“Kobold” to wstrząsająca powieść o sile i słabości, o destrukcyjnym uczuciu i nieustającej opresji, przede wszystkim zaś o złu, które rodzi się niepostrzeżenie, by potem prędko rozrosnąć się do monstrualnych rozmiarów…


Kobold. Niepotrzebna czułośćUosobieniem pierwiastka demonicznego zła jest tytułowy bohater, Michael Kobold – charyzmatyczny mężczyzna ogarnięty osobliwą obsesją na punkcie wody.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej Kobold poznaje siedemnastoletnią Hellę, piękną, ambitną dziewczynę z dobrej żydowskiej rodziny. Hella, przekonana, że małżeństwo z Koboldem uratowało ją od obozu, staje się zupełnie zależna od męża, a tym samym skazuje się na życie w strachu, bólu i poniżeniu.

Jedyną drogą ucieczki są słowa w dziwnym języku, spisywane na opakowaniach po mące i cukrze…

„Kobold” Radki Denemarkovej składa się z dwóch komplementarnych wobec siebie części, nawiązujących tytułami do dwóch żywiołów. To czytelnik decyduje, która z nich wprowadzi go w przedstawione w powieści historie: tę małą, rodzinną, i tę wielką, europejską.

Za pomocą subtelnych, a przy tym niezwykle oddziałujących obrazów i metafor Radka Denemarková pokazuje, że obie historie są właściwie historiami przemocy.

Radka Denemarková
Kobold. Niepotrzebna czułość
Przekład: Olga Czernikow, Agata Wróbel
Seria: „Czeskie Klimaty”
Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Premiera: 30 maja 2019
 
 

Kobold. Niepotrzebna czułość


Ester i Honzie.
Dziewczynie, której na mocy urzędowego zakazu z dnia 29 lipca 1941 roku zabroniono zbliżać się do Wełtawy na odcinku między dwoma praskimi mostami: Kolejowym i Hlávki. (14 sierpnia 1941 roku dziewczyna podeszła do brzegu. Ktoś na nią doniósł. Dziewczynę rozstrzelano. Prażanie zażywali w tym czasie kąpieli w rzece).
Evie A., która razem ze swoimi braćmi przetrwała najgorsze i która potrafi żyć w zgodzie z rzeczywistością.

KOBOLD (niem.) – złośliwy duszek, chochlik, karzeł, krasnal pilnujący podziemnych skarbów; przen. gnom, kreatura, monstrum.

W początkach mego uwięzienia najcięższe było […] to, że miałem myśli wolnego człowieka. […] Ale to trwało zaledwie kilka miesięcy. Potem miałem już tylko myśli więźnia[1].
ALBERT CAMUS
Czego boją się ludzie? Rzetelnego zdania sprawy ze stanu świadomości swoich czasów. Czyny, których dopuszczamy się wobec najbliższych, przewyższają wyrafinowaniem najokrutniejsze metody stosowane podczas wszystkich wojen światowych. Pokój jest wojną. Wojna jest kontynuacją pokoju.
[1] A. Camus, Obcy, tłum. M. Zenowicz, Warszawa 1985, s. 49

