Częstochowa jeszcze nigdy nie doświadczyła tak gorącego lata. Oślepieni słońcem mieszkańcy chowają się przed żarem z nieba i złem, które ich otacza. Mało kto wie, że kości, z których powstało, zostały zakopane dawno temu…


Z moich kościCzęstochowa. Komendant miejski policji Jerzy Walter musi stawić czoła kryzysowi i własnej przeszłości.

Pozornie spokojny czas, który nastąpił po skandalu wokół jego brata, biskupa Stanisława Waltera, przerywa nagła kradzież. Z muzeum archeologicznego ktoś zabiera bezcenne kości. Gdy pierwsza z nich zostaje odnaleziona, policjanci orientują się, że to nie włamanie było ich największym problemem.

Mając w pamięci groźbę brata, Jerzy Walter zaczyna podejrzewać, że wszystko, co właśnie ma miejsce, zostało przygotowane w określonym celu…

Gdy komendant próbuje odnaleźć mordercę i ukryć swoją przeszłość, zamknięty w areszcie Stanisław przygotowuje swój kolejny ruch. Niezależnie od tego, co zrobił jego brat, Walter zamierza przypomnieć mu, że nie sposób odwracać się od rodziny i przyjaciół.

Marcin Dudziński
Z moich kości
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 26 lutego 2020
 
 

