Książka “Na ramionach olbrzymów” jest kwintesencją intelektualnego świata Umberta Eco – nasyconego celnymi spostrzeżeniami, ale niepozbawionego ironii i humoru.


Na ramionach olbrzymówNiedościgniona erudycja i zmysł obserwacji czynią z Umberta Eco jednego z największych myślicieli naszych czasów.

W tekstach, przygotowywanych w latach 2001-2015 jako wykłady inaugurujące jeden z największych włoskich festiwali kulturalnych, La Milanesiana, powraca ze swoimi ulubionymi tematami: początkami naszej cywilizacji, ewolucją kanonów piękna, różnorodnymi formami ekspresji artystycznej, fałszowaniem Historii i obsesją spisku, umiejętnie mieszając ze sobą filozofię, literaturę, historię sztuki i kulturę popularną.

Wzbogacona ilustracjami wybranymi przez autora, obrazującymi jego myśli, książka „Na ramionach olbrzymów” jest kwintesencją intelektualnego świata Umberta Eco – nasyconego celnymi spostrzeżeniami, ale niepozbawionego ironii i humoru.

Jego wizjonerska myśl dzisiaj wydaje się potrzebna bardziej niż kiedykolwiek nam wszystkim, którzy, jak karzełki usadowione na ramionach olbrzymów, próbujemy zrozumieć i opisać współczesny świat.

Umberto Eco (ur. 1932, zm. 2016), jeden z najsłynniejszych naukowców i pisarzy XX wieku. W swojej pracy badawczej zajmował się m.in. semiotyką, teorią literatury, estetyką średniowieczną i środkami przekazu. Do jego najważniejszych publikacji przetłumaczonych na język polski należą: Dzieło otwarte, Pejzaż semiotyczny, Lector in fabula, Superman w literaturze masowej. Bogaty dorobek naukowy to zaledwie część obfitej i urozmaiconej twórczości Eco, obejmującej ponadto felietony, parodie literackie, komiksy, sztuki dla dzieci, przede wszystkim zaś kilka znakomitych powieści: Imię róży, która przyniosła mu wielką sławę i stała się jednym z największych bestsellerów w historii literatury, Wahadło Foucaulta (1988), Wyspa dnia poprzedniego (1994), Baudolino (2000), Tajemniczy płomień królowej Loany (2004), Cmentarz w Pradze (2010) i Temat na pierwszą stronę (2015).

Umberto Eco
Na ramionach olbrzymów
Przekład: Krzysztof Żaboklicki
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 18 września 2019
 
 