Uciec nie jest łatwo. To potrzask. Dzieci nie dosięgają do zamka w drzwiach kuchennych: matka i ojciec kazali go zamontować wysoko nad ich głowami.
Człowiek tęskni za więzieniem, do którego został wtrącony.
Człowiek kocha więzienie, z którego został wypuszczony.
Na świat przysłał ją Kobold.
Nie tylko ona kocha Kobolda.
Jestem inna niż reszta ludzi, powiedziała. Zupełnie inna. Nie istnieje skala, którą można by zmierzyć miłość albo ból. Moja choroba nazywa się Kobold. Nie ma na nią lekarstwa.
Dzień jak z obrazka. Życie jak z obrazka.
Woda utopiona w piasku.
Czarującemu Michaelowi władze miasta oficjalnie zakazały wstępu na Kamienny Most.
– O co wam chodzi? Ratowałem biedne, chore rzeźby, ja jeden się o nie troszczyłem! Tymi rękami je sklejałem! Nie widzicie, że się rozpadają? Lada moment zostanie z nich kupa gruzu, nic więcej! Przecież tutaj jak nie wiatr, to deszcz, a jak nie deszcz, to brudne łapska ludzi. Ja nie będę na to patrzył i wy też nie powinniście. Rany boskie, nie możecie zbudować nad mostem zadaszenia? Nie możecie dosztukować rzeźbom parasolek? Zróbcie coś wreszcie, do cholery!!!
Michael kocha zimne, pewne siebie posągi, rozstawione po obu stronach mostu. Wszystko, co lubi, ochrania własnym ciałem, zapachem własnego ciała. Lituje się nad przedmiotami. Są takie bezbronne, takie kruche. Według Michaela coś, co nie ma ciekłej postaci, jest z góry skazane na zniszczenie.
Tylko to, co płynne, może być wieczne.
Michael zdejmuje przepoconą koszulę. Rozkłada ją na cierpiącej umywalce. Białą porcelanę szpecą ciemne pęknięcia: pozostawione w odpływie czarne wężyki włosów niebezpiecznie wżerają się w gładką powierzchnię. Michael odczekuje kilka sekund. Chwyta koszulę i przerzuca ją przez wezgłowie zardzewiałego łóżka, na którym sypia, odkąd pamięta. Skrupulatnie odlicza minuty uzdrawiającego czasu. Tą samą koszulą poleruje stół. A po chwili użycza jej krzesłu: wygładza wilgotny materiał na oparciu, wyrównuje palcami kołnierzyk i obciąga rękawy. Znoszoną koszulę z żółtymi plamami potu przykrywa w nocy świeżą, odprasowaną. Pod umywalką piętrzy się kopczyk brudnych rzeczy, osłaniany przez nietknięty, czyściutki materiał.
Michael pielęgnuje przedmioty, które pragnie ocalić przed powolnym rozkładem i niszczeniem. W dzieciństwie robił to potajemnie. Ale i tak zawsze ktoś mu przeszkadzał. Nieproszeni goście – żywi ludzie, obojętni na piękno i cierpienie rzeczy. Przestępowali z nogi na nogę i czekali, aż dziwak Michael się ubierze. Aż przestanie się wydurniać.
A więc zakazano mu wstępu na Kamienny Most. Na ścianach wież mostowych, wznoszących się u obu końców potężnej kamiennej konstrukcji, wiszą portrety Michaela. Nieostre, ziarniste powiększenia fotografii z gazet. Namokłe od deszczu i śniegu. Podarte na strzępy przez lodowaty marcowy wiatr. „Zawiadamia się, iż człowiek ten nie ma prawa przebywać na moście, gdyż stanowi dlań poważne zagrożenie, nadto zaś może być niebezpiecznym dla przechodniów. Ktokolwiek zobaczy mężczyznę w pobliżu rzeźb, niechaj poinformuje o tem żandarmerię. Przewidziana wysoka nagroda pieniężna! Rysopis: włosy czarne, oczy niebieskie, wzrost dwa metry, znaki szczególne…” Pod portretami mnożą się przyklejone niedbale prostokąty: nabazgrane w pośpiechu petycje, bełkotliwe pogróżki, histeryczne apele bigotek i bigotów, którzy domagają się skazania Michaela na śmierć przez utopienie. Oko za oko, ząb za ząb, ciało za ciało. W imię miłości bliźniego. Zimny podmuch odrywa fragment artykułu z liberalnego „Prager Tagblatt”. Zadrukowany papier powiewa w dziobie mewy, bezgłośnie i daremnie apelując: „Jak to możliwe, że dziś, kiedyśmy tak śmiało wkroczyli w wiek dwudziesty, upokarza się żywego człowieka z powodu kamiennych posągów? Jak to możliwe?”. Mewa przez kilka minut krąży nad rzeką, by wreszcie przysiąść na opustoszałym brzegu. Święta mewa.

W nocy ku jednej z wież mostowych skrada się niespokojny cień: ciało zakutane w długi, ciepły szal. Matka Michaela ściąga największy spośród rozmazanych wizerunków, a potem, już w domu, umieszcza go na szerokiej tacy i suszy nad piecem wraz z kawałkami jabłek. Odcina zwilgłe skraje portretu, wygładza papierowe zmarszczki. Fotografię, przeszkloną i oprawioną w ciężką drewnianą ramę z rzeźbionymi dębowymi liśćmi, wiesza później w pokoju na honorowym miejscu. Michael. Jej syn. Bohater, który zamyka listę męczenników strzegących mostu. Matce Michaela nie przyjdzie do głowy, że jej syn może być łajdakiem. Matki nie dopuszczają do siebie podobnych myśli.
– Taki dobry chłopak – mówi. – Taki dobry chłopak!

