czułam, że świetnie widzi mój mokry brudny kombinezon, włosy związane czerwonym szalikiem, bose stopy w ociekających sandałach.
– Dzień dobry. – Rzeczułka pomyj zmierzała do jego wypucowanego buta. Spuścił oczy na swoje obuwie, po czym znów spojrzał na mnie. – Francis Reynaud – przedstawił się, odstępując nieznacznie na bok. – Curé tej parafii.
Parsknęłam śmiechem. Nie zdołałam się powstrzymać.
– To dopiero – powiedziałam złośliwie. – Myślałam, że ksiądz był przebrany na paradę.
Grzecznie się roześmiał.
– Che-che-che.
Wyciągnęłam do niego rękę w żółtej plastikowej rękawiczce.
– Vianne Rocher. A ten bombardier tam z tyłu to moja córka, Anouk.
Ze schodów dolatywały mydlane eksplozje i odgłosy szamotaniny Anouk z Pantoufle’em. Dotarło do mnie jednak, że ksiądz czeka na szczegóły o panu Rocher. O ileż łatwiej mieć wszystko urzędowo na papierze, niż nieprzyjemnie mętnie o tym rozmawiać…
– Dziś rano pani pewnie miała dużo zajęć.
Nagle zrobiło mi się go żal. Tak się stara nawiązać kontakt. Znów zobaczyłam ten wymuszony uśmiech.
– Tak, rzeczywiście, musimy doprowadzić dom do porządku możliwie jak najszybciej. A to wymaga czasu. Ale i bez tego nie byłybyśmy dziś na mszy, monsieur le curé. My nie chodzimy do kościoła – wyjaśniłam łagodnie, uspokajająco, ale wyraźnie się zgorszył, nieomal obraził.
– Och, tak.
Byłam zanadto bezpośrednia. On by wolał, żebyśmy na wstępie krążyli wokół siebie jak ostrożne koty.
– Ale bardzo ksiądz uprzejmy, że zechciał przyjść i nas poznać – ciągnęłam żwawo. – Może by ksiądz nam pomógł poznać tutejszych ludzi.
On jest trochę jak kot, doszłam do wniosku. Te zimne, jasne oczy, niewytrzymujące spojrzenia, ta niespokojna czujność i on – taki wystudiowany, pełen rezerwy.
– Zrobię, co w mojej mocy. – Już zobojętniał, wie, że nie będziemy należały do jego trzódki. A przecież sumienie mu nakazuje dać więcej, niż chciałby dać. – Potrzebna pani pomoc?
– No, przydałby się ktoś. Nie ksiądz, oczywiście – dodałam szybko, widząc, że otwiera usta, żeby coś powiedzieć. – Ktoś, kto mógłby popracować za pieniądze. Tynkarz, ktoś do roboty przy urządzaniu… – Poruszyłam bezpieczny temat.
– Nikt taki nie przychodzi mi na myśl – powiedział. Chyba najostrożniejszy ze wszystkich ludzi, których w życiu spotkałam. – Ale rozejrzę się.
Może się rozejrzy. Zna swoją powinność wobec przyjezdnych. Od razu jednak wiedziałam, że nikogo takiego nie znajdzie. Miła usłużność nie leży w jego naturze. Ostrożnie popatrzył na chleb i sól przy drzwiach sieni.
– To na szczęście. – Uśmiechnęłam się.
Omiótł spojrzeniem te symbole wyraźnie urażony.
– Maman. – Głowa Anouk ukazała się w drzwiach, włosy jej sterczały jak krzywe kolce. – Pantoufle chce się pobawić. Możemy wyjść?
Przytaknęłam.
– Ale tylko do ogrodu. – Starłam jej smugę brudu znad nosa. – Wyglądasz jak łobuziak. – Zerknęła na księdza, ale zdążyłam powiedzieć, zanim zrobiła minę. – Anouk, to jest monsieur Reynaud. Nie przywitasz się?
– Dzień dobry! – wrzasnęła, biegnąc do drzwi wyjściowych. – Do widzenia!
Mignęły żółty sweterek i czerwone spodnie kombinezonu w wariackim posuwistym pędzie po zamydlonej podłodze i już jej nie było. Nie po raz pierwszy nagle zobaczyłam Pantoufle’a znikającego w ślad za nią – ciemną plamę na tle ciemnej framugi.
– Ona ma tylko sześć lat – pośpieszyłam z wytłumaczeniem.
Reynaud uśmiechnął się kwaśno, jak gdyby pierwsze zetknięcie z moją córką mogło utwierdzić każdego w najgorszych podejrzeniach wobec mnie.

 
Wesprzyj nas