“Władca cieni” to powieść, o której Javier Cercas myślał od kiedy został pisarzem. A może już dużo wcześniej…


Władca cieni“Władca cieni” opowiada o poszukiwaniach niemal anonimowego chłopca, który walczył za “niesłuszną” sprawę i zginął po “niewłaściwej” stronie barykady. Nazywał się Manuel Mena i w 1936 roku, gdy wybuchła hiszpańska wojna domowa, zaciągnął się do armii generała Franco. Dwa lata później zginął walcząc w bitwie nad Ebro i na dekady stał się oficjalnym bohaterem swojej rodziny. Był stryjecznym dziadkiem Javiera Cercasa, który zawsze unikał zagłębiania się w jego historię, do momentu, w którym poczuł, że jest mu to przeznaczone.

Owocem jego rodzinnego i literackiego śledztwa jest wciągająca powieść, wartka, pełna emocji i humoru, która zawiera najważniejsze motywy całej twórczości Cercasa: żywą, wielowymiarową i nieuchwytną naturę bohaterstwa, upór w walce o przetrwanie i ciężar rozliczeń z trudną przeszłością.

“Władca cieni” trwa w zawieszeniu pomiędzy historią osobistą i powszechną, zgiełkiem bitew a antywojenną opowieścią i otwiera nowy rozdział w rozliczeniu z dziedzictwem hiszpańskiej wojny domowej.

Javier Cercas
Władca cieni
Przekład: Ewa Zaleska
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 25 września 2019
 
 