W wigilijne popołudnie dobry chłopak Michael maszeruje wzdłuż rzeki. Na plecach niesie wypchaną poszwę w niebieskie pasy: skórę zdartą z puchowej pierzyny, dla pewności mocno ściągniętą sznurem. Gdy dociera do mostu, dwukrotnie odmierza krokami jego półkilometrową odległość. Tam i z powrotem. Sumiennie spogląda w oczy każdej z trzydziestu rzeźb, omija tylko trzydziestą pierwszą, niewidoczną dla nikogo. Pod nosem mruczy słowa dziecięcej wyliczanki. Koniec ostatniego wersu oznacza też koniec marszowej przechadzki. Michael przystaje. Rozwiązuje pękaty tłumoczek. Wyławia z niego obszerne, różnokolorowe ubrania – jak magik, kiedy wyciąga z kapelusza rekwizyty do przedstawienia. Każdą ze sztuk odzieży starannie wyrównuje na murku.
Wskakuje na kamienną balustradę.
Opatula wybraną rzeźbę.
Zakłada Janowi Nepomucenowi ciężkie, grube futro. Obdarowuje przyjaciela – biedaczek musi straszliwie marznąć w tej paskudnej mżawce. Prawda, jeszcze głowa: Michael pośpiesznie nakrywa nimb mokrym kapeluszem. Tymczasem niebo bezustannie przesiewa śnieżną mąkę, którą następnie wiatr gorliwie rozdmuchuje na wszystkie strony. Michael, oślepiony wirującymi drobinkami, bezskutecznie stara się naciągnąć wąskie, sztywne rękawy na piaskowcowe ramiona. Odzywa się chrzęst. Ręka trzaska, łamie się w nadgarstku.
Michael zamiera.
W popłochu obejmuje świętego i szepcze mu coś do ucha. Kaja się, przeprasza, zaklina. Gładzi Nepomucena po ramieniu, pogruchotanym i uwięzionym w futrzastej rurze. Z trudem utrzymując równowagę, przywiera potężnym ciałem do okrycia na kamiennej sylwetce i rozpaczliwie błaga o wybaczenie. Na próżno. Posąg jest zmęczony, posąg się poddaje: kruchy pierniczek odkleja się od chatki. Jeszcze przez parę sekund balansuje chwiejnie na murku, gdy nagle niewidzialny palec pstryka świętego w czoło i – ping! – posąg przewraca się jak cynowy żołnierzyk. Jan i Michael zsuwają się z balustrady. Jednocześnie.
Okręcają się w powietrzu, złączeni w kurczowym uścisku. Lecą powoli, sennie.
A przecież szybciej niż płatki śniegu.

Gejzer wody przebija cienką skorupę i tryska wysoko w górę, by w następnej sekundzie opaść na rozkołysaną taflę. I wtedy staje się cud. Posąg nie idzie na dno. Wynurza się, a razem z nim wynurza się Michael. Można by pomyśleć, że coś wypycha ich od dołu. Ani ludzkie ciało, ani duplikat rzeźby męczennika nie toną. Na przekór prawom fizyki. Jan Nepomucen wypływa na powierzchnię. Tyle że nie ma już krzyża.
Wśród śniegowych gwiazdek mruga pięć kolejnych – piaskowcowych. Rzeczna Statua Wolności. Dochować tajemnicy spowiedzi za cenę życia… Chluśnięcie lodowej brei niespodziewanie obala Jana Nepomucena na plecy. Michael siada na nim okrakiem, mocno opasuje udami kamienne boki i rozpościerając ramiona, stara się wytrwać w tej pozycji: zręczny woltyżer na rozbrykanej bestii. Sęk w tym, że futro Jana, coraz cięższe od wessanej wody, niepowstrzymanie ciągnie rzeźbę w dół. W końcu ugwieżdżona głowa znika. Michael gorączkowo usiłuje rozebrać Nepomucena: tarmosi nasiąknięty habit, rozrywa zębami oporne szwy – daremnie. Mokra szata przylgnęła do piersi świętego. Na amen. Michael szarpie za rękaw, ale puszysta materia stwardniała i zastygła na złamanym nadgarstku jak gips. Michael jest bezradny.
Zanurzają się.
Wypływają.
Teraz Jan dla odmiany obraca się twarzą ku głębinom – zupełnie jakby szukał tam miejsca, w którym będzie mógł spocząć. Nerwowo podskakuje, trzęsie swoim jeźdźcem i raz po raz wyrzuca go w górę: tresowany delfin chce się pozbyć upartego poskramiacza. Michael nie daje jednak za wygraną. Przyklęka na plecach posągu i prując taflę wielkimi łapskami, kieruje się do brzegu. Tymczasem rzeka już sobie pobaraszkowała i zaczyna się rozglądać za nową rozrywką. Powolutku, delektując się, połyka nieproszonych gości. Michael zaciska nogi wokół rzeźby, jakby zakładał jej żelazną obręcz. Ostatnie, co widać nad powierzchnią, to jego otwarte usta, nabierające powietrza potężnym haustem. Mroźna pokrywa nieodwołalnie się zamyka. Świeżuteńki biały lukier błyskawicznie zasklepia szczeliny w lodowej glazurze, pod którą kołysze się niespokojna woda. Zostaje ledwie widoczny ślad. Cienkie jak włos, rozgałęzione pęknięcie.

