Sarah Moss – autorka „Nocnego czuwania” i „Między falami” – powraca do tematu rodzicielstwa, odkrywając jego mroczną stronę oraz wciąż niesłabnącą siłę patriarchatu. W jej powieści bezradność ofiar miesza się z niewypowiedzianym pragnieniem buntu.


Mur duchówOjciec Silvie jest kierowcą autobusu, ale jego prawdziwa pasja to historia Wielkiej Brytanii.

W trakcie letniego urlopu zabiera żonę i nastoletnią Silvie na obóz antropologiczny, którego uczestnicy odtwarzają życie w epoce żelaza wraz ze wszystkimi niedogodnościami.

Obóz ma charakter naukowy, jednak zaciętość i bezkompromisowy charakter ojca Silvie sprawiają, że przeradza się on w spektakl dominacji mężczyzny nad rodziną. Pasja staje się obsesją, która prowadzi do ślepej wiary w konieczność praktykowania dawnych rytuałów, nawet za cenę ludzkiego życia…

***

Niesamowita książka… Jednocześnie niepokoi i porusza.
„The Times”

Ta wyprawa do prehistorii pokazuje, jak bardzo wiedza zapisana jest w naszych ciałach. Oraz władza. Władza ojca i ciało córki to główni bohaterowie tej opowieści o archeologicznym surwiwalu.
Kinga Dunin

To opowieść o murach, jakie budujemy wokół siebie, bojąc się wszelkiej inności. Sarah Moss posiada umiejętność opowiadania o wielkich sprawach przez pryzmat pozornie zwykłych zdarzeń, zwyczajnych ludzi i codziennych problemów.
Anna Dziewit-Meller

Sarah Moss
Mur duchów
Przekład: Paulina Surniak
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 29 lipca 2020
 
 

Mur duchów


Wyprowadzają ją. Nie ma przepaski na oczach, otwiera je szeroko, wpatrując się ostatni raz w niebo, ostatni raz w światło. Po raz ostatni mróz szczypie ją w palce i w twarz, kamienie – nie ostatnie – ranią jej bose stopy. Potyka się. Podtrzymują ją. Nie muszą być brutalni, wiadomo, co się ma wydarzyć. Zaczyna się trząść, najpierw gdzieś głęboko, przy kręgosłupie, potem drżenie ogarnia arterie pod żebrami, puste łono i unoszącą się pierś. Ciało się boi. Prowadzą to przerażone ciało po darni i ścieżce, po kamieniach i ostrej trawie, ale bose stopy prawie nie czują bólu. Słychać monotonny śpiew, bębny tętnią za wolno, nie synkopują z ostatnim, panicznym biciem jej serca. Pozostali idą za nią, ciepło ubrani, ich ciemne sylwetki są ledwo widoczne w zapadającym zmierzchu.
Docierają na miejsce i rozbierają ją. Nie jest to trudne, założyli jej luźną tunikę. W czerwonawym świetle jej ciało wydaje się białe, na tle snującej się mgły i ozdób z trzciny wygląda na trwałe i solidne. Próbuje zasłonić się rękami, ale jej nie pozwalają. Ktoś ją przytrzymuje, a ktoś inny wiąże. Oddycha coraz szybciej, a para skrapla się jej na twarzy. Otaczają ich chmury oddechów, rozpływające się powoli w powietrzu. Odwracają ją przodem do tłumu, pokazują sąsiadom i rodzinie, ludziom, którzy trzymali ją za ręce, kiedy uczyła się chodzić, objaśniali, jak maczać chleb w garnku i ocierać usta, wyplatać koszyk i patroszyć rybę. Bawiła się z dziećmi, które teraz łypią zza matek, modliła się za nie, kiedy przychodziły na świat. Była jedną z nich, kimś zwyczajnym. Jej brat i siostra patrzą, jak wzdryga się, kiedy mężczyźni podnoszą ostrze, odgarniają jasne włosy na lewą stronę głowy i obcinają je. Golą do samej skóry. Nie wygląda już jak jedna z nich. Drży. Wtykają ucięte włosy za sznur, który wiąże jej nadgarstki.
Zaczyna żałośnie łkać. Dźwięk odbija się echem po bagnach, niesie wśród nagich gałęzi jarzębin i brzóz.
Nie ma niespodzianek.
Zawiązują jej sznur na szyi i podnoszą ostrze do słońca, które zaraz zajdzie za skałami. Wszystko jest przygotowane, zaostrzone gałązki wierzbowe, stos kamieni, dwa noże: mały i duży. Kij, na którym owiną sznur.
Jeszcze nie. To prawdziwa sztuka, zatrzymać ją w miejscu i czasie, na granicy ziemi i wody, między życiem a śmiercią, kiedy nie może już wrócić do świata żywych, ale jeszcze przez chwilę nie jest całkiem martwa.

