Muzułmanie w krainie polarnych nocy, stereotypy i uprzedzenia, wykluczenie i tolerancja, tradycja i otwartość. Maciej Czarnecki pokazuje wielowymiarową twarz islamu w Skandynawii. Przyjrzenie się jej z bliska może stać się jednym z lekarstw na fake newsy i niewiedzę o życiu islamistów w Europie.


Skandynawia halalFeministki w hidżabie, muzułmańska społeczność LGBT, drużyna piłkarska uchodźców z Kurdystanu, która awansowała do szwedzkiej ekstraklasy.

Twarz islamu w Skandynawii jest wielowymiarowa i nieoczywista. To też problem „zabójstw honorowych”, działalności salafitów, wyobcowania niektórych społeczności. Przyjrzenie się temu z bliska to lekarstwo na fake newsy i niewiedzę o życiu muzułmanów w Europie.

Gdy politycy podsycają strach przed uchodźcami, Maciej Czarnecki, doświadczony i nagradzany reporter, pokazuje prawdziwe historie imigrantów w Szwecji, Norwegii i Danii. Ich opowieści obalają stereotypy i burzą uprzedzenia. To także mocny i ważny głos w dyskusji o imigracji muzułmanów do Skandynawii i – szerzej – Europy.

Maciej Czarnecki nie daje gotowych odpowiedzi. Zamiast tego rzetelnie i uczciwie przedstawia losy oraz sposób myślenia tych wyznawców islamu, dla których północna część Starego Kontynentu stała się domem.

Okazuje się, że populistyczny mit o czarno-białym świecie nie jest prawdziwy. Dominują w nim różne odcienie szarości. To właśnie ich jest w rzeczywistości najwięcej. Bo halal to wszystko, co w świetle szariatu jest dozwolone. Granice między wartościami islamu a Zachodem bywają też płynne.

Maciej Czarnecki
Skandynawia halal
Islam w krainie białych nocy
Wydawnictwo Agora
Premiera: 28 sierpnia 2019
 
 

Skandynawia halal


| DWUSTU GNIEWNYCH LUDZI |

30 marca 2017 roku, dzielnica Rosengård w Malmö. Światła policyjnych latarek odbijają się w kałużach. Psy tropiące prowadzą raz w jedną, raz w drugą stronę, próbując coś wywęszyć po rzęsistej ulewie. Blask świateł radiowozów, ludzie w oknach bloków. Taśmy policyjne zwiastujące najgorsze: znów zginął człowiek.
– To już szósty zabity w tym roku, wiesz? Szósty! Policja powinna coś z tym zrobić – denerwuje się starszy mężczyzna.
Godzinę przed tym, gdy rozległy się strzały, kręciłem się po okolicy. Próbuję sobie przypomnieć jakiś alarmujący szczegół, który pomógłby policji. Grupka młodych ludzi przed wieżowcem: stoją, palą papierosy. Pracownik osiedlowego klubu, który wyszedł przeparkować samochód. Nic istotnego.
W owianym złą sławą Rosengårdzie niemal nie widać rdzennych Szwedów. Są za to Irakijczycy, przyjezdni z byłej Jugosławii, Libańczycy, Somalijczycy i wiele innych nacji. Polaków niewielu, wyprowadzili się do innych części miasta.
Rosengård powstał w latach sześćdziesiątych XX wieku. To jedna z dzielnic rządowego „programu milionowego”: milion tanich, łatwo dostępnych mieszkań w betonowych wieżowcach, otoczonych skwerami, alejkami, drogami rowerowymi, szkołami i pawilonami handlowymi. Dziś mieszkają w nich najbiedniejsi.
Wojna lokalnych gangów sprawiła, że do dzielnicy pielgrzymują reporterzy prawicowych mediów z Europy i Ameryki. Opowiadają później o no-go zone, czyli zakazanym rewirze, który „zwykli” Szwedzi omijają szerokim łukiem, o „polu walki”, „strefie szariatu”, „straconym mieście”.
Rosengård jest symbolem tego, czym w oczach populistów stała się Szwecja – upadłego kraju targanego konfliktami etnicznymi i odmienionego przez radykalny islam.
„Jeśli jakiś dziennikarz twierdzi, że Szwecja jest bezpieczna, zapłacę za jego podróż i noclegi, by pobył na ogarniętych przestępczością imigranckich przedmieściach Malmö” – napisał miesiąc wcześniej na Twitterze Paul Watson z ultraprawicowego portalu Infowars.
Nie chcę jego pieniędzy, ale podjąłem rękawicę.