Z moich kości


Prolog


Niedziela, 19 lipca 2015

To miała być zupełnie normalna noc spędzona w pracy. Przywykł już do tego, że pracuje w świątek, piątek i niedzielę, że bierze nocki czy nawet całe dniówki. Odkąd zaczął dorabiać do emerytury jako pracownik ochrony, granice pomiędzy dniami i nocami, między kolejnymi poniedziałkiem, środą czy sobotą, zatarły się w jego życiu niemal zupełnie. Ochroniarz. Stróż. Cieć. Nie dbał o to, jak na niego mówią. Po prostu wykonywał swoją pracę, miał dzięki niej jeszcze jakiś cel, jakąś odpowiedzialność. Miał czym zająć myśli po śmierci żony.
Tym razem jego zmiana miała potrwać nieco dłużej, ale tak naprawdę liczył, że nie będzie różniła się niczym od wszystkich poprzednich. Samo przebywanie w rezerwacie archeologicznym było dla niego przyjemnością. Dokuczał mu jedynie skwar, tak samo zresztą jak pozostałym mieszkańcom Częstochowy. Upał dawał o sobie znać jednak głównie na zewnątrz. Ale tam Wacław Mika wychodził na krótko. W budynku było przytulnie. Niemal sielankowo.
Wykonywał stałe czynności. Szybki obchód terenu, sprawdzenie drzwi, zaparzenie herbaty, zjedzenie kanapki. Na nocnych zmianach była to swoista alternatywa dla snu. W nocy zawsze chciało mu się jeść. O swoich zawodowych obowiązkach zwykł mówić, że należą do tych sympatycznych. Także i tym razem czynności te dawały mu radość. W ciągu kilku godzin zlustrował swój mały teren wielokrotnie. Mimo że nic się właściwie nie działo, on pozostawał czujny.
Jednak dokładnie o dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt jeden Wacław Mika stracił przytomność. Napastnik był od niego młodszy, silniejszy i właściwie nie musiał go uderzać. Mógł go obezwładnić w inny sposób, ale zadanie ciosu sprawiło mu dziką, niewytłumaczalną satysfakcję. Ochroniarz przyjął trafienie w prawą stronę czaszki, by chwilę później, upadając, uderzyć lewą stroną głowy o twardą podłogę. I na tym skończył rzetelne wykonywanie swojej pracy. Być może nie stałoby się tak, gdyby powstrzymał chęć zapalenia papierosa i jednak pozostał w środku niewielkiego budynku muzeum. Być może, gdyby nałóg nie wyciągnął go na zewnątrz, w sam środek nocnej duchoty, mógłby dalej z pietyzmem wykonywać swoje obowiązki. Jednak kilka minut wcześniej, opierając się o poręcz przed wejściem, odpalił marlboro. Zrobił to nerwowo, szybko, jakby nie mogąc doczekać się ukojenia, które mu zapewniał papieros. Ciepło tytoniowego dymu, które zwykle przynosiło przyjemny spokój, tym razem dało zupełnie odwrotny skutek. W połączeniu z niemal nieruchomym, parnym powietrzem, grzęzło w krtani i płucach, stając się namacalną reklamą zgubnych skutków nałogu. Dusząc się właściwie przy każdym wdechu, Wacław Mika utwierdzał się w przekonaniu, że dobrze robi, powoli odstawiając to świństwo. Od pół roku palił już właściwie jedynie pod wpływem wzburzenia. Tego wieczoru zdenerwował go telefon od kolegi, który następnego dnia w południe miał go zmienić na stanowisku. Młodszy od niego o prawie czterdzieści lat ochroniarz błagał, by Wacław wziął za niego całą poniedziałkową zmianę i pozostał na stanowisku aż do wtorkowego poranka. Sam bowiem musiał zostać w domu i zająć się dwójką małych dzieci, bo żona zachorowała. Szef i tak przecież się nie dowie, a on się z Wackiem tak rozliczy, że Wacek będzie zadowolony. W dodatku lodówka w muzeum jest pełna, więc z głodu nie umrze. Same plusy.