Wreszcie zapadła ciemność. Ogień trzaskał, między płomieniami widać było drzewa. Miał znaczenie rytualne, tylko i aż. Odsuwaliśmy się od siebie, nikt nie łaknął ciepła. Dym gryzł mnie w oczy, a skała wbijała się w plecy, szorstka tunika drażniła uda. Zsunęłam mokasyn i wyciągnęłam palce w stronę ognia, tak po prostu, żeby sprawdzić, jakie to uczucie. Przecież nie może być ci zimno, powiedział ojciec, chociaż to on rozpalił ogień i nalegał, żebyśmy się wokół niego zebrali. Może być, jeśli tak postanowię, pomyślałam, ale powiedziałam: nie, tato, nie jest. Przez płomienie widziałam chłopaków – byli pogrążeni w rozmowie i przesuwali się coraz bliżej drzew, jakby zamierzali wtopić się w las i oddalić w jakichś męskich sprawach, na których znałam się prawdopodobnie dużo lepiej od nich. Matka siedziała na kamieniu, tam, gdzie kazał jej usiąść ojciec, tunika brzydko zawinęła się nad jej tłustymi, białymi kolanami, było nudno, a ojciec trzymał nas tu, znużonych, siłą woli. A dokąd to się wybierasz? – spytał, kiedy wstałam. Muszę iść na siku, odparłam, a on burknął coś i rzucił okiem na chłopców, jakby sama wzmianka o czynnościach życiowych mogła rozbudzić ich młodzieńcze żądze. Tylko sprawdź, czy nie będzie cię widać, powiedział.
Za kilka dni wydepczemy ścieżkę do strumienia, ale tej pierwszej nocy pod stopami miałam mech, uginający się w zapadającym zmierzchu, i łany poziomek, tak dojrzałych i czerwonych, że zdawały się lśnić w mroku. Przykucnęłam, żeby zerwać garść; powędrowałam dalej, jedząc je prosto z dłoni i całując ją przy tym. Między gałęziami śmigały nietoperze, nadając płaskiemu niebu głębię – wtedy je jeszcze słyszałam. Dziwnie było tak iść w butach z cienkiej skórki. Tylko warstwa pożyczonej – skradzionej – skóry oddzielała moje stopy od patyków i kamieni, od wilgoci i miękkości lasu. Dotarłam nad strumień i kucnęłam przy nim, zanurzyłam palce i nasłuchiwałam. Woda szemrząca wśród kamieni i torfu, szelest liści nade mną, beczenie owiec na wzgórzu. Przez buty sączyła się rosa. Strumyk tarmosił koniuszki moich palców, a wrzosy badały moje nogi, nagie pod tuniką. Nie żebym nie rozumiała, dlaczego ojciec kocha te miejsca, to życie na powietrzu. Nie żebym wolała przebywanie pod dachem.