Władca cieni


1

Nazywał się Manuel Mena i zginął w wieku dziewiętnastu lat w bitwie nad Ebro. Stało się to 21 września 1938 roku, już pod koniec wojny domowej, w katalońskiej wiosce o nazwie Bot. Był pełnym entuzjazmu frankistą, a przynajmniej falangistą, szczególnie na początku wojny: wstąpił wówczas do 3. Chorągwi Falangi w Cáceres, a w następnym roku, jako świeżo upieczony tak zwany chorąży tymczasowy, został przydzielony do Pierwszego Batalionu Strzelców z Ifni, jednostki szturmowej wchodzącej w skład Regulares, hiszpańskich wojsk w Afryce Północnej. Dwanaście miesięcy później poległ na polu bitwy i przez lata uchodził w mojej rodzinie za bohatera.
Był stryjem mojej matki, która opowiadała mi w dzieciństwie jego historię niezliczoną ilość razy, właściwie i historię, i legendę o nim, tak że zanim jeszcze zostałem pisarzem, wiedziałem, że kiedyś przyjdzie mi napisać o tym książkę. Pomysł jednak porzuciłem; czułem, że Manuel Mena uosabia w historii rodziny to co najboleśniejsze i że opowiedzenie jego losów oznacza wniknięcie w polityczną przeszłość nie tylko jego, lecz całej rodziny, powrót do tej przeszłości, która zawstydzała mnie najbardziej. Nie chciałem się nią zajmować, nie widziałem żadnego powodu, by to robić, a już na pewno nie w książce: wystarczająco się namęczyłem, żeby nauczyć się z nią żyć. Poza tym nawet nie wiedziałem, jak miałbym ją opowiedzieć. Rygorystycznie trzymając się realiów, pod warunkiem, rzecz jasna, że byłoby to możliwe, bo czyż upływ czasu nie sprawił, że w historii Manuela Meny powstały niemożliwe do wypełnienia luki? Może miałbym pomieszać prawdę i fikcję, by tą drugą uzupełnić wyrwy w tej pierwszej? A może miałbym wymyślić fikcyjną fabułę na podstawie prawdziwych faktów, nie zważając na to, że wszyscy braliby ją za prawdę albo właśnie dlatego, by wzięli ją za prawdę? Nie miałem pojęcia i zdawało mi się, że ta niepewność co do wyboru właściwej formy potwierdza trafność mojej intuicji: nie powinienem pisać historii Manuela Meny.
Jednakże przed kilkoma laty tamta dawna decyzja zaczęła tracić swą kategoryczność. Młodość minęła bezpowrotnie, miałem żonę i syna; moja rodzina przeżywała nie najlepsze chwile: ojciec zmarł po długiej chorobie, matka, po pięćdziesięciu latach małżeństwa, z trudem radziła sobie z wdowieństwem. Śmierć ojca wzmogła naturalną skłonność matki do melodramatycznego, pełnego rezygnacji fatalizmu („Synu – zwykła była powtarzać – oby Bóg nie zesłał na nas wszystkich nieszczęść, jakie potrafimy udźwignąć”), i pewnego ranka na przejściu dla pieszych potrącił ją samochód. Nic poważnego jej się nie stało, ale najadła się strachu i – choć tylko posiniaczona – postanowiła tkwić przez kilka tygodni w fotelu. Ja i moje siostry zachęcaliśmy ją do wyjścia z domu, zabieraliśmy do restauracji, na spacer albo na mszę do jej parafialnego kościoła. Nie zapomnę, jak pierwszy raz tam z nią poszedłem. Pokonaliśmy wolnym krokiem sto metrów dzielących jej dom od parafii Świętego Zbawiciela i kiedy wchodziliśmy na przejście dla pieszych prowadzące do kościelnej bramy, ścisnęła mnie za ramię.
– Synu – szepnęła – błogosławieni ci, którzy ufają przejściom po pasach, ponieważ oni ujrzą Boga. Ja byłam o krok.
Podczas jej rekonwalescencji zaglądałem do niej częściej niż zazwyczaj; nierzadko zostawałem nawet na noc, razem z żoną i synem. Przyjeżdżaliśmy wszyscy troje w piątek po południu albo rankiem w sobotę i wracaliśmy do Barcelony dopiero w niedzielę wieczorem. W ciągu dnia prowadziliśmy rozmowy albo czytaliśmy, a wieczorem oglądaliśmy razem filmy i telewizję, przede wszystkim Wielkiego Brata, program, za którym oboje z matką przepadaliśmy. Rozmawialiśmy oczywiście o Ibahernando, miasteczku w Estremadurze, z którego moi rodzice, jak wielu innych mieszkańców tego regionu, wyemigrowali w latach sześćdziesiątych do Katalonii. Mówię „oczywiście” i rozumiem, że powinienem wyjaśnić, dlaczego tak mówię; to proste: żadne inne wydarzenie nie zaważyło bardziej na życiu mojej matki niż emigracja. Piszę tak i rozumiem, że znowu powinienem coś wyjaśnić; i to już nie jest takie proste. Przed niemal dwudziestu laty tłumaczyłem to jednemu koledze, mówiąc, że emigracja oznaczała, iż z dnia na dzień moja matka przestała być uprzywilejowaną córką liczącej się rodziny w miasteczku, w którym świat do niej należał, by stać się niewiele więcej niż proletariuszką