Mika zgodził się, mimo że nie uśmiechała mu się perspektywa spędzenia aż trzydziestu godzin w jednym miejscu. Lubił tę pracę, ale bez przesady. W poniedziałki muzeum było zamknięte dla zwiedzających, więc, o ile nie wpadnie ktoś z obsługi, czekał go długi i cichy dzień. I jeszcze dłuższa noc, kolejna spędzona na łóżku uformowanym z dwóch foteli. Irytacja, której w tym upale nijak nie łagodził upragniony papieros, sprawiła jednak, że Wacław Mika zachował się jak niewychowany smarkacz. Po niecałej minucie spędzonej na zewnątrz poczuł takie ciśnienie w pęcherzu, że zamiast wyrzucić papierosa i wrócić do środka, postanowił wysikać się na dworze. Tuż za rogiem, po lewej stronie budynku, była przecież niewielka wnęka, w której mógł się skryć, załatwić, co trzeba, a potem dopalić papierosa i wrócić na stanowisko. Było ciemno, tramwaje już nie jeździły, a z tej strony rezerwatu nie było zabudowań, z których ktoś mógłby go zobaczyć.
Niecałe dwadzieścia sekund później stał już przy ścianie i z ulgą wsłuchiwał się w odgłos zaskakująco regularnego strumienia spływającego po elewacji. Wrócił do środka chwilę później. Czuł, jak pot spływa mu po plecach. Materiał, z którego zrobione były firmowe koszule, w ogóle nie przepuszczał powietrza. Zamknął drzwi, nie rozglądając się specjalnie po wnętrzu. Po prawej stronie, na końcu niewielkiego przejścia, znajdowała się toaleta. Udał się tam, czując jak koszula lepi mu się do ciała. Zastanawiał się właśnie, czy ma w szafce pod biurkiem jakąś zapasową, gdy napastnik uderzył go w głowę. W ciągu sekundy stracił kontakt z rzeczywistością.
Nie czuł, jak mężczyzna wiąże mu ręce i nogi cienkim, rolniczym sznurkiem. Nie czuł, jak kawałkiem bawełnianej szmatki knebluje mu usta. Nie wiedział, jak skutecznie wyłącza i omija system alarmowy. Nie wiedział, co i dlaczego zabiera z muzeum.
Tego dnia, właściwie po raz pierwszy w swym zawodowym życiu, Wacław Mika stracił kontrolę. A przecież była to dotychczas jedna z nielicznych rzeczy, którą naprawdę miał. Bo jeśliby przyjrzeć się temu, co posiadał, to trzeba by stwierdzić, że nie było tego dużo. Po śmierci żony właściwie niewielu rzeczy już pragnął. Miał natomiast jeszcze swoje życie i wciąż było ono dla niego jakąś wartością. Życie, które chciał po prostu dokończyć, nie wadząc nikomu. Kilkadziesiąt minut później otworzył oczy. Dochodziła pierwsza w nocy. Był w budynku sam, skrępowany. Nie mógł się wyswobodzić, a każdy, nawet najmniejszy ruch sprawiał, że sznurek wżynał się mu w nadgarstki, piszczele i szyję. Mężczyzna związał go tak mocno, że kolejna doba w tej pozycji mogła równać się skrajnemu wycieńczeniu, a nawet śmierci.
Mika pomyślał, że nie ma już nie tylko kontroli nad swoją pracą, ale przede wszystkim pewności, że ten, kto go znajdzie, znajdzie go jeszcze żywego.