Kiedy wróciłam, matka klęczała przy ognisku, choć nie wznosiła modłów – przekładała ciężkie kawałki darni leżące na stosie. Sil, pomóż nam, poprosiła, powiedział, że można zakryć nimi ogień na noc i zdjąć je rano, że tak to wtedy robiono. W dawnych czasach. Jasne, odparłam i uklękłam obok, ale zakładam, że pominął milczeniem drobną informację: w dawnych czasach ktoś im pokazywał, jak to zrobić, a nie tylko wydawał polecenia i spierdalał. Cóż, powiedziała, raczej i tak to wiedzieli, prawda? Nie trzeba im było pokazywać, uczyli się tego od matek, i nie przeklinaj, usłyszy cię.
Spaliśmy w okrągłym domu, rodzice i ja. Studenci zbudowali go na początku roku w ramach zajęć z „archeologii eksperymentalnej”, ale twardo sprzeciwiali się opinii mojego ojca, że wszyscy powinniśmy spać w nim razem. Nie można zakładać, że gospodarstwa domowe w starożytnej Brytanii przypominały współczesne, twierdził ojciec, więc jeśli studentom zależy na autentyczności, powinni spać z nami na nieoheblowanych pryczach, wymoszczonych skórami jeleni, podarowanymi nam przez sędziwego właściciela miejscowego dworu. A przynajmniej przez kogoś z jego służby, jako że pan domu mieszkał w Londynie i na pewno nie spędzał lata w hrabstwie Northumberland. Profesor Slade stwierdził, że cóż, i tak nie ma mowy o autentyczności, zresztą nie o to chodzi, celem zajęć miało być posmakowanie życia w epoce żelaza i ewentualnie przyjrzenie się konkretnym procesom i technologiom. Niech sobie śpią w namiotach, jeśli wolą, powiedział, w epoce żelaza prawdopodobnie też istniały namioty. Ze skóry, odparł ojciec, a nie z jakiegoś wymyślnego nylonu. Namiot, w którym sypialiśmy na wakacjach, był z płótna w kolorze morelowym i prawdopodobnie pamiętał czasy drugiej wojny światowej. Zauważyłam, że studenci rozbili swoje nieautentyczne, kolorowe, wodoodporne, nylonowe namioty na polanie z tyłu, a dzięki drzewom i zboczu nie było ich widać ani z chaty, ani z większego namiotu profesora, rozstawionego w pobliżu leśnej drogi, przy której zaparkował samochód. Mogłabym spać w namiocie, tato, powiedziałam, ty i mama mielibyście trochę prywatności. Ale tacie nie zależało na prywatności, wolał mnie mieć na oku. Nie bądź głupia, odparł, przecież nie możesz spać z chłopakami, powinnaś się wstydzić. Zresztą prywatność to nowoczesny wymysł, wszyscy kryją się przed sobą i robią, co chcą, a przecież od tego właśnie chcemy uciec, będziesz spała z nami. Nie wiem, co zdaniem ojca miałabym przeskrobać, ale bardzo starał się mnie upilnować.
Prycze były dokładnie tak niewygodne, jak można się było spodziewać. Odmówiłam spania w drapiącej tunice, na co nalegał ojciec, skoro nie było żadnych dowodów na to, że tak właśnie wyglądał nocny albo dzienny strój mieszkańców starożytnej Brytanii; niestety wypchany słomą worek kłuł nawet przez bawełnianą piżamę, śmierdział farmą i szeleścił przy każdym ruchu, jakby harcowały w nim jakieś małe ssaki. W chacie panowała całkowita, niepokojąca ciemność. Leżałam na plecach i przesunęłam dłońmi przed twarzą, ale niczego nie dostrzegłam. Ojciec odwrócił się, westchnął i zaczął chrapać, posapywał nisko i nieregularnie, a myśl o spaniu w takich warunkach wydawała mi się niedorzeczna. Mamo, wyszeptałam, mamo, nie śpisz? Ćsiii, syknęła, śpij. Nie mogę, odpowiedziałam, tato za głośno chrapie, nie mogłabyś go szturchnąć? Ćsiii, odparła, śpij, Silvie, zamknij oczy. Obróciłam się na bok, twarzą do ściany, a potem z powrotem, bo odwracanie się plecami do ciemności nie wydawało się dobrym pomysłem. A co, jeśli w słomie są jakieś owady, kleszcze albo