Na ramionach olbrzymów

Spisek

Kiedy zwrócono się do mnie o zabranie głosu na temat obsesji lub obsesji w liczbie mnogiej, przyszło mi na myśl, że jedną z obsesji naszych czasów jest z pewnością obsesja spisku. Wystarczy krótko poserfować w internecie, aby odkryć, o jak wielu spiskach (oczywiście fałszywych) się pisze. Obsesja spisku nie dotyczy jednak tylko naszych czasów, dotyczy także czasów minionych.
Spiski w dziejach istnieją i istniały, to oczywiste: od spisku w celu zamordowania Juliusza Cezara, poprzez spisek prochowy i machinę piekielną Georges’a Cadoudala, po dzisiejsze spiski finansistów w celu zawładnięcia jakimiś towarzystwami akcyjnymi. Ale charakterystyczny dla spisków rzeczywistych jest fakt, że odkrywa się je natychmiast bez względu na to, czy się udają (patrz Juliusz Cezar), czy też nie (patrz spisek Orsiniego przeciw Napoleonowi III; tak zwany golpe leśników, czyli próba zamachu stanu przeprowadzona przez Junia Valeria Borghesego w latach 1969–1970; spiski Licia Gellego). Spiski rzeczywiste nie są więc tajemnicze i nas tutaj nie interesują.
Interesuje nas natomiast syndrom spisku i bajania o kosmicznych niekiedy spiskach, których pełno w internecie i które pozostają tajemnicze i niezgłębione, gdyż odznaczają się cechą ujętą przez Simmla następująco: tajemnica jest tym bardziej potężna i urzekająca, im bardziej jest pusta. Tajemnica nieistniejąca wznosi się groźna, nie można jej ani odkryć, ani zanegować i dlatego właśnie staje się narzędziem władzy.
Przejdźmy do arcyspisku, którym zajmuje się tyle internetowych witryn: 11 września. Krąży o nim wiele teorii, poczynając od tych krańcowych (występują w witrynach arabskich fundamentalistów i neonazistów), według których spisek uknuli Żydzi, bo przecież wszystkich zatrudnionych w obu drapaczach chmur Żydów ostrzeżono, aby w tamtym dniu nie szli do pracy.
Ta wiadomość podana przez libańską telewizję Al-Manar była oczywiście fałszywa; w rzeczywistości zginęło wtedy przynajmniej dwieście osób z izraelskim paszportem wraz z kilkuset Żydami amerykańskimi.
Mamy dalej teorie skierowane w Busha, według których spisek uknuto, aby zyskać pretekst do późniejszej inwazji na Afganistan i Irak. Są też tacy, co przypisują sprawę różnym amerykańskim tajnym służbom, mniej lub bardziej podejrzanym; jest i teoria, zgodnie z którą spisek zorganizowali wprawdzie arabscy fundamentaliści, ale rząd amerykański wszystko o nim wiedział i mimo to dopuścił do jego urzeczywistnienia, aby właśnie mieć pretekst do napaści na Afganistan i Irak (w nieco podobny sposób mówiono kiedyś o Roosevelcie, że jakoby wiedział o nieuchronnym ataku na Pearl Harbor, ale nie zrobił nic dla ratowania swojej floty, gdyż potrzebował pretekstu do rozpoczęcia wojny z Japonią). We wszystkich tych przypadkach zwolennicy wymienionych teorii utrzymują z reguły, że oficjalna rekonstrukcja wydarzeń jest fałszywa, oszukańcza i dziecinna.
Kto pragnie dowiedzieć się więcej o tych różnych teoriach spisku, może przeczytać książkę w opracowaniu Giulietta Chiesy i Roberta Vignolego Zero: Perché la versione ufficiale sull’11/9 è un falso. Nie uwierzycie, ale wśród współpracowników jest tam kilka godnych wielkiego szacunku nazwisk, których właśnie z szacunku nie wymieniam.
Kto jednak zechciałby wysłuchać strony przeciwnej, niech podziękuje wydawnictwu Piemme, które z nadzwyczajnym poczuciem sprawiedliwości (dowodząc przy tym, że potrafi podbić dwa przeciwstawne sektory rynku) opublikowało książkę przeciwko teoriom spiskowym, 11/9: La cospirazione impossibile w opracowaniu Massima Polidora, ze współpracownikami zasługującymi na nie mniejszy szacunek. Nie zamierzam rozpatrywać szczegółowo argumentów przytoczonych przez zwolenników obu tez, które to argumenty bez wyjątku mogą wydać się przekonujące; ograniczę się do „dowodu uzasadnionego milczeniem”, jak pozwolę sobie go nazwać. Dowodu takiego użyć należy na przykład przeciwko tym, którzy insynuują, jakoby amerykańskie lądowanie na Księżycu było telewizyjnym fałszerstwem. Gdyby amerykański pojazd kosmiczny nie wylądował na Księżycu, kto byłby w stanie to sprawdzić i kto miałby interes w tym, by głośno to powiedzieć? Sowieci; ci zaś siedzieli cicho, co dowodzi, że Amerykanie na Księżyc rzeczywiście dotarli. Koniec, kropka.
Co się tyczy spisków i tajemnic, wiemy z doświadczenia (także historycznego) że 1) jeśli istnieje tajemnica – nawet znana jednej tylko osobie – to ta osoba prędzej czy później ją wyjawi, choćby ukochanej lub ukochanemu w łóżku (tylko naiwni masoni i adepci jakichś fałszywych templariuszowskich rytuałów wierzą, że są tajemnice nienaruszalne); 2) jeśli istnieje tajemnica, zawsze znajdą się odpowiednie pieniądze, które sprawią, że ktoś będzie gotów ją ujawnić (wystarczyło kilkaset tysięcy funtów w ramach praw autorskich, aby skłonić oficera armii brytyjskiej do opowiedzenia wszystkiego, co zrobił w łóżku z księżną Dianą, a gdyby zrobił to z jej teściową, wystarczyłoby sumę podwoić i taki dżentelmen również wszystko by opowiedział). Otóż aby zorganizować fałszywy zamach na bliźniacze wieże (zaminować je, uprzedzić lotnictwo wojskowe, że ma nie interweniować, ukryć kłopotliwe dowody itd.), potrzebna byłaby współpraca jeśli nie tysięcy, to przynajmniej setek osób. Ludzie werbowani do tego rodzaju przedsięwzięć zazwyczaj nie są dżentelmenami i niemożliwe jest, aby przynajmniej jeden z nich nie przemówił za właściwą sumę. Słowem, w tej historii brak informatora z wewnątrz, „Deep Throat”.
Syndrom spisku jest stary jak świat. Jego filozofię ujął doskonale Karl Popper.
Już w latach czterdziestych ubiegłego wieku napisał on w pracy Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie:

