Ostatnia, a zarazem jedna z najlepszych powieści Philipa K. Dicka napisana tuż przed jego śmiercią.


Transmigracja Timothy'ego ArcheraTimothy Archer jest biskupem, a zarazem postacią tak kontrowersyjną, że za głoszenie niezwykłych hipotez na temat Chrystusa zaostaje oskarżony o herezję. Po śmierci syna i kochanki udaje się na pustynię judejską w poszukiwaniu anokhi. Jego wyprawa kończy się jednak tragicznie – ginie, nie odnajdując ani Boga, ani odpowiedzi na żadne z pytań.

***

Trudno o bardziej trafne podsumowanie życia i twórczości Philipa K. Dicka.

Transmigracja Timothy’ego Archera jest przepełniona śmiercią – wielce stosownie jak na ostatnią powieść.

Problem w tym, że pięćdziesięciotrzyletni Dick nie chorował i nie miał podstaw, żeby się spodziewać rychłej śmierci. Stało się tak, że jego organizm – a to obejmuje również jego nadczułą psychikę – podyktował mu na zakończenie życia powieść o śmierci uwieńczoną znalezieniem świętego Graala.

Bo biskup Archer wyrusza na ostatnią wyprawę w poszukiwaniu mądrości, a znajduje śmierć oraz współczucie bodhisattwy, czyli miłość.
– Lech Jęczmyk, „Od tłumacza”

Philip K. Dick
Transmigracja Timothy’ego Archera
Przekład: Lech Jęczmyk
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 24 stycznia 2012
 
 

