Powieść “Moja mroczna Vanesso” zestawia pamięć i traumę dorosłej kobiety z podekscytowaniem nastoletniej dziewczyny – to prowokujący do myślenia i niemożliwy do stłumienia głos.


Moja mroczna VanessoPodporządkowała swój świat tylko jemu. A on totalnie nią zawładnął. On – czterdziestodwuletni intrygujący nauczyciel literatury.

Nie była jedyną dziewczyną w jego życiu. Inne, już jako dorosłe kobiety, szukają sprawiedliwości, bo zrozumiały, że zostały skrzywdzone. Oczekują, że Vanessa będzie z nimi solidarna. A ona nie może tego zrobić, bo dla niej był dobry. Przecież to ją wybrał. Sama tego chciała. Wierzyła, że to miłość. Ale czy na pewno?

Zmuszona po latach do zdefiniowania na nowo dawnej relacji Vanessa miota się między przeszłością a teraźniejszością. Musi zdecydować: czy był to związek, czy została wykorzystana? Czy była to erotyczna fascynacja czy niezdrowy popęd? I czy była gotowa na taką relację, mając piętnaście lat?

Powieść Moja mroczna Vanesso zestawia pamięć i traumę dorosłej kobiety z podekscytowaniem nastoletniej dziewczyny – to prowokujący do myślenia i niemożliwy do stłumienia głos. Będziesz płakać z bezsilności i ze złością walić pięściami. Nie można czytać tej książki bez zaangażowania i nie można jej zapomnieć.

Kate Elizabeth Russell
Moja mroczna Vanesso
Przekład: Robert Sudół
Wydawnictwo Otwarte
Premiera: 17 czerwca 2020
 
 

Moja mroczna Vanesso


Dorastałam i kształciłam się w Maine – najpierw w prywatnej szkole, z której odeszłam z przyczyn osobistych, potem w college’u. Jestem świadoma, że z powodu podobieństw między ogólnymi faktami z mojego życia a pewnymi wątkami tej powieści czytelnicy obeznani z moją biografią mogą wyciągnąć pochopny wniosek, że relacjonuję nieznane dotąd prawdziwe wydarzenia. Nie jest tak – moja książka to w całości fikcja literacka, a postacie i miejsca są zmyślone.
Każdy, kto śledzi doniesienia medialne w ostatnich latach, zetknął się z przypadkami, które mogą przywodzić na myśl fabułę mojej powieści, jest ona jednak dziełem wyobraźni. Wplotłam w nią również inne elementy takie jak teoria traumy, popkultura, postfeminizm na początku trzeciego tysiąclecia i własne ambiwalentne odczucia związane z Lolitą. Wszystko to stanowi normalny proces tworzenia fikcji literackiej. Powodowana nadmierną ostrożnością, pragnę powtórzyć, że nic w mojej powieści nie stanowi relacji z rzeczywistych wydarzeń. Oprócz ogólnych podobieństw, o których wspomniałam powyżej, nie jest to historia mojego życia, życia moich nauczycieli ani nikogo, kogo znam osobiście.