Spiskowa teoria społeczeństwa jest to pogląd, że wyjaśnianie zjawisk społecznych polega na wskazywaniu ludzi lub grup zainteresowanych występowaniem danego zjawiska (niekiedy jest to interes ukryty, który trzeba najpierw wyjawić) oraz planujących i spiskujących w celu jego realizacji.
Ten pogląd na cele nauk społecznych wynika oczywiście z błędnego założenia, że cokolwiek dzieje się w danej społeczności – chodzi tu zwykle o takie wydarzenia jak wojna, bezrobocie, nędza, czyli zjawiska, których ludzie zazwyczaj nie lubią – jest bezpośrednio skutkiem świadomego zamiaru jakichś potężnych jednostek czy grup. Teoria ta […] jest typowym rezultatem laicyzacji przesądu religijnego. Wiara w bogów Homera, których spiski tłumaczyły historię wojny trojańskiej, należy do przeszłości. Bogów zostawiono w spokoju. Ale ich miejsce zajęli potężni ludzie i potężne grupy – złowrogie i niegodziwe grupy, odpowiedzialne za wszelkie zło, jakie cierpimy – takie jak Mędrcy Syjonu, monopoliści, kapitaliści albo imperialiści.
Wcale nie twierdzę, że spisków nigdy nie było. Wręcz przeciwnie, są one typowymi zjawiskami społecznymi. Ich rola staje się doniosła na przykład wtedy, gdy ludzie wierzący w teorię spiskową dochodzą do władzy. A najbardziej podatni na wiarę w teorię spiskową i na werbunek do kontrspisków przeciw nieistniejącym spiskowcom są ci, który wierzą, że wiedzą, jak zaprowadzić raj na ziemi.

W 1969 roku Popper napisał jeszcze w Domysłach i refutacjach:

[Spiskowa teoria dziejów], wcześniejsza od wielu form teizmu, jest pokrewna homeryckiej wizji społeczeństwa. Homer opisywał potęgę bogów w taki sposób, że wszystko, co działo się pod murami Troi, miało być odbiciem spisków na Olimpie. Teoria spiskowa jest odmianą tego rodzaju teizmu, wiary, że o wszystkim decydują kaprysy i zachcianki bogów. Pojawia się, gdy porzuciwszy Boga, pytamy: „Kto go zastępuje?”. A wówczas jego miejsce zajmują rozmaite potężne grupy ludzi – groźne grupy nacisku, odpowiedzialne za sprowadzanie nam na głowę kryzysów gospodarczych, wojen i w ogóle wszelkiego zła, jakie cierpimy […] Zdaje ona [ta teoria] jakoś sprawę z biegu dziejów dopiero wówczas, gdy do władzy dochodzą jej zwolennicy […] Tak na przykład kiedy Hitler doszedł do władzy, wierząc w spisek mędrców Syjonu, próbował udaremnić ich spisek za pośrednictwem własnego kontrspisku.