pchły, co, jeśli wejdą mi do piżamy, co, jeśli jakiś robal siedzi mi już na stopie, a może wchodzi po nodze, podskakuje, gryzie i znowu podskakuje, a następne już wyłażą z worka, prosto na moje plecy, na ramiona i szyję… Silvie, syknęła mama, przestań się tak wiercić i idź spać, serio, działasz mi już na nerwy. On też mi działa na nerwy, odparłam, słychać go pewnie w Morbury, nie wiem, jak możesz to wytrzymywać. Chrząknął i się poruszył. Chrapanie ucichło i obie zamarłyśmy. Cisza. Może przestał oddychać, pomyślałam, może to już koniec, ale wtedy znowu się zaczęło, piłowanie kartonu zębatym nożem.
Kiedy się obudziłam, przez wiszącą w drzwiach owczą skórę sączyło się światło. Profesor mówił, że w epoce żelaza prawdopodobnie nie hodowano owiec, ale skoro nie wolno nam zabijać zwierząt metodami dawnych myśliwych, musimy wykorzystać to, co mamy, a łatwiej kupić skóry owcze niż jelenie. I choć cieszyłam się na myśl, że nie będziemy patroszyć jeleni nożami z krzemienia, pomyślałam, że wzbraniając się przed rozlewem krwi, profesor schrzanił cały pomysł rekonstrukcji życia ludów zbieracko-łowieckich. Nazwa mówi sama za siebie, co nie, wymamrotałam, łowcy-zbieracze. Co powiedziałaś? Może powtórzysz to profesorowi Slade’owi? – spytał tato. Och, mów mi po imieniu, jestem Jim, odparł profesor. I nie przejmuj się, też mam dzieci w tym wieku, wiem, jak to jest. Jasne, pomyślałam, ale twoich dzieci tu nie ma, prawda? Zapewne pojechały z mamą w jakieś fajne miejsce, może do Francji albo do Włoch.
Przewróciłam się na plecy, całkiem już zesztywniałe, i walnęłam łokciem o skraj deski, na której leżał worek ze słomą. Zsunęłam się ostrożnie, żeby nie wbić sobie żadnej drzazgi, i stanęłam boso na gołej ziemi, suchej i zakurzonej. Było prawie ciemno, ale widziałam, że prycze rodziców są puste, a zarys stojącego na środku chaty słupa nikł w mroku pod sklepieniem. Niektórzy ludzie z epoki żelaza trzymali na krokwi nadpalone szczątki przodków, związane w kucki i spoglądające pustymi oczami w dół. Pod progiem zakopywano czasem kawałki ciał zmarłych dzieci, miały przynosić szczęście albo chronić od złego.
Mama kucała przy palenisku, rozdmuchując żar. Obok niej leżał stosik darni. Czyli działa, zauważyłam. Jak ci się udało zdjąć darń i się przy tym nie poparzyć? Wzięła głęboki wdech, pochyliła się i dmuchnęła przez ściągnięte wargi na resztki żaru. Polana zatliły się w blasku słońca. Zamigotały rzucane przez liście cienie. Z wielkim trudem, odparła, sama spróbuj, mam już totalnie zajechane kolana. Przyklękłam i oparłam się na łokciach. Miałam nadzieję, że nie zjawią się zaraz studenci i nie zobaczą mojego wypiętego tyłka. Zaczęłam dmuchać. Uważaj na włosy, powiedziała mama. Już, oznajmiłam. Pali się. Co jemy na śniadanie? Potrząsnęła głową. Owsiankę, odparła, chociaż pewnie nazwałabyś to kleikiem, nie ma mleka, no i to nie jest owies, raczej żyto, tak mi się wydaje. Byle nie jęczmień, bo nie ugotuje się do Bożego Narodzenia. Jest miód? – spytałam, bo nie znosiłam owsianki i jadłam ją tylko z dużą ilością syropu. Tato upierał się przy owsiance z solą, chociaż jej nie lubił, raczej wierzył w nią tak, jak inni wierzą w homeopatię albo w wodę święconą. Wszędzie ten rak, powiedział, kiedy zdiagnozowano mamy znajomą, ludzie powinni jeść więcej błonnika, a nie ciągle te przetworzone świństwa, płatki śniadaniowe i inne takie, wolałbym już jeść karton. Mamo, a co z obiadem i podwieczorkiem? – zapytałam. Zjemy to, co nazbierasz, odpowiedziała, może ryby, no i powinno być pełno jagód, jest lato. Nie „zbiera się” ryb, pomyślałam, trzeba je zamordować i ja tego na pewno nie zrobię, ale nie powiedziałam tego, dołożyłam za to do ognia trochę chrustu i jeden z wyschniętych pniaków, które studenci porąbali w ramach doświadczania życia z epoki żelaza.
