“A co ciebie obchodzi, co myślą inni?” to pytanie, którym Arlene – ukochana żona Feynmana – potrafiła go przekonać do najbardziej szalonych pomysłów.


A co ciebie obchodzi, co myślą inniTe słowa stały się dla niego mottem na całe życie – dzięki nim czuł się swobodnie zarówno na sali wykładowej, jak i podczas przyjęcia w królewskim pałacu. A kiedy trafił do hotelu w peerelowskiej Warszawie, bez zastanowienia rzucił się do rozkręcania instalacji elektrycznej w pokoju, aby znaleźć tam ukryte podsłuchy.

Richard P. Feynman – laureat Nagrody Nobla, genialny fizyk i idol dla młodych naukowców na całym świecie opowiada o swoim niezwykłym życiu. Zebrane w książce historie zaskoczą was, rozbawią i na nowo zainspirują do odkrywania tajemnic nauki.

Feynman opowiada między innymi o śledztwie w sprawie przyczyn słynnej katastrofy promu Challenger. Jako członek powołanej w tym celu prezydenckiej komisji niczym najlepszy detektyw tropił to, co NASA chciała ukryć, i ujawnił zaniedbania, które doprowadziły do tragedii.

Przy okazji naukowiec w fascynujący sposób opowiada o tajnikach inżynierii kosmicznej i podstawowych prawach fizyki. Do wyjaśnienia dziennikarzom, co poszło nie tak podczas feralnego startu, wystarczyły mu kawałek gumy i szklanka wody z lodem.

„Jeden z największych umysłów XX wieku. A także uparty, lekceważący, żartobliwy, niezwykle ciekawski i wybitnie oryginalny praktycznie we wszystkim, czym się zajmował”.

Richard P. Feynman
A co ciebie obchodzi, co myślą inni?
Dalsze przypadki ciekawego człowieka
Przekład: Rafał Śmietana
Wydawnictwo Znak
Premiera: 14 sierpnia 2019
 
 

A co ciebie obchodzi, co myślą inni

PRZEDMOWA

W związku z pojawieniem się książki Pan raczy żartować, panie Feynman! parę spraw zasługuje na wyjaśnienie.
Po pierwsze, mimo że główny bohater tej książki pozostaje ten sam, przedstawione w niej „przypadki ciekawego człowieka” mają inny charakter: niektóre są żartobliwe, a niektóre tragiczne, lecz przez większość czasu Feynman z pewnością nie żartuje – choć czasem trudno się zorientować.
Po drugie, opowieści zamieszczone w tej książce są powiązane ze sobą luźniej niż w Pan raczy żartować…, gdzie zostały ułożone chronologicznie po to, aby sprawić wrażenie uporządkowania (dlatego niektórzy czytelnicy sądzili, zresztą niesłusznie, że Pan raczy żartować… jest autobiografią). Powód jest prosty: odkąd po raz pierwszy usłyszałem opowieści Feynmana, odczuwałem nieprzeparte pragnienie, żeby podzielić się nimi z innymi.
Wreszcie po trzecie, w odróżnieniu od poprzednich, większość z przedstawionych tutaj historii nie została opowiedziana podczas wspólnej gry na bębnach. Poniżej wyjaśnię to bardziej szczegółowo.
Część pierwsza – Ciekawy człowiek – koncentruje się na osobach, które w znaczący sposób ukształtowały osobowość Feynmana: ojcu – Melville’u, i pierwszej miłości – Arlene. Pierwsza opowieść została zaadaptowana z programu BBC zatytułowanego The Pleasure of Finding Things Out[1], którego producentem był Christopher Sykes. Opowieść o Arlene, z której pochodzi tytuł tej książki, była dla Feynmana bardzo bolesną relacją. Została skompletowana na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat z fragmentów sześciu różnych historii. Gdy wreszcie została ukończona, Feynman odnosił się do niej ze szczególnym sentymentem i chętnie wszystkim ją opowiadał.
Inne opowieści Feynmana, które znalazły się w części pierwszej, choć, ogólnie rzecz biorąc, mają lżejszy charakter, zostały zamieszczone tutaj, ponieważ kontynuacja książki Pan raczy żartować… nie jest przewidywana. Feynman był szczególnie dumny z opowieści Najprostsza rzecz pod słońcem i co jakiś czas nachodziła go ochota, by przepisać ją w formie referatu z psychologii. Listy w ostatnim rozdziale części pierwszej zostały zamieszczone dzięki uprzejmości Gweneth Feynman, Freemana Dysona i Henry’ego Bethe’a.
Część druga – Pan Feynman jedzie do Waszyngtonu – jest niestety opowieścią o ostatniej wielkiej przygodzie Feynmana. Ta część jest znacznie dłuższa, gdyż jej treść jest w dalszym ciągu aktualna (krótsze wersje pojawiły się w czasopismach „Engineering and Science” oraz „Physics Today”). Nie wydano jej wcześniej, ponieważ od czasu, gdy został członkiem Komisji Rogersa, Feynman poddał się kolejno trzeciej i czwartej poważnej operacji, jak również naświetlaniu, hipertermii i innym zabiegom.
Trwająca dekadę walka, którą Feynman stoczył z chorobą nowotworową, zakończyła się 15 lutego 1988 roku, dwa tygodnie po odbyciu ostatnich zajęć na Caltech. W charakterze epilogu postanowiłem włączyć do książki jedno z jego najbardziej sugestywnych i inspirujących przemówień, zatytułowane Wartość nauki.
Ralph Leighton
marzec 1988
[1] W wolnym przekładzie: Radość odkrywania (różności) (przyp. tłum.).