Psychologia spisku rodzi się stąd, że najbardziej oczywiste wytłumaczenia wielu niepokojących zdarzeń nie zadowalają nas, a często nie zadowalają nas dlatego, że nie chcemy się z nimi pogodzić. Weźmy teorię o Wielkim Starcu po porwaniu Alda Moro: czy to możliwe – zapytywano – aby tak doskonale przeprowadzoną akcję przygotowali trzydziestolatkowie? Musi za nimi stać jakiś bardziej przenikliwy Rozum. Nie brano pod uwagę, że w tym samym czasie inni trzydziestolatkowie kierowali przedsiębiorstwami, pilotowali wielkie odrzutowce pasażerskie lub wymyślali nowe urządzenia elektroniczne; problemem nie było więc to, że trzydziestolatkom udało się porwać Moro na ulicy Fani, lecz to, że owi trzydziestolatkowie byli synami tych, którzy bajdurzyli o Wielkim Starcu.
Po Popperze o syndromie spisku pisało wielu innych autorów. Wymienię tylko książkę Daniela Pipesa Potęga spisku (z podtytułem Wpływ paranoicznego myślenia na dzieje ludzkości), przetłumaczoną w 2005 roku dla wydawnictwa Lindau jako Il lato oscuro della storia [Ciemna strona historii]. Oryginał ukazał się w 1997 roku, a książka zaczyna się od zdania Metternicha, który dowiedziawszy się o zgonie rosyjskiego ambasadora, powiedział podobno: „Jaki mógł mieć w tym motyw?”.
Ludzkość zawsze fascynowały spiski urojone. Popper przytacza Homera, ale przechodząc do bliższych nam wieków, przypomnijmy kiędza Barruela przypisującego rewolucję francuską spiskowi uknutemu przez dawnych templariuszy, którzy przetrwali i zespolili się w sektach masońskich; jego teorię uzupełnił zagadkowy kapitan Simonini, który wprowadził na scenę Żydów i położył w ten sposób podwaliny pod mające się zrodzić Protokoły mędrców Syjonu.
Ostatnio trafiłem w internecie także na witrynę przypisującą wszelkie niegodziwości ostatnich dwóch stuleci jezuitom. Pojawia się tam długi tekst Le monde malade des jesuites autorstwa Joëla Labruyère’a. Jak sugeruje tytuł [Chory świat jezuitów], chodzi o obszerny przegląd wszystkich wydarzeń na świecie (nie tylko współczesnym) spowodowanych powszechnym spiskiem jezuitów.
Jezuici dziewiętnastowieczni, od księdza Barruela po narodziny „Civiltà Cattolica” i powieści ojca Brescianiego, należeli do głównych inspiratorów teorii o spisku żydowsko-masońskim, więc całkiem słusznie odpłacali im pięknym za nadobne liberałowie, zwolennicy Mazziniego, masoni i antyklerykałowie, propagując teorię o spisku jezuickim właśnie, która zyskała popularność nie tyle dzięki kilku pamfletom czy słynnym książkom – od Prowincjałek (1656–1657) Pascala do Il gesuita moderno (1846) Giobertiego oraz pism Micheleta i Quineta – ile dzięki powieściom Eugeniusza Sue Żyd wieczny tułacz (1844–1845) i Les mystères du peuple (1849–1857).
Nic więc nowego, witryna Labruyère’a nadaje tylko antyjezuickiej obsesji obłędny wręcz wymiar. Wymieniam pobieżnie, gdyż jego dotycząca spisków wyobraźnia jest homeryczna. Jezuici dążyli zawsze do ustanowienia rządu światowego, kontrolującego zarówno papieża, jak i różnych europejskich monarchów; przy pomocy osławionych iluminatów bawarskich (jezuici sami ich stworzyli, a potem oskarżyli o komunizm) usiłowali obalić władców, którzy wygnali Towarzystwo Jezusowe ze swoich państw; spowodowali zatonięcie „Titanica”, ponieważ umożliwiło to założenie Banku Rezerwy Federalnej za pośrednictwem kontrolowanych przez ich zakon kawalerów maltańskich – nieprzypadkowo w katastrofie „Titanica” zginęło trzech najbogatszych Żydów świata, Astor, Guggenheim i Straus, którzy założeniu owego banku byli przeciwni. Współpracując z Rezerwą Federalną, jezuici sfinansowali potem obie wojny światowe, które w oczywisty sposób przyniosły same korzyści Watykanowi. Co do zamordowania Kennedy’ego, nie zapominajmy, że także CIA powstała w ramach programu jezuitów, inspirowanego ćwiczeniami duchowymi Ignacego Loyoli, i że jezuici sprawowali nad nią kontrolę poprzez sowiecką KGB; zrozumiemy wtedy, że Kennedy’ego zabili ci sami, którzy spowodowali zatonięcie „Titanica”.
Jezuici inspirują, rzecz jasna, wszelkie grupy neonazistowskie i antysemickie; jezuici stali za Nixonem i Clintonem; jezuici wywołali masakrę w Oklahoma City; jezuici namówili kardynała Spellmana, aby podżegał do wojny wietnamskiej, która przyniosła jezuickiej Rezerwie Federalnej 220 milionów dolarów. W tym obrazie nie może naturalnie brakować Opus Dei zawiadywanego przez jezuitów za pośrednictwem kawalerów maltańskich.
Odsyła nas to do Kodu Leonarda da Vinci, powieści, której surowcem jest syndrom spisku, wskutek czego legiony łatwowiernych czytelników musiały podróżować we Francji i w Anglii do miejsc, gdzie opisanych rzeczy oczywiście nie było. Niezliczone są byki, którymi Brown usiał beztrosko swoją opowieść. Twierdzi na przykład, że Przeorat Syjonu założył „francuski król Jerozolimy, Gotfryd z Bouillon”, chociaż – jak wiadomo – Gotfryd nigdy tytułu królewskiego nie przyjął; że „papież Klemens V, aby zniszczyć templariuszy, porozsyłał tajne, zapieczętowane rozkazy, które jego żołnierze mieli otworzyć jednocześnie w całej Europie w piątek 13 października 1307 roku”, a przecież jest faktem historycznym, że polecenia dla burmistrzów i seneszali królestwa Francji wysłał nie papież, ale Filip Piękny (nie jest też jasne, jak papież mógł „mieć żołnierzy w całej Europie”). Brown myli również rękopisy odnalezione w Qumran w 1947 roku (nie ma w nich bynajmniej mowy ani o „prawdziwej historii Graala”, ani o „posłudze Chrystusa”) z rękopisami z Nadż Hammadi zawierającymi kilka gnostycznych ewangelii. Wreszcie pisząc o osi północ–południe w paryskim kościele Saint-Sulpice, utrzymuje, że to „pamiątka po pogańskiej świątyni, która kiedyś tu stała”, i że miałaby się tam pojawiać jakaś „linia róży” odpowiadająca południkowi paryskiemu, ciągnąca się aż do podziemi Luwru, pod tak zwaną odwróconą piramidę, gdzie miałoby znajdować się ostatnie miejsce, w którym przechowywano Świętego Graala. No i dzisiaj jeszcze wielu wielbicieli tajemnic pielgrzymuje do Saint-Sulpice w poszukiwaniu linii róży, a zarządzający kościołem musieli wywiesić zawiadomienie o następującej treści:

