Trzecia część mrocznego cyklu kryminalnego o niszczącej sile miłości i o śmierci, która przedwcześnie zabierając bliskich, strąca w otchłań samotności.


ZadraSą kości i ślady, które rzucają nowe światło na tajemnicze zaginięcie pary studentów. Zmowa milczenia trwa jednak od lat…

Kiedy w podchełmżyńskim Grodnie opadają wieczorne mgły, komisarz Bernard Gross bada sprawę odnalezionych w pobliskim lesie kości. Nowe tropy zaprowadzą go do sprawy zagadkowego zaginięcia pary studentów sprzed 16 lat.

Im głębiej i dokładniej Gross będzie szukał, z tym większym trudem przyjdzie mu przedzierać się przez gąszcz traumatycznych wspomnień skłóconych ze sobą członków rodzin dwojga zaginionych…

 
Robert Małecki
Zadra
Wydawnictwo Czwarta Strona
Premiera: 15 stycznia 2020
 
 

Zadra

dzień pierwszy

Kość leżała w wysokiej, pożółkłej trawie, tuż przy pniu sosny.
Kilka metrów dalej, pod osłoną cienkich witek rozłożystego krzewu, komisarz Bernard Gross dojrzał czaszkę. Spoczywała w cieniu, na prawym boku, zwrócona do policjanta przodem. Widział głęboką czerń oczodołów i jamy nosowej.
Brakowało żuchwy.
Do gęstego lasu w podchełmżyńskim Grodnie przyjechał przed kilkunastoma minutami, razem z aspirantką sztabową Moniką Skalską.
Młody policjant, kierowca radiowozu, zatrzymał się na niewielkim gruntowym parkingu, na którym czekał na nich krępy podporucznik w mundurze moro i kamizelce odblaskowej, pocierający z zimna spierzchnięte dłonie. Przywitali się, a potem Kowalski, bo tak się nazywał żołnierz, wskazał im drogę. Przeszli w ciszy obok zaparkowanych wzdłuż drogi wojskowych honkerów i ciężarowych starów, przy których kapral z krótkofalówką wypiął klatkę piersiową i zasalutował dowódcy.
Kilkanaście metrów dalej, w miejscu, gdzie teren znacznie się obniżał, zobaczyli otulone od południowego wschodu gęstym lasem jezioro, które odbijało obraz wypłowiałego jesiennego nieba. Jasna tafla marszczyła się od natarczywego wiatru. Zimne powiewy smagały ich poczerwieniałe od chłodu twarze i szumiały w koronach drzew oświetlanych pomarańczową łuną zachodzącego słońca.
– I teraz w lewo – rzekł żołnierz.
Skręcili między brzozy, w zapomniany dukt, porośnięty wysokimi trawami. Kilkanaście metrów dalej czaił się mrok, nieprzystępny i złowrogi. Wysycone zapachem wilgoci oraz leśnego runa powietrze zdawało się ciężkie i lepkie.
Żołnierz wyprzedził ich i żwawo ruszył przed siebie.
– Pewnie wiecie – rzucił przez ramię – że w styczniu czterdziestego piątego wymordowano tu ponad siedemset Żydówek. Tam, na cyplu, jest pomnik. – Machnął ręką w prawo. – Przyjechały z Auschwitz, ale też bezpośrednio z Litwy, Łotwy i Estonii. W sumie pięć tysięcy kobiet.
Policjanci milczeli, a podporucznik kontynuował:
– Uformowano tu coś w rodzaju filii obozu w Stutthofie. Te Żydówki kopały rowy przeciwczołgowe i…
– Pana zdaniem to stare szczątki? – przerwała mu Skalska.
Mężczyzna przystanął i odwrócił się do nich. Krzaczaste brwi zbiegły się ze sobą.
– Cholera wie, ale chyba trudno to wykluczyć – stwierdził. – Zresztą dlatego mówię wam o tych Żydówkach. Być może zwierzęta odkopały jakąś płytką mogiłę, a potem rozniosły szczątki po lesie.