Dwa tygodnie wcześniej
Piątek, 3 lipca 2015

Spiekota miała wkrótce nadejść. Delikatne, ledwo wyczuwalne strużki gorącego powietrza smagały go po twarzy, zapowiadając żar, jakiego nie było w tej części świata od dekad. Powiewy kierowały się na wschód, by już niedługo, niedaleko od miejsca, w którym się znajdował, osiąść na dobre i powoli roztapiać mieszkańców miasta.
Eryk Oruba stał w bezruchu i chłonął każdą sekundę swojej wolności. Niecały kwadrans wcześniej zatrzasnęła się za nim brama kluczborskiego zakładu karnego, a on, pierwszy raz od piętnastu lat, postawił stopę poza jego terenem. W zamknięciu spędził dokładnie pięć tysięcy czterysta sześćdziesiąt dziewięć dni, pięć godzin i czternaście minut. Nie wyszedł nawet na dobę. Nie miał do kogo. Nawet nie starał się o przepustkę.
Teraz jednak ktoś na niego czekał. Po drugiej stronie ulicy, przy srebrnym volkswagenie passacie stał niepozorny mężczyzna. Wyglądał na przestraszonego. Tuż po tym, jak Eryk wyszedł na zewnątrz, ten człowiek machnął do niego ręką w geście przypominającym bardziej nerwowy tik niż powitanie. Eryk dał mu znać, by chwilę zaczekał. Wiedział, że będzie czekał tak długo, aż w końcu do niego podejdzie. Mimo że mężczyzna miał na sobie dżinsy i biały T-shirt, Eryk wiedział doskonale, że jest duchownym, który w tym momencie bardziej od samego Boga boi się właśnie jego i tego, co nastąpi w kolejnych tygodniach.
Piętnaście lat spędzonych za kratkami zmieniło Eryka Orubę. Do więzienia szedł jako człowiek przegrany, który nie ma nic do stracenia, bo wszystko już stracił. Wtedy w licznych bruzdach na jego wychudzonej twarzy tkwił taki brud, jaki można znaleźć w obliczu miejskiego kloszarda. Drobinki czarnej jak smoła ziemi były wtłoczone pod powierzchnię jego skóry niczym tatuaż. Pokrywały jego dłonie i stopy.
Teraz każda ze zmarszczek na jego policzkach pokryta była gęstym i ostrym zarostem, miejscami przyprószonym siwizną. Podczas pobytu w więzieniu Eryk pielęgnował swoje długie, sięgające do ramion włosy, które teraz trzymał związane w coś na kształt samurajskiego koka. Wychodząc, założył na głowę ciemnoszarą czapkę z daszkiem.
Gdyby ktoś obcy miał zgadnąć, kim jest Eryk, pewnie strzeliłby, że kierowcą tira albo pracownikiem tartaku. Ale przede wszystkim powiedziałby, że Eryk ma w sobie jakąś tajemnicę, której przeniknąć wprost nie sposób. Że kryje w sobie historie i doświadczenia z przeszłości, którymi można by obdzielić kilka innych osób. Takie, o które ogromna większość obywateli nawet się nie ociera, z którymi nie chce mieć styczności. Postronny obserwator dostrzegłby jednak w Eryku także spokój i zgodę na wszystko, co było, jest i będzie. Jego blisko osadzone, ciepłe, niebieskoszare oczy nie zdradzały żadnych emocji. Wystarczyło jednak kilka razy w nie spojrzeć, by dać się ogarnąć pewności i ulec wrażeniu autorytetu.
Eryk dał sobie jeszcze chwilę. Obserwował nielicznych przechodniów i mijające go samochody. Wiedział, że każda z tych osób zmierza w ściśle określonym celu. Każda z nich ma swoje bieżące potrzeby.
Potrzeby i cele, to dwa słowa, o których znaczeniu niemal zapomniał przez kilkanaście lat spędzonych w zamknięciu. Potrzeba i cel jednak same ponownie go odnalazły. Gdy trafił do więzienia, czuł, że chce jeszcze żyć i wrócić kiedyś do normalności, więc wszedł w cichy pakt z tymi, których dobre imię było więcej warte niż jego wolność. Stał się wytrychem dla ludzi ważniejszych od niego. Kluczem do rozwiązania ich problemów. Wysłannik jednej z tych osób właśnie czekał po drugiej stronie ulicy.
– Zapraszam do środka – powiedział niepewnym głosem kanclerz częstochowskiej kurii Sławomir Maj, kiedy Eryk w końcu podszedł do samochodu.