Transmigracja Timothy’ego Archera


Zagubiony na pustyni

Transmigracja Timothy’ego Archera, ostatnia książka Dicka wydana za życia pisarza, to powieść bardzo osobista. Narratorka Angel Archer jest wzorowana na córce pisarza Laurze Archer Dick, a przemyślenia Angel na temat chrześcijaństwa i literatury to odbicie rozmyślań samego Dicka. Episkopalny biskup Kalifornii James Pike, należący do najważniejszych przyjaciół autora Ubika, był postacią wielce kontrowersyjną, a najważniejsze wydarzenia dotyczące jego gorzkiego życia, tragedii rodzinnej, przetrąconej wiary i bezsensownej śmierci na pustyni powracają w fikcyjnej biografii Timothy’ego Archera. Pike, chociaż biskup, stale kwestionował dogmaty wiary, poszukiwał odpowiedzi na teologiczne pytania, eksperymentował i snuł dziwaczne teorie. Doprowadziło go to do procesu o herezję, po którym zwrócił się w stronę ezoteryki, co zresztą było znamienne dla tamtych czasów.
Dick poznał Pike’a na płaszczyźnie towarzyskiej w połowie lat sześćdziesiątych. Dyskutowali o metafizyce i teologii, Dick był nim szczerze zafascynowany i poznał go ze swą znajomą – wzorem powieściowej Kirsten. Po śmierci Jima juniora (w powieści Jeff) Pike popadł w okultyzm i wiarę w duchy, co do których Dick był sceptyczny, ale na prośbę Pike’a kilka razy, wraz z żoną Nancy, wziął udział w seansach spirytystycznych jako świadek i robił notatki. Z notatek tych Pike korzystał, pisząc książkę The Other Side (Druga strona) o życiu pozagrobowym i traumie po stracie syna. We wstępie do niej podziękował Dickowi i Nancy, którym udzielił ślubu, mimo że poprzednie małżeństwo Dicka nie zostało unieważnione. Po ukazaniu się książki Pike był sądzony za herezję, złożył urząd biskupa i zaczął zgłębiać zoroastryzm. Kilka razy jeździł na Bliski Wschód w poszukiwaniu śladów życia historycznego Jezusa Chrystusa, a we wrześniu 1969 roku zaginął i zmarł na pustyni.
Już na wiele lat przed powstaniem Transmigracji Dick był zafascynowany Pikiem. Wspominał o nim w swej twórczości kilkakrotnie. Pisząc powieść Labirynt śmierci, której bohaterowie tworzą na potrzeby świata wygenerowanego przez komputer satysfakcjonującą psychologicznie sztuczną religię, stwierdził we wstępie, że „nieżyjący już biskup James A. Pike dostarczył mi podczas naszych rozmów przebogatego materiału teologicznego”. W powieści Wbrew wskazówkom zegara Pike występuje osobiście (podobnie jak Nancy i szef Dicka z młodości, kiedy Dick pracował, jak Angel Archer, w sklepie muzycznym). W powieści tej Ziemia wchodzi w „fazę Hobarta” i czas zaczyna płynąć do tyłu: ludzie stają się coraz młodsi, a martwi wstają z grobów, w czym pomagają im specjalne wiwaria, odwrotność zakładów pogrzebowych. Akcję rozpoczyna oczekiwanie na zmartwychwstanie Anarchy Thomasa Peaka, charyzmatycznego przywódcy religijnego Murzynów. Właściciel wiwarium przygotowuje się na to wydarzenie, studiując biografię tej dawno zmarłej osobistości.
We Wbrew wskazówkom biskup Pike występuje w podwójnej roli: jako czarnoskóry Anarcha Peak i biały biskup Pike, chociaż ten ostatni jest ledwo wspomniany w retrospekcji. Thomas Peak za życia wymyślił kult udi, oparty na mistycznym doświadczeniu łączenia się wyznawców w jedność z Bogiem za pomocą narkotyków. W Transmigracji Archer (jak w rzeczywistości Pike) badał sektę esseńczyków i ich zapisane w zwojach z Qumran zwyczaje, w tym mistyczne transy wywołane przez narkotyczny grzyb, i wysnuł wniosek, że Chrystus powtarzał jego tezy. Qumran to wadi – podobieństwo fonetyczne z kultem udi jest chyba zamierzone.
Peak z Wbrew wskazówkom był Brytyjczykiem, studiował w Cambridge hebrajski, grekę, łacinę i sanskryt (jak w rzeczywistości Pike), ale zrezygnował z kariery akademickiej i wyemigrował do USA, żeby zawodowo grać jazz. Tam poznał biskupa Kalifornii Jamesa A. Pike’a, który organizował msze jazzowe. Zaczęli współpracować, Peak został kompozytorem Pike’a, a ten wciągnął go w swoją działalność społeczną – był członkiem Amerykańskiej Unii Praw Obywatelskich, walczył o prawa Murzynów, maszerując wraz z Martinem Lutherem Kingiem w Selmie. Peak pod wpływem Pike’a wstąpił do seminarium, przyjął święcenia kapłańskie, głosił radykalne doktryny, a wreszcie, oskarżony o herezję i wydalony z Kościoła episkopalnego, założył własny Kościół, oparty na doświadczeniu udi. Przed swą przedwczesną śmiercią napisał książkę Bóg w pudełku, w której rozważał różne aspekty życia pozagrobowego.