– Zwierzęta? Stare kości? – powątpiewała Skalska, ale podporucznik nic już nie odpowiedział.
Starali się utrzymać narzucone wojskowe tempo. Potykali się o leżące w ściółce konary, ogołocone z kory, a przez to wilgotne i śliskie jak lód. Gałęzie niskich krzewów szarpały im spodnie, kłuły ich w łydki i uda. Gross poczuł, że jego półbuty zaczynają przemakać.
Las z każdym krokiem gęstniał, robiło się też coraz ciemniej, a komisarz zaczął żałować, że nie zabrali z radiowozu latarek.
Po kilku minutach marszu usłyszeli gwar rozmów. Dopiero wtedy Bernard Gross oderwał wzrok od leśnego podłoża i w końcu spojrzał przed siebie. W półmroku dostrzegł zarysy postaci. Kiedy się do nich zbliżył, zauważył, że żołnierze wyglądali na znużonych przedłużającym się oczekiwaniem na rozkazy.
Jeden z nich, starszy szeregowy, mikrej postury, z okularami na nosie, oparł się barkiem o pień sosny i palił papierosa. Zaciągał się głęboko i zatrzymywał dym w płucach na dłużej. Mundur polowy marszczył się na nim, a wysoko wiązane czarne buty wyglądały jak o dwa numery za duże.
To właśnie ten żołnierz, Waldemar Spychała, wskazał policjantom odnalezioną ludzką kość i czaszkę, a potem wrócił do kolegów. Gross odprowadził go wzrokiem.
– Co sądzisz? – spytała cicho Skalska, gdy zostali sami i przyglądali się uważnie znalezisku.
Podporucznik wsunął kciuki za pas i, niczym strażnik, stanął dwa metry za nimi.
Komisarz wzruszył ramionami i podszedłszy bliżej, ale wciąż zachowując odpowiedni dystans, żeby nie popsuć roboty technikom kryminalistyki, nachylił się nad szczątkami. Jego uwagę zwrócił masywny wyrostek sutkowaty znajdujący się w okolicy stawu skroniowo-żuchwowego. W górnej szczęce zauważył diastemę, szparę między jedynkami, a także brak trzech zębów trzonowych. Komisarz odnotował to w pamięci i spojrzał na ostro zakończony łuk brwiowy.
Chociaż z tej perspektywy nie widział kości potylicznej, czaszka wyglądała na całą. Nigdzie nie dostrzegł ran wlotowych ani wylotowych, żadnych pęknięć przypominających ostre, łamane linie błyskawic na burzowym niebie, które mogłyby świadczyć o zadaniu śmiertelnego ciosu tępym narzędziem.
– No i? – Skalska kucnęła obok niego.
Gross uniósł tylko brwi, a następnie westchnął. Wyprostował się i rozejrzał.
Wciąż milczał.
– Bernardzie? – ponagliła go aspirantka po dłuższej przerwie.
Nabrał powietrza i odwrócił się do niej.
– Wróć do radiowozu i zabierz latarki – poprosił cicho. – I zaczekaj na Legnera, powinien wkrótce tu dotrzeć.
Aspirantka sztabowa Monika Skalska skinęła głową. W półmroku ledwie dostrzegał jej oczy, które tonęły w cieniu daszka bejsbolówki.
– Oznaczysz? – spytała, podając mu rulon biało-niebieskiej taśmy.
Wziął go bez słowa, a potem patrzył, jak długa kita czarnych włosów Skałki bujała się w rytm jej kroków. Kiedy policjantka zbliżyła się do starszego szeregowego Spychały, ten szybko zgasił peta o korę i wyrzucił go w ściółkę. Wyprostował się jak do raportu i wyglądał na zaskoczonego, kiedy Skalska minęła go, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.
