Na dnie Wisły, w samym sercu Warszawy, 350 lat przeleżały prawdziwe skarby zrabowane Polakom przez Szwedów, podczas potopu szwedzkiego. Ich odnalezienie i skomplikowany proces wydobycia z wody opisuje książka „Uratowane z Potopu”.


Uratowane z potopuTę historię swego czasu opisywały wszystkie polskie media i wiele zagranicznych: Marcin Jamkowski i Hubert Kowalski wraz z ekipą specjalistów różnych dziedzin znaleźli na dnie Wisły skarby z XVII-wiecznej Polski. Czym innym są jednak powierzchowne prasowe relacje, a czym innym bogata w detale, merytorycznie dopracowana książka, dająca czytelnikowi szczegółowy opis podjętych poszukiwań, trudności z jakimi spotkali się ich inicjatorzy i wreszcie – wielkiego sukcesu, który stał się ich udziałem. Wielkiego, bo podczas ośmiu lat prac w korycie rzeki, udało się im wydobyć z wody „kilkaset zabytków – marmurowych rzeźb, dekoracji i elementów architektonicznych, a także koła armatnie, kile i same armaty z rezydencji polskiego króla”. A wszystko to szalenie cenne, bo z okresu, gdy nasz kraj skutecznie złupili Szwedzi, zachowało się w polskich zbiorach niewiele przedmiotów. Najwspanialsze z nich, zabrane przez najeźdźców zdobią do dziś kolekcje państwowe, prywatne bądź kościelne na dalekiej Północy Europy i niewiele da się zrobić w kwestii ich zwrotu do Polski, co autorzy książki także na jej kartach omówili.

„Uratowane z potopu” to reportaż napisany przejrzyście i przystępnym językiem. Z pewnością selekcja danych była w pracy nad nim potraktowana z uwagą, bo czytelnik dostaje tylko najważniejsze dane umożliwiające łatwą nawigację po rozległym okresie dziejów. Ta opowieść zaczyna się bowiem już w XVI wieku od ślubu Katarzyny Jagiellonki i Jana III Wazy i ma do pokonania długą drogę: od polskiej przyjaźni z Północą, przez wrogość w jaką się ona przerodziła, wieloletnie wojny, aż po początki XX wieku, gdy warszawscy piaskarze wydobyli z Wisły nieliczne elementy szwedzkiego łupu i ostatecznie aż do naszych czasów, gdy grupa zapaleńców, niezrażona porażkami poprzedników, ruszyła na poszukiwanie zatopionych skarbów.

Historyczna część tekstu napisanego przez Marcina Jamkowskiego i Huberta Kowalskiego jest ważna, bo pozwala zrozumieć po pierwsze skalę zniszczeń, jakich dokonali Szwedzi podczas powtarzających się napaści na Polskę, a po drugie uzmysławia, jak wielkie znaczenie dla kultury mają skarby wydobyte przez badaczy. Natomiast sama relacja z poszukiwań, to prawdziwa gratka dla wszystkich miłośników przygód i wskazówka, że czasami wcale nie trzeba wyprawiać się na krańce świata, aby doświadczyć ekstremalnych wrażeń.

„Mrok w Wiśle zaczyna się robić kilkanaście centymetrów pod powierzchnią wody. Mimo ostrego słońca na powierzchni już metr pod wodą jest ciemno jak w środku bezksiężycowej nocy. Nawet potężna nurkowa latarka nie pomaga – jej światło z trudem przebija się na 10-15 centymetrów. Marcin doszedł do dna. Później z odczytów komputera nurkowego dowie się, że był 8 metrów pod powierzchnią. Był już dziesięciokrotnie głębiej w zalanych jaskiniach oraz w zimnych i ciemnych wodach Bałtyku, podczas eksploracji nieznanych wraków, ale to właśnie te wiślane nurkowania będzie później uznawał za jedne z najbardziej emocjonujących w swoim życiu” – piszą autorzy.

Nie kryją też faktu, że, aby w ogóle praca pod wodą mogła mieć miejsce, to konieczne były długie miesiące spędzone na kwerendzie w archiwach, bo to właśnie zapiski w nich zgromadzone, odcyfrowane z dużym wysiłkiem przez Huberta Kowalskiego, Adiunkta w Zakładzie Tradycji Antyku w Sztukach Wizualnych Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, pozwoliły dotrzeć do wskazówek, gdzie w ogóle skarbu należy szukać. Nie było tak jak w filmach: żadnej mapy z zaznaczoną lokalizacją cennych artefaktów, ale na szczęście też żadnej klątwy. Widowiskowych pułapek dostarczyła sama rzeka, która, jak piszą autorzy, tylko wygląda na spokojną i leniwą. W rzeczywistości jest zdradliwa, a jej wody niesione porywistym nurtem stanowiły wyzwanie nawet dla najbardziej doświadczonych nurków.