2017


Szykuję się do pracy, a wpis widnieje tam już od ośmiu godzin. Podkręcając włosy, odświeżam stronę. Jak dotąd 224 udostępnienia i 875 polubień. Wkładam czarny wełniany żakiet, znowu odświeżam. Szperam pod kanapą, żeby wyciągnąć czarne półbuty na płaskim obcasie, odświeżam. Do klapy przypinam złotą plakietkę z nazwiskiem, odświeżam. Za każdym razem liczby rosną, mnożą się komentarze.
Jesteś bardzo silną osobą.
Odważna kobieta z Ciebie.
Co za potwór jest zdolny zrobić coś takiego dziecku?
Zerkam na swój ostatni esemes wysłany do Strane’a cztery godziny temu: „Wszystko u Ciebie w porządku?”. Wciąż nie odpisał, nawet go nie przeczytał. Piszę następny – „Jestem tutaj, jeśli chcesz pogadać” – ale rozmyślam się i go kasuję, wysyłam tylko wymowny ciąg znaków zapytania. Odczekuję kilka minut, dzwonię do niego, lecz włącza się poczta głosowa, więc wciskam telefon do kieszeni i wychodzę z mieszkania, domykając drzwi za sobą. Nie ma sensu za bardzo się starać. To on narobił tego całego syfu. Jego problem, nie mój.
Po przybyciu do pracy siadam na recepcji w kącie hotelowego lobby i daję różnym gościom wskazówki, dokąd iść i gdzie zjeść. Jest koniec gorącego sezonu, ostatni nieliczni turyści przewijają się tędy, żeby zobaczyć przyrodę, zanim Maine zabarykaduje się przed nadejściem zimy. Z dyżurnym uśmiechem, który nie obejmuje oczu, rezerwuję stolik na kolację dla pary świętującej pierwszą rocznicę ślubu i polecam wstawić do ich pokoju butelkę szampana, aby czekała tam na nich po powrocie – gest, który daleko wykracza poza to, co gwarantuje dobry napiwek. Dzwonię do korporacji taksówkarskiej, żeby jedna rodzina dotarła na lotnisko. Mężczyzna na delegacji, który zatrzymuje się w naszym hotelu co drugi poniedziałek, przynosi mi trzy brudne koszule i pyta, czy pralnia chemiczna upora się z nimi na jutro.
– Zajmę się tym – odpowiadam.
Uśmiecha się i mruga do mnie.
– Jesteś najlepsza, Vanesso.
Podczas przerwy siadam w pustym biurowym boksie na zapleczu i wpatrzona w telefon jem pozostałą po cateringowej imprezie kanapkę z poprzedniego dnia. Sprawdzanie wpisu na Facebooku stało się kompulsywne, nie mogę powstrzymać ruchliwych palców ani oczu zerkających na ekran, chłonących coraz większą liczbę polubień i udostępnień, dziesiątek pochwał w rodzaju „jesteś nieustraszona, mów dalej prawdę, wierzymy Ci”. Gdy to czytam, miga wielokropek – w tej właśnie sekundzie ktoś pisze komentarz. A potem, jak za sprawą czarów, pojawia się kolejny wpis, kolejne słowa otuchy i wsparcia, a ja w reakcji na to odsuwam telefon i wrzucam resztę czerstwej kanapki do kosza na śmieci.
Właśnie zamierzam wrócić do recepcji, gdy aparat zaczyna wibrować: „Połączenie: Jacob Strane”. Odbieram, śmiejąc się, czując ulgę, że on żyje, że dzwoni.
– Wszystko u ciebie w porządku?
Przez moment panuje głucha cisza, zastygam ze spojrzeniem wbitym w okno, które wychodzi na Monument Square, a tam targ płodów rolnych i gastrobusy. Jest początek października, jesień w pełnej krasie, pora, kiedy wszystko w Portland wygląda jak rodem z katalogu L.L.Bean – dynie i tykwy, dzbany cydru. Plac przecina kobieta w kraciastej flaneli i półgumiakach, uśmiechając się do niemowlaka w nosidełku na jej klatce piersiowej.
– Strane.
Wzdycha ciężko.
– Domyślam się, że widziałaś.
– Tak – odpowiadam. – Widziałam.