W Transmigracji bardzo podobne elementy biografii Pike’a przetworzone są w bardzo finezyjny sposób, by stworzyć przekonujący psychologicznie portret biskupa Archera. Angel opowiada o nim tak, by jednocześnie pokazać nurtujące teścia problemy teologiczne. Tim (jak nazywa w myślach Archera) był sądzony za herezję, gdyż zwątpił w dogmat Trójcy Świętej i tłumaczył z ambony, że gdyby Duch Święty istniał, dałby znak swojej obecności przez dwa tysiąclecia, które upłynęły od czasów apostolskich. Uważał, że termin „Duch Święty” to transpozycja starego hebrajskiego pojęcia, które dosłownie oznaczało „Duch Boga” i było rodzaju żeńskiego – Jim interpretował je jako brakujący element Boga, jego żeński aspekt częściowo tożsamy z cnotą miłości zdefiniowaną przez świętego Pawła. Dla Tima taka miłość jest fundamentem ładu na świecie i podstawowym dogmatem wiary, zgodnie z którym postępował w kontaktach z ludźmi. Tłumaczy Angel, że: „jesteś kimś, kogo znam, kocham i na kim mi zależy. Myślę, że miłość jest kluczowym słowem dla Pawłowego myślenia. Po grecku agape, w tłumaczeniu na łacinę caritas”. Z caritas, jak dowodził, bierze się pojęcie „charytatywności” (czyli troski o drugiego człowieka), jako najważniejszej cnoty.
Pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy Tim borykał się z procesem o herezję i ukrywał skandaliczny romans z Kirsten, poproszono go o pomoc w pracach nad tłumaczeniem zwojów z Qumran, mogących – jak twierdzili archeologowie – mieć coś wspólnego z Q, hipotetycznym źródłem ewangelii synoptycznych. Kilkuletnie badania zachwiały wiarą Tima: odkrył zwoje niemalże cytujące słynne słowa Chrystusa, a pochodzące z II wieku przed jego narodzinami, w tym zapisy o spożywaniu w wadi grzyba anokhi pod dwoma postaciami, stałą i płynną, podobne do opisów uczty eucharystycznej.
Jeśli Chrystus powtarzał tylko stare sentencje i rytuały, to nie był synem Boga – ta konstatacja była dla Tima początkiem upadku. Tracąc pewność, jaką dawała mu wiara, stawiał coraz dziwniejsze hipotezy. Jedna z nich dotyczyła szatana – wedle Tima ukochał on Boga tak bardzo, że by go poznać, postanowił na chwilę stać się Bogu podobnym, choć wiedział, jaka spotka go za to kara. Poznał i zrozumiał Boga, lecz Bóg nie zrozumiał jego intencji – dlatego wymierzył mu karę, którą szatan przyjął z radością, gdyż pojął, że poznanie Boga jest bezwzględnie najwyższym dobrem. W pewnym sensie podobny był Prometeuszowi, jednak heros podzielił się z ludźmi ogniem, który wykradł dla nich, a szatan wiedzę o Bogu zachował dla siebie, grzesząc samolubnością, przeciwieństwem caritas.
Utraciwszy swą dawną wiarę, Tim przeżywał katusze, udzielając komunii, którą uznawał tylko za pusty rytuał, w poszukiwaniu transcendencji popadał w coraz większe herezje, aż wreszcie po częściowo przez siebie zawinionej samobójczej śmierci Jeffa zwrócił się ku okultyzmowi. Wierzył, że syn stara się z nim porozumieć „z drugiej strony”. To, że Jeff przebywa w zaświatach i wie, co się tam dzieje, postanowił wykorzystać do zgłębienia tajemnicy historycznego Chrystusa.
Angel w niemej bezsilności obserwowała powolny upadek moralny i intelektualny Tima. Zdruzgotana śmiercią Jeffa nie potrafiła zatrzymać lawiny kolejnych nieszczęść, które w końcu zabiły w niej człowieczeństwo. Jak sama przyznała po latach, czuła się jak automat, pozbawiony wiary i miłości, funkcjonujący mechanicznie. Angel – anima i Mądrość Boża reprezentująca nieświadomą siłę dobra – zostaje pokonana i uciszona, choć powieść kończy nadzieja, że po latach się odrodzi.
Druga kobieta występująca w Transmigracji, Kirsten, popełnia samobójstwo, gdy rak, na którego cierpi od lat, okazuje się nieuleczalny. Kirsten to zarazem niewinna ofiara surowego wyroku Boga i żerująca materialnie i emocjonalnie na otoczeniu samolubna kobieta niszczycielka. Miłość do niej była jedną z przyczyn śmierci Jeffa. Kirsten zniszczyła też psychicznie swojego syna i przyczyniła się do upadku Tima. Ta kobieta to zarazem symboliczna odwrotność Angel.
