Między dziennikarstwem a literaturą. Błyskotliwy autoportret pisarski twórcy bestsellerowego “Królestwa”.


Dobrze jest mieć dokąd pójść„Dobrze jest mieć dokąd pójść” – to jedna z odpowiedzi, jakich udziela chińska Księga Przemian. A zatem ruszamy w drogę, którą poprowadzi nas spostrzegawczy kronikarz, bystry komentator, przenikliwy analityk, pisarz, który z największą swadą potrafi opowiadać najprostsze historie – Emmanuel Carrère.

Podróż rozpoczynają dwie relacje z procesów kryminalnych. Następnie udajemy się do Rumunii, na szlak Draculi, zaledwie kilka dni po upadku reżimu Ceaușescu. W jednym z ostatnich reportaży trafiamy do Davos, na forum gromadzące najpotężniejszych ludzi świata. Pomiędzy znajdzie się czas na krótsze i dłuższe wycieczki na wschód Europy; reportaż o „ostatnim jeńcu II wojny światowej”, Węgrze, który po 56 latach opuścił rosyjski szpital psychiatryczny; szkice filmowych scenariuszy; przedmowy do książek Defoe i Dicka; opowieść o genialnym matematyku Alanie Turingu; historię nieudanego wywiadu z Catherine Deneuve i quasi-pornograficzny felieton na pożegnanie z pewnym włoskim czasopismem.

Teksty te, pisane w latach 1990–2015, publikowane albo chowane do szuflady, dają się czytać jako rodzaj autobiografii pisarskiej Emmanuela Carrère’a. Ponad pół tysiąca stron połyka się z rosnącym apetytem na więcej.

***

Każdy z tych tekstów jest absorbujący sam w sobie, ale ich kolejność jest również fascynująca, gdyż zdaje się odtwarzać drogę samego autora. Mamy wrażenie, że zaglądamy za kulisy jego dzieła. Są tu powracające lęki, uporczywe pytania, na które nie ma odpowiedzi, jak te dotyczące podwójnego życia, przyjaźni, które trwają nadal i tych, które się rozpadły. Tworzony przez dwadzieścia pięć lat zbiór buduje fascynujący portret autora jako człowieka, dziennikarza i pisarza.
„Le Monde des Livres”

Emmanuel Carrère
Dobrze jest mieć dokąd pójść
Przekład: Agata Kozak
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 11 marca 2020
 
 

Dobrze jest mieć dokąd pójść


TRZY ZDARZENIA Z KRONIKI SĄDOWEJ

1
„Cieszę się, że moja matka żyje”.