Linia północ–południe oznaczona mosiężną linią osadzoną w posadzce kościoła jest częścią instrumentu naukowego zbudowanego w XVIII wieku. Wykonali ją za pełną zgodą władz kościelnych astronomowie z powstałego na krótko przedtem paryskiego Obserwatorium. Posłużyła im do ustalenia różnych parametrów orbity Ziemi […] Wbrew temu, co fantazyjnie oświadczono w niedawno wydanej bardzo poczytnej powieści, nie chodzi o pozostałość po pogańskiej świątyni, której zresztą w tym miejscu nigdy nie było. Nie nazywała się nigdy linią róży. Nie pokrywa się z południkiem przecinającym paryskie Obserwatorium i będącym punktem odniesienia dla map, na których długości geograficzne mierzone są w stopniach na wschód i na zachód od Paryża. Żadna idea mistyczna nie łączy się z tym astronomicznym instrumentem świadczącym jedynie, że Bóg Stwórca jest Panem czasu. Należy zauważyć, że również litery P i S umieszczone w okrągłych okienkach na obu końcach transeptu odnoszą się do Piotra i Sulpicjusza, świętych patronów kościoła, a nie do wydumanego Przeoratu Syjonu.

Dlaczego bzdury cieszą się powodzeniem? Dlatego, że obiecują wiedzę, której inni nie mają. Frédéric Lordon w „Le Monde Diplomatique” wysunął ostatnio hipotezę, że syndrom spisku jest reakcją ludności, która chciałaby wiedzieć, co się dzieje, ale dostrzega, że często odmawia się jej dostępu do wyczerpujących informacji. Lordon cytuje Traktat teologiczno-polityczny Spinozy (XVII wiek): „Nic dziwnego, że lud nie zna prawdy i brak mu rozsądku, skoro sprawy państwowe załatwia się bez jego wiedzy”. Ale między tajemnicą państwową, przemilczaniem i spiskiem jest pewna różnica. W książce Richarda Hofstadtera The Paranoid Style in American Politics (1964) czytamy, że zamiłowanie do spisków trzeba interpretować, przystosowując do rozważań o społeczeństwie kategorie psychiatryczne. Chodzi o dwa przejawy paranoi. Paranoik psychiatryczny sądzi, że cały świat spiskuje przeciwko niemu, paranoik społeczny zaś uważa, że prześladowania ze strony tajemnych mocy wymierzone są w jego grupę, w jego naród, w jego religię. Paranoik społeczny – powiedziałbym – jest bardziej niebezpieczny od paranoika psychiatrycznego, ponieważ widzi, że jego obsesje podzielają miliony innych ludzi, i odnosi wrażenie, że działa przeciw spiskom w sposób bezinteresowny. Tłumaczy to wiele rzeczy dziejących się na świecie dzisiaj, a także wiele tych, które działy się wczoraj.

 
Wesprzyj nas