Nie zadaję pytań, ale i tak zaczyna wyjaśniać. Mówi, że szkoła wszczyna dochodzenie, a sam przygotowuje się na najgorsze. Spodziewa się, że każą mu zrezygnować. Wątpi, że dotrwa do końca roku szkolnego, może nawet nie dociągnie do przerwy bożonarodzeniowej. Słysząc jego głos, przeżywam taki szok, że z trudem nadążam za tym, co mówi. Minęły miesiące, odkąd rozmawialiśmy ostatni raz, kiedy to dopadła mnie panika po śmierci mojego ojca, który zmarł na zawał serca. Wtedy powiedziałam Strane’owi, że dłużej nie dam rady. Był to taki sam przypływ wyrzutów sumienia, jakiego doznawałam przez lata pełne porażek – utrata jednej i drugiej pracy, rozstania, załamania – jakby nagłe bycie dobrym człowiekiem mogło cofnąć czas i naprawić wszystko, co spieprzyłam.
– Ale przecież przeprowadzili dawniej dochodzenie, kiedy była twoją uczennicą – mówię.
– Wznowili. Przesłuchują wszystkich drugi raz.
– Skoro wtedy uznano, że nie zrobiłeś nic złego, dlaczego teraz miałoby być inaczej?
– Oglądałaś ostatnio wiadomości? – pyta. – Żyjemy w innych czasach.
Chcę mu powiedzieć, że dramatyzuje, że wszystko będzie dobrze, skoro jest niewinny, ale wiem, że ma rację. W ostatnim miesiącu to nabrało rozmachu – rzesza kobiet demaskujących mężczyzn jako sprawców molestowania seksualnego. Na celowniku znaleźli się głównie celebryci – muzycy, politycy, gwiazdorzy filmowi – ale nazwiska mniej znanych sprawców również się pojawiły. Bez względu na swój status przechodzą przez to samo. Najpierw wszystkiemu zaprzeczają. Potem, gdy staje się jasne, że oskarżenia nie ucichną, skompromitowani mężczyźni składają dymisję i mgliste przeprosiny, które nigdy nie oznaczają wyraźnego przyznania się do winy. I wreszcie ostatni etap: milkną i znikają. To wręcz surrealistyczne doznanie, gdy dzień w dzień oglądam tę samą sensację, widzę, jak łatwo idą na dno.
– Będzie dobrze – mówię. – Wszystko, co napisała, to stek kłamstw.
Strane robi wdech, powietrze świszcze mu przez zęby.
– Nie wiem, czy kłamie, przynajmniej formalnie to nie!
– Ale przecież ledwo jej dotknąłeś. A w tym wpisie ona twierdzi, że ją napadłeś.
– Napadłem – prycha. – Napaść to może być prawie wszystko, tak samo jak naruszenie nietykalności cielesnej może oznaczać, że chwyciłaś kogoś za nadgarstek albo go odepchnęłaś. To nic nieznaczący termin prawniczy.
Patrzę przez okno na targ rolny: gęsty tłum, stado mew. Kobieta sprzedająca jedzenie otwiera metalowy pojemnik. Gdy wyciąga dwa tamales, bucha para.
– Skontaktowała się ze mną w zeszłym tygodniu – mówię.
Chwila ciszy.
– Ach tak?
– Chciała wiedzieć, czy też się zgłoszę. Pewnie uznała, że będzie bardziej wiarygodna, jeśli mnie w to wciągnie.
Strane milczy.
– Nie odpisałam oczywiście.
– No tak. Oczywiście.
– Uznałam, że blefuje. Nie myślałam, że starczy jej odwagi. – Nachylam się do przodu, przyciskam czoło do szyby. – Wszystko będzie dobrze. Wiesz, po której stronie jestem.
W reakcji na te słowa Strane wzdycha głośno. Wyobrażam sobie uśmiech ulgi na jego twarzy, zmarszczki w kącikach oczu.
– To mi wystarczy – odpowiada.
Po powrocie do recepcji odpalam Facebooka, wpisuję do wyszukiwarki „Taylor Birch” i na ekranie od razu pojawia się jej profil. Pomijam krótki biogram, który przeglądam od lat, zdjęcia i drobne uaktualnienia i teraz, u góry, widzę wpis o Stranie. Liczby ciągle rosną – 438 udostępnień, prawie dwa tysiące polubień oraz nowe komentarze, więcej tego samego.