Klamrą akcji powieści jest zabójstwo Johna Lennona. To kropla przepełniająca czarę goryczy. Angel mówi wtedy: „Chyba wiem, po co żyjemy na tej ziemi: żeby się dowiedzieć, że to, co kochamy najbardziej, zostanie nam odebrane raczej na skutek błędu na górze niż w wyniku jakiegoś planu”. Dla Angel Lennon reprezentuje nie tylko typ muzyki popularnej sprzed lat, ale całą kulturę miłości i buntu lat sześćdziesiątych. Po jego śmierci wszystkie radiostacje grają dawne utwory, słuchając ich chronologicznie w samochodowym radiu, Angel wspomina czasy swego związku z Jeffem i Timem.
Lennon w Transmigracji odgrywa taką samą rolę jak – sądząc z biografii pisarza – David Bowie w życiu Dicka: jego dochodzący z radia głos niósł tajne przesłanie dotyczące natury rzeczywistości. W Transmigracji radio jest jedynie tłem i impulsem do wspomnień, a nie przekaźnikiem na przykład sygnału z satelity, ale Angel wspomina nastroje sprzed dekady opisane także w Valisie. „Wiele osób tłumaczyło mi, że około roku 1973 wszystkie programy nadawane w Strefie Zatokowej zawierały komunikaty podprogowe pochodzące… od Marsjan”.
Kolejnym motywem wiążącym Transmigrację z biografią Dicka jest druga osobowość, która odzywa się w umyśle bohatera i steruje nim. Dick wierzył w odzywające się w jego umyśle głosy, a Bill – chory psychicznie syn Kirsten – przejmuje osobowość Tima (choć tym razem jest to raczej skutek schizofrenii niż metafizyki). Kontakty z „drugą stroną”, które Tim opisuje w książce Wszechwładna śmierć, zbliżają znów Transmigrację do biografii Pike’a i seansów spirytystycznych, w których Dick brał udział. Angel jest do nich nastawiona równie sceptycznie jak Dick, książka jest wielką pomyłką i za jej przyczyną biskupa i jego bliskich dotyka wiele zła.
W konfrontacji ze śmiercią, szaleństwem, milczącym Bogiem, którego nie ma jak usprawiedliwiać, i złem Angel ucieka do świata filozofii i literatury – głównie do angielskiej poezji metafizycznej z XVII wieku i Dantego, który miał na metafizyków duży wpływ. Jej młodość upłynęła w bibliotekach Berkeley, a najpiękniejsze wspomnienia dotyczą lektur i prac pisanych w studenckich czasach. Śmierć Lennona przywołuje w jej pamięci wiersz W. B. Yeatsa Drugie przyjście, milenarystyczny w nastroju poetycki obraz bestii, która ma narodzić się w Betlejem, zapowiadając koniec świata. Yeats prezentuje w nim wizję historii jako spirali – ruchu po okręgu, opartego na wiecznych powrotach, ale jednak liniowego, posuwającego dzieje naprzód.
Wszystko się powtarza, ale inaczej, wciąż gorzej i gorzej: po śmierci Kennedych, Kinga i Archera równie bezsensownie umiera Lennon, a śmierć nie jest wcale miłosierna – jak w poezji Emily Dickinson, której wspomnienie denerwuje Angel tak samo jak esej o Archerze pióra słynnej pisarki Jane Marion (w rzeczywistości o Pike’u pisała w ten sposób Joan Didion). Wśród strzępków tekstów, które przychodzą jej do głowy, kiedy słucha radiowych doniesień o Lennonie, pojawiają się Parsifal, Lear i Hamlet. Angel myśli cytatami i zwłaszcza w chwilach traumy teksty poprzedzają rzeczywistość, lektury są kluczem do pojęcia świata, który je zaledwie nieudolnie naśladuje.
Angel zdaje sobie sprawę ze swego mentalnego eskapizmu w bezpieczną przestrzeń biblioteki. „Będę zadowolona, kiedy cywilizacja się rozpadnie”, myśli. „Ludzie bełkocą kawałkami z książek”. Jednocześnie jednak tylko niebywałe oczytanie pozwalało jej znaleźć przed laty płaszczyznę porozumienia z Timem: „Dla Tima Archera świat jest jedną wielką biblioteką podręczną, po której jego niespokojny umysł buszuje w poszukiwaniu cytatów”, stwierdza. Angel wielokrotnie określa samą siebie mianem „niechrześcijanki, nieżydówki”, po śmierci najbliższych dystansuje się od Boga, lecz wciąż myśli o nim jako o „Księdze świata” – kluczu do literatury sprzed wieków. Za Bogiem tęskni również Jeff – Angel sugeruje nawet, że pragnął on święceń kapłańskich – lecz wobec skandali wywołanych przez ojca nie ośmielił się wstąpić do seminarium. Obok kazirodczej miłości do Kirsten i poczucia odrzucenia przez ojca było to jednym z powodów jego samobójstwa.