Ciekawy człowiek

NARODZINY NAUKOWCA

Mam przyjaciela – artystę, który czasami wyraża poglądy, z jakimi się nie zgadzam. Na przykład zrywa kwiatek i mówi: „Popatrz, jaki piękny”, i ja przytakuję. Ale potem dodaje: „Jako artysta wiem, jak piękny może być kwiat. Ale ty, jako naukowiec, rozbierasz go na kawałki i wtedy kwiat staje się nijaki”. Myślę, że jest odrobinę pomylony.
Przede wszystkim piękno, które dostrzega, jest dostępne dla wszystkich – w tym, jak sądzę, także dla mnie. Chociaż być może nie mam takiego wyrobienia estetycznego jak on, to jednak jestem w stanie docenić piękno kwiatka. Ale równocześnie widzę w tym kwiatku o wiele więcej niż on. Wyobrażam sobie komórki w jego wnętrzu, które także są wyrazem piękna. Istnieje ono nie tylko w skali centymetrów: jest też obecne w mniejszym wymiarze.
Mamy tu do czynienia ze skomplikowanym działaniem komórek i innymi procesami życiowymi. Fakt, że kolory rozwinęły się po to, by przyciągnąć owady, aby te z kolei mogły kwiat zapylić, jest interesujący: oznacza, że owady rozróżniają barwy. Nasuwa się pytanie: czy poczucie estetyki, podobne do naszego, istnieje także u niższych form życia? Jest wiele ciekawych pytań biorących się ze znajomości nauki, która tylko potęguje entuzjazm, tajemniczość i podziw, jaki żywimy w stosunku do kwiatka. Tylko potęguje. Nie mieści mi się w głowie, że mogłaby osłabiać.
W sprawach naukowych zawsze byłem jednostronny, a gdy byłem młodszy, koncentrowałem na nich prawie cały wysiłek. Nie miałem wtedy ani czasu, ani cierpliwości zajmować się tym, co nazywamy naukami humanistycznymi. Mimo że na uniwersytecie były kursy humanistyczne, które musieliśmy zaliczyć przed ukończeniem studiów, robiłem wszystko, co się da, żeby ich uniknąć. Dopiero później, gdy trochę się postarzałem i stałem się spokojniejszy, cokolwiek poszerzyłem swoje horyzonty. Nauczyłem się rysować i trochę czytam, ale w dalszym ciągu jestem bardzo jednostronny i wielu rzeczy nie wiem. Mam ograniczoną inteligencję i używam jej w określonym kierunku.