To bardzo inspirujące.
Imponuje mi Twoja siła.
Głoś dalej swoją prawdę, Taylor.
Kiedy się poznaliśmy, ja miałam piętnaście lat, Strane – czterdzieści dwa, prawie idealnie trzydzieści lat różnicy. Tak właśnie wtedy myślałam. Że różnica jest idealna. Lubiłam tę matematykę, trzy razy mój wiek, łatwo wyobrażałam sobie trzy Vanessy wpasowujące się w niego: jedna owinięta wokół jego mózgu, druga wokół serca, trzecia zamieniona w stan ciekły i krążąca w jego żyłach.
Powiedział, że od czasu do czasu słyszało się w Browick o romansach między nauczycielami i uczennicami, ale on nigdy nie uwikłał się w nic takiego, bo przed poznaniem mnie nie miał podobnych ciągot. Byłam pierwszą uczennicą, która go do tego pchnęła. Podobno dostrzegł we mnie coś takiego, co sprawiło, że warto było zaryzykować. Pociągał go mój powab.
Nie chodziło o to, że jestem bardzo młoda, nie w jego przypadku. Nade wszystko pokochał mój umysł. Powiedział, że mam inteligencję emocjonalną na poziomie geniusza, że mam talent literacki, że umiemy ze sobą rozmawiać, że może mi się zwierzyć. Że głęboko we mnie kryje się ciemny romantyzm, taki sam, jaki dostrzega w sobie. Że dopóki mnie nie poznał, nikt nie rozumiał tej jego mrocznej cechy.
– Taki mój pech – rzekł. – Że kiedy w końcu spotykam swoją bratnią duszę, ona ma piętnaście lat.
– Skoro narzekasz na swojego pecha – zripostowałam – to spróbuj postawić się na moim miejscu: mieć piętnaście lat i odnaleźć bratnią duszę w mocno starszym facecie.
Gdy to powiedziałam, zajrzał mi w twarz, aby się upewnić, że żartuję – oczywiście żartowałam. Nie chciałam mieć nic wspólnego z chłopcami w moim wieku, z ich łupieżem i trądzikiem, z ich okrucieństwem, z krojeniem dziewcząt na kawałki, ocenianiem naszych części ciała w skali od jeden do dziesięciu. To nie był mój świat. Uwielbiałam dojrzałą ostrożność Strane’a, jego nieśpieszne zaloty. Kolor moich włosów przyrównywał do barwy klonowych liści, wsuwał mi wiersze do ręki – Emily, Edna, Sylvia. Sprawił, że postrzegałam siebie jego oczami – jako rudowłosą dziewczynę, która powstanie „z popiołów, by jeść mężczyzn jak powietrze”. Kochał mnie tak bardzo, że czasem, gdy wyszłam z klasy po skończonej lekcji, siadał na moim krześle, kładł głowę na biurku i próbował wchłonąć to, co po mnie zostało. A to wszystko działo się, zanim choćby się pocałowaliśmy. Postępował ze mną bardzo ostrożnie. Starał się mnie nie skrzywdzić.
Nietrudno wskazać, kiedy to się zaczęło, tę chwilę, gdy weszłam do zalanej słońcem klasy i poczułam, jak pożera mnie oczami po raz pierwszy, trudniej natomiast wskazać, kiedy to się skończyło. Chyba gdy miałam dwadzieścia dwa lata, gdy powiedział, że musi się wziąć w garść, że nie może wieść przyzwoitego życia, skoro wciąż jestem w zasięgu, niemniej w ostatnich dziesięciu latach były późnowieczorne telefony, oboje przeżywaliśmy na nowo naszą przeszłość, rozdrapując ranę, której nie pozwalaliśmy się zabliźnić.
Przypuszczam, że to do mnie zwróci się Strane za dziesięć, piętnaście lat, kiedy jego ciało zacznie szwankować. Taki prawdopodobnie będzie koniec tej miłosnej historii: ja rzucam wszystko i staram się ze wszystkich sił, wierna jak pies, a on wciąż bierze ode mnie, bierze i bierze.