lub ledwie drobnomieszczanką umęczoną dziećmi w katalońskim mieście, w którym była nikim. Gdy tak to wtedy sformułowałem, odpowiedź wydała mi się prawdziwa, lecz niepełna, zabrałem się zatem do napisania artykułu, pod tytułem Niewinni młodziankowie, który do dzisiaj jest najlepszym wytłumaczeniem tej kwestii, na jakie mnie stać. Artykuł ukazał się drukiem 28 grudnia 1999 roku, w dniu świętych młodzianków męczenników i w trzydziestą trzecią rocznicę przyjazdu matki do Gerony. Przytaczam go tu w całości: „Geronę zobaczyłem po raz pierwszy na mapie. Moja bardzo młoda wówczas matka wskazała na niej odległy punkt i powiedziała, że gdzieś tam właśnie znajduje się ojciec. Kilka miesięcy później spakowaliśmy walizki. Podróż była bardzo długa, a u jej kresu opustoszały prowincjonalny dworzec pośród żałosnych zabudowań spowitych żałobnym światłem, chłostany bezlitosnym grudniowym deszczem. To było najsmutniejsze miasto na świecie. Czekający tam ojciec zabrał nas na śniadanie i powiedział, że w tym nierzeczywistym mieście mówią innym językiem niż nasz i nauczył mnie pierwszego zdania po katalońsku, jakie wypowiedziałem: M’agrada molt anar al collegi. Potem upchnęliśmy się jakoś w ojcowskim citroenie 2CV i podczas drogi do naszego nowego domu przez wrogi smutek tego obcego miasta matka musiała pomyśleć – choć nie powiedziała na głos – coś, co mówiła w każdą rocznicę dnia, w którym spakowaliśmy walizki: »Niezły numer wycięli mi niewinni młodziankowie«. Taki był dzień świętych młodzianków męczenników trzydzieści trzy lata temu.
Pustynia Tatarów jest niezwykłą powieścią Dina Buzzatiego. Jej nieco kafkowska fabuła opowiada o młodym poruczniku, Giovannim Drogo, wysłanym do odległej fortecy na pustkowiu, zagrożonej atakiem zamieszkujących pobliską pustynię Tatarów. Spragniony chwały i bitewnych przygód, Drogo na próżno wyczekuje nadejścia Tatarów, i na tym oczekiwaniu upływa mu życie. Wiele razy myślałem, że ta niedająca nadziei fabuła jest emblematem losu wielu ludzi, którzy spakowali walizki. Moja matka, jak wielu z nich, przez całą swoją młodość wyczekiwała powrotu, który zawsze wydawał się niechybny. Tak minęły trzydzieści trzy lata. Nie były wcale takie złe: mimo wszystko ojciec miał w miarę pewną pracę i stałą pensję, a to było dużo więcej, niż miało wielu jemu podobnych. Tak czy inaczej, myślę, że matka, tak samo jak wielu, którzy spakowali walizki, nigdy nie zaakceptowała do końca swego nowego życia i schroniwszy się w pancerzu gospodyni domowej i matki wielodzietnej rodziny, mieszkała w Geronie, robiąc, co tylko było w jej mocy, aby nie zauważyć, że tam mieszka, a nie w miejscu, w którym spakowała walizki. Trwała w tej ułudzie do niedawna. Tymczasem wszystko zdążyło się zmienić: Gerona jest wesołym i zamożnym miastem, jej dworzec kolejowy nowoczesnym budynkiem o bielutkich ścianach i wielkich oknach; poza tym niektóre z wnuków ledwie rozumiały język babki. Pewnego dnia, gdy już nie mieszkało z nią żadne z dzieci i kiedy nie mogła już dłużej uciekać przed rzeczywistością, oddając się fanatycznej pracy gospodyni domowej, a co za tym idzie, nie mogła ignorować oczywistego faktu, że od dwudziestu pięciu lat mieszka w mieście, które wciąż było jej obce, lekarze rozpoznali u niej depresję i następne dwa lata patrzyła pustym wzrokiem przed siebie. Może myślała też o utraconej młodości i – jak porucznik Drogo oraz wielu, którzy spakowali walizki – o swoim życiu spędzonym na bezużytecznym czekaniu, a może – ona, która nie czytała Kafki – myślała i o tym, że to wszystko jest wielkim nieporozumieniem i że to nieporozumienie ją zabije. Ale nie zabiło i pewnego dnia, kiedy zaczynała już wydobywać się z czarnej dziury wieloletniego przygnębienia i szła z mężem na wizytę do lekarza, jakiś mężczyzna otworzył drzwi i przepuszczając ją przed sobą, powiedział Endavant (pani przodem). Matka odpowiedziała mu na to: »do lekarza«, ponieważ zrozumiała, że on powiedział ¿Adónde van? (Dokąd państwo idą?). Ojciec mówił, że wtedy przypomniał sobie o pierwszym zdaniu po katalońsku, którego nauczył mnie ponad dwadzieścia pięć lat wcześniej, i że nagle zrozumiał też matkę, zrozumiał, że od dwudziestu pięciu lat mieszkała w Geronie tak, jakby nigdy nie wyjechała z miejsca, w którym kiedyś spakowała walizki.