Zanim przyszedłem na świat, ojciec powiedział do matki: „Jeżeli będzie chłopiec, zostanie naukowcem”[2]. Gdy byłem małym dzieckiem, bardzo małym, sadzanym na wysokim dziecinnym krzesełku, ojciec przyniósł do domu dużo malutkich kafelków łazienkowych – odrzutów drugiej kategorii – w różnych kolorach. Bawiliśmy się nimi: ojciec ustawiał je pionowo na krzesełku, jak kostki domina, a ja popychałem z boku, tak że wszystkie się przewracały.
Po jakimś czasie zacząłem pomagać mu je ustawiać. Niedługo układaliśmy je w bardziej skomplikowany sposób: dwa kafelki białe i jeden niebieski, dwa białe i jeden niebieski i tak dalej. Gdy zobaczyła to matka, powiedziała:
– Zostaw to biedne dziecko w spokoju. Jak chce położyć niebieski, to pozwól mu położyć niebieski.
Ale ojciec odparł:
– Nie. Chcę mu pokazać, jakie z nich można ułożyć wzory i jakie są interesujące. To taki podstawowy kurs matematyki.
Jak widać, ojciec bardzo wcześnie zaczął opowiadać mi o świecie i o tym, jaki jest ciekawy.
W domu mieliśmy Encyklopedię Britannica. Gdy byłem mały, brał mnie na kolana i czytał. Na przykład o dinozaurach. O jednym z nich, Tyrannosaurus rex, było napisane, że „mierzył dwadzieścia pięć stóp wysokości[3], a szerokość jego głowy wynosiła sześć stóp”[4].
Wtedy ojciec przestawał czytać i mówił:
– Teraz zobaczmy, co to znaczy. Gdyby stanął na naszym podwórku przed domem, mógłby tu wsadzić głowę przez okno (byliśmy na piętrze). Ale głowę miałby za szeroką i nie zmieściłaby się w oknie.
Do wszystkiego, co mi czytał, starał się znaleźć jak najlepsze odniesienie w rzeczywistości. Bardzo podniecające i bardzo, bardzo ciekawe było pomyśleć, że kiedyś istniały takie potężne zwierzęta, że wszystkie wymarły i że nikt nie wie dlaczego. Wcale się nie bałem, że po tych opowieściach taki dinozaur rzeczywiście przyjdzie pod moje okno. Ale ojciec przekazał mi umiejętność docierania do sedna sprawy: ilekroć coś czytam, próbuję się dowiedzieć, co naprawdę jest grane.
Wakacje spędzaliśmy zwykle w górach Catskill, dokąd w lecie wyjeżdżali ludzie z Nowego Jorku. Ojcowie rodzin wracali do miasta do pracy i przyjeżdżali tylko na weekendy. Mój ojciec zabierał mnie wtedy do lasu na spacery i opowiadał ciekawe rzeczy o tym, co się w nim dzieje. Gdy zobaczyły to inne matki, stwierdziły, że ich mężowie także powinni zabierać synów na spacery. Próbowały to na nich wymusić, lecz z początku nie na wiele się to zdało. Potem chciały, aby to mój ojciec zabierał wszystkie dzieci ze sobą, ale ojciec nie miał specjalnej ochoty, bo łączyła nas specjalna więź. Skończyło się na tym, że w następny weekend pozostali ojcowie byli zmuszeni zabrać własne pociechy na spacer.
W następny poniedziałek, gdy ojcowie wrócili już do pracy, my, dzieci, bawiliśmy się na zewnątrz. Któreś dziecko zagadnęło mnie:
– Widzisz tego ptaka? Co to takiego?
– Nie mam zielonego pojęcia, co to za jeden – odpowiedziałem.
– To jest drozd rdzawoboczny. Twój tata niczego cię nie uczy!
Tymczasem było odwrotnie. Nauczył mnie już wcześniej.
– Widzisz tego ptaka? – mówił. – To gajówka Spencera (wiedziałem, że nie zna prawdziwej nazwy). – Widzisz, po włosku to jest Chutto Lapittida. Po portugalsku – Bom da Peida. Po chińsku – Chung-long-tah, a po japońsku – Katano Tekeda. Możesz poznać nazwy tego ptaka we wszystkich językach świata, ale kiedy już się ich nauczysz, nie będziesz miał o nim bladego pojęcia. Będziesz tylko wiedział, że ludzie w różnych miejscach świata tak go nazywają. Więc popatrzmy sobie na ptaszka i zobaczmy, co robi, bo to się właśnie liczy. (Bardzo wcześnie nauczyłem się, jaka jest różnica między poznaniem nazwy jakiegoś przedmiotu a wiedzą o nim).
– Zobacz – mówił na przykład – bez przerwy dziobie piórka. Widzisz, jak chodzi i dziobie?
– Tak.
– Jak myślisz, dlaczego ptaki dziobią sobie piórka?
– No, może jak lecą, to im się te piórka stroszą i potem dziobią, żeby je wygładzić.
– Dobrze – odpowiadał. – Ale gdyby tak było, dziobałyby od razu, jak wylądują. Po jakimś czasie na ziemi nie dziobałyby już tak bardzo, wiesz, o co mi chodzi?
– No.
– To popatrzmy, czy będą dziobać bardziej, jak skończą latać i wylądują.