Najboleśniej za Bogiem tęskni sam Tim Archer – wciąż kwestionuje wiarę, wciąż wyzywa Boga na pojedynek, wciąż go szuka i prowokuje, aż w prowokacjach tych doprowadza do zniszczenia siebie samego i tych, którzy go kochali. Do tęsknoty za Bogiem nie przyznaje się natomiast Angel – zdeklarowana „niechrześcijanka, nieżydówka” – i sama przed sobą utrzymuje, że tęskni za Timem, gdyż to jego kochała najbardziej i to po jego śmierci sama umarła duchowo i emocjonalnie. Myśli o Bogu zastępuje wciąż myślami o poezji religijnej, powtarzaniem w pamięci zapisów religijnych rozterek i objawień ludzi sprzed stuleci, jak poeci John Donne, Henry Vaughan czy Dante. Jednak w finale powieści sufi, na którego wykład dociera w dniu śmierci Lennona, daje jej szansę na duchowe przebudzenie właśnie poprzez uświadomienie jej pustki, w jakiej tkwi od lat, i skłonienie jej do długo tłumionych rozmyślań.
Transmigracja to pod względem techniki pisania powieść dla Dicka nietypowa. Zamiast zwykłej dla niego narracji trzecioosobowej, prowadzonej równolegle z punktu widzenia kilkorga bohaterów, czytamy monolog – pisane w pierwszej osobie wspomnienia Angel Archer. Dick czasem stosował i wcześniej narratora pierwszoosobowego (na przykład w niektórych rozdziałach Wyznań łgarza), ale tym razem pisze z punktu widzenia kobiety i rekonstruuje jej sposób myślenia. Angel jest wybitnie uzdolnioną i oczytaną młodą humanistką, osobą ciepłą, empatyczną – przynajmniej do traumy, jaką przeżyła we wczesnych latach siedemdziesiątych. To udana psychologicznie i przekonująca postać (choć warto wspomnieć, że jej wspomnienia dotyczą wyłącznie spraw związanych z biskupem Archerem, których była biernym obserwatorem, a nie całości jej doświadczeń życiowych). Dick przemawia głosem pokolenia dorastającego w latach sześćdziesiątych w Ameryce i pokazuje nastroje wśród radykalnie nastawionych do świata studentów Berkeley. Transmigracja – zwłaszcza jako powieść z kluczem – mogłaby się stać dobrą książką obyczajową i dokumentem pewnej epoki.
Kilka miesięcy po napisaniu Transmigracji Dick zmarł, a opisy potyczek z Bogiem uznano za część swoistego delirycznego stylu pisarza, który w swych utworach SF bardziej niż nauką zajmował się metafizyką. Na koniec warto wspomnieć o echach, jakie w środowisku fantastów wywołały ostatnie powieści Dicka. Michael Bishop w książce Tajemne wniebowstąpienie, czyli Philip K. Dick niestety przestał żyć żartobliwie rozważa, co się stanie ze światem po śmierci pisarza, który będąc już duchem, walnie przyczynił się do uratowania Ziemi. Świat powieści to twór złośliwego demiurga, a Ameryka to złe Imperium – czarne żelazne więzienie, totalitarne mocarstwo rządzone przez oszalałego Nixona, gdzie ziściły się najgorsze teorie spiskowe snute przez Dicka w ostatnich trzech powieściach (Valis, Boża inwazja, Transmigracja), które czasem określa się jako „Trylogię Valisa”. Książka Bishopa jest hołdem pamięci Dicka, dowodem bardzo dobrej znajomości jego pisarstwa i żartem środowiskowym – w tekście pełno odniesień do biografii i powieści Dicka, ale w alternatywnej rzeczywistości wszystko staje się odrobinę odmienne i duża część przyjemności czytania tej książki polega na odgadywaniu aluzji.
Bohater książki Bishopa, pisarz „Philip Dick” umiera, a po śmierci jako bezcielesny duch odwiedza inne warianty rzeczywistości i rozumie, że prócz koszmarnego USA, w którym żył, istnieją lepsze formy rzeczywistości końca XX wieku. Postanawia więc przy pomocy kilkorga żywych ludzi, z którymi nawiązuje kontakt, zbawić swój świat, doprowadzając do transformacji w inny wariant dziejów. Grupa bohaterów, w tym wzorowany na Pike’u biskup, autor książki Martwe morze, żywa wiara, egzorcyzmuje Richarda Nixona, którego opętał sam szatan. Wtedy złudna demiurgiczna rzeczywistość rozwiewa się i wygląda spod niej wariant dziejów podobny do naszego świata, lepszy, choć nie idealny.
Zarówno Tajemne wniebowstąpienie Bishopa, jak i Wbrew wskazówkom zegara oraz Transmigracja Timothy’ego Archera Dicka są próbami literackiego ujęcia tej samej autentycznej historii autentycznego człowieka. We wszystkich występuje charyzmatyczny biskup biblista, który traci wiarę, pisze książkę o „życiu po życiu” i bezsensownie umiera, ale wpływ, jaki wywarł na przyjaciół, jest tak silny, że ożywiają go raz za razem na kartach własnych dzieł.
Dominika Oramus