Książka Jamkowskiego i Kowalskiego stanowi również przyczynek do refleksji nad tym, jakim krajem mogłaby dziś być Polska, gdyby nie skala zniszczeń powstałych w wyniku szwedzkiej agresji, mającej konsekwencje trwające aż do dziś. Szwedzi, mówiąc w dużym uproszczeniu, napadli na Rzeczpospolitą z zazdrości. Nasz kraj był wówczas bogaty, zamki i dwory piękne i zasobne w dobra kultury i sztuki, a sama architektura cieszyła się międzynarodowym uznaniem. Rozkwitała nauka, do Polski zjeżdżali wybitni twórcy wielu dziedzin. Szwedzi chcieli tego samego dla siebie, ale nie w toku wieloletniego wysiłku, tylko natychmiast.

Książka Jamkowskiego i Kowalskiego stanowi również przyczynek do refleksji nad tym, jakim krajem mogłaby dziś być Polska, gdyby nie skala zniszczeń powstałych w wyniku szwedzkiej agresji

„Jak wielka była skala skoku cywilizacyjnego, który dokonała Szwecja dzięki wojnom XVII wieku i łupom przywożonym z wypraw, najlepiej widać naprzeciwko katedry, w Muzeum Gustavianum. To w tym budynku wzniesionym przez Gustawa II Adolfa dla Uniwersytetu w Uppsali w latach 20. XVII wieku, zgromadzono przykłady spektakularnego rozwoju w czasach, które w Szwecji nazywane bywają złotym wiekiem lub epoką wielkości” – piszą autorzy książki, zwracając uwagę na to, że to właśnie w wyniku grabieży dokonanych w Polsce, szwedzcy naukowcy z dnia na dzień otrzymali narzędzia i księgi z całym dorobkiem intelektualnym, o jakim, w danym czasie, nawet im się nie śniło.

Kto więc ma ochotę zobaczyć znaczącą część najważniejszego polskiego dziedzictwa naukowego i kulturalnego, ten może wybrać się do Uppsali – i nie tylko, bo Marcin Jamkowski i Hubert Kowalski w swoim reportażu wskazują też inne miejsca, gdzie przechowywane i eksponowane są łupy z Polski, nie tylko naukowe, ale związane z uzbrojeniem czy architekturą. Co brzmi dziś kuriozalnie, armia szwedzka rabowała podczas Potopu nawet płytki podłogowe, co przełożyło się na fakt, że zamki zostały przez nią splądrowane tak doszczętnie, że wielu nie udało się odbudować do dziś – na przykład tych ze szlaku Orlich Gniazd.

Książce „Uratowane z Potopu” towarzyszy także film pod tym samym tytułem w reżyserii Marcina Jamkowskiego, natomiast tekst książki ilustrują liczne zdjęcia autorstwa Marzeny Hmielewicz, ukazujące kolejne etapy prac nad poszukiwaniami zatopionych skarbów. Agnieszka Kantaruk

Marcin Jamkowski, Hubert Kowalski, Uratowane z potopu, Wydawnictwo Agora, Premiera: 19 września 2018
 
 

Uratowane z potopu

Marcin Jamkowski, Hubert Kowalski
Uratowane z potopu
Wydawnictwo Agora
Premiera: 19 września 2018
 
 