Nietrudno było zgadnąć: nie było większej różnicy między ptakami, które już jakiś czas chodziły po ziemi, a tymi, które dopiero wylądowały. Powiedziałem:
– Poddaję się. Po co ptaki dziobią sobie piórka?
– Dlatego że dokuczają im wszy – ojciec na to. – Wszy zjadają drobinki białka, które odpadają z piórek – opowiadał dalej. – Każda wesz ma na odnóżach taką woskowatą substancję. Zjadają ją roztocza. Ale nie trawią jej całkowicie, więc z tyłu wypuszczają masę podobną do cukru, w której rozwijają się bakterie. – Na koniec dodawał: – No i widzisz, wszędzie, gdzie jest jakieś źródło pokarmu, jest też jakaś forma życia, która go znajdzie.
W porządku, wiedziałem, że to niekoniecznie były wszy i nie do końca prawdą było to, że na ich odnóżach znajdowały się roztocza. Historyjka mogła mieć braki w szczegółach, lecz zasadniczo była poprawna.
Innym razem, gdy byłem starszy, zerwał z drzewa liść. Liść miał skazę, coś, na co nigdy nie zwrócilibyśmy uwagi. Wyglądał, jakby był nadpsuty – była na nim cienka kreska w kształcie litery C. Zaczynała się gdzieś w środku i biegła zawijasem do brzegu.
– Popatrz na tę brązową kreskę – rzekł ojciec. – Z początku jest wąska, a bliżej krawędzi staje się szersza. Jest tak dlatego, że mucha – niebieska mucha z żółtymi oczami i zielonymi skrzydłami – przyleciała i złożyła na tym liściu jajo. Potem, gdy z jaja wykluła się larwa (coś podobnego do gąsienicy), przez całe życie jadła ten liść – swoje pożywienie. Kiedy je, zostawia za sobą właśnie taki brązowy ślad na zjadanym liściu. W miarę wzrostu larwy ślad robi się coraz szerszy, do momentu, gdy gąsienica na brzegu liścia dorasta do pełnych rozmiarów i zmienia się w muchę – niebieską, z żółtymi oczami i zielonymi skrzydłami – która odlatuje i znosi jajo na innym liściu.
I znów wiedziałem, że szczegóły nie są dokładne – równie dobrze mógł to być chrabąszcz – ale sama idea, którą próbował mi wyjaśnić, to zabawna strona życia: było to po prostu rozmnażanie. Nieważne, jak bardzo skomplikowany jest cały proces – chodzi o to, żeby zrobić to znów!
Nie mając zbyt szerokich kontaktów z innymi ojcami, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaki jest nadzwyczajny. Jak doszedł do głębokich podstaw nauki, do jej umiłowania, chęci poznania tego, co się za nią kryje i dlaczego warto się w nią bawić? Tak naprawdę nigdy go o to nie pytałem, bo zawsze zakładałem, że są to rzeczy, które ojcowie po prostu wiedzą.
Ojciec nauczył mnie zauważać różne zjawiska. Pewnego dnia bawiłem się moim „wozem ekspresowym” – takim małym wózkiem z drabinką dookoła. W środku była piłka, a kiedy ciągnąłem wózek, spostrzegłem, że jakoś dziwnie się porusza. Poszedłem do ojca i mówię:
– Wiesz, tato, coś zauważyłem. Jak ciągnę wózek, piłka toczy się do tyłu. A jak ciągnę i nagle przestanę, to piłka toczy się do przodu. Dlaczego tak jest?
– Tego nikt nie wie – odparł ojciec. – Ogólna zasada jest taka, że przedmioty, które są w ruchu, zwykle poruszają się dalej, a te, które są nieruchome, pozostają nieruchome, chyba że je silnie popchniesz. To zjawisko nazywa się bezwładnością, ale nikt nie wie, dlaczego tak jest.
I to jest właśnie zrozumienie istoty rzeczy. Podał mi nie tylko samą nazwę zjawiska.
– Jak popatrzysz z boku – mówił dalej – to zobaczysz, że tak naprawdę ciągniesz tylko wózek, a piłka stoi w tym samym miejscu względem ziemi. No, tak naprawdę z powodu tarcia przesuwa się trochę do przodu. Ale nie rusza się do tyłu.
Pobiegłem z powrotem do wózka, ustawiłem piłkę i pociągnąłem. Patrząc z boku, zobaczyłem, że rzeczywiście miał rację. W stosunku do chodnika piłka faktycznie niewiele przesunęła się do przodu.
W taki właśnie sposób uczył mnie ojciec: dawał przykłady i wciągał do rozmowy – bez żadnego przymusu; były tylko urocze, pasjonujące pogawędki. One dały mi motywację na resztę życia i spowodowały, że interesują mnie wszystkie dziedziny nauki. (Tak się tylko składa, że radzę sobie lepiej z fizyką).
Uległem fascynacji – jak ktoś, kto będąc dzieckiem, dostał coś cudownego w prezencie i dalej szuka tego samego. Jak dziecko zawsze szukam cudów i wiem, że je znajdę – może nie za każdym razem, ale co jakiś czas.