Mama zaczęła przesuwać kamienie leżące na skraju paleniska, więc poszłam jej pomóc. Trzeba je wepchnąć na tyle głęboko, żeby utrzymały garnek, wyjaśniła, powiedział, że zrobimy potem stojak, na którym powiesimy garnek. Czy ten, no, trójnóg. Z czego, nie planuje przecież kowalstwa, prawda? – spytałam. Fascynowało go kucie metalu. Mówił, że pamięta ostatniego kowala w wiosce, który kilka lat po wojnie zrezygnował, pamięta, że pozwalano mu stać w drzwiach i patrzeć, jak metal przechodzi ze stanu stałego w lśniącą ciecz i z powrotem, pamięta syk i kłęby pary, blizny na rękach mężczyzny. W dawnych czasach to było uświęcone zajęcie, mówił, ogień, płynna maź, hartowane ostrza. Mama wzruszyła ramionami. Powiedział, że na razie wystarczą nam kamienie. Przynieś garnek, stoi przy drzwiach. Garnek był żeliwny, bardzo ciężki. Kucnęłam, objęłam go mocno i wstałam, prostując kolana, ale tak czy inaczej, było to śmiechu warte. Rany boskie, powiedziałam, lepiej byłoby zjeść tosta, możemy usmażyć kiełbaski na patyku, ale wystarczyło spojrzeć na mamę, żeby wiedzieć, że trzeba było trzymać język za zębami. Za mną stał tata. Dobrze wiesz, że nie jedli tostów, oznajmił, i lepiej, żebym cię nie złapał na jedzeniu jakichś świństw, jasne? Tak, tato, odparłam, przepraszam, to był tylko żart. Więc lepiej nie żartuj, to nie jest śmieszne. I ubierz się, włóż tunikę, nie chcę widzieć tej piżamy, a tym bardziej nie chcę, żeby profesor zobaczył cię w takim stroju. Mogłam skomentować, że profesor sam nosił skarpetki, bo nie chciał mieć odcisków od mokasynów, ale tego nie zrobiłam, wróciłam do chaty, pogmerałam w walizce, którą mama dostała po babci, włożyłam najpierw majtki i stanik, a potem drapiącą tunikę. Parę tygodni temu była na ten temat dyskusja w domu, w kuchni. Będziesz wolał, żebyśmy nosiły bieliznę, powiedziała mama, inaczej ktoś może coś zobaczyć, ci chłopcy albo nasza Silvie. Udało jej się postawić na swoim także w kwestii szczoteczek do zębów, dawniej ludzie żyli tak krótko, że nie mieli kiedy stracić zębów, więc logiczne, że się nimi nie przejmowali. W końcu zgodził się też na tampony, chociaż zaznaczył po raz kolejny, że w dawnych czasach kobiety nie krwawiły tak obficie, później dostawały okres, bo nie miały tyle jedzenia, i dobrze, a potem były przy nadziei i karmiły piersią tak długo, jak tylko mogły, tak chciała natura, zresztą powtarzał to za każdym razem, kiedy widział, że kupujemy z mamą podpaski. Dawniej kobiety umiały sobie radzić bez wydawania pieniędzy, mówił, zresztą to wszystko i tak wyląduje w końcu na jakiejś plaży, całe upaprane. Albo umierały przy porodzie, odpowiedziałam, przez krzywicę, albo dlatego, że nie było cesarek, ale chyba wolałbyś, żebym nie zachodziła w ciążę w ramach dbania o autentyczność, co? Odłożył listę, którą właśnie spisywał, potem długopis, równolegle do kartki, i wstał z oficjalną miną. Cicho, syknęła mama, pyskujesz, ale było za późno, uniósł już rękę. Sama się prosisz, mawiała, przeginasz, czego się więc spodziewasz?
