Powieść „W niemieckim domu” zachęca do refleksji nad kwestią odpowiedzialności całego narodu za czyny rządzących. Annette Hess, pisząc o rozliczeniach z przeszłością, pokazuje, że podział na czarne i białe, to nieuprawnione uproszczenie, stosowane jednak z lubością przez ludzi, którzy w danych czasach w ogóle nie żyli.


W niemieckim domuLata sześćdziesiąte. Dla pokolenia młodych II Wojna Światowa to już odległa przeszłość. Ewa, niemiecka tłumaczka, córka restauratora, która właśnie planuje zamążpójście, prawie jej nie pamięta. Gdy trwała, była małym dzieckiem, a po wojnie w domu na ten temat się nie mówiło. Zawsze były jakieś bieżące sprawy do załatwienia, życie potoczyło się swoim torem. Dopiero zlecenie polegające na tłumaczeniu zeznań świadków w procesie sądowym przeciwko zbrodniarzom wojennym otworzy jej oczy na ogrom niedawnego okrucieństwa i skonfrontuje z pytaniem, czy ona także ponosi część winy za nie.

Odpowiedź wydaje się oczywista: mała dziewczynka nie mogła przecież ponosić żadnej winy za czyny nazistów. A jednak Ewa zaczyna czuć się winna, bo pojmuje, że każdy kto nie stawił oporu hitlerowskiej władzy, przyczynił się biernie do jej zbrodniczych czynów. Przeżywa szok, gdy dowiaduje się, że w latach wojny ojciec był kucharzem esesmanów w obozie zagłady, lecz to nie wszystko, co odkryje o własnej rodzinie i rodzinie narzeczonego, próbując zrozumieć, co zdarzyło się, kiedy była dzieckiem. W czym brała udział? Co, tak naprawdę, widziała?

„W niemieckim domu” jest powieścią ukazującą niemożność jednoznacznej oceny postaw zwykłych ludzi wobec wojny wywołanej przez rządzących, których sami wybrali w wolnych wyborach. Hitler nie robił przecież tajemnicy ze swojej pogardy wobec Żydów, jednoznacznie dzielił naród na lepszych i gorszych, obnosił się z nienawiścią, podżegał do niej i to jeszcze w czasach, kiedy był jedynie pieniaczem perorującym w oberżach. To naród dał mu władzę, sprawiając, że jego złowieszcze wizje mogły się ziścić. To naród nie powiedział: stop, kiedy było to jeszcze możliwe.

Annette Hess ukazuje niemożność jednoznacznej oceny postaw zwykłych ludzi wobec wojny wywołanej przez rządzących, których sami wybrali w wolnych wyborach

Z drugiej strony Annette Hess ukazuje naród w chwili, gdy na jakikolwiek opór jest już za późno. Co może zrobić mała dziewczynka albo jej ojciec kucharz wobec wszechobecnego aparatu brutalnej władzy? Legalnej władzy? Wiadomo dziś, że wiele osób, które tak czy inaczej przyczyniły się do katorgi ludzi prześladowanych przez nazistów, właściwie uniknęło kary albo kara wyznaczona im przez sądy była niewielka. Autorka powieści „W niemieckim domu” ukazuje, dlaczego tak się stało, przybliżając jednocześnie jak skomplikowana i niejednoznaczna pozostaje nadal ocena ich poczynań.

Dla żołnierza karalne jest niewykonanie rozkazu, czy można więc winić go po wojnie za jego wykonanie? Czy żołnierz ma wgląd w całościowy obraz działań wojennych, może samodzielnie oceniać które z nich są racjonalne, a które nie? A kucharz, który karmi wojskowych? Krawiec, który szyje dla nich mundury? Fabryka dostarczająca pojazdy służące na wojnie? Można znaleźć dość argumentów zarówno za tym, że wszyscy oni ponoszą winę, jak i za tym, że współudział w działaniach wojennych nie był dobrowolnym aktem woli i aprobaty.

Annette Hess podkreśla, że jednoznaczny wybór właściwej postawy możliwy jest przeważnie dopiero po bardzo wielu latach, gdy obraz sytuacji w danym czasie staje się klarowny i kompletny. Widząc jedynie fragment ograniczony do własnego otoczenia, czerpiąc wiedzę ze zmanipulowanych mediów, przeciętnemu człowiekowi bardzo łatwo jest dokonać złych wyborów, sądząc, że robi się to, co najwłaściwsze. Zrozumiawszy jednak, choćby po czasie, swoje błędy może postąpić dwojako: udawać, że nic się nie stało albo próbować je naprawić.

Powieść Annette Hess opowiada zarówno o próbach odkupienia win, jak również o trwaniu w bezrefleksyjnej obojętności, egoistycznym skupieniu na samym sobie, tak, jakby zło w ogóle się nie zdarzyło. To pasjonująca, niejednoznaczna lektura, dająca wiele powodów do przemyśleń, przypominająca o tym, że każdego dnia dokonujemy wyborów w kwestii tego, w jakim świecie będziemy żyć teraz i w przyszłości. Wanda Pawlik

Annette Hess, W niemieckim domu, Przekład: Barbara Niedźwiecka, Wydawnictwo Literackie, Premiera: 16 października 2019
 
 

W niemieckim domu

Annette Hess
W niemieckim domu
Przekład: Barbara Niedźwiecka
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 16 października 2019
 
 

Ewa prychnęła oburzona. Chciała właśnie powiedzieć coś pogardliwego o rzemieślnikach, ale jej spojrzenie zatrzymało się na czarno-białej fotografii w gazecie. Widnieli na niej dwaj mężczyźni, z którymi wczoraj przebywała przez godzinę w zadymionym pokoju: młodszy — jasny blondyn — i starszy z zabawnie wzburzoną fryzurą. Rozprawiali o czymś z poważnymi minami. Pod zdjęciem podpis: „Prokurator okręgowy i prokurator generalny podczas rozmów przygotowawczych”. Ewa zaczęła czytać jednoszpaltowy artykuł. Jeszcze w tym tygodniu w mieście miał się rozpocząć proces przeciwko byłym członkom SS.
— Ewo? Czy ty w ogóle mnie słuchasz? Mówię do ciebie! A co z Peterem Rangkötterem? Tyle czasu smalił do ciebie cholewki. Glazurnikowi nigdy nie zabraknie pracy.
— Mamo, poważnie sądzisz, że chciałabym kiedyś zostać panią Rangkötter?
Stefan, z brodą umazaną miodem, zachichotał i powtórzył wesoło:
— Pani Rangkötter! Pani Rangkötter!
Ewa zignorowała brata, wskazała palcem artykuł i spojrzała na matkę.
— Wiedziałaś o tym procesie? To z tego powodu wczoraj mnie wezwali.
Edith wzięła do ręki gazetę, popatrzyła na fotografię i przeleciała wzrokiem artykuł.
— To było okropne, to, co się wtedy działo, podczas wojny. Człowiek nie chce już o tym wszystkim słyszeć. Że też to się musi odbywać akurat w naszym mieście!
Edith Bruhns złożyła gazetę. Jej głos zabrzmiał dziwnie, jakby ta cała sprawa w jakimś stopniu jej dotyczyła. Zaskoczona Ewa spojrzała na matkę.
— A dlaczego nie?
Edith nie odpowiedziała. Wstała i zaczęła sprzątać brudne naczynia. Twarz jej się ściągnęła. Stefan powiedziałby, że ma „minę jak po cytrynie”. Włączyła bojler nad zlewem, żeby zagrzać wodę.
— Ewo, będziesz dzisiaj mogła pomóc na dole? Czy może znowu masz jakieś zlecenie?
— Mogę pomóc. Przed Bożym Narodzeniem nie ma dużo tłumaczeń. A szef zawsze najpierw zwraca się do Karin Melzer, bo ona nosi taki spiczasty biustonosz.
— Psst… — Edith zerknęła na Stefana, a ten w ironicznym uśmiechu wyszczerzył zęby.
— Jak nie wiedziałbym, co to biustonosz.
— Jakbym nie wiedział — poprawiła go matka.
Woda w bojlerze zaczęła szumieć. Edith włożyła naczynia do zlewu.
Ewa z powrotem rozłożyła gazetę i przeczytała uważnie artykuł do końca. Oskarżonych było dwudziestu dwóch, wszyscy służyli w obozie na terytorium Polski. Początek procesu już wielokrotnie przesuwano. Główny oskarżony, komendant obozu, zdążył już umrzeć. Teraz zamiast niego oskarżony został adiutant, kupiec z Hamburga o nienagannej reputacji. Podczas procesu zamierzano przesłuchać dwustu siedemdziesięciu czterech świadków. W obozie zginęły podobno setki tysięcy ludzi…
— Buu! — Stefan nagle uderzył od spodu w gazetę. Był to jeden z jego ulubionych dowcipów.
Ewa przestraszyła się jak zawsze i gwałtownie wstała.
— Ja ci pokażę!
Stefan wybiegł z kuchni, Ewa za nim. Goniła brata z zapałem po mieszkaniu, aż złapała go w końcu w dużym pokoju, przytrzymała i zagroziła, że rozgniecie go bez litości jak uciążliwą wesz! A Stefan piszczał z radości tak głośno, że drżały kryształowe kieliszki w kredensie.
W kuchni Edith wciąż jeszcze stała przy zlewie i patrzyła na bojler. Woda już się w nim gotowała — głośno i niepokojąco. Brudne naczynia czekały. Ale Edith tkwiła nieruchomo, obserwując duże gorące bańki za szkłem, które tworzyła wrząca woda.

W tym samym czasie w biurze prokuratury panowała atmosfera jak w teatrze tuż przed premierą. Idąc korytarzem, David Miller próbował sprawiać wrażenie odprężonego, a zarazem profesjonalisty. Ale szybko zalała go fala gorączki: drzwi do wszystkich pokoi były pootwierane, telefony dzwoniły, urzędniczki w pastelowych garsonkach nosiły wieże akt, balansując nimi w powietrzu, albo przesuwały sterty dokumentów na wózkach, których kółka piszczały na linoleum. Wzdłuż całej długości korytarza leżały segregatory, bordowe i czarne; wyglądały jak przewrócone kostki domina.
Z pokoi wydobywały się kłęby dymu. Davidowi ich widok przywodził na myśl wyścigi chartów, które jakby w zwolnionym tempie unosiły się nad nerwowym chaosem i rozpływały w powietrzu, zanim udało im się dogonić sztucznego zająca. Rozbawiło go to skojarzenie. Czuł się tu nieswojo, uważał, że zachowuje się cynicznie — ale się cieszył. Bo miał wziąć w tym udział. Spośród czterdziestu dziewięciu kandydatów ubiegających się o aplikację referendarską wybrano tylko ośmiu. W tym jego, chociaż dopiero w zeszłym roku zdał w Montrealu egzamin państwowy.
Zapukał do otwartych drzwi gabinetu prokuratora okręgowego. Mężczyzna stał przy biurku ze słuchawką w ręce. Rozmawiał przez telefon, trzymając w palcach zapalonego papierosa. Za zaparowanymi oknami widać było niewyraźny zarys żurawia budowlanego na dziedzińcu. Blondyn lekko skinął głową w kierunku Davida. Jak zwykle miał taką minę, jakby próbował sobie usilnie przypomnieć, z kim właściwie ma do czynienia.
David wszedł do środka.
— To od sędziego przewodniczącego zależy, jak długo potrwa proces — blondyn mówił do telefonu. — Nie potrafię rozgryźć tego człowieka. Jeśli zamierza postępować zgodnie z wolą społeczeństwa, to będzie tuszował albo relatywizował fakty. W takim wypadku skończymy w cztery tygodnie. Ale prokuratura będzie się domagać dokładnego postępowania dowodowego. Dlatego spodziewam się, że potrwa to cztery miesiące… Tak, tak, zapewniam pana. Może pan tak napisać.
Blondyn odłożył słuchawkę i od niedopałka odpalił kolejnego papierosa. Ręce mu nie drżały. David nawet się nie przywitał.
— Zgłosił się? — zapytał.
— Kto?
— Bestia.
— Nie. I wolałbym, panie Miller, żeby był pan bardziej powściągliwy w używaniu tego typu wartościujących określeń. Zostawmy to opinii publicznej.
David machnął tylko ręką na tę reprymendę. Nie mógł zrozumieć, jak prokurator może być taki spokojny. Jeden z głównych oskarżonych został trzy miesiące temu zwolniony z aresztu śledczego ze względów zdrowotnych. Już od pięciu dni nie mogli się do niego dodzwonić. A w piątek rano miał się zacząć proces.
— W takim razie trzeba się zwrócić do policji! Niech go szukają!
— Niestety nie mamy podstaw prawnych. Proces jeszcze się nie zaczął.
— Człowieku, on się ulotni! Zwieje jak inni, do Argentyny, i…
— Potrzebujemy tej kobiety. Tej z wczoraj. Jak ona się nazywała? — przerwał mu blondyn.
David wzruszył z niechęcią ramionami, chociaż wiedział, kogo prokurator ma na myśli. Ten nie czekał na odpowiedź.
— Nie pozwalają Dombrackiemu opuścić kraju.
— Domickiemu.
— Tak, dokładnie. Negocjujemy z nimi, ale on siedzi w areszcie śledczym podejrzany o szpiegostwo. Nim się dogadamy, mogą minąć miesiące.
— Nie wydaje mi się, żeby akurat Niemka była odpowiednią osobą do pełnienia takiej odpowiedzialnej funkcji — stwierdził stanowczo David. — Panie prokuratorze, jesteśmy przecież całkowicie zależni od tłumaczy. Oni mogą nam mówić, co chcą…
— Zostanie zaprzysiężona. Poza tym kobieta podziała być może na świadków uspokajająco. A nam na tym zależy: na świadkach, którzy czują się bezpiecznie! Od których dowiemy się jak najwięcej, którzy muszą opowiedzieć o wszystkim i wytrzymać nerwowo! A więc niech pan do niej pojedzie, teraz. Pamięta pan adres?
David z ociąganiem skinął głową i powoli wyszedł. Blondyn usiadł. Ten Miller jest zanadto gorliwy, za bardzo zaciekły — pomyślał. Obiło mu się o uszy, że brat Millera zginął w obozie. Jeśli to prawda, to niedobrze. Wtedy należałoby go odsunąć, żeby wyeliminować ewentualne oskarżenia o stronniczość. Jednak tacy zaangażowani ludzie jak Miller byli niezbędni, by dniem i nocą analizować tysiące dokumentów, porównywać daty, nazwiska i wydarzenia, zachować porządek w tym zalewie głosów. Prokurator zaciągnął się głęboko papierosem, przez chwilę wstrzymał powietrze i spojrzał w kierunku okna. Słabo widoczny żuraw budowlany obracał się na dziedzińcu, kreśląc kręgi.

Ewa wycierała podłogę w ciemnawej, wysokiej sali restauracyjnej Niemieckiego Domu. Ojciec już się zbudził ze swego „snu dla urody” i robił właśnie porządki w kuchni, gdzie grało radio. Ewa usłyszała popularną piosenkę, przy której tańczyła kiedyś z Jürgenem. Peter Alexander śpiewał: „Pojedź ze mną do Italii!”. Jürgen miał poczucie rytmu, trzymał ją mocno i pewnie prowadził. I tak przyjemnie pachniał żywicą oraz morskim powietrzem. Zawsze wiedział, co jest słuszne, a co nie. Ewa przełknęła ślinę. W myślach odepchnęła go od siebie, zła i rozczarowana. Jürgen dzwonił do niej od pół roku zza swojego biurka, codziennie o jedenastej, a dzisiaj po raz pierwszy tego nie zrobił.
Rzuciła mokrą szmatę na deski podłogi. Postanowiła, że jeżeli Jürgen nie zadzwoni do drugiej, już się z nim więcej nie zobaczy. Odda mu też jego listy, bransoletkę z białego złota, rękawiczki z jeleniej skóry, bieliznę z angory (miała w listopadzie jednostronne zapalenie płuc i Jürgen bardzo się o nią martwił), tomik wierszy Hessego i…
Bum-bum-bum! Ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Ewa się obróciła: za szybą w drzwiach stał młody mężczyzna. Na pewno Jürgen! Wyszedł wcześniej z biura, ponieważ uległ sile uczuć, i zjawił się tu, by prosić o jej rękę. Na kolanach. Ewa odstawiła na bok szczotkę, szybko ściągnęła z siebie fartuch i podeszła do drzwi. Była taka zadowolona. Ale nagle rozpoznała tego człowieka, to był ów nieprzyjemny facet, który po nią wczoraj przyjechał. David Miller. Otworzyła z irytacją.
— Dzisiaj nieczynne! — oznajmiła.
David wzruszył ramionami i spojrzał na nią obojętnie.
— Przychodzę na polecenie…
Ewa ze zdziwieniem stwierdziła, że David nie pozostawił w świeżym śniegu śladów, jakby leciał w powietrzu i wylądował u samych drzwi. Dziwne.
— Przysyła mnie prokurator okręgowy.
Ewa z ociąganiem zaprosiła go do środka. Wszedł. Stanęli przed barem. W kuchni włoski tenor wydawał z siebie słodkie tony. Ewa mogłaby zaśpiewać razem z nim: „Przez siedem dni w tygodniu chciałabym z tobą być”.
— Tłumacz nie może przylecieć, przynajmniej na razie — odezwał się David. — Polskie władze uznały go za politycznie niepewnego. Muszą wyjaśnić pewne sprawy. A my potrzebujemy zastępstwa. W piątek zaczyna się proces.
Ewa była kompletnie zaskoczona.
— Czy chce pan powiedzieć, że to ja mam tłumaczyć?
— Wcale nie chcę. Jedynie powtarzam, co mi nakazano.
— Ach tak… A jak długo ma to potrwać? Tydzień?
David spojrzał na Ewę prawie ze współczuciem. Miał jasnoniebieskie oczy, a lewa źrenica była większa od prawej. Może to tylko światło padało pod dziwnym kątem, a może miał taką wadę od urodzenia. Ale przez to sprawiał wrażenie osoby niespokojnej, jakby czegoś szukał.
Sam siebie nie odnajdzie — pomyślała mimowolnie Ewa, nie dostrzegając sensu w tej myśli.
— Rozmawiał pan z biurem tłumaczeń, dla którego pracuję? Z szefem, panem Körtingiem?
David sprawiał wrażenie, jakby nie dosłyszał jej pytania. Zachwiał się i oparł o bar.
— Źle się pan czuje?
— Zapomniałem zjeść śniadanie. Zaraz mi przejdzie.
Mężczyzna wziął głęboki wdech. Ewa poszła za bar i nalała do szklanki wody z kranu. Podała mu ją, a on trochę wypił. Jego spojrzenie padło na przeciwległą ścianę, na której wisiały jeden przy drugim czarno-białe portrety z podpisami. Byli to mężczyźni i kobiety, zapewne lokalne sławy: aktorzy, piłkarze, politycy, którzy odwiedzili kiedyś Niemiecki Dom. Uśmiechali się do niego i pokazywali mu swój lepszy profil. David nie znał nikogo z nich. Wyprostował się i odstawił pustą w połowie szklankę.
— Proszę się tu zgłosić — podał Ewie wizytówkę z nazwiskiem prokuratora generalnego, adresem i telefonem. — A jeśli pani się zdecyduje, to niech się pani poduczy niezbędnego słownictwa.
— Co pan ma na myśli? Terminów wojskowych?
— Wszystkich możliwych słów określających, jak można zabić człowieka.
David gwałtownie się odwrócił i wyszedł z restauracji.
Ewa powoli zamknęła za nim drzwi. Tymczasem z kuchni wyszedł ojciec. Miał na sobie jak zwykle białą bluzę i ciemne spodnie, na głowie czapkę kucharską. Przez ramię przerzucił sobie ścierkę w czerwoną kratę. Wygląda jak klaun, któremu zaraz wystrzelą z armaty prosto w twarz ładunek spaghetti w sosie pomidorowym — pomyślała Ewa.
— Kto to był? Czego chciał? Czyżby jeszcze jeden absztyfikant, moja droga córko? — Ludwik mrugnął do niej, potem ukląkł przed barem i ścierką zaczął polerować metalową osłonę chroniącą drewno przed stopami siedzących przy bufecie gości.
— Tato, ty z mamą macie tylko jedno w głowie! Mam tłumaczyć w sądzie.
— Brzmi poważnie.
— Chodzi o proces przeciwko oficerom SS, którzy pracowali w tym obozie.
— Jakim obozie?
— Auschwitz.
Ojciec dalej polerował osłonę, jakby nie usłyszał jej słów. Ewa przez chwilę patrzyła na tył jego głowy, gdzie przerzedziły mu się włosy. Co osiem tygodni strzygła go w kuchni. Nie potrafił długo usiedzieć spokojnie i wiercił się jak mały chłopiec. Za każdym razem była to ciężka przeprawa, ale Ludwik nie chciał pójść do fryzjera. Ewa zresztą też czuła irracjonalną niechęć do zakładów fryzjerskich. Bała się ich jak małe dziecko, które myśli, że obcinanie włosów będzie bolało. „Neurotyczna świruska” — tak jej fobię komentowała Annegret.
Ewa znów wzięła do rąk szczotkę. Szmatę zamoczyła w wiadrze, wyżęła ją. Woda była już ledwo ciepła.