Mniej więcej w tym samym czasie mój kuzyn, który był o trzy lata starszy ode mnie, chodził do szkoły średniej. Miał spore kłopoty z algebrą, więc musiał brać korepetycje. Pozwolono mi siedzieć w kącie i przysłuchiwać się zmaganiom korepetytora próbującego wytłumaczyć kuzynowi, o co chodzi. Słyszałem, jak mówił o x-ie. Spytałem kuzyna:
– Co masz zrobić?
– Znaleźć wartość x w 2x + 7 = 15.
– To jest 4 – mówię.
– Tak, ale ty to zrobiłeś arytmetycznie. A musisz to zrobić algebraicznie.
Nauczyłem się algebry na szczęście nie dzięki temu, że chodziłem do szkoły, ale dlatego, że znalazłem na strychu stary podręcznik do arytmetyki mojej ciotki. Pojąłem, że chodzi o to, żeby znaleźć wartość x, wszystko jedno, w jaki sposób. Nie istniało dla mnie podejście „arytmetyczne” ani „algebraiczne”. „Algebra” to zbiór reguł, które ślepo przestrzegane dają odpowiedź: „odejmij 7 od obu stron; jeżeli masz mnożnik, podziel przez niego obie strony”, i tak dalej – seria kroków, dzięki którym można znaleźć odpowiedzi, nawet jeżeli nie ma się pojęcia, co właściwie chce się zrobić. Reguły te wymyślono po to, żeby wszystkie dzieci, które muszą się uczyć algebry, mogły ją zdać. I dlatego właśnie mój kuzyn nigdy nie potrafił sobie z nią poradzić.
W naszej bibliotece publicznej znajdowało się wiele książek matematycznych, począwszy od Arytmetyki w praktyce. Potem była Algebra w praktyce i Trygonometria w praktyce (z niej nauczyłem się trygonometrii, którą wkrótce znów zapomniałem, ponieważ nie rozumiałem jej zbyt dobrze). Kiedy miałem jakieś trzynaście lat, biblioteka miała dostać Rachunek różniczkowo-całkowy w praktyce. Wtedy wiedziałem już, z encyklopedii, że rachunek różniczkowo-całkowy jest ważnym i interesującym przedmiotem i że powinienem się do niego przyłożyć.
Gdy wreszcie zobaczyłem upragnioną książkę w bibliotece, poczułem dreszcz podniecenia. Podszedłem do bibliotekarki, żeby ją wypożyczyć, lecz ona spojrzała na mnie i powiedziała:
– Jesteś przecież dzieckiem. Po co ci ta książka?
Był to jeden z nielicznych przypadków w moim życiu, gdy poczułem się nieswojo i skłamałem. Powiedziałem, że to dla ojca.
Wziąłem książkę do domu i zacząłem się z niej uczyć. Wydawała mi się stosunkowo prosta i jasna. Ojciec też zaczął ją czytać, ale stwierdził, że jest dla niego pogmatwana i niezrozumiała. Próbowałem mu wytłumaczyć, na czym polega rachunek różniczkowo-całkowy. Nie miałem pojęcia, że jest tak ograniczony, i trochę mnie to dręczyło. Wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, że w pewnym sensie nauczyłem się więcej niż on.