Michael podpływa pod rzeźbę. Wyciąga ramiona, natęża siły i unosi kamiennego kolosa nad głowę. Podwodny sztangista pokonuje stan nieważkości: odbija się od niewidzialnego podłoża, energicznie macha nogami i rozcina przejrzystą próżnię, zostawiając za sobą roztańczone bąbelki. Wszystko, co żyje, pędzi teraz w tamtą stronę, ku tlenowej pianie. W głębinach robi się rojno, wzburzone masy wodne bezlitośnie napierają na sztangistę, spłaszczają mu policzki i miażdżą ciało, z sekundy na sekundę coraz bardziej bezwładne. Rzeźba nieubłaganie opada. W zielonoszarej mgławicy jedna po drugiej pojawiają się ryby – krążą sennie dookoła posągu, rzucają mu obojętne spojrzenia fosforyzujących oczu, mięsistymi wargami kosztują kamiennego smaku. Ryby, które nigdy się nie całują. Na dnie czuwa ich przywódczyni: obła, spłaszczona maszkara z nieproporcjonalnie dużą głową. Osobliwe stworzenie. Porusza się dzięki płetwom podobnym do kończyn, większość czasu spędza w samotności, w ciemnej strefie przy dnie – ale tym morskim, głębokim na kilkaset metrów. Ryba-nietoperz z rzędu żabnicokształtnych. Zwabia ofiary za pomocą świecącej substancji, którą uwalnia z odpowiednio przystosowanej płetwy grzbietowej. Teraz spełnia pod mostem swoją misję. Przytyka bezkształtną głowę do czoła Michaela. I wypuszcza chemiczną przynętę.

Pozostałe ryby wściekle tłuką ogonami w osłabłe ciało Michaela i z ciekawością przybliżają wyłupiaste oczy do jego zmętniałych źrenic. Rzeźba i Michael rozdzielają się. Rozdziela się też gęsta ławica.
Każda z drużyn podąża za swoim panem.

Pokrzykujący ludzie łapią ciało w sieć. Mają szczęście, trafił im się nie lada okaz. Wdmuchują własne życie w usta Michaela. Od tej chwili Michael jest inny. Święty Jan Nepomucen nigdy się odnajdzie. Musiał podryfować z prądem. Rzeka zaniosła go do morza, mówiono. Do oceanu, mówiła Hella. Michael zostaje odznaczony przez władze miasta za heroiczną próbę uratowania cennej rzeźby. Kiedy cała sprawa się wyjaśnia, te same władze na krótko wsadzają Michaela do więzienia. Za spowodowanie śmierci posągu.

Rozmazany portret ojca wisiał między dwoma oknami: orli dziób, a po obu stronach dwa niebieskie bulaje. Dlaczego masz takie wielkie oczy? Żeby cię lepiej widzieć, serdeńko. Rozsypuję się, niszczeję. Wszystko, czym obrosłam przez te lata, kruszy się i odpada ze mnie jak stara emalia. Tak długo umacniałam wokół siebie pancerz ochronny, że sama zmieniłam się w posąg. Posąg czeka na powiernika, na kogoś, przy kim mógłby odetchnąć pełną piersią i bezkarnie rozcapierzyć palce. Ale wobec otaczających go diablików musi zachować kamienną twarz, musi zmilczeć prawdę. Palce zaciśnięte w pięść. Opuszczam pokój.
Hotelowy.