Część pierwsza

ROZDZIAŁ 1

Profanum
Poniedziałek, 20 lipca 2015

Tajemnice znikają, życie staje się zrozumiałe.
Zrobiłam coś, czego się wstydzę. Może nawet trochę boję. To jest chyba złe, nieprawe, ale ja mimo wszystko tak tego nie odbieram. Tego właśnie wstydzę się najbardziej.
Pamiętam, że pachniało wiosną. To był pierwszy taki dzień w roku. Powietrze było świeższe, niosło jedyną w swoim rodzaju woń kwiatów bzu i mokrej trawy. Najbardziej niesamowite było to, że czułam ją na dworcach kolejowych, w pociągu, na ulicach Częstochowy i Katowic. Ten zapach wkradał się wszędzie, uprzejmie oznajmiając światu, że nadchodzi jaskrawość i intensywność, nastaje nowe.
Tego dnia przyszła wiosna, zniknęły ostatecznie jakiekolwiek oznaki chłodu. Życie stawało się proste i zrozumiałe. Wybrałam się do córki. Był piątek. Jechałam na Ligotę, do dwupokojowego mieszkania na trzecim piętrze. Jechałam ja, czterdziestosześcioletnia już kobieta, do swojej dwudziestojednoletniej córki, by drugi raz w życiu spędzić z nią weekend w wynajętym lokum. Czynsz za to małe mieszkanko opłacała wspólnie z przyjaciółką i dzięki mojej pomocy, nędznej i nieregularnej. Cieszyłam się, że odpocznę od męża, jechałam z tęsknotą, z radością, z tajemniczym listem do Jerzego Waltera w wewnętrznej kieszeni torebki.
Właśnie tam zrobiłam coś, czego się wstydzę. Nie mogłam się powstrzymać. Paulina przywitała mnie na peronie, a potem autobusem dotarłyśmy pod ciemnoszary blok, otoczony wieloma takimi samymi budynkami. Pomyślałam, że ta sceneria nie pasuje ani do zapachu, który unosi się w powietrzu, ani do mojej córki, kolorowej, wyjątkowej osoby, na którą nie mogłam się napatrzeć. Zauważyłam, że zmieniła się przez ostatnie miesiące. Zastanawiałam się, skąd taka oryginalność w dziewczynie, która ma taką szarą matkę i jeszcze bardziej szarego ojca. Pierwszy raz pomyślałam, że imię Paulina jest dla niej zbyt oczywiste, że powinna być Paulą, Polą, Apolonią. Miałam wrażenie, że moją córkę namalował pędzlem szczególny artysta. Kilkoma muśnięciami dodał jasnego różu jej bluzce i policzkom, delikatnego błękitu nieba jej sukience i powiekom, a potem upiął jej lekko rude włosy w niedbały kok, nawinięty na ołówek.
Pomyślałam, że tak mało o niej wiem, że jadę do niej drugi raz w ciągu ostatnich dwóch lat, a ona bywa u nas równie rzadko. Kim jest moja córka, która nocami maluje obrazy, za dnia studiuje projektowanie graficzne, a wieczorami i w weekendy pracuje w kawiarni? Kim jest moja córka, która w sercu zamiast Boga nosi świat magii i sztuk pięknych, uważając je za bardziej ponadczasowe niż moja wiara? Jak to się stało, że jest tak bardzo inna od swoich rodziców? Kim jest jej przyjaciółka, tak samo barwna i finezyjna, że mogłaby być jej siostrą?
– Monika jest wróżką – mówi Paulina, a ja mam ochotę się przeżegnać. – To znaczy nie do końca, ale umie przepowiadać przyszłość! Ostatnio wywróżyła, że ktoś mi bliski kryje jakąś tajemnicę. Ponoć to kobieta. Stawiam na ciebie, mamo! To zabawne – mówi i śmieje się w głos, niewinnie, a ja trzęsę się w środku, próbując nie pokazać tego po sobie. Myślę o moich listach do Jerzego Waltera.
Na krześle i łóżku leżą ubrania, między karniszem i szafą rozciągnęła sznurek, na którym wiszą jej malunki, przypięte drewnianymi żabkami, z pudeł pod ścianami wysypują się szpargały. Wkraczam do innego świata.
– I co? Nie słuchamy już rapu? – pytam, bo w domu jest cicho, a ona nie ma na szyi słuchawek, z którymi kiedyś się nie rozstawała.
– Nie, mamusiu – śmieje się. – Przeszło mi…
Rozluźniam się dopiero po dwóch godzinach. Staję się niemal tak samo eteryczna jak one. Nagle zaczynam tu pasować. A potem robię coś, czego zawsze się bałam.
Monika wychodzi do sklepu, a my zostajemy same. Zanim wróci, Paulina namówi mnie, żeby jej przyjaciółka przepowiedziała moją przyszłość. Przekonuje mnie, że to tylko zabawa, ale chyba tylko ja wiem jak groźna. Jak odległa od tego, w co wierzę. A mimo to się zgadzam. Monika wraca i zamykam się z nią w pokoju.
– Nie muszę przy tym być, mamusiu. Nawet nie mogę! To twój czas, baw się dobrze! – Moja córka promienieje.
Siadam naprzeciw jej przyjaciółki, a ona wyjmuje karty.