Moją przewodniczką po dzielnicy jest Gemila al-Kuraishi. Pracuje w ośrodkach dla azylantów, mieszka tu od 1989 roku. Przechadzamy się po zaułkach i głównych ulicach. Proste, zadbane elewacje bloków, dużo drzew, stojaki z rowerami, pojemniki do segregowania śmieci, klomby i ogródki, jak na zrewitalizowanym gierkowskim blokowisku.
Tyle że prawie wszyscy mają ciemny odcień skóry. Niektóre kobiety założyły chusty i tradycyjne muzułmańskie stroje do kostek. Inne odkrywają włosy, wcisnęły się w obcisłe dżinsy. Szwedzki miesza się z arabskim, choć ten drugi słychać częściej. Dwóch nastolatków pali pod blokiem papierosy. Młody mężczyzna szoruje balkon. Inny, w luźnym szarym dresie, wraca na rowerze z siatką zakupów.
– O, popatrz na ten food truck pod mostkiem. Kiedy w szkole był kiepski obiad, zrywaliśmy się tu na falafele za dziesięć koron. To jedno z pierwszych takich miejsc w mieście – opowiada Gemila. I dodaje: – Ludzie z Polski pytają mnie na Facebooku, czy jestem tu bezpieczna.
Do Malmö przyjechała z rodzicami z Warszawy, kiedy miała pięć lat. Jej ojciec pochodzi z Iraku, a matka z Polski.
– Wiadomości, które cytują, są dramatycznie przesadzone. Żyję tu dwadzieścia osiem lat i nigdy nie zostałam napadnięta, obrabowana, dźgnięta nożem. Kocham to miejsce. Gdyby w Malmö rzeczywiście było tak źle, toby nie powstawały te wszystkie nowe dzielnice. Dlaczego tylu ludzi chce tu żyć? Bo miasto się rozwija, jest oferta dla każdego, muzyka, teatr. Jesteś głodny w środku nocy? Zawsze coś jest otwarte.
Gemila zna polski, ale woli rozmawiać po angielsku. – Żebym była precyzyjna – wyjaśnia. W dzieciństwie jej najlepsze przyjaciółki pochodziły z Chin, Chile, Wietnamu. W szkole co chwila obchodzono inne święto, uczniowie przynosili domowe specjały.
– To, że każdy jest inny, było dla nas normalne. Pamiętam, jak na początku lat dziewięćdziesiątych nagle, dosłownie z dnia na dzień, pojawiło się na osiedlu mnóstwo nowych dzieciaków. To byli uchodźcy z Bałkanów. „Cześć” – i już bawiliśmy się razem.
Nie było tylko rodowitych Szwedów.