NAJLEPSZYM PORTRETEM MĘŻCZYZNY SĄ JEGO CZYNY

Zamek Skokloster wznosi się na wysokiej skarpie nad rozległym jeziorem Melar. Ramiona tego wąskiego, postrzępionego akwenu rozciągają się na kilkadziesiąt kilometrów od Uppsali po Sztokholm. W XVII wieku, gdy powstał zamek, skuta lodem tafla jeziora służyła jako autostrada. Kupcy z konnymi zaprzęgami podróżowali tędy po lodzie z wybrzeża Bałtyku do Uppsali, która była drugim najważniejszym miastem Szwecji, i dalej – w głąb kraju. Okutani w ciepłe futra z upolowanych łosi, bobrów i królików wozili daleko na północ solone mięso i ryby, tkaniny, a czasem nawet egzotyczne przyprawy.
Zamek ma kształt czworokąta zwieńczonego w narożnikach ośmiobocznymi wieżami. Przypomina warszawski Zamek Ujazdowski, tylko jest wyższy. Ma trzy spektakularne kondygnacje i czwartą malutką. Jakby zabrakło czasu, by ją dokończyć. Albo pieniędzy. Złośliwi mówią, że skończyły się wojny i nie było już z czego budować. Życzliwi – że szwedzki król nagle opodatkował magnatów.
Zamku nie dotknęły wojny, pożogi, rabunki ani zawieruchy reformy rolnej. Stał tu nietknięty przez ostatnich 350 lat. Zamknięty jak w kapsule czasu, niczym owad w bursztynie. Wewnątrz murów wszystko zachowało się tak, jak rozkazał zbudować XVII-wieczny magnat. Dopiero kilkadziesiąt lat temu szwedzkie państwo odkupiło zamek i otworzyło go dla zwiedzających.
Dyrektor zamku nazywa się Bengt Kylsberg i jest postawnym mężczyzną o szerokich ramionach. Zimą chodzi po zamku w grubej kurtce i ciepłej czapce. Dawniej nie było ogrzewania, więc i dziś nikt go nie zainstalował. Bengt przechodzi przez imponujący hol podparty kolumnami i wchodzi schodami na pierwsze piętro. Mija wypisane na ścianach łacińskie, niemieckie i francuskie sentencje. „Najlepszym portretem mężczyzny są jego czyny”. „Piękna kobieta jest zatraceniem dla duszy i czyśćcem dla portfela”. „Lepszy i bezpieczniejszy jest pewny pokój niż oczekiwane zwycięstwo”.
Za Bengtem przechodzimy przez pokoje i wchodzimy do salonu. Słychać westchnienia zachwytu – na suficie znajduje się ogromna płaskorzeźba, plafon ze sceną walki świętego Jerzego ze smokiem. Pod nim wisi żyrandol z setkami małych szklanych kryształków przeplatanych granatowymi i czerwonymi kamieniami. Przechodzimy przez apartamenty magnata i przez sypialnię jego żony. Wchodzimy do pokoi dla gości.
Marcin patrzy pod nogi i staje jak wryty. Z trudem łapie oddech. Klęka. Gładzi ręką lśniący kawałek czarnego kamienia i mierzy go palcami. Zagląda do sąsiedniego pomieszczenia – tam na podłodze są już tylko zwykłe drewniane deski. Wszyscy wpatrują się w niego zdziwieni, najbardziej dyrektor Bengt Kylsberg.
– Dlaczego w sąsiedniej sali jest inna podłoga? – pyta go Marcin.
– Inna?
– Tu marmury, a tam deski. Zabrakło kamienia?
– A wie pan co, jeszcze nikt nigdy nie zadał takiego pytania. Chyba nie znamy odpowiedzi. Pan wie? – na twarzy Bengta Kylsberga rysuje się zaciekawienie.
– Wiem!
– To dlaczego?
– Bo ja go mam!
Dyrektor patrzy na Marcina z niedowierzaniem.

SKARBY Z DNA WISŁY

Z daleka wyglądamy, jakbyśmy szli po wodzie. Wisła szeroko rozlewa się w korycie i ledwie zakrywa nasze stopy. Co jakiś czas wyższa fala lub zagłębienie w dnie powodują, że zanurzamy się w wodzie – do kolan, po pas. Jest nas z 10 osób. Niektórzy w czarnych kombinezonach nurków, inni w wędkarskich woderach. Idziemy z pochylonymi głowami, jakby zobowiązani do pokory w jakimś medytacyjnym rytuale.
Woda czasem jest tak głęboka, że podcina kroki i porywa. Nie ma sensu wtedy walczyć, trzeba przewrócić się z pluskiem i płynąć chwilę z prądem. Potem odwrócić się na brzuch i podpłynąć, aby znowu złapać grunt pod nogami.
Mrużymy oczy, bo słońce odbijające się od fal Wisły oślepia. Próbujemy dojrzeć, co jest pod wodą, ale na ogół bezskutecznie. Płynąca nizinnym korytem niesie ze sobą tony drobniutkiego osadu. Ten osad i zakwity glonów sprawiają, że woda ma zaledwie 10 centymetrów przejrzystości. Jest jak stary gęsty olej. Wzrok się nie przebije.
Chodzimy skupieni. Co chwila ktoś się zatrzymuje, przyklęka i po omacku sprawdza coś pod wodą. Czasem lepiej przymknąć oczy, by łatwiej wyobrazić sobie te podwodne kształty. Kopiemy rękami, lecz piasek na dnie jest twardy niczym skała.
Wyciągamy żwir, czasem kamienie i stare cegły. Bywa, że butelkę, puszkę, krowią kość, namokniętą gałąź, deskę, ławkę, rurę czy zużytą część od samochodu, dla której ktoś miejsce spoczynku znalazł w Wiśle – królowej polskich rzek i naszym nadbałtyckim oknie na świat.
Jest jesień. Typowy polski październik. Zimny i wietrzny. Z krótkim dniem i słońcem niezbyt śmiało przebijającym się przez chmury dopiero pod wieczór. Na horyzoncie majaczy ściana błyszczących wieżowców śródmieścia Warszawy.
Nagle Hubert się zatrzymuje i woła pozostałych. Podchodzimy powoli, zmęczeni po całym dniu poszukiwań. Stajemy w kręgu i patrzymy, jak zakłada maskę i zanurza głowę pod wodę. To na nic, wynurza się i dalej po omacku porusza rękami. Wreszcie ma. Coś znalazł. Palcem w powietrzu rysuje kształt, szukając zrozumienia u pozostałych, ale wzruszamy ramionami, bo nie potrafimy rozpoznać nic znajomego. Hubert znów wkłada ręce pod wodę. Skrobie palcami twardy piach. Ręką odkrywa regularny kształt. Mówi, że przez rękawiczki czuje gładką krawędź, jakby ślad szlifu zrobionego ręką człowieka. Dopiero wtedy rzucamy się do pomocy.
Podkopujemy, podważamy. Nie zważając na ręce grabiejące w lodowatej wodzie, staramy się wydostać na powierzchnię ten obcy dla rzeki kształt. Delikatnie podważamy jedną krawędź, a bystry nurt rzeki wdziera się pod przedmiot i pomaga nam w końcu odkleić go od dna. Podnosimy znalezisko ku powierzchni. Przez kilka sekund nikt nic nie mówi.
Nie dowierzamy temu, co widzimy. Patrzymy na gładki i lśniący kawałek czarnego kamienia. W jego mokrej powierzchni odbija się zachodzące słońce. Taki kamień nie należy do tej rzeki. Nie jest śladem po lodowcu, który naznosił tu otoczaków i głazów narzutowych. Ma równy, prosty obrys zrobiony przez człowieka. Kształt wydłużonego sześciokąta długości prawie łokcia.
– To marmur! Kawałek posadzki! Z zamku. Z pałacu. Może z kościoła! – woła Hubert.
Wszyscy rzucamy się w wodę po pas. Dotykamy dna centymetr po centymetrze. W końcu ktoś krzyczy i wydobywa drugą płytkę. Za moment na powierzchnię wychodzi kolejna. I jeszcze jedna. I jeszcze. Nim zmrok wygoni nas z wody, wydobędziemy z dna rzeki 250 płytek.
Ciemne, marmurowe sześciokąty układamy szybko na pobliskiej łasze piachu. Leżące równo jedna obok drugiej wyglądają niczym wielki plaster miodu. Ich górna płaszczyzna jest piękna, pracowicie wypolerowana. Spód nosi zgrzebne ślady kamieniarskiego dłuta i resztki murarskiej zaprawy. Wprawne oko historyka sztuki i archeologa, którym jest Hubert, od razu zauważa, że mają kilkaset lat.
Co piękne stare marmury robią na środku polskiej rzeki?
I dlaczego takie same marmurowe płytki leżą w szwedzkim zamku na dalekiej Północy?
Czy to możliwe, że jedne i drugie są drobną częścią wielkiego królewskiego skarbu, który zaginął 350 lat temu? Skarbu, którego niewielu miało odwagę poszukiwać…

RENESANS U WIKINGÓW

Pierwsza miała wyjść za mąż Anna. Była starsza od Katarzyny o kilka lat, a przyjętym zwyczajem na królewskich dworach było wydawanie córek według wieku. Jednak wysłannicy z dalekiej Północy postawili sprawę jasno – nie interesują ich zwyczaje, interesuje ich Katarzyna Jagiellonka, córka polskiego króla Zygmunta Starego i jego włoskiej żony Bony Sforzy.
Dlaczego posłowie postawili sprawę na ostrzu noża: „albo ta, albo żadna” – nie wiadomo. Prawdopodobnie Katarzyna miała opinię ładniejszej, zdolniejszej i bardziej wrażliwej na piękno. Historia milczy na temat tego, skąd się taka opinia wzięła. Nie było jednak o co się targować – po śmierci Zygmunta Starego ponad trzydziestoletnie królewny miały już małą szansę na zamążpójście. W tamtym czasie ślub był jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu kobiety i gdy w 1561 roku trafił się wreszcie w miarę poważny kandydat, to matka i starszy brat Katarzyny Jagiellonki – Zygmunt August, na którego barki po śmierci ojca spadł obowiązek szczęśliwego wydania sióstr za mąż – naciskali na królewnę, by przyjęła oświadczyny.
Kandydatem na męża był Jan III Waza. Młodszy od Katarzyny o 11 lat Jan był księciem, pod którego władaniem znajdowała się Finlandia, wówczas szwedzka prowincja. Panując z dala od sztokholmskiej stolicy, Jan mógł rządzić, jak chciał, a jego zainteresowania sięgały na południe.
Wybór Polki na żonę był kontrowersyjny – Polska i Szwecja były o krok od wojny o Inflanty, czyli krainę leżącą na terenach dzisiejszej Łotwy i Estonii. Jan w małżeństwie z Polką widział sposób na uniknięcie tego konfliktu. Miał także nadzieję na zbliżenie z Europą oraz na coś bardzo osobistego – na awans społeczny. Zamożna, wykształcona i świetnie urodzona polska królewna mogła mu pomóc odróżnić się od przyrodniego brata, króla Szwecji Eryka XIV.
Eryk był podejrzliwy, raptowny, nieobliczalny i – co zazwyczaj idzie w parze – ponury. Raz starał się o rękę królowej Elżbiety I i podnosił swatów do godności oficjalnych posłów, a zaraz potem wtrącał ich do więzień. Ostatecznie odtrącony przez angielską królową dostał także kosza od księżniczek niemieckich. Gdy możliwości międzynarodowych mariaży się wyczerpały, ożenił się ze swoją kochanką, ubogą chłopką z Upplandu. Historycy mówią, że był prosty i przesądny. Gdy nie wiedział, jaką podjąć decyzję, los swój i kraju powierzał astrologom, na podstawie przepowiedni magów szafował nawet wyrokami śmierci.
Miał zapędy autorytarne i absolutystyczne. Dążąc do pełni władzy, pozbawił swoich braci większości zaszczytów i uprawnień nadanych im przez ojca, Gustawa I Wazę, założyciela szwedzkiej państwowości, który uwolnił kraj spod dominacji Duńczyków.
Katarzyna Jagiellonka po krótkim wahaniu zgodziła się przyjąć oświadczyny Jana III Wazy. Ślub odbył się jesienią 1562 roku na zamku w Wilnie. Tuż po skromnych uroczystościach weselnych nowożeńcy udali się w podróż do zamku Åbo, w dzisiejszym Turku w Finlandii, gdzie znajdowała się siedziba księcia Jana. Dotarli tam po kilku tygodniach.
Zamek w Turku był prostym, zimnym zamczyskiem, które miało więcej potencjału obronnego niż urody. W niczym nie przypominał bogatego i gwarnego dworu na krakowskim Wawelu, gdzie Katarzyna Jagiellonka wychowała się pod wielkim wpływem włoskiej matki, miłośniczki kultury, i sprowadzonych przez nią nauczycieli ze słonecznej Italii. Królewnie zaszczepiono dobry gust, poczucie piękna i poszanowanie wolności, jakie przyświecały ideom renesansu.
Podróż do zacofanego północnego kraju była dla niej wyzwaniem. Ojczyzna męża była biedna, a dbałość jego mieszkańców o higienę – niewielka. W siennikach, które zaoferowano królewskiej córce i jej świcie, mieszkały pluskwy.
Młoda żona postanowiła jednak zaszczepić idee z południa Europy w dawnej krainie wikingów.
– Sprowadziła się do zamku w Turku razem z wielkim dworem. Przywiozła ze sobą 59 osób: malarzy, muzyków, złotnika, damy dworu, księży, a nawet czterech karłów, bez których nie mógł się obyć żaden szanujący się dwór. Razem z nią przyjechały prawdziwe skarby: arrasy, stroje, dzieła sztuki, biżuteria, no i księgi. Można śmiało powiedzieć, że to właśnie ona pierwsza przywiozła do Szwecji renesans – uważa Herman Lindqvist, historyk i autor kilkudziesięciu książek o historii Szwecji.
W archiwach zachował się spis przedmiotów, z którymi Katarzyna Jagiellonka pojechała do Szwecji. Zabrała ze sobą: naszyjnik diamentowy, łańcuchy, złote i srebrne pasy, wieńce perłowe, bransolety, perłowe czepce, ozdoby do strojów ze złota, pereł i kamieni, naczynia stołowe ze srebra i złota ze złoconymi herbami królewskimi, zwierciadło, modne suknie w stylu hiszpańskim szyte ze złotogłowiu, aksamitów i atłasów, bogato zdobione klejnotami, perłami i złotem. A także futra, pościel, tkaniny dekoracyjne, wytworną bieliznę osobistą oraz szaty liturgiczne, które w opinii historyków stanowiły najcenniejszy element posagu.
Na wieść o tym, że Jan poślubił polską królewnę, król Eryk wpadł we wściekłość. Przekonany o tym, że to spisek przeciwko niemu, kazał brata i jego żonę uwięzić w zamku Gripsholm niedaleko Sztokholmu. Małżonkowie spędzili tam cztery lata. W tym czasie na świat przyszedł syn Katarzyny Jagiellonki i Jana III Wazy, Zygmunt III Waza.
Król Eryk tymczasem ewidentnie staczał się w obłęd. Miarka się przebrała w 1567 roku, gdy kazał wymordować kilkunastu arystokratów, bo był przekonany, że konspirowali przeciw niemu. Latem 1568 roku obalono go i aresztowano (a dziewięć lat później z rozkazu Jana – otruto).
Na tron wstąpił Jan III Waza, a Katarzyna Jagiellonka została szwedzką królową. Mimo że obca, Polka była lubiana. Liczono się z jej zdaniem i ją szanowano. Jej wkład w kulturę Szwecji był widoczny na pierwszy rzut oka – pod wpływem żony Jan przebudował w renesansowym stylu między innymi zamki w Sztokholmie, Uppsali, Vadstenie i Kalmarze.
Katarzyna zmarła w Sztokholmie w 1583 roku. Wyprawiono jej pogrzeb z królewskimi honorami i pochowano w katedrze w Uppsali w marmurowym sarkofagu ozdobionym złotymi płaskorzeźbami aniołów i rzeźbą z białego alabastru, przedstawiającą modlącą się Katarzynę z insygniami władzy. Nad nią na ścianie znajduje się fresk z widokiem na Kraków.
Do katedralnego muzeum trafiły korona i berło królowej, a także jej złoty wisior z wysadzaną drogimi kamieniami tarczą z koroną, ozdobiony dużą literą „C” (od imienia Catherine) oraz bielutkim putto – figurą małego chłopca. Malarz Lucas Cranach Młodszy, który stworzył najbardziej znany portret królowej, tak się zachwycił tym naszyjnikiem, że z detalami przedstawił go na swoim obrazie.
Niestety, dobry obraz Polski, który przywiozła zza morza Katarzyna Jagiellonka, i sympatia między Szwecją a Rzeczpospolitą nie przetrwały po jej śmierci. Niedługo państwa połączone więzami krwi ich władców rzucą się sobie do gardeł.
Pierwsze zwiastuny tego, co nadejdzie, pojawiły się już w 1572 roku, gdy zmarł brat Katarzyny, król Polski Zygmunt August. Jego śmierć przyniosła ogromne zmiany na scenie politycznej krajów basenu Morza Bałtyckiego – wraz z nim wygasła królewska linia Jagiellonów i Polska zaczęła wybierać królów w wolnej elekcji. Mąż Katarzyny, Jan III Waza, dwukrotnie starał się zdobyć polską koronę, ale bezskutecznie. Pierwszy raz przegrał z Henrykiem Walezym, pierwszym polskim królem elekcyjnym (rządził zaledwie rok i uciekł do rodzinnej Francji). Drugi raz – ze Stefanem Batorym, który na polskim tronie zasiadał przez 11 lat. Po jego śmierci starzejący się Jan III znów wszedł do gry – tym razem jednak zamiast siebie zaproponował 21-letniego syna. Kandydaturę poparł wówczas wpływowy minister z czasów Batorego, Jan Zamoyski, który postarał się o zdobycie głosów szlachty. Zrobił to tak skutecznie, że w 1587 roku Zygmunt III, jako pierwszy z dynastii Wazów, został w Krakowie koronowany na króla Polski.