Gross popatrzył na pozostałych żołnierzy ubranych w kamizelki odblaskowe. Co jakiś czas dobiegały go nagły wybuch śmiechu i potrzaskiwania z przypiętych do wojskowych pasów krótkofalówek.
Omiótł spojrzeniem las, zastanawiając się nad tym, gdzie może się znajdować reszta szkieletu. Szukał świeżego wykopu, rozgrzebanej brunatnej ziemi albo nienaturalnych krzywizn terenu, kopców i wzniesień przykrytych niedawno ściętymi gałęziami. Rozglądał się też za kępami gęstych krzaków. W końcu powiódł wzrokiem po pniach sosen, ale nic nie zwróciło jego uwagi.
„Dziwne”, pomyślał.
– I co? To tych Żydówek?
Gross drgnął. Nie zorientował się, kiedy ktoś stanął za jego plecami.
W tej samej chwili zadzwonił jego telefon.
Odwrócił się do Tomasza Kowalskiego, krępego podporucznika, który z ramienia wojska od kilku godzin nadzorował poszukiwania dzików padłych na afrykański pomór świń, szybko szerzącą się zakaźną chorobę wirusową, znaną także jako ASF. Od kilku dni służby weterynaryjne i leśne, wspierane przez wojsko, realizowały w czterech województwach kolejny etap walki z wirusem.
Komisarz przyłożył aparat do ucha.
– Halo?
– Tu Legner. Gdzie jesteście? – spytał prokurator z Torunia.
– Kilkadziesiąt metrów w głąb lasu.
– W głąb lasu – powtórzył jak echo. – A ja stoję na parkingu. Wyjdzie pan po mnie, komisarzu?
– Skalska zaraz tam będzie.
– O, to świetnie, dzięki. Ale niech pan powie, co tam mamy?
– Kości.
– Tyle to już wiem, pytam, czy jest pan pewien, że ludzkie? Bo butów na zmianę nie zdążyłem zabrać.
Gross popatrzył na swoje przemoczone półbuty.
– Będzie pan tego żałował. – Rozłączył się, a następnie machnął energicznie na podporucznika, by ten odsunął się od miejsca odnalezienia czaszki. – Zadeptaliście tu niemal wszystko.
– Słucham? – Podporucznik nie ukrywał zaskoczenia i kiełkującej w nim złości.
– Niech pan tylko spojrzy na tę trawę. Wygląda, jakbyście tu stado dzików przepędzili.
– Przecież to jakieś stare szczątki – warknął żołnierz.
– A skąd ta pewność? – spytał go Gross i zrobił kilka kroków w tył. Odwinął koniec taśmy, a następnie przewiązał ją wokół drzewa. – Niech pan przejdzie na lewo.
– No… w przeciwnym razie natrafilibyśmy na resztę ciała – odparł Kowalski, schodząc komisarzowi z drogi.
– Jest was więcej? Gdzie pozostali żołnierze? – spytał policjant.
– Kontynuują poszukiwania w innym rejonie. Ale zaraz będziemy zmuszeni je zakończyć. Robi się późno. – Podporucznik spojrzał w górę na kołyszące się korony sosen, niemal czarne na tle szarzejącego nieba, muskanego ostatnimi tego dnia promieniami słońca.
Gross obszedł miejsce odnalezienia czaszki, przewiązując taśmę policyjną wokół kolejnych drzew i okrążając ze sporym zapasem rozłożysty krzew. Wreszcie wrócił do pierwszego oznaczonego pnia.
– Chciałbym porozmawiać z tym szeregowym, który znalazł szczątki – stwierdził komisarz.
Podporucznik wcisnął kciuki za pas spodni i wypiął pierś.
– Spychała! – ryknął. – Do mnie!
Młody żołnierz odrzucił peta i ruszył żwawo w ich stronę. Kiedy podszedł bliżej, Gross skierował się tam, gdzie leżała kość. Kazał mundurowym zatrzymać się z dala od znaleziska i znowu obszedł miejsce, oznaczając je taśmą.
Kiedy skończył, wrócił do Kowalskiego i Spychały.