O jedenastej wychodzę z pracy i ruszam przez puste śródmiejskie ulice, odliczając każdą kolejną przecznicę, uznając niezaglądanie na Facebooka za swoje osobiste zwycięstwo. W mieszkaniu nadal nie sprawdzam wpisu w telefonie. Odwieszam biurowy żakiet, zmywam makijaż, palę marychę w łóżku, gaszę światło. Samokontrola.
Ale po ciemku coś się we mnie budzi, czuję, jak kołdra ociera się o moje nogi. Nagle odczuwam silną potrzebę – aby zyskać pewność, aby mi powiedział w niedwuznacznych słowach, że nie zrobił niczego, o co oskarża go ta dziewczyna. Muszę znowu usłyszeć od niego, że ona kłamie, że kłamała dziesięć lat temu i kłamie teraz, porwana przez syrenią pieśń kobiet skrzywdzonych.
Odbiera, gdy jeszcze nie przebrzmiał pierwszy sygnał, jakby spodziewał się, że zadzwonię.
– Tak, Vanesso?
– Przepraszam, wiem, że jest późno. – Wzdragam się, bo nie wiem, jak poprosić o to, czego chcę. Minęło tyle czasu, odkąd zrobiliśmy to ostatni raz. Moje oczy błądzą po ciemnym pokoju, dostrzegając zarys uchylonych drzwi do szafy, na suficie poblask poświaty latarni ulicznej. W kuchni szumi lodówka i woda kapie z kranu. Jest mi to winien, za moje milczenie, za moją lojalność.
– Szybko się uwinę – mówię. – Tylko kilka minut.
Słychać szelest pościeli, bo on siada i przekłada telefon od jednego ucha do drugiego. Przez chwilę myślę, że mi odmówi. Ale zaraz potem półszeptem, który zmienia moje kości w mleko, zaczyna opowiadać o tym, jaka byłam:
– Vanessa, taka młoda, skąpana we własnym pięknie. Nastolatka, taka erotyczna i pełna życia, że piekielnie się bałem.
Przekręcam się na brzuch i wsuwam poduszkę między nogi. Proszę, aby podsunął mi jakieś wspomnienie, coś, w co mogłabym się wślizgnąć. Milczy, przeglądając sceny w swojej głowie.
– W gabinecie, na tyłach klasy – mówi. – Był środek zimy. Leżałaś na kanapie, gęsia skórka na całym ciele.
Zamykam oczy i już jestem w tym gabinecie – białe ściany i połyskująca drewniana podłoga, na stole plik niesprawdzonych wypracowań, szorstka kanapa, syczący kaloryfer, pojedyncze okno, ośmioboczne, z szybą koloru morskiej piany. Wbiłam spojrzenie w to okno, gdy się do mnie dobierał, czułam, jakbym była pod wodą, ciało nieważkie i ruchliwe, obojętne, gdzie góra, gdzie dół.
– Całowałem cię, coraz niżej. Aż się zagotowałaś. – Parska cichym śmiechem. – Tak to nazywałaś. Że się gotujesz. Wymyślałaś te śmieszne wyrażenia. Byłaś bardzo wstydliwa, nie cierpiałaś mówić o tym, chciałaś tylko, żebym to robił. Pamiętasz?
Nie pamiętam, w każdym razie niezbyt dokładnie. Wiele moich wspomnień z tamtych dni się zatarło, podziurawiło. To on musi zapełnić luki, choć czasem opisywana przez niego dziewczyna wydaje się obcą osobą.
– Z trudem zachowywałaś ciszę – ciągnie. – Zagryzałaś język. Pamiętam, że raz tak mocno ugryzłaś się w dolną wargę, że zaczęła ci lecieć krew, ale nie pozwoliłaś mi przestać.