1

Barefoot prowadzi swoje seminaria na łodzi mieszkalnej w Sausalito. Trzeba zapłacić sto dolarów, żeby się dowiedzieć, po co żyjemy na tej ziemi. Dostaje się też kanapkę, ale tego dnia nie byłam głodna. Właśnie zabito Johna Lennona i chyba wiem, po co żyjemy na tej ziemi. Żeby się dowiedzieć, że to, co kochamy najbardziej, zostanie nam odebrane raczej na skutek błędu na górze niż w wyniku jakiegoś planu.
Zaparkowałam swoją hondę civic przy parkometrze i siedziałam, słuchając radia. Już na każdej częstotliwości można było usłyszeć wszystkie kiedykolwiek napisane piosenki Beatlesów. Cholera, pomyślałam. Czuję się, jakbym była z powrotem w latach sześćdziesiątych, a moim mężem był nadal Jefferson Archer.
– Gdzie jest przystań numer pięć? – spytałam dwóch przechodzących hipisów.
Nie odpowiedzieli. Zastanawiałam się, czy słyszeli już o Lennonie. Potem pomyślałam, co mnie, u diabła, obchodzi arabski mistycyzm, sufiowie i wszystko to, o czym Edgar Barefoot opowiada w swoim programie radiowym z Berkeley. Ci sufiowie to szczęśliwi ludzie. Dla nich istotą Boga nie jest potęga ani mądrość, ani miłość, ale piękno. To całkowicie nowa idea, nie znana żydom i chrześcijanom. Ja nie jestem ani żydówką, ani chrześcijanką. Nadal pracuję w sklepie muzycznym przy Telegraph Avenue w Berkeley i usiłuję spłacać raty za dom, który kupiliśmy z Jeffem, kiedy byliśmy małżeństwem. Teraz ja mam dom, a Jeff nie ma nic. Takie było całe jego życie.
Dlaczego ktoś przy zdrowych zmysłach miałby się przejmować arabskim mistycyzmem, zadawałam sobie pytanie, zamykając hondę i ruszając w stronę łodzi. Zwłaszcza przy takiej pogodzie. Ale co tam, przejechałam już przez most Richardsona, przez tandetne Richmond i obok rafinerii. Zatoka jest piękna, a na moście Richardsona każdego namierza policja. Liczą czas od momentu, kiedy się płaci rogatkowe i zjeżdża z mostu po stronie Marin. Jak się przyjeżdża do Marin za wcześnie, płaci się kupę forsy.
Nigdy nie przepadałam za Beatlesami. Kiedy Jeff przyniósł do domu płytę Rubber Soul, powiedziałam mu, że to mdłe. Nasze małżeństwo zaczęło się rozpadać, od kiedy musiałam miliard razy, dzień po dniu, wysłuchiwać Michelle. To było gdzieś około roku sześćdziesiątego szóstego. Tu, nad Zatoką, wiele osób datuje wydarzenia według ukazywania się płyt Beatlesów. Pierwszy solowy album Paula McCartneya ukazał się na rok przed naszą separacją. Kiedy słyszę Teddy Boy, zaczynam płakać. To był rok, kiedy mieszkałam w naszym domu sama. Nie róbcie tego. Nigdy nie mieszkajcie same. Jeff do samego końca zajmował się swoją działalnością pacyfistyczną. Ja się wycofałam i słuchałam przez radio muzyki barokowej, niech ją licho porwie.