– Studiował pan medycynę? – Komisarz zwrócił się do starszego szeregowego.
– Tak. Rok temu, ale wyleciałem przez anatomię. – Kiedy to mówił, mięśnie mimiczne na jego twarzy napinały się i rozluźniały, a powieki ulegały mikroskurczom.
Tiki nerwowe.
– Co to jest? – Gross wskazał na leżącą przy pniu kość.
– Os femoris – odezwał się Spychała. – Anatomię oblałem, ale akurat tę kość trudno pomylić z jakąkolwiek inną. To kość udowa.
Podporucznik pociągnął głośno nosem i kolejny raz ściągnął brwi, uważnie ich obserwując.
– Panie komisarzu, to oficjalne przesłuchanie? – spytał nerwowo Kowalski.
– Rozpytanie – odparł Gross, nie odwracając się do podporucznika.
Nie znał łacińskiej nazwy, ale ta część ludzkiego szkieletu odznaczała się charakterystyczną kulą umieszczoną na lekko wysuniętej pod skosem szyjce. Zapamiętał ten osobliwy detal z oględzin szkieletów odnalezionych kilka lat temu na nieużytkach w pobliżu Polnej.
– Prawa czy lewa? – dopytał komisarz.
– Prawa. – Mężczyzna spojrzał na kość, a potem z powrotem na policjanta.
– Po czym pan rozpoznał?
Spychała wzruszył ramionami.
– W dolnej części kości, z tyłu, znajduje się takie jakby trójkątne wgłębienie. – Żołnierz zaczął gestykulować. – To tak zwana powierzchnia podkolanowa. Trzeba odwrócić kość przodem do siebie, to wtedy ta taka jakby piłka znajduje się po mojej prawej. Więc to od prawego uda. I ta właśnie piłka wchodzi w skład stawu krzyżowo-biodrowego…
– Wystarczy – przerwał komisarz. – Wziął ją pan do rąk? Kopnął albo przesunął?
– Słucham? – Żołnierz nie krył zaskoczenia i zdziwiony natychmiast spojrzał w kierunku podporucznika.
Ten patrzył na niego spod krzaczastych brwi i nic nie mówił.
Gross nie powtórzył pytania. Czekał na odpowiedź.
– Nie, no skąd! Niczego nie ruszałem – zapewnił Spychała, przestępując z nogi na nogę.
– Na pewno? A pana koledzy?
– A po co miałbym ruszać? – Oklepał kieszenie kurtki, po czym wyjął paczkę marlboro, a następnie plastikową zapalniczkę, która wypadła mu w gęstą trawę.
– Nikt niczego nie ruszał – odezwał się podporucznik.
– Chociażby po to, żeby sprawdzić, czy to prawa, czy lewa kość. – Gross podpuścił młodego żołnierza.
Spychała przeczesywał dłonią runo. W końcu odnalazł zgubę, wyprostował się i otarł wilgotną dłoń o spodnie, zostawiając na nich ciemne smugi.
– Rozpoznałem ją i bez tego. Zresztą mówiłem już. To najbardziej charakterystyczny fragment ludzkiego szkieletu. – Poczęstował komisarza, który pokręcił głową, i z powrotem schował papierosy do kieszeni, pomijając swojego dowódcę. Widocznie ten nie palił.
– Dobra, dziękuję – stwierdził policjant.
Starszy szeregowy skinął głową i osłonił się od wiatru. Zapalniczka zgrzytnęła kilkukrotnie. Chciał już odejść, gdy Gross podniósł rękę.
– Męska czy kobieca? – spytał.
– Męska – odparł żołnierz bez wahania, wypuszczając kłęby dymu, który rozwiewał się powoli. – Po pierwsze, jest długa, po drugie, kąt szyjkowo-trzonowy jest bardziej rozwarty niż w kości żeńskiej. Dlatego obstawiam, że ta jest jednak męska.
– A coś więcej na temat czaszki?