Wciskam twarz w materac, ocieram się o poduszkę, a jego słowa wlewają mi się do umysłu i przenoszą mnie z łóżka w przeszłość, w której mam piętnaście lat i jestem naga od pasa w dół, rozłożona na kanapie w jego gabinecie, drżę, płonę, gdy on klęczy między moimi nogami, wpatrzony we mnie.
– Mój Boże, Vanesso, twoje usta – mówi. – Krew ci leci.
Kręcę głową i wbijam palce w poduszkę. Nie szkodzi, nie przerywaj. Dokończ.
– Byłaś nienasycona – dodaje. – To twoje jędrne ciałko.
Dochodzę, oddychając ciężko przez nos, a on pyta, czy pamiętam, co wtedy czułam. Tak, tak, tak. Pamiętam. Tak, uczucia potrafiłam w sobie zachować – doznania, gdy to ze mną robił, gdy sprawiał, że moje ciało wiło się i błagało o więcej.
Z Ruby spotykam się od ośmiu miesięcy, a więc odkąd umarł mój ojciec. Na początku była to terapia żałoby, ale potem przemieniła się w sesje, na których mówiłam o matce, byłym chłopaku, o tym, że czuję się wypalona w pracy, wypalona w życiu. To rozrzutność, nawet pomimo zaniżonych cen u Ruby – pięćdziesiąt dolców za to, żeby ktoś mnie wysłuchał raz w tygodniu.
Jej gabinet znajduje się kilka przecznic od hotelu, łagodnie oświetlony pokój z dwoma fotelami i pudełkami chusteczek higienicznych na stolikach. Okna wychodzą na Casco Bay: mewy roją się nad molami rybackimi, powolne tankowce, amfibijne „kaczory” z turystami, które kwaczą, gdy ześlizgują się na wodę, przemieniając z pojazdu kołowego w statek. Ruby jest starsza ode mnie, starsza raczej jako siostra, a nie matka, z szarawymi włosami, w hipisowskim ubraniu. Uwielbiam jej drewniaki, stuk-stuk-stuk, gdy stąpa po podłodze.
– Vanesso!
Uwielbiam też, jak wymawia moje imię, gdy otwiera drzwi, jakby odczuwała ulgę, że to mnie widzi w progu, a nie kogoś innego.
W tym tygodniu rozmawiamy o perspektywie mojego powrotu do domu na zbliżające się wakacje, pierwsze bez taty. Martwię się, że moja matka ma depresję, i nie wiem, jak poruszyć z nią ten temat. Razem z Ruby opracowujemy plan. Omawiamy różne scenariusze, najbardziej prawdopodobne reakcje mamy na moją sugestię, że być może potrzebuje pomocy.
– Jeśli podejdziesz do tego empatycznie, to wszystko będzie okej – mówi Ruby. – Jesteście sobie bliskie. Potraficie chyba rozmawiać o trudnych sprawach.
Jesteśmy sobie bliskie? Nie oponuję, ale się nie zgadzam. Czasem aż się dziwię, że tak łatwo potrafię wprowadzać ludzi w błąd, chociaż wcale mi na tym nie zależy.
Udaje mi się powstrzymać od zajrzenia na Facebooka aż do końca sesji, kiedy to Ruby wyjmuje telefon, żeby wstukać do kalendarza datę naszego następnego spotkania. Podnosi wzrok i dostrzega moje wściekłe przewijanie. Pyta, czy są jakieś sensacyjne wiadomości.
– Niech zgadnę – mówi. – Kolejny dewiant zdemaskowany?
Spoglądam na nią, czując zimno w kościach.
– To nie ma końca, prawda? – ciągnie. Uśmiecha się smętnie. – Już się nie wywiną.

 
Wesprzyj nas