21 i 22 listopada ubiegłego roku dwudziestojednoletni chłopak, Franck B., stanął przed sądem przysięgłych w Melun za próbę zabicia Hélène R., swojej matki biologicznej. Oto ich historia.
Dwadzieścia lat wcześniej Hélène R. nie była jeszcze „matką biologiczną”, tylko młodocianą panną z dzieckiem, przerażoną tym, co się jej przydarzyło. Urodziła dziecko, ale nie miała odwagi nikomu o tym powiedzieć, a jednocześnie straciła zatrudnienie jako pomoc domowa wraz z przysługującą jej służbówką. Krążyła ze swoim synkiem między jednym domem samotnej matki a drugim, potem krążyła z małym chłopcem i z dużym brzuchem, a potem z dwoma małymi chłopcami, bo przecież nieszczęścia chodzą parami, toteż Alexandre urodził się dwa lata po Francku, z równie nieznanego ojca jak ten pierwszy. Tkwiąc w milczeniu, lęku i przyzwyczajeniu do ciągłych odmów, Hélène R. nie wiedziała, do kogo zwrócić się o pomoc, ani jakiej właściwie pomocy by chciała. W DASS1, gdzie człowiek trafia w podobnych przypadkach, również nie wiedziano zbyt dobrze, czy lepiej byłoby pomóc jej zachować dzieci przy sobie, czy je od niej zabrać.
Niewątpliwie mniej by ucierpiały, gdyby zostały porzucone raz na zawsze, zamiast przenosić się od niesumiennych opiekunek do rodzin tymczasowych, jednakże matka nie potrafiła zdecydować się na definitywne rozstanie. Wahała się, po czym wracała po nie tuż przed ostatecznym terminem, wskutek czego porzucenie, które oficjalnie stwierdzono w 1974 roku, rozłożyło się na pięć lat. Dzisiaj twierdzi, że podpisała nieszczęsny dokument, nie rozumiejąc, co robi. Twierdzi również, że nawet po jego podpisaniu miała nadzieję, iż znów zobaczy dzieci, i starała się o to w DASS. Ale tym razem było już za późno: chłopcy zostali adoptowani.
Hélène pozostało już tylko płakać co noc, milczeć jak zawsze, a na pocieszenie — i również po to, aby jeszcze bardziej cierpieć — wyobrażać sobie, że jej synkowie żyją gdzieś we Francji u porządnych ludzi, którzy ich kochają, i że kochają się nawzajem.
Co do tego akurat się nie pomyliła. Państwo B., którzy adoptowali razem Francka i Alexandre’a (przechrzczonego na Alaina, ponieważ w odróżnieniu od brata był na tyle mały, że nie pamiętał swojego imienia), byli niewątpliwie porządnymi ludźmi.
Wszyscy rodzice, począwszy od pierwszego dnia rodzicielstwa, odkrywają z zachwytem lęk, który ich już nigdy nie opuści, a lęk ten jest jeszcze bardziej dotkliwy u przybranych rodziców. Domyślamy się, że B. żywili do swoich synów miłość niespokojną, pełną skrupułów, i przy najmniejszym sygnale ostrzegawczym popadali w obawę, że postąpili nagannie. A sygnały ostrzegawcze się zdarzały i, jak można się spodziewać, pochodziły od Francka. Był on dzieckiem trudnym, skrytym i zbuntowanym. B. robili wszystko, co mogli, aby zachowywać się tak, jakby Franck był ich rodzonym synem, i bez wyrzutów sumienia sprawować nad nim zdrową władzę rodzicielską. Mimo to lub właśnie z tego powodu ich porażka, zarówno w sferze usposobienia, jak i wyników chłopca w szkole, stawała się w miarę upływu lat coraz wyraźniejsza. Martwiło to pana B. na tyle, że jego żona postanowiła nie zasmucać go jeszcze bardziej, nie pokazując mu tego, co odkryła w pokoju Francka i co, przechodząc później z rąk do rąk, potrafiło przyprawić o dreszcz skład sędziowski: nekrolog, prawdziwy i należycie wydrukowany. Głosił on, że państwo B. wraz z Alainem z bólem zawiadamiają o śmierci swojego syna i brata Francka, który odszedł w piętnastym roku życia. Na datę pozostawiono puste miejsce.
Franck miał wtedy piętnaście lat. Pomysł, by odnaleźć swą biologiczną matkę, wykluł się z jego posępnych rojeń dwa lata później. Dziecko, które uważa, iż rodzice go nie rozumieją, zawsze może sobie wyobrazić, że nie są jego prawdziwymi rodzicami i tamci są piękniejsi, bardziej kochający, bardziej to i tamto. Takie fantazje zdarzają się często i zazwyczaj nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji. W wypadku dziecka adoptowanego problem polega na tym, że to nie tylko fantazja, ale że nieznana, lecz rzeczywista osoba zajmuje gdzieś tam w rzeczywistym świecie miejsce, ku któremu biegną wszelkie jego pragnienia, i nie ma większej ani bardziej rozdzierającej pokusy niż odnalezienie tej osoby, aby przekonać się, jak wygląda, i rzucić jej w twarz swoją miłość lub nienawiść, albo jedno i drugie.