Wrócili w milczeniu kilka kroków do taśmy rozpiętej wokół krzewu, pod którym spoczywały kolejne szczątki. Podporucznik szedł tuż za nimi, głośno pociągając nosem.
Pod butem Grossa pękła z trzaskiem gałąź.
– Moim zdaniem to czaszka mężczyzny. Poza tym tam – wskazał Spychała papierosem – jak pan widzi, znajduje się duży wyrostek sutkowaty, to takie zaokrąglenie w pobliżu stawu skroniowo-żuchwowego, charakterystyczne dla czaszki męskiej. Warto by sprawdzić kość potyliczną, bo jeśli znajdują się na niej charakterystyczne guzki, to już nie miałbym żadnych wątpliwości.
– Miejsca przyczepów mięśniowych – dodał cicho Gross.
Szeregowy spojrzał na policjanta.
– Zna się pan na rzeczy. – Spychała ponownie się zaciągnął i zmrużył oczy.
Komisarz uważnie przyglądał się jego tikom nerwowym, jakby młodą twarz podrażniały krótkotrwałe przepływy ładunków elektrycznych, drobne spięcia w gęstej sieci neuronów. Przez chwilę zastanawiał się, czy to męczące, ale nie zapytał o to żołnierza, który zapewne – jako niedoszły lekarz – znał ich przyczynę.
W końcu odwrócił wzrok od mężczyzny i raz jeszcze spojrzał na czaszkę.
Kiedy cisza się przedłużała, stojący obok podporucznik wysmarkał się głośno, po czym schował zmiętą chusteczkę do kieszeni spodni.
– Przepraszam, ale mamy robotę do wykonania. – Oparł ręce na biodrach i kazał Spychale odmaszerować. – Czy to wszystko? – spytał, nie siląc się na uprzejmość.
Komisarz kiwnął głową, a Kowalski sięgnął po krótkofalówkę.
– Trzysta dziesięć do trzysta trzynaście – powiedział.
Ciszę w lesie przecięły trzaski, a po chwili z urządzenia dało się słyszeć zniekształcony męski głos:
– Trzysta trzynaście, zgłaszam.
Podporucznik ponownie przysunął urządzenie do ust.
– Melduj, jak sytuacja na froncie?
– Czysto.
Gross jeszcze raz przyjrzał się coraz mniej wyraźnym zarysom żołnierzy, do których dołączył właśnie Spychała. Pewnie szeregowy dał im znać, że zaraz wrócą do pracy, bo zaczęli otrzepywać spodnie i poprawiać kamizelki.
– No to świetnie. Kończycie już? – dopytał podporucznik.
– Tak. Zaraz wyjdziemy na drogę.
– Okej, to my też powoli się zwijamy. Zbierz wszystkich i się ustawcie. Wkrótce po was podjedziemy. Bez odbioru – zakończył rozmowę i wyciągnął do policjanta rękę na pożegnanie.
Kiedy Gross ją uścisnął, była zimna i zupełnie sztywna, niczym dłoń manekina.
– Jeszcze jedno – poprosił policjant. – Tyralierę uformowaliście na tamtej drodze? – spytał, wskazując na oddalony o kilkadziesiąt metrów skraj lasu, gdzie zaparkowali radiowóz.
– Nie. Idziemy z przeciwnej strony. – Podporucznik ponownie pociągnął nosem.
– Czyli tego fragmentu lasu jeszcze nie zbadaliście?
– Nie. Ale zrobimy to teraz. – Spojrzał spod krzaczastych brwi. – I to dokładnie.
Gross rzucił okiem na grupę żołnierzy. Zauważył mężczyznę w cywilu i drugiego, w zupełnie innym umundurowaniu.
– Kto jest z wami? – spytał, unosząc brodę w tamtym kierunku.
– Pyta pan o cywili?
Komisarz potwierdził skinieniem głowy.
– W każdym plutonie jest ktoś od leśników i służb weterynaryjnych. My tu jesteśmy tylko do pomocy – odparł podporucznik, pocierając zmarznięte dłonie.