Gemila pierwszą szwedzką koleżankę miała dopiero na studiach. Jej zdaniem to ogromny problem Rosengårdu. Jak przybysze z Syrii, którzy trafiają tu na swoich rodaków, mają się asymilować? Czy nauczą się języka, skoro w tylu miejscach dogadają się po arabsku? Państwowe kursy to za mało.
– Z czasów, kiedy byłam nastolatką, pamiętam ten podział: „my”, czyli imigranci, i „oni”, Szwedzi z centrum. Kiedy wybudowali tu McDonalda, wszyscy krzyknęliśmy „Hurra!”. Ale potem pomyśleliśmy sobie: pewnie to dlatego, żebyśmy się już nie wyprawiali do centrum.
Gemila nie chce, by jej syn czuł się podobnie. Dlatego zapisała go do szkoły w innej części miasta. W jeszcze innej dzielnicy po lekcjach gra w piłkę nożną. W Malmö każdy chłopak marzy, by być jak Zlatan Ibrahimović, była gwiazda reprezentacji Szwecji.
– Zlatan mieszkał w tym bloku – pokazuje moja przewodniczka. – Mama wołała go na obiad, a on nic, tylko odbijał piłkę.
Idol miejscowej młodzieży urodził się w rodzinie imigrantów z Jugosławii. Jego ojciec był bośniackim muzułmaninem, matka chorwacką katoliczką. W jednym z wywiadów powiedział, że dla niego religią jest futbol. W innych deklarował się jako katolik.
Niewiele brakowało, by w wieku kilkunastu lat rzucił piłkę dla pracy w dokach, ale menedżer przekonał go, by dalej grał. Wkrótce z FBK Balkan, klubu założonego przez imigrantów z Jugosławii, przeniósł się do Malmö BI, a stamtąd do Ajaxu Amsterdam. To był początek jego bogatej kariery.
Strzelając kolejne gole w barwach Barcelony czy PSG, a przede wszystkim w żółtej koszulce reprezentacji Szwecji, Zlatan stał się żywym symbolem tego, jak imigracja może wzbogacić kraj. Był uwielbiany nawet, kiedy czasem wdawał się w bójki i awantury z kolegami z drużyny lub z trenerami. W oczach chłopaków z trudnych dzielnic tylko na tym zyskiwał.
W miejscu, gdzie niegdyś kopał piłkę pod blokiem, Zlatan wraz z firmą Nike i miejską spółką zbudował boisko. Na Zlatan Court składa się też ścianka treningowa z otworami do ćwiczenia celności strzałów. Napis na pobliskim mostku, przypisywany Zlatanowi, głosi: „Możesz zabrać człowieka z Rosengårdu, ale nie zabierzesz Rosengårdu z człowieka”.
– Kiedy wszyscy dają ci do zrozumienia, że jesteś inny, w końcu uznajesz, że tak rzeczywiście jest. Zawsze powtarzam, że integracja wymaga wysiłku obu stron: imigranta i Szweda – mówi Gemila.
Niedawno syn zapytał ją, kim właściwie jest. Odpowiedziała, że sam musi to odkryć. Po niej ma korzenie polsko-irackie, po ojcu – libańsko-szwedzkie.
Gemila uznała, że jest po prostu sobą. Potrafi płynnie przechodzić z rozmów z rodowitymi Szwedami do świata imigrantów. Jak mówi, „z technicznego punktu widzenia” jest muzułmanką, lecz w domu pomagała dekorować bożonarodzeniową choinkę. Był czas, że szukała swojej tożsamości w Polsce, ale się zniechęciła.
– Kiedy mówię o moim mieszanym pochodzeniu Irakijczykom, machają ręką: „Jakie tam mieszane, jesteś nasza!”. A Polacy odwrotnie – wykluczają. Jak ten kelner w restauracji w Warszawie, który zrobił się zwyczajnie niemiły, kiedy usłyszał, że mówię po polsku. Albo jak ochroniarz, który chodził za mną po sklepie we Wrocławiu… Koleżanka tłumaczyła mi: „Myślał, że jesteś Romką”.
Przechodzimy pod mostkiem, na którym napisano: „Dom jest tam, gdzie twoje serce”. Widzę kamień pamiątkowy, pod nim bukiet kwiatów, kilka zniczy.
– Tu zabito jedną z ofiar – wyjaśnia Gemila.