Franck oczekiwał, że z tego spotkania wyniesie wszystko, to znaczy wyjaśnienie swojej historii, a w konsekwencji wolność jej przeżywania.
Wydaje się, że zabrał się do tego najzwyczajniej na świecie — zwrócił się do DASS, która podała mu nazwisko matki wraz z sugestią, by poszukał jej adresu przez Minitel. Mówię „wydaje się”, ten punkt jako jedyny wzbudził bowiem kontrowersje podczas procesu, na którym nikt nie podważał faktów: prawnik Francka potępił karygodną niefrasobliwość DASS, natomiast przedstawiciel tej instytucji próbował ją wybielić, nie przekonując jednak nikogo ani też nie wzbudzając szerszego zainteresowania, bo przecież trudno sobie wyobrazić, że jakiś regulamin, którego celem byłoby ograniczyć kaprysy Sfinksa lub zmusić go do występowania z wykwalifikowanym psychologiem u boku, potrafiłby w jakikolwiek sposób zmienić los Edypa.
Krótko mówiąc, pewnego czerwcowego dnia 1988 roku w socjalnym mieszkaniu Hélène R. na przedmieściach Melun rozległ się dzwonek telefonu. Odebrał jej ośmioletni syn Frédéric, który powiedział nieznanemu rozmówcy, że zaraz poprosi mamę.
Tydzień później Hélène R. otworzyła drzwi przed Franckiem.
Był wysokim, posępnym ciemnowłosym chłopakiem o aparycji introwertyka, który silił się na obojętność. Mówił jak ktoś, kto wolałby milczeć, w sposób skrajnie poprawny, i niemal pedantycznie starał się zachować neutralność. Jego głos brzmiał jak zegarynka, a wygląd przywodził na myśl młodych aktorów bez charakteru z filmów Roberta Bressona. Oczywiście Hélène R. nie pomyślała o tym wszystkim, a jedynie o tym, że chłopak, którego ma przed sobą, jest jej utraconym synem, który ją odnalazł, i to jej wystarczyło.
Mówił do niej proszę pani, potem — Hélène, ale nie mamo. Zadawał pytania. Na temat ojca, to oczywiste, lecz ten rozdział nie był długi, bo nie znała nawet jego imienia: pracował tymczasowo na kolei, to wszystko. Wypytywał o jej życie, o zawód: była sprzątaczką w szpitalu. Pytał o trzeciego chłopca, Frédérica: akurat jego zdołała zatrzymać, kiedy życie stało się trochę mniej trudne, ale musi o niego walczyć, bo rozstała się z mężczyzną, z którym zaszła w ciążę i tamten chce jej go odebrać, lecz zaklinała się, że go nie dostanie. Słysząc to, Franck ani drgnął. Wolał wypytać ją o guza, którego miał na czole od wczesnego dzieciństwa — często zastanawiał się nad jego pochodzeniem. Wyjaśniła, że to po upadku w domu ciotki, która go pilnowała, kiedy miał trzy lata.
Hélène udzielała mu możliwie jak najpełniejszych odpowiedzi, sama o nic nie pytając: niektórzy ludzie są tak przyzwyczajeni do tego, że w życiu nic od nich nie zależy, że ich ciekawość tępieje; przyjmują to, co się im przydarza, nie dziwią się niczemu, bo jest jak jest. Ale kiedy Franck wychodził, powiedziała, że jeśli chce wrócić, drzwi są otwarte.
Powrócił jesienią, na urodziny Frédérica, któremu przyniósł prezent: zegarek. Zaczął odwiedzać Hélène dość regularnie. Jego przybrani rodzice nie mieli o niczym pojęcia, nie rozmawiał o tym ani z nimi, ani z Alainem. Hélène urządziła mu w swoim mieszkanku miejsce do spania. Korzystał z niego od czasu do czasu. Różnica statusu pomiędzy mieszczańskim domem państwa B. a światem jego biologicznej matki, tak skąpo wyposażonej w urodę, inteligencję i wiadomości, we wszystko, wydawała mu się nieistotna. Liczył się dla niego tylko Frédéric — wolałby, aby otrzymał lepsze wykształcenie, a myśl, że jego przyrodni brat wejdzie w życie tak słabo zabezpieczony, szczerze go dręczyła. Kochał go, nadal go kocha: popierał walkę matki o utrzymanie go przy sobie.
To spotkanie po latach, co łatwo sobie wyobrazić, niczego Franckowi nie wyjaśniło i nie przyniosło mu wyzwolenia, na które miał nadzieję — przeciwnie, pogłębiło tylko jego zagubienie. Podwójne życie, potajemne wyprawy tam i z powrotem, szybko zaczęły go brzydzić. Próbował od tego uciec.

 
Wesprzyj nas