Nie wiem, czy kleik był z żyta, czy z jęczmienia, ale kiedy zjawili się studenci, wciąż opierał się wodzie i ogniowi. Ziarna podskakiwały w garnku jak martwe czerwie. Może wlałyśmy za dużo wody, czy to nie powinno być bardziej kleiste? – spytałam mamę. Wy dwie jutro będziecie musiały wstać wcześniej, powiedział tata, ludzie muszą jeść, tak nie może być. Widziałam, że chciałby, żebyśmy coś zrobiły, przyspieszyły wrzenie wody i mięknięcie ziaren. To cząsteczki w stanie wzbudzonym, pomyślałam, przypomniawszy sobie test gimnazjalny z chemii. Wzięłam wystruganą z kawałka drewna łopatkę i zamieszałam, a czerwie zaczęły płynąć w jedną stronę. To nie w porządku, że tata ochrzania nas za późne wstawanie, skoro zabronił nam zabrać zegarki i ciągle powtarza, jak dobrze jest nie mierzyć czasu. Dawniej ludzie kierowali się słońcem i żołądkiem, nie liczyli minut, umieli być cierpliwi.
Dobiegły nas głosy i śmiech – zerknęłam na tatę, który czasem nie lubił, kiedy ludzie się śmiali – a na ścieżce pojawili się studenci. Pete, przypomniałam sobie, i Dan, a dziewczyna miała na imię Molly. Wczoraj wieczorem, czyli pierwszego dnia, mieli na sobie dżinsy, ale dzisiaj założyli tuniki i wyglądali równie głupio jak ja. Niezłe nogi, powiedział Dan do Pete’a, kiedy wyszli spomiędzy drzew. Wiadomo, odparł Pete, a tobie widać cycki, stary, chyba coś z nimi nie tak. Cycki. Spojrzałam znowu na tatę, ale nie patrzył ani nie słuchał. Za nimi szła Molly, tunikę spięła przypinką z pacyfką, a jasne włosy splotła w warkocze i związała gumkami z plastikowymi wisienkami. Przepraszam, powiedziała mama, jeszcze nie ma śniadania, to może trochę potrwać. Nic nie szkodzi, odparł Dan, nie ma sprawy, Jim ciągle powtarza, że posiłki nie będą podawane o ustalonych porach. Zjemy, kiedy będzie gotowe. Jim, pomyślałam. Profesor Slade. Mogę w czymś pomóc, Alison? – spytała Molly. Naprawdę, nie powinnaś robić wszystkiego sama. Zerknęłyśmy z mamą na siebie. Alison. Moje koleżanki mówią do niej pani Hampton. Nie, odparła, nie ma problemu, chyba umiem mieszać w garze, zajmijcie się sobą. Usiedli w słońcu, studenci, i gawędzili, droczyli się, używali słów, które do tej pory widziałam tylko na piśmie, śmiali się, kiedy mieli ochotę. Krzątałam się, zbierałam chrust, a przynajmniej udawałam, że to robię, i trzymałam się w pewnej odległości, żeby nie pomyśleli, że chcę się przyłączyć, ale też nie za daleko, żeby słyszeć, o czym rozmawiają. Plany na resztę wakacji, „podróżowanie”, jakby zmienianie miejsca pobytu było rozsądnym sposobem wykorzystania czasu i pieniędzy. Bilety Interrail, Rzym i Paryż. Teraz można dojechać nawet do Pragi i Budapesztu, powiedział Dan, moja siostra zrobiła tak rok temu, zanim wszyscy zaczęli tam jeździć. Pete był już w Berlinie, zaraz po egzaminach, widział rozbieranie muru. Przywiozłem sobie kawałek, pochwalił się, mam go w domu, jest różowy, bo były na nim murale i graffiti, było czadowo, siedzieliśmy tam, wiara grała na gitarach, śpiewaliśmy i całą noc piliśmy piwo, nie zamykają tam pubów o określonej porze. Chociaż tak naprawdę to trochę smutne, bo teraz każdy może sobie wziąć kawałek, no wiecie, kawałek muru, i jak tak dalej pójdzie, to pod koniec wieku zostanie z niego mniej niż z muru Hadriana, można też zobaczyć, jak ulice się zaczynają otwierać i łączyć. Chcę tam pojechać, powiedziała Molly, zobaczyć to na własne oczy. Pojechać do Berlina, pomyślałam. Jak się jedzie do Berlina, czy można wsiąść do autobusu, czy trzeba lecieć samolotem albo jechać pociągiem, a nawet kilkoma? Widziałam sporo wysp brytyjskich, Lindisfarne i Anglesey, Orkady i niektóre Hebrydy, ale nigdy nie byłam za granicą. Nie mamy paszportów. Skąd mają na to pieniądze i co rodzice Dana, Pete’a i Molly myślą o tych planach? Tata poszedł do lasu, jest uparty, a twarz mamy pociemniała, mieszała w garnku coraz bardziej przygarbiona, jakby gromadziły się nad nią chmury, których nikt inny nie widzi.

 
Wesprzyj nas