Pod koniec Pustyni Tatarów Tatarzy nadciągają, ale choroba i starość nie pozwalają Drogo spełnić marzenia, by stawić im czoło; bez nadziei na udział w walce i chwałę, samotny i anonimowy w ciemnym pokoju gospody Drogo czuje, że zbliża się koniec, i wtedy uświadamia sobie, że to jest ta prawdziwa bitwa, ta, na którą zawsze bezwiednie czekał; prostuje się nieco i poprawia na sobie mundur, by śmierć przyjąć jak odważny żołnierz. Nie wiem, czy ci, którzy spakowali walizki, kiedykolwiek powrócą; obawiam się, że nie, musieli już przecież zrozumieć, że powrót jest niemożliwy. Nie wiem, czy rozmyślają czasem nad swoim życiem, o tym, że upłynęło im na czekaniu, albo nad tym, że wszystko było wielkim nieporozumieniem, albo że się oszukali, albo, co gorsza, że ktoś ich oszukał. Nie wiem. Wiem natomiast, że za kilka godzin, gdy matka wstanie, to pomyśli, a może i wypowie na głos to samo zdanie, które powtarza w ten dzień od trzydziestu trzech lat: »Niezły numer wycięli mi niewinni młodziankowie!«”.
Tak kończył się ten artykuł. Ponad dziesięć lat po jego publikacji matka, pomimo że nadal mieszkała w Geronie, wciąż jeszcze nie wyjechała z Ibahernando. W trakcie odwiedzin mających ulżyć jej rekonwalescencji rozmawialiśmy więc głównie – co logiczne – o Ibahernando; bardziej zaskakujące było to, że za którymś razem nasze trzy zasadnicze rozrywki jakby zlały się w jedną. Zdarzyło się to pewnego wieczoru, gdy wspólnie oglądaliśmy Przygodę, stary film Michelangela Antonioniego o tym, jak podczas wycieczki grupy przyjaciół jeden gdzieś znika; początkowo wszyscy szukają zaginionej osoby, ale szybko o niej zapominają i wycieczka trwa nadal, jakby nic się nie stało. Statyczna gęstość tego filmu znużyła mojego syna, który poszedł się położyć, oraz moją żonę, która zasnęła w fotelu przed telewizorem; matka natomiast przetrwała niestrudzenie niemal dwie i pół godziny czarno-białych obrazów i włoskich dialogów z napisami po hiszpańsku. Zdumiony, spytałem na koniec, jak jej się podobało.
– To najlepszy film, jaki widziałam w życiu – odparła.
Gdyby chodziło o kogoś innego, pomyślałbym, że jest w tym sarkazm; ale matka nie zna sarkazmu. Pomyślałem więc, że pewnie rachityczna akcja i wlokące się w nieskończoność chwile milczenia w Wielkim Bracie wytrenowały ją perfekcyjnie do śledzenia z przyjemnością ubogiej akcji i ciągnących się w nieskończoność chwil milczenia w filmie Antonioniego. Kłamię. Naprawdę pomyślałem, że mojej przyzwyczajonej do powolności Wielkiego Brata matce Przygoda wydała się żywiołowa niczym kino akcji. Musiała zauważyć moje zdumienie, bo pospieszyła, by je rozwiać; nie do końca jej się udało.
– Oczywiście, Javi – powiedziała, wskazując na telewizor. – W życiu zawsze jest tak jak w tym filmie: człowiek umiera, a nazajutrz nikt już o nim nie pamięta. Tak właśnie było z moim stryjem Manolo.
Jej stryj Manolo to był właśnie Manuel Mena. Tego wieczoru znowu o nim mówiliśmy i trzymaliśmy się tego tematu przez kolejne soboty i niedziele. Matka opowiadała mi o Manuelu Menie, odkąd pamiętam, ale dopiero wtedy zrozumiałem dwie rzeczy. Po pierwsze, że był dla niej kimś więcej niż stryjem. W dzieciństwie mieszkała razem z nim u swojej babki, rzut beretem od domu rodziców, którzy ją tam umieścili, bo ich dwie starsze córeczki zmarły na zapalenie opon mózgowych, i słusznie się obawiali, że i ona zarazi się chorobą. Wydaje się, że świetnie się czuła w wielkim, pełnym ludzi domu owdowiałej już wówczas babki Caroliny, gdzie za towarzysza zabaw miała swego stryjecznego brata Alejandra i była oczkiem w głowie całej armii wesołych i hałaśliwych dorastających stryjów. Żaden nie zajmował się nią tak jak Manuel Mena; w oczach matki nikt nie mógł się z nim równać: on był jej ulubieńcem, najweselszym, najbardziej energicznym, tym, który obsypywał ją prezentami, najczęściej się z nią bawił, najbardziej ją rozśmieszał. Mówiła o nim stryjek Manolo, a on do niej mówił Blanquita. Uwielbiała go, bardzo przeżyła jego nagłą śmierć. Nigdy nie widziałem, żeby matka płakała; nigdy, nawet w trakcie jej dwuletniej depresji, nawet po śmierci mojego ojca. Matka po prostu nie płacze.
Razem z siostrami snuliśmy różne domysły, dlaczego tak jest, aż w końcu, niedługo po jej wypadku, gdy po raz setny opowiadała mi, jak przywieźli do miasteczka ciało Manuela Meny, a ona całymi godzinami zalewała się łzami, uznałem, że oto mam wytłumaczenie: pomyślałem, że wszyscy mamy jakiś skończony zasób łez i że ten jej wyczerpał się wtedy i nic już nie zostało na potem. Krótko mówiąc, dla matki Manuel Mena nie był tylko stryjem: był jej starszym bratem; był także jej pierwszym umarłym.
Druga rzecz, którą zrozumiałem, była nawet istotniejsza niż ta pierwsza. Jako dziecko nie wiedziałem, dlaczego matka tyle mi opowiada o Manuelu Menie; jako młody człowiek myślałem, skrycie tym zawstydzony i przerażony, że robi to, bo Manuel Mena był frankistą, a co najmniej falangistą, a moja rodzina była w czasach Franco frankistowska, w każdym razie akceptowała frankizm z tą samą bezkrytyczną potulnością jak większość ludzi w kraju; jako dorosły zrozumiałem, że to banalne rozumowanie, ale dopiero podczas nocnych pogawędek z wracającą do zdrowia matką zdołałem pojąć, na czym ta banalność polegała. Zrozumiałem, że śmierć Manuela Meny wryła się w dziecięcą wyobraźnię mojej matki jako coś, co starożytni Grecy nazywali kalos thanatos: piękną śmiercią. Dla starożytnych Greków była to śmierć doskonała, śmierć szlachetnego młodzieńca bez skazy, który – jak Achilles w Iliadzie – dowodzi swego szlachetnego charakteru, ryzykując życie w grze o wszystko, gdy walczy w pierwszej linii o wartości większe niż własne życie lub takie, które on sam uznaje za większe, i pada w boju, i odchodzi z tego świata w rozkwicie urody i w pełni sił, upływający czas nie wyniszcza go, nie skazuje na starczą niedołężność; ten wspaniały młody człowiek, który swoje ideały przedkłada nad sprawy tego świata i nad samo życie, jest wzorem bohatera Greków, najdoskonalszym ucieleśnieniem ich etyki i jedynym sposobem zyskania nieśmiertelności w owym świecie bez Boga, ponieważ będzie żył na zawsze w niepewnej i ulotnej pamięci ludzi, jako Achilles. Dla starożytnych Greków kalos thanatos była doskonałą śmiercią wieńczącą doskonałe życie; dla mojej matki Manuel Mena był Achillesem.
To podwójne odkrycie było dla mnie objawieniem i w następnych tygodniach niepokoiła mnie myśl, że może porzucenie zamiaru napisania książki o Manuelu Menie było jednak błędem. Nie zmieniła się moja opinia o jego historii, ale zadawałem sobie pytanie, czy fakt, że dla mnie była to historia zawstydzająca, jest dostatecznym powodem, by jej nie opowiedzieć i nadal trzymać ją w ukryciu. Mówiłem też sobie, że jeszcze nie jest za późno, ale muszę natychmiast wziąć się do roboty, jeżeli naprawdę chcę ją opowiedzieć, bo z całą pewnością nie ma już śladu po Manuelu Menie w archiwach i bibliotekach, i że siedemdziesiąt kilka lat po jego śmierci ledwie strzępy legendy mogą trwać jeszcze w wyblakłej pamięci topniejącej garstki starych ludzi. Zrozumiałem ponadto, że matka tak dobrze zrozumiała film Antonioniego nie tylko z powodu treningu z afazyjną przewlekłością Wielkiego Brata. Choć sama mieszkała jeszcze w świecie z Bogiem (tym świecie, którego już nie ma i w którego obronie walczył w swoim mniemaniu Manuel Mena), to jako mała dziewczynka przekonała się ze zdumieniem i przyjęła to niczym obelgę, że niepewna i ulotna ludzka pamięć lekceważyła jej stryja, w odróżnieniu od tego, jak traktowała Achillesa. Bo faktycznie zapomnienie rozpoczęło swą niszczycielską pracę zaraz po śmierci Manuela Meny. Czuła się przygnieciona ciężkim i niezrozumiałym milczeniem, jakie zapadło w jej rodzinnym domu, albo to ona jako mała dziewczynka uważała je za ciężkie i niezrozumiałe. Nikt nie dochodził okoliczności ani dokładnej przyczyny śmierci Manuela Meny, wszyscy zadowolili się mglistą wersją przedstawioną przez mężczyznę, który był jego ordynansem (człowiek ten przyjechał z ciałem do miasteczka i na kilka dni zatrzymał się w domu matki Manuela Meny), nikt nie pomyślał, żeby porozmawiać z jego towarzyszami broni ani dowódcami, nikt nie wypytywał o jego wojenne losy, o fronty, na których walczył, o jego jednostkę, nikt nie zadał sobie trudu, żeby pojechać do Bot, tego odległego miasteczka katalońskiego, w którym zginął i o którym zawsze myślałem, że nazywa się Bos albo Boj, albo Boh, bo tak właśnie wymawiała tę nazwę moja matka, jako że w hiszpańskim nie ma zwyczaju wymawiania końcowego „t”. W każdym razie parę miesięcy po śmierci Manuela Meny w rodzinie prawie już nie wspominano jego imienia albo wspominano, gdy nie było innej rady, a niewiele lat po jego śmierci matka i siostry Manuela Meny zniszczyły wszystko: jego zapiski, pamiątki po nim i należące do niego rzeczy.

 
Wesprzyj nas