– Rozumiem. A skąd przyjechaliście?
– Z Szóstego Samodzielnego Oddziału Geograficznego z Torunia.– Dziękuję. Gdybyście na coś natrafili, proszę o sygnał. Będziemy tu cały czas – zapewnił.
– Jasne. – Kowalski pokiwał głową i odszedł w stronę żołnierzy.
Po chwili do uszu komisarza dotarły krótkie, gardłowe rozkazy i wojskowi rozeszli się, ustawiwszy się w tyralierę, a następnie wznowili poszukiwania padłych dzików.
Wkrótce las wypełniła złowroga cisza.
I zimno, które pochłaniało komisarza, począwszy od stóp w przemoczonych butach.
 

 
Ciemność zastała ich szybciej, niż Gross się spodziewał.
– Kurwa, chłopie, weź się do pisania, bo zginiemy tu jak ciotka w Czechach – stęknął Jarek Bloch, technik kryminalistyki z Torunia, kiedy podszedł do nowego chełmżyńskiego dochodzeniowca.
Młody funkcjonariusz Mateusz Zieliński, z okularami w wąskiej drucianej oprawie, sprawiał wrażenie wyrośniętego szkolnego kujona. Marszczył czoło, zbyt długo męcząc się nad zapisami w protokole z oględzin. Odburknął coś niezrozumiale, czym tylko rozbawił Blocha, który w końcu, zniecierpliwiony, ubrany w lekki biały fartuch, machnął ręką i podszedł do Grossa zasłuchanego w ciszę, w której wybrzmiewały jedynie dźwięki natury, szum lasu i dochodzące gdzieś z oddali pohukiwanie sowy.
Od chwili, kiedy komisarz oznaczył miejsca odnalezienia ludzkich szczątków, minęły trzy godziny. Prokurator Legner rzucił tylko na nie okiem i zabrał się z powrotem do Torunia, dając zebranym do zrozumienia, że papierologią zajmie się w prokuraturze następnego dnia. Spieszył się do wypadku drogowego z ofiarami śmiertelnymi, do którego doszło na autostradzie pod Toruniem, a być może martwił się jedynie o półbuty z włoskiej skóry.
– I jak to widzisz? – spytał Gross niskiego technika, który uśmiechnął się nerwowo, odsłaniając małe zęby.
– Czarno to widzę, przynajmniej z takim dochodzeniowcem. – Bloch wyjął z paczki papierosa. Zgrzytnął kamień zapalniczki, a dygoczący płomień rozświetlił okrągłą twarz. Przez moment wyglądała jak odlana plastikowa maska. – Będziemy się tu pierdolić do rana.
– Wiesz, o co pytałem.
– Sam byś to szybciej zrobił, Bernardzie. Ty albo Skałka – powiedział, przytrzymując papierosa ustami.
Gross nie słyszał w jego głosie ani pretensji, ani żalu.
– Gdzieś musi się tego nauczyć. A na prawdziwej robocie najłatwiej – stwierdził, rozcierając zmarznięte dłonie. – Zapomniałeś już, jak to było?
Bloch znów się zaciągnął.
Komisarz obserwował, jak żar w postaci cienkiej czerwonej obrączki rozniecał się i spopielał kolejne skrawki tytoniu.
Wreszcie technik wypuścił z ust szary obłok, który uciekając w górę, rozwiał się i zniknął.
– Teren wokół zadeptany, więc nic z tego nie będzie, a przynajmniej żadnych śladów traseologicznych. – Bloch odchrząknął. – Ale też nie łudźmy się, jesteśmy w lesie, ściółka nigdy nam nie pomagała.
– A czaszka?
– Cała.
– Coś jeszcze?
– Niestety, nie. – Bloch pokręcił głową z nieskrywaną troską.
– Czyli mamy niewiele – podsumował komisarz i się rozejrzał.

 
Wesprzyj nas