W ten sposób po raz pierwszy usłyszałam Edgara Barefoota, którego początkowo uznałam za dupka z tym jego cienkim głosikiem i tonem kogoś, kto zachwyca się własną aktywnością umysłową, ciesząc się niczym dwulatek każdym kolejnym satori. Są dowody, że byłam nad Zatoką jedyną osobą, która tak myślała. Później zmieniłam zdanie. Stacja KPFA zaczęła nadawać późno w nocy nagrane wykłady Barefoota, których słuchałam, próbując zasnąć. Kiedy człowiek jest na pół przytomny, cała ta monotonna recytacja nabiera sensu. Wiele osób tłumaczyło mi, że około roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego wszystkie programy nadawane w Strefie Zatokowej zawierały komunikaty podprogowe pochodzące prawie na pewno od Marsjan. Komunikat, jaki odbierałam, słuchając Barefoota, brzmiał mniej więcej tak: „Jesteś w istocie dobrą osobą i nie powinnaś pozwolić, żeby ktoś inny układał ci życie”. W każdym razie, w miarę upływu czasu, sypiałam coraz lepiej. Zapomniałam Jeffa i to światło, które zgasło wraz z jego śmiercią, tyle że co pewien czas coś mi się przypominało, zwykle w związku z jakimś zdarzeniem w sklepie spółdzielczym na University Avenue. Jeff zwykle wdawał się tam w awantury, a mnie to bawiło.
Wchodząc po trapie na elegancką łódź Edgara Barefoota, uświadomiłam sobie, że będę datować mój udział w tym seminarium od zabójstwa Lennona i że te dwa wydarzenia są dla mnie nierozłączną całością. Cóż za sposób, żeby zacząć rozumieć świat. Lepiej wracaj do domu i wypal parę skrętów. Do licha z drżącym głosem oświecenia, to jest czas rewolwerów. Oświecona czy nie, nie masz tu nic do powiedzenia, jesteś sprzedawczynią płyt po studiach humanistycznych. „Najlepsi tracą wiarę…”, coś w tym rodzaju. „I cóż to za bestia… pełznie w stronę Betlejem, by tam się narodzić”*. Istota z wadą postawy, zmora świata. Mieliśmy test z Yeatsa. Dostałam A minus. Byłam dobra. Potrafiłam siedzieć przez cały dzień na podłodze, jedząc ser, popijając kozim mlekiem i zastanawiając się, która powieść jest najdłuższa… przeczytałam wszystkie długie powieści. Ukończyłam Uniwersytet Kalifornijski. Mieszkałam w Berkeley. Przeczytałam W poszukiwaniu straconego czasu i nic nie pamiętam. Jak to mówią, wyszłam przez te same drzwi, przez które weszłam. Nic mi to nie dało, wszystkie te lata w bibliotece, w oczekiwaniu aż zapali się mój numer, sygnalizując, że przyniesiono dla mnie książkę. Pewnie to samo może powiedzieć większość ludzi.
Ale i tak zachowuję te lata w pamięci jako dobry czas, w którym byliśmy mądrzejsi, niż się na ogół uważa. Wiedzieliśmy dokładnie, co mamy robić: reżim Nixona trzeba obalić; to, co robiliśmy, robiliśmy z pełną świadomością i nikt z nas tego nie żałuje. Teraz Jeff Archer nie żyje, od dzisiaj nie żyje John Lennon. Wzdłuż drogi leżą inni nieżywi ludzie, jakby przejechało tędy coś dużego. Może dzięki sufim z ich przekonaniem o nieodłącznym od Boga pięknie znajdę szczęście. Może to dlatego idę po trapie na tę wytworną łódź mieszkalną: spełnia się plan, w którym wszystkie te smutne śmierci ku czemuś prowadzą, w jakiś sposób owocują radością.
– Bilet? – zatrzymał mnie przeraźliwie chudy chłopak podobny do naszego znajomego Joego Ćpuna.
– Chodzi o to? – Wyjęłam z torebki druczek, który dostałam pocztą od Barefoota za moje sto dolarów. W Kalifornii kupuje się oświecenie tak jak groszek w supermarkecie, na wagę i według objętości. Poproszę cztery funty oświecenia, powiedziałam sama do siebie. Nie, lepiej wezmę dziesięć funtów, bo nie mam w domu ani uncji.
– Proszę iść na tył łodzi – powiedział chudy młodzieniec.

 
Wesprzyj nas