– To tarot, słyszała pani coś o nim? – pyta.
– Słyszałam – odpowiadam spokojnie, mimo że rośnie we mnie strach i dziwna ciekawość.
– Ja rozłożę karty, a one opowiedzą nam o przeszłości, o przyszłości, o wszystkim, co panią dręczy, co ma wpływ, zarówno dobry, jak i zły, powiedzą to, czego pani nie wie…
– Nie! – przerywam jej grzecznie. Wygląda na mocno zaskoczoną.
Kładę na stole list, który od listopada noszę w torebce. Ten, którego nie wręczyłam komendantowi Walterowi. Otwieram go, a ona czyta jego treść. Patrzy na mnie ze zdziwieniem.
– Chcę wiedzieć, o co tu chodzi – odpowiadam na jej nieme pytanie. – Co tu jest grane, czy coś grozi adresatowi tego listu? Kto to napisał? Da się tak?
– Tak… da się… – Widać, że tego się nie spodziewała. Tego karty jej nie powiedziały. – Kto jest adresatem tego listu?
– To nieważne. Nie muszę odpowiadać, prawda? – Zakładam w ciemno. – Chcę wiedzieć, co oznacza.
– I nie chce pani nic wiedzieć… o sobie? – Dobiera powoli słowa, wciąż się zastanawiając.
– Nie chcę. Chcę prawdy o tym liście. Albo czegokolwiek, co mogą dać te… karty… – Patrzę na talię z niepokojem.
– Dobrze, proszę przełożyć – prosi, a ja przesuwam część talii, pierwszy raz w życiu dotykając czarnej magii.
Odkłada list na bok, robiąc miejsce na blacie.
– Rozłożę dziesięć kart, tworząc z nich krzyż celtycki – zaczyna, a ja myślę sobie, ze krzyż zawsze zwycięży.
Odsłania pierwszą kartę i na moment zastyga.
– Wieża. To bardzo zła karta – mówi. – Złowróżbna. Jedna z najgorszych w całej talii. Mówi, że ten list może nieść całkowite zniszczenie. To karta gorsza niż karta Śmierci. To właśnie Wieża może oznaczać to, co my rozumiemy jako koniec wszystkiego. Ten list przyniesie rozpacz, utratę czegoś, co ważne.
– Co to może być? – pytam szybko. Ona czuje, że bardzo chcę wiedzieć.
– Wszystko. Własność, sława, miłość… – robi pauzę i po chwili dodaje – …życie.
Milczymy. Po chwili kładzie drugą kartę.
– Śmierć – mówi, a ja widzę szkielet trzymający kosę.
– To nie tak źle, jak Wieża – szepczę pod nosem.
– Gorzej.
– Jak to? Przecież mówiłaś, że Wieża…
– Śmierć jest odwrócona. – Pokazuje układ kart.
– To znaczy?
– Zapowiada przerażające wydarzenia, oznacza stratę, porażkę… żałobę… – Ona też już szepcze. Nie wydaje mi się, żeby robiła to specjalnie.
Znowu milczymy, słychać jedynie nasze oddechy. Jest już wieczór. Monika zapaliła tylko jedną lampkę na stole, siedzimy więc w półmroku. W świetle leżą tylko karty i list, nasze twarze pozostają w półcieniu. Jeszcze raz patrzę na kościotrupa. Mogę policzyć jego żebra. Nie wiem, czemu to robię. Myślę o Jerzym Walterze, z troską, która rośnie z każdą kolejną kartą. Pojawia się Papieżyca, a Monika mówi, że symbolizuje dziewictwo i spokój, ale może też oznaczać, że osoba, której dotyczy ta karta, nigdy przed innymi nie odkryje całej prawdy. Nie wiem, czemu zapamiętuję tylko tę ostatnią symbolikę. Potem, jako zapowiedź tego, co stanie się w najbliższej przyszłości, Monika odsłania kartę Sprawiedliwość.
– Zapadnie wyrok słuszny i uzasadniony. To może być dobra wiadomość, ale i zła. Patrząc na układ kart, raczej zła. Sprawiedliwy wyrok może oznaczać sprawiedliwą karę – mówi.
Kiedy wykłada ostatnią, informuje mnie, że ta karta pokaże, jak zakończy się ta sytuacja. Widzę Koło fortuny i postacie, które chwytają je z dołu, z góry, z każdej ze stron.
– Koło fortuny to metafora przeznaczenia. Siła wyższa.
– Bóg – mówię odruchowo, mimowolnie.
– Może być Bóg… – odpowiada bez przekonania. – Tarot mówi nam, że ten list jest przeznaczeniem adresata, który będzie bezradny wobec jego konsekwencji. Zmiany mogą być fortunne, mogą oznaczać nowe szanse, jednak przy takim układzie całości powiedziałabym, że karty mówią raczej o komplikacjach i trudnych przemianach.
– Jakich? Jakich konkretnie?
– Nie można powiedzieć dokładnie, można wskazać kierunek. – Brzmi, jakby przyznawała się do winy.
Kończymy. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu tu spędziłam. Mam wrażenie, że zamiast przyjaciółki mojej córki widzę przed sobą komendanta. Nie wiem, czemu wydaje mi się, że woła o pomoc. Otrząsam się i patrzę na Monikę. Czuję, że podobnie jak ja, chce już opuścić to pomieszczenie.

 
Wesprzyj nas