W styczniu 2017 roku na dworcu autobusowym w Rosengårdzie zginął szesnastoletni Ahmed. Dostał sześć strzałów z bliskiej odległości. Wszystkie od tyłu. Po tej tragedii ulicami miasta przeszedł marsz przeciwko przemocy.
W piwnicznym biurze na obrzeżach dzielnicy spotykam się z Housamem Abbasem, kuzynem Ahmeda.
– To był dobry chłopak, niezamieszany w żadne przestępstwa. Dobre oceny, świetne relacje z innymi w szkole. Przyjaciele go kochali. Chciał zostać lekarzem. Policja nie znalazła żadnego motywu – mówi drżącym głosem.
Ahmed i jego krewni przybyli do Szwecji w 2009 roku jako uchodźcy z Iraku. Parę lat wcześniej tę samą drogę przebył Housam. Jest inżynierem, udziela się też w lokalnym domu kultury, organizując pogadanki dla młodzieży.
– Ta śmierć odbiła się głośnym echem, bo dotąd ginęli głównie ludzie powiązani z gangami. Wyjątkiem był Rami, który zginął w grudniu, a potem Ahmed – opowiada Abbas. – Rami miał dwadzieścia cztery lata, został zamordowany w lepszej dzielnicy. Był dentystą. Przez sześć lat kształcił się w Polsce. Do Szwecji wrócił w zeszłym roku, a dwa tygodnie przed śmiercią dostał pracę.
Abbas ma żonę i trzyletnią córkę.
– Boję się o nie. Co rano zawożę dziecko do przedszkola, po południu odbiera je żona. Niedawno doszło do morderstwa pięćdziesiąt metrów stamtąd. A kiedy żona pisała artykuł o tym, jak bardzo brakuje nam Ahmeda, zobaczyła w internecie informację o kolejnym zabójstwie. Wpadła w panikę, nie wiedziałem, jak ją uspokoić. Zadzwoniłem do szpitala, ale poradzili mi, bym po prostu przy niej był. Kocham Malmö, ale chcemy tu żyć bezpiecznie.
Zdaniem Abbasa policja powinna mieć większe uprawnienia w walce z przestępcami. Należy zaostrzyć prawo, by karać także osoby poniżej piętnastego roku życia. On, siostra Ramiego i kilku innych aktywistów przekazali te postulaty ministrowi sprawiedliwości podczas spotkania w Sztokholmie.
– Nastolatki świetnie wiedzą, że są bezkarne. Przez most łączący nas z Kopenhagą napływa dużo broni. Wiesz, jak łatwo ją dostać? Rozmawiałem na ulicy z trzynastolatkiem, który powiedział: „Gdybyś chciał, mógłbym ci załatwić pistolet za trzy tysiące koron”. Prosiliśmy z żoną, by na naszej ulicy zamontowano kamery, ale wniosek został odrzucony. Czytałem w gazecie, że tak naprawdę za przestępstwami stoi grupa około dwustu młodych ludzi. Dlaczego policja nie może sobie z nimi poradzić?!
– Niektórzy mówią: „Wszystko przez imigrantów, wystarczy się ich pozbyć” – wtrącam.
Abbas jest autentycznie zdziwiony.
– Mam szwedzki paszport, tak samo jak Ahmed. Przyjechaliśmy tu i przestrzegamy prawa. Jesteśmy Szwedami. Pracuję, moja żona i siostra też, płacimy wysokie podatki. Dwaj bracia Ahmeda pracują w służbie zdrowia. To dobrzy ludzie. Jacy imigranci? Problem mamy z gangsterami!
Nazajutrz po strzelaninie, której niemal byłem świadkiem, lokalny dziennik „Sydsvenskan” podaje, że aresztowano siedmiu podejrzanych, a ofiarą był znany wcześniej policji dwudziestotrzylatek. Podobno wcześniej mu grożono, podobno w styczniu był świadkiem innego zabójstwa.

Mieszkańcy Rosengårdu, których wypytuję na ulicy o poczucie bezpieczeństwa, odpowiadają różnie: „Na co dzień żyje się tu normalnie”, „Prasa przesadza”, ale też: „Boję się”. Te ostatnie słowa mówi kilkunastoletni Szwed palestyńskiego pochodzenia. – Gdybym mógł, od razu przeniósłbym się do innej dzielnicy – podkreśla nastolatek.
– Tu żyją zwykli ludzie. Poza paroma rozwydrzonymi dzieciakami – twierdzi z kolei dwudziestokilkulatek z Iraku.
Wicekomisarz policji w Malmö Anders Wiberg potwierdza statystyki przytaczane przez Abbasa.
– Zidentyfikowaliśmy dwieście pięć osób, które mają na koncie łącznie tysiąc siedemset wyroków. To młodzi w wieku, powiedzmy, od piętnastu do dwudziestu pięciu lat. Nie mówimy o gangach, lecz o lokalnych, luźnych grupach przestępczych – wyjaśnia Wiberg.
Przyznaje, że zwykle ofiary pochodzą ze środowiska przestępczego. Nie może potwierdzić ani zaprzeczyć, że Ahmed rzeczywiście był „dobrym chłopakiem” – to szczegóły śledztwa.
– Czy policja ma za mało środków, by poradzić sobie w Rosengårdzie? – pytam.
– Chcielibyśmy mieć więcej, ale staramy się. Przy obecnych dochodzeniach pracuje wystarczająco wiele osób.
– Przecież niedawno media pisały: „Policja w Malmö prosi o pomoc”.
– Chodziło o przesunięcia wewnątrz naszej służby. Dostaliśmy wsparcie.
Rozmawiamy 30 marca rano. Kilka godzin przed kolejnym zabójstwem.
– Jestem tu od kilku dni i nie widziałem żadnego patrolu – mówię.
– Jesteśmy obecni w dzielnicy, widoczni, kiedy potrzeba – odpowiada zdawkowo Wiberg.
W 2008 roku w Rosengårdzie wybuchły rozruchy. W tym samym roku strażacy zaapelowali o eskortę policyjną, kiedy obrzucono ich kamieniami i jajkami.
– Rosengård to no-go zone?
– W Szwecji nie ma takich stref. To nieporozumienie, które kreują zagraniczne media. Dla nas to wręcz go zone, teren, na którym powinniśmy być szczególnie obecni. Mamy tam komisariat – mówi Wiberg.
Pytany o „strefę szariatu” także zaprzecza. Dodaje jednak, że policja zidentyfikowała w całym kraju piętnaście obszarów, na których, choć obowiązuje tam szwedzkie prawo, występują „paralelne struktury społeczne”. Wśród nich jest Rosengård.
Co to oznacza? Policyjny raport mówi o nieformalnych pożyczkach między mieszkańcami, lokalnych autorytetach rozstrzygających spory między osobami lub klanami, nielegalnych sklepikach z przemycanym alkoholem i papierosami, specjalnych funduszach grup przestępczych, z których wspiera się członków rodzin skazanych.
Według raportu „nie ma w Szwecji obszaru, na którym paralelny system społeczny istnieje w pełni”. Ale są namiastki, które – jeśli wymkną się spod kontroli – mogą się rozwinąć. Zwłaszcza że we wspomnianych miejscach występują „generalna niechęć do uczestniczenia w procesach sądowych”, „trudności policji w wykonywaniu swej misji”, „promujący przemoc ekstremizm religijny”. Niekorzystna jest także bliskość podobnych dzielnic.
Wiberg jest przekonany, że policja sobie poradzi: – Współpracujemy z politykami. Niedługo wejdzie w życie nowe prawo. Jeśli złapiemy kryminalistę z bronią, od razu trafi za kratki. Teraz, jeśli masz pistolet, ale jesteś dość młody, od razu wychodzisz. Ta zmiana może zmniejszyć przemoc.