Hella. Wraca z lekcji u doktora Broda. Ciężkie drzwi wejściowe wydają z siebie przeciągły jęk. Hella wybiega na ulicę, kipiącą niezliczonymi powabami rozwiązłości i zepsucia. Za plecami Helli odzywa się głuche trzaśnięcie. Czubek wypolerowanego trzewiczka żłobi znak zapytania w cienkiej warstwie śniegu pokrywającej bruk. A tuż obok kolejny, bliźniaczy, tyle że odwrócony jak w lustrzanym odbiciu. Serce. Wewnątrz drugie, trzecie. I jeszcze dwa mniejsze. Hella ma siedemnaście lat. Stoi wśród padających cukrowych kryształków i raz po raz rozchyla różowe wargi, spomiędzy których wydostają się obłoczki muślinowej pary. Posyła w górę litery z przejrzystej mgiełki. Najczęściej – wydłużone „o”. Hella wie, że doktor Brod ją obserwuje, że stoi za koronkową firanką w oknie na drugim piętrze i płytko, urywanie oddycha. Wie też, kto ma kogo w garści. Pan doktor nie patrzy jej w oczy, nigdy. Kurczowo łapie otwartą książkę w spocone, rybie dłonie, które co rusz wyciera w spodnie. Nie poprawia błędów Helli, a ona to wykorzystuje: celowo wymyśla i wypowiada na głos najbardziej niewiarygodne bzdury. Doktor tylko coś mamrocze roztrzęsionym głosem i nerwowo pokasłuje, ilekroć Hella pochyla kędzierzawą głowę i owija na palcu kosmyk czarnych włosów, którego koniec wcześniej długo i znacząco ssie. Gdy wilgotne pasemko na moment ześlizguje się z palca, Hella rzuca następną prowokacyjnie nierozumną uwagę.
Dzisiejsza lekcja była symboliczna, odświętna. Hella wręczyła doktorowi prezent noworoczny. Kupiony przez rodziców.
Doktor Brod czeka. Od wielu miesięcy sterczy za nakrochmaloną firanką i odlicza dni do osiemnastych urodzin swojej ulubienicy, ponętnej czarnowłosej Helli. Kiedy nadejdzie upragniony dzień, doktor Brod się oświadczy. Już zresztą ustalił wszystko z rodzicami. Na razie Hella niczego się nie spodziewa, na razie beztrosko frunie przez kolejne godziny wigilijnego dnia. Tymczasem w mieszkaniu doktora Broda kubeł na śmieci co noc połyka dziesiątki zgniecionych papierowych kul. Doktor Brod z namaszczeniem plami atramentem czyste arkusze, zaczernia je słowami, za pomocą których spowiada się ze swojego uczucia, ze swojej obsesji. Wyznaje, że marzy o chwili, gdy przyprowadzi dziewicę na drugie piętro i zwabi ją do labiryntu własnej biblioteczki, gdzie wzorem wszystkich minotaurów skwapliwie skorzysta z prawa pierwszej i ostatniej nocy. Doktor Brod pisze list lustrzanym alfabetem. Metodycznie wypróbowuje pozostałe uczennice, sypia z każdą bez wyjątku. Dotyka dziewczęcych łon smukłymi, wypielęgnowanymi palcami, które potem ukradkiem wącha. Rozrysowuje mapę czułych punktów, wyławia perły. Wierzy w moc powtarzania, powtarzanie jest matką wiedzy. Doktor Brod pilnie ćwiczy, chce być mistrzem, chce być przygotowany – zanim otworzy muszlę Helli w poszukiwaniu tej najcenniejszej perły.

Czubek trzewiczka rozdziera dziewiczą biel śniegu. Hella kreśli kwadrat: zamyka serce w czworobocznej klatce. Obok dorysowuje drugą, trzecią i jeszcze kilka, wszystkie ciasno przytykające do siebie. Nie skalana dotąd biel zaczyna się pokrywać burymi kanalikami. Hella staje na jednej nodze i rozpościera ramiona, żeby utrzymać równowagę: bocian w trzewiczkach usiłuje grać w klasy na błotnistym śniegu. Hella jest szczęśliwa. I wcale nie chce wracać teraz do domu. Do świątecznej krzątaniny, do niemilknącego gderania służących, które będą się nawzajem obwiniać o sfuszerowanie tej czy innej roboty, do ich burkliwych odzywek, co ta chałka taka krzywo spleciona, tego karpia życzy pani podać w kapuście czy jak, a migdały czemu jeszcze nie obrane. Hella już czuje na sobie nienawistne spojrzenia – spojrzenia, które mówią: „Jaśnie panienka nic nie musi, jaśnie panienka przyszła na gotowe”. I wie, że jeżeli będzie się starała pomóc w domowych pracach, nienawiść tylko przybierze na sile. Rodzice pokornie przyjęli normy panujące w ich otoczeniu. Podporządkowali się większości, rybiemu oku. Świętują Boże Narodzenie. Tyle że nigdy nie piszą go od wielkich liter.
Hella lekko przemyka po kocich łbach i zatrzymuje się przed witryną sklepu z kapeluszami po drugiej stronie ulicy. Wystawia język; śnieżna wiadomość dla doktora Broda nakłada się na odbicie jej twarzy. Hella nie wraca do domu. Idzie na most. Co jak co, ale dziś nie odmówi sobie ulubionej rozrywki. Będzie obserwować tych wszystkich śmiesznych ludzi, a jeśli nadarzy się okazja, może nawet splunie parę razy do rzeki. Ślina popłynie z prądem.
Idzie na most. Bezgłośnie poruszam ustami. Woduję słowa na język. Daremnie. Za chwilę Hella zdecyduje o moim życiu. Otworzy diabłu bramy miasta. Co by było, gdyby skierowała się gdzie indziej? Nigdy nie widziałam swojej matki oszalałej.
Zdania, które wsiąkły w papier. Zamknięty rozdział.
Zakończony.
Woda utopiona w piasku.
Przy wejściu na most, pod wieżą, Hella kupuje gorące kasztany. Sprzedawca z szacunkiem uchyla przed nią czapki.
– Całuję rączki, panienko!
Zna ojca, profesora uniwersyteckiego. Pan profesor regularnie się tędy przechadza – zamyślony, ale zawsze ujmująco grzeczny: doskonały mariaż dostojeństwa i świadomości własnego znaczenia. Przechodnie wokół Helli niespokojnie przyśpieszają kroku; tłum gęstnieje, wszyscy gnają w jednym kierunku. Zbiegowisko przyciąga Hellę jak magnes. Gapie gromadzą się wzdłuż linii rzeźb niczym wiwatująca publiczność przy barierce na stadionie: przepychają się, wyrywają do przodu, stają na palcach i w podnieceniu pokazują gdzieś w dół, na rzekę. Tym razem przedstawienie rozgrywa się pod mostem.
Hella przeciska się pomiędzy ciałami w grubych, zatęchłych płaszczach. Wreszcie dociera do murku; dłonie w szydełkowych rękawiczkach zdążyły się już ogrzać ciepłem pieczonych kasztanów, upchniętych w papierowej torebce. Hella widzi kołyszące się łódki, dopiero co spuszczone na wodę. Stateczki wycięte z kory drzewa. A w nich – ludziki w jednakowych mundurach. Każdy z liliputów trzyma wiosło, którym wśród gromkich nawoływań energicznie bije o grudkowatą warstwę lodu. Martwa tafla pokrywa się siatką pęknięć; cienkie jak włos niteczki rozpierzchają się na wszystkie strony, przebudzone nagle ze snu. Tymczasem pod powierzchnią ktoś bawi się w najlepsze: wywija ostrym nożem, świszcze nim w głębinach i zręcznie kroi od dołu twardą skorupę – dzieli ją na porcje. Lód trzaska jak rozłupywany arbuz. Hella opiera się o murek i wyciąga szyję, z obu stron bacznie obserwowana przez milczące posągi. Dysząc z przejęcia, łapczywie chłonie detale otwierającego się przed nią widoku, czuje, że doświadcza czegoś niezwykłego, jej życie też staje się niezwykłe, ona, Hella, będzie malować albo pisać, albo leczyć i uczyć, jak ojciec, dzisiejsze wydarzenia z pewnością uwieczni w dzienniku, mój Boże, życie jest takie piękne!

 
Wesprzyj nas