– Na ostry dyżur w Malmö co roku trafia kilka osób z ranami postrzałowymi – mówi Paulina al-Kuraishi, siostra Gemili, która przez pięć lat była pielęgniarką pogotowia. Napatrzyła się na rannych młodych chłopaków, do których już następnego dnia przychodzą rodziny i znajomi. Na oddziale bywa wtedy głośno.
– Ale u mnie musieli się zachowywać: wycisz telefon, schowaj te wystające majty. Taka dyscyplina z miłości. Może tego im właśnie brakuje. Bo w Szwecji każdy dba o swoje.
– Nie bałaś się?
– A skąd! Ile razy podchodzili do mnie na ulicy: „O, to ta z izby! Pamiętasz? Wyrzuciłaś mnie, bo hałasowałem”.
Dalej mieszkam na Rosengårdzie. Mówię im: „Ej, chłopcy, puszki do śmietnika, ma tu ładnie wyglądać!”. Zależy, jakie masz podejście do ludzi.
Paulina wspomina, że dzielnica miała fatalną prasę już w latach dziewięćdziesiątych. Dziennikarze ze Sztokholmu przyjeżdżali „patrzeć jak na małpy w zoo”. Tworzyli niestworzone opowieści o tym, że mieszkańcy zrywali parkiety, by uprawiać warzywa w pokoju.
– Wstydzę się jednej sytuacji. Przyjechała do mnie koleżanka ze Sztokholmu. Z duszą na ramieniu, bo wiadomo – Rosengård. Siedzimy, aż tu nagle ktoś puka do drzwi. Było po dwudziestej drugiej. W Szwecji nie przychodzisz do znajomych ot, tak – wcześniej dzwonisz, musisz się zapowiedzieć. Patrzę przez wizjer – jakiś czarny mężczyzna. Koleżanka tak mnie podpuściła, że nie otworzyłam. Po pół godzinie znów dzwonek, tym razem sąsiad. Też nie otworzyłam. Nie wiem czemu. Następnego dnia okazało się, że zostawiłam klucze w drzwiach. Sąsiad zaniósł je na policję. Tak jest na Rosengårdzie. Pilnujemy się. Szwed nie widziałby tych kluczy, odwróciłby głowę w drugą stronę.
Paulina twierdzi, że znacznie częstszymi gośćmi od młodocianych przestępców są na pogotowiu szwedzcy staruszkowie, którzy po prostu chcą z kimś porozmawiać, oraz Polacy.
– Ile to razy przywozili ich karetką, bo spadli po pijaku z drabiny! Wieczorami trafiali się kompletnie pijani. Dwaj rekordziści na intensywnej terapii mieli po sześć promili. Byli potem dumni, że przeżyli. Alkohol jest tu strasznie drogi, więc Polacy wiele razy